wtorek, 16 stycznia 2018

Z Biblią na co dzień

poniedziałek, 27 grudnia 2010 19:28

      Jacobs, autor Roku biblijnego życia, dotarł właśnie do Księgi Koheleta. I tu zaskoczenie - przynajmniej dla mnie: autor przyznaje bowiem, że po raz pierwszy przeczytał o tej księdze w Encyklopedii Britannice. Szok! Autentycznie szok. Po pierwsze, wywodzi się z rodziny żydowskiej, dla której Biblia nie jest czymś nieznanym. Po drugie, kształcił się w w systemie szkolnictwa świeckiego co prawda, ale jednak wywodzącym się z kultury i tradycji europejskiej, mającej dwa podstawowe filary: filozofię i kulturę grecką oraz Biblię. Po prawdzie, nieznajomość Biblii choćby w najogólniejszych jej zarysach, uważam za zubożenie tejże kultury, jej atrofię, degenerację systemu oświaty. Nie chodzi o to, żeby od razu wierzyć, jeśli ktoś pochodzi z rodziny ateistycznej czy innego wyznania. Chodzi o to, żeby wiedzieć,  skąd wywodzi się kultura, która ukształtowała euroamerykański system wartości, kanony sztuki, podstawy demokracji, etyki i życia społecznego. A jeśli się tego nie wie, powstaje jakaś luka, przepaść, utrudniająca nawet zrozumienie czasów sobie współczesnych. 
     Generalnie, podejście autora do eksperymentu było zdecydowanie negatywne. Negatywne w sensie przyjętego założenia: "podjąłem ten eksperyment między innymi po to, żeby zademonstrować, że konsekwencją skrajnego legalizmu jest szlachetna głupota. Czy istnieje lepszy sposób na wykazanie absurdu żydowskiego i chrześcijańskiego fundamentalizmu? Jeśli faktycznie przestrzegasz wszystkich zasad, zachowujesz się jak szaleniec. Nadal w to wierzę. I wciąż planuję zrobić z siebie kompletnego głupka, żeby udowodnić swoją rację."
     Nie bardzo widzę w tym sens. Tendencyjne założenie nie sprzyja obiektywności, a w zasadzie eksperymentuje się, żeby dopiero zobaczyć, co z tego wyniknie. No i jak sprawdzić coś, czego się kompletnie nie rozumie? Nie czuje? Jak wspomniane wcześniej codzienne modlitwy autora skierowane do Boga, w którego przecież nie wierzy. Dość schizofreniczne podejście moim zdaniem. 
     To, co zaczyna być widoczne w postawie Jacobsa, to odczucie wpływu dyscypliny etycznej na psychologiczną stronę jego osobowości. Ale to nie jest żadna nowość! Dawno już odkryto tę prawidłowość w psychologii. Mianowicie, zgodnie z zakazem mówienia źle o innych ludziach (nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu - ósme przykazanie) Jacobs powściągliwie wypowiada się o innych, unika plotkowania, czynienia złośliwych uwag a nawet unika negatywnych myśli o innych. Interesujące jest, że im rzadziej udzielam głosu negatywnym myślom, tym mniej takowych w ogóle przychodzi mi do głowy. 
Znana metoda: myśl pozytywnie a będziesz pozytywniej żyć. Pozbądź się złych myśli, a poczujesz się szczęśliwszy, inaczej spojrzysz na świat.  Jednak autor dość pokrętnie wytłumaczył sobie tę zmianę tym, że jest po prostu leniwy. Leniwy w poszukiwaniu tego, co w świecie złe, wadliwe, brzydkie i warte skrytykowania.
     Kolejne odkrycie: religia jest drogą wspólnoty, drogą społeczną. Nie uprawia się religii samotnie, indywidualnie, ale we wspólnocie - to należy do jej najgłębszej istoty. Tymczasem przedsięwzięcie, jakie podjął, jest indywidualne - obchodzi święta sam, poszukuje właściwej formuły modlitwy samodzielnie, poszukuje odpowiedzi na własną rękę. Zgodnie z wysokim wartościowaniem indywidualizmu we współczesnej kulturze. Jednak w aspekcie religijnym to się nie sprawdza, bo mimo spełniania zasad religijnego życia, człowiek czuje pustkę. Być może powinienem przestać  fetyszyzować indywidualizm. Byłaby to dobra rzecz; epoka  radykalnego indywidualizmu i tak już przemija. Myślę, że świat idzie drogą Wikipedii. Wszystko będzie dziełem wspólnym.
     Ale owe samotne poszukiwania doprowadziły autora do odwiedzenia w Izraelu ostatnich przedstawicieli ewangelicznego plemienia Samarytan, których populacja liczy około 700 osób. Żywy relikt biblijnej historii. Niesamowite musiało być doświadczenie spotkania z nimi. Zaczyna się mistyka. Jak w nagłym uderzeniu myślą wykraczającą poza doczesno-ludzki horyzont doświadczenia: Oto siedzę sobie i odczuwam dumę ze stworzenia artykułu w amerykańskim czasopiśmie średniej wielkości. A Bóg - jeśli istnieje - stworzył świat. Stworzył flamingi, supernowe, gejzery, i żuki, i kamień na te schody, na których teraz siedzę.
- Bogu niech będą dzięki - mówię głośno.
(...) Czy Bóg w ogóle potrzebuje wysławiania? Bogu nie powinno brakować wiary w siebie. Jest bytem najwyższym.  Teraz jakby zaczynam rozumieć. To nie dla niego.  To dla nas.  Pomaga nam wyjść poza siebie i poza nasz chełpliwy mały móżdżek.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Zmiany

    Kończę pisanie na tym blogu. Prowadzenie równoległych blogów jest wyczerpujące. Zwłaszcza, że tematyka - szeroko pojęta kultura - jest p...