Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przeczytane. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 września 2022

Zabytek?

       Książka O wartościowaniu w badaniach literackich jest efektem sympozjum Wartościowanie i ocena w badaniach literackich zorganizowanego w dniach 19 - 21 października 1982 r. przez Katedrę Teorii Literatury Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. wzięli w nim udział luminarze polskiej humanistyki: literaturoznawcy (Henryk Markiewicz, Edward Balcerzan, Jerzy Jarzębski,  Michał Głowiński), filozofowie (Józef Tishner), muzykolodzy (Bohdan Pociej), reżyserzy i znawcy sztuk plastycznych (Juliusz Burski, Krystyna Zwolińska) i inni.  Zbiór wygłoszonych referatów pod redakcją Stefana Sawickiego i Władysława Panasa ukazał się w formie książkowej w roku 1986.  Podaję daty sympozjum i wydania książki, gdyż wyjaśniają one obecność w kilku miejscach ingerencji cenzury, to znaczy usunięcie fragmentów tekstów opatrzone znaczkiem [----] i następującą po nim formułką [ustawa z dnia 31 VII 1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art. 2 pkt 2 ..] itd. 

      Z dzisiejszego punktu widzenia mam więc  w bibliotece wręcz zabytek, z jednej strony literacki, a z drugiej rangi niemal historycznej.  O tym, że Stanisław Lem wielbicielem komunizmu nie był, powszechnie wiadomo. Toteż nie dziwi, że w referacie Jerzego Jarzębskiego Przypadek i wartości. O aksjologii Stanisława Lema cenzorzy doszukali się nieprawomyślności,co w zasadzie nie jest zaskoczeniem.  Tym bardziej, że autor referatu zbyt "niebezpiecznie" zahaczył o temat uszczęśliwiania na siłę wbrew ludzkim dążeniom indywidualnym, a wreszcie wbrew własnym, wyjściowym przesłankom oraz zdrowemu rozsądkowi.  Ingerencja cenzorska pojawiła się też w samym środku zdania referatu Bohdana Pocieja o muzyce.  Tu z kolei niepokój wzbudziło dosłownie jedno słowo, które akurat z kontekstu bez problemu uważny czytelnik sobie zrekonstruuje: "inkwizytorzy" - jakich by barw nie używali - czarnych [----] [Ustawa....], czy brunatnych - "prawdę" utożsamiali z nie-prawdą. Rzeczą oczywistą jest, że wyciętym słowem jest "czerwonych". 

         Amputacji dokonano też na referacie Edwarda Balcerzana Przymusy aksjologiczne Była to amputacja, gdyż usunięto całe zakończenie tekstu wraz z odnośnym przypisem.  Tak więc mamy urwane zakończenie: Człowiek bez właściwości? Tak. [----] A już szczególnie podpadł Stefan Morawski, zgoła niepokorny filozof, który w swoim referacie W labiryncie aksjologicznym najpierw podaje w wątpliwość upaństwowioną organizację szczęścia (koncepcja ofiarowania ludziom optymalnego czy nawet maksymalnego szczęścia dzięki superorganizacji i superracjonalizacji życia pod patronatem wielkich państwowych struktur przyniosła rezultaty opłakane) i kiedy autor ośmiela się zestawiać amerykański sen od pucybuta do milionera z realiami społeczeństwa pod rządami komunistycznymi, wkracza cenzura z kreseczkami i Ustawą z dnia... O kontroli... Kilka stron dalej znowu filozofowi zabrakło (czy zabrakło?...) "wyczucia" języka, gdy pisze: Nie wystarczy jednak owa demaskacja, nie wystarczą również "marsze pokoju", niekiedy manipulowane [----] [Ustawa...] Ho, ho! Manipulowane marsze pokoju, no, no, pojechał nieźle.  Przy czym nie mam ani cienia wątpliwości, że cenzor kompletnie nie miał pojęcia o czym był cały tekst.  Wyłapywał po prostu słówka. 

       Natomiast zupełnie poza tematyką politycznej cenzury pojawia się jeszcze jeden aspekt unikatowości publikacji.. Otóż w spisie treści wystąpiła pomyłka w imieniu jednego z prelegentów. Zamiast Juliusza Burskiego jest Julian Burski.  Książki mogą być unikatowe jak znaczki czy monety.  Dodatkowa rysa czy brak jakiegoś elementu podnoszą historyczną wartość egzemplarza. Nie jest to może biały kruk, ale kuriozum - tak.  Większą wartość materialną mają obecnie na pewno dawne powielaczowe wydania drugiego obiegu Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA, ale te trzymam zabezpieczone przed zniszczeniem i nie pożyczam nikomu. Ale to już materiał na inny wpis.  Tymczasem bawię się w zgadywankę "co cenzor miał na myśli". 

sobota, 2 lipca 2022

Portret pisarza

      Zdzisław Najder opracowując wybór korespondencji nadał jej tytuł "Conrad wśród swoich", ale uważam, że lepszy byłby inny: "Conrad w oczach swoich najbliższych".  Zbiór zawiera bowiem listy najbliższej rodziny, krewnych, przyjaciół Conrada oraz wspomnienia o nim. Nie ma listów samego Conrada.  Jedno jakieś pokwitowanie. Są listy pisane do niego oraz do innych osób o Conradzie wspominające. W ten sposób patrzymy na  Conrada oczami autorów listów,  ich sposób widzenia i przede wszystkim emocje łączące ich z głównym adresatem, czyli najpierw małym Konradkiem, a później kapitanem statku i pisarzem osiadłym w Anglii i tam zdobywającym renomę. Wyjątek stanowią dwa teksty: krótki "Memoriał Josepha Conrada-Korzeniowskiego w sprawie polskiej" oraz artykuł Elizy Orzeszkowej "Emigracja zdolności", w którym ostro ocenia fakt "ucieczki" Konrada od spraw polskich i pisania po angielsku. 

      Obszerna część pierwsza to przede wszystkim listy rodziców małego Konradka: Ewy z Bobrowskich Korzeniowskiej i Apolla Nałęcz Korzeniowskiego. Najpierw Ewa Korzeniowska ze swoich rodzinnych stron na Podolu pisze listy do męża, przebywającego w Warszawie. Apollonowi grozi aresztowanie, nie może wracać do domu, żona szykuje się do przeprowadzki do niego wraz z małym Konradkiem. Piękne słowa miłości, troski i ufności w przyszłość sprawiają, że listy są wzruszające. Dowiadujemy się z nich jak wyglądało życie Polaków pod zaborem rosyjskim, gdy powodem aresztowania mogło być śpiewanie pieśni patriotycznych w kościele. Po wyjeździe Ewy Korzeniewskiej z synem do męża do Warszawy nastąpiło dramatyczne aresztowanie Apollona, a następne skazanie obojga na przymusowe osiedlenie w Permie u podnóża Uralu. Jednakże w międzyczasie decyzja zostaje zmieniona i zostają wysłani do Wołogdy.  Mały Konradek ma wtedy 4 lata. Tu rozpoczyna się kolejna pula listów, tym razem pianych przez Apollona Korzeniowskiego do krewnych i przyjaciół. Opisuje w nich warunki pobytu na zesłaniu,  problemy zdrowotne żony, która zmarła w Czernihowie, dokąd pozwolono Korzeniowskim się przenieść w 1863 r. Konrad traci matkę mając osiem lat, ojciec odtąd wiele uwagi w listach poświęca synowi, martwiąc się o jego kształcenie i przyszłość. Ciekawie się czyta fragmenty mówiące na przykład o metodzie uczenia syna języków obcych. Z domowej edukacji Konrad wyniósł świetną znajomość francuskiego. Wkrótce zostają rozdzieleni, gdyż ze względu na chorobę mały Konrad trafia pod opiekę krewnych i dopiero po powrocie Apollona z zesłania ojciec i syn znowu zamieszkują razem. Najpierw we Lwowie, później w Krakowie, gdzie schorowany Apollo umiera 23 maja 1869 r. Konrad Korzeniowski w wieku niespełna dwunastu lat zostaje sierotą. Odtąd opiekę nad nim sprawują krewni z rodziny matki - Bobrowskich, w tym szczególnie wuj Tadeusz Bobrowski.

       Listy Tadeusza Bobrowskiego naświetlają stosunki między nim a siostrzeńcem w dosyć burzliwym okresie, gdy młody Konrad postanawia zostać marynarzem. Początkowe kroki na tej drodze nie zadowalają Bobrowskiego, który zdobywa się na długą listowną tyradę, w której rozlicza Konrada z grzechów młodości, trwonienia pieniędzy, awantury i próbę samobójczą.  Grozi, że przestanie finansować jego fanaberie i spłacać długi. W innym liście jednak, do kogo innego pisanym, przyznaje, że gdyby chodziło o jego własnego syna, to faktycznie tych długów by za niego nie płacił, ale do siostrzeńca ma jakiś inny szczególny stosunek i przez pamięć o swojej siostrze jest dla niego bardziej pobłażliwy.  Wspierał go do końca życia, z wielką radością i entuzjazmem przyjmuje wiadomość o zdaniu egzaminu na stopień kapitana brytyjskiej marynarki handlowej, cieszy się, gdy Konrad przyjeżdża po latach w odwiedziny. 

      Są jeszcze wspomnienia różnych osób,  przede wszystkim krewnych, jak Anieli Zagórskiej, tłumaczki jego powieści. We wspomnieniach tych Conrad jawi się jako człowiek nieco zagadkowy. Serdeczny, życzliwy, gościnny, ale też popadający w stany melancholii, niezbyt wylewny. Z jednej strony niezwykły gawędziarz, który fenomenalnie umiał opowiadać o swojej egzotycznej przeszłości, a z drugiej skrywający wiele tajemnic, których nie chciał zdradzać przed nikim. Nienawidził Rosjan do tego stopnia, że nie chciał podawać im ręki, z pewną redakcją zerwał współpracę, bo nie chciał współpracować z zatrudnionym w niej Rosjaninem. Był skrajnym pesymistą jeśli chodzi o wiarę w możliwość odzyskania przez Polskę niepodległości. Wyzwolenie więc Polski spod zaborów i pojawienie się kraju ojczystego na mapie było dla niego zaskakujące i silnie wstrząsające. Podobno rozmyślał o przeprowadzeniu się na stałe do Polski. 

      W całej książce nie ma listów samego Conrada.  Jest to więc portret, a raczej szereg portretów,  od dzieciństwa począwszy, kreślonych przez osoby, które w różnych etapach życia miały na niego wpływ lub zetknęły się z nim już jako znanym pisarzem. Są to wizerunki bardzo subiektywne, ale szczere pod względem emocjonalnym. Jedyny negatywny obraz znajduje się w artykule Eliza Orzeszkowej "Emigracja zdolności", w którym pisarka uznaje angielskojęzyczną twórczość Conrada  wręcz za zdradę polskości. Ale Orzeszkowa Conrada nie znała osobiście. Nikt, kto go znał, nie czynił mu takich wyrzutów.  Niemniej opinia ta mocno Conrada wzburzyła i oburzyła, gdyż nawet nie zgodził się, żeby Aniela Zagórska podrzuciła mu do czytania "Nad Niemnem". 

      Refleksja poza tematem, jaka pojawia się w trakcie lektury, dotyczy samej istoty epistolografii jako rodzaju komunikacji międzyludzkiej. Kiedyś ludzie po prostu umieli pisać listy. Osobiste, prywatne, życzliwe, pełne troski i zaufania. Z drugiej strony pisali - jak Bobrowski do młodego Konrada - w celach wychowawczych, stosując środki perswazji i dydaktyki. Patrząc na dzisiejszy zanik tej umiejętności, czuje się żal, że właściwie nie ma dzisiaj do kogo pisać prawdziwych listów. W smutnym żyjemy świecie, w którym nie ma ani okoliczności, ani adresata, do którego można by napisać: "Mój drogi, może i czasu Ci zabraknie na czytanie tego listu, a ja skończyć nie mogę. Jak oderwę się od Was, taki samotny zostanę, że nie miejcie mi za złe, iż bez granic gawędzę".

czwartek, 3 marca 2022

"Niebo na wschodzie stanęło w krwawej purpurze..."

        Józef Łobodowski w "Złotej hramocie" nawiązuje do ukraińsko-wołyńskiej szkoły poetyckiej. Widać to w nawiązaniach do twórczości Malczewskiego, Goszczyńskiego, Zaleskiego, Słowackiego i innych. Szczegóły topograficzne wywołują w wyobraźni miejsca, nazwiska i skojarzenia: Ławra Peczerska, Krzemieniec, Czehryń, Dniepr i Słucz; Wernyhora, Taras Szewczenko, pani Salomea, Sawa i smutna Oksana. Wołyń dla Łobodowskiego stał się drugą ojczyzną wybraną, mimo że urodził się na Suwalszczyźnie. Ojczyzną trzecią, gdzie zmarł będzie później Hiszpania. Tymczasem jednak w latach 30. przenosi się do Łucka, gdzie zakłada czasopismo "Wołyń". W tym czasie pisze wiersze, które po latach znajdą się we wspomnianym na początku wpisu tomiku "Złota hramota" wydanym w Paryżu w 1954 r. 

       Poza tradycją romantycznej poezji kresowej, zgodnie z duchem czasu, w wierszach Łobodowskiego silnie obecne są nastroje katastroficzne. Poeta sięgnął po tę nutę w świadomym nawiązaniu do Ujejskiego, wydając w 1941 roku tomik "Z dymem pożarów", gdzie zawarł doświadczenie wojny, emigracji i tęsknoty. I tutaj także pojawiają się liczne odwołania romantyczno-kresowe, wołyńskie, ukraińskie. Ostatecznie całe swoje przywiązanie do kresowej ojczyzny Łobodowski zawarł w poemacie "Pieśń o Ukrainie" (1959) pisanym już z perspektywy długoletniego emigranta. Spojrzenie wstecz nie napawa radością: "Oglądam się na trupy tylu lat", zastanawia się jak "znów Dniepr i Wisłę związać pieśni stułą". 

      Historia lubi zataczać koła, stąd to, co mogłoby się wydawać zastanawiającym proroctwem, być może po prostu jest wynikiem szczególnej poetyckiej wrażliwości wyostrzonej na zjawiska niosące ponadczasowy sens:

"Na wesele wyszedłeś, a hulałeś na stypie

i rzuciła się krew z korowaja."

.................................................

"Dawna ojczyzno nasza, matko Ukraino,

Ukrzyżowana i  strzępy rozdarta."

       W przeciwieństwie do Łobodowskiego, który Kresy, a szczególnie Wołyń, wybrał sobie na duchową ojczyznę, Jan Śpiewak urodził się w samym ich centrum w zadnieprzańskiej wsi, a dzieciństwo spędził w Chersoniu - dzisiaj wymienianym na wszystkich portalach informacyjnych. Gdy miał 12 lat, jego rodzina zamieszkała w Równem, które stało się pierwszą małą ojczyzną opiewaną w poetyckiej twórczości.  Tam też poznał Łobodowskiego oraz innych twórców wołyńskich. Jego debiutancki tomik nosił tytuł "Wiersze stepowe" (1938) i zawierał opis stepu z pogranicza realnej przestrzeni, snu i wyobraźni. Pejzaż jest zarazem realny i mentalny, duchowy. Obrazy, a może raczej wspomnienia Dniepru, Horynia, stepu ewokują jakiś wewnętrzny niepokój, przeczucie smutku, kresu i bolesnej przeszłości: "Obolała, okrwawiona źrenica broni się, nie chce i nie może odsłonić drzazgi lat, które tam nieustannie krwawią", pisał we wspomnieniach w 1965 r. O ile Równe, często przez niego portretowane, było miastem jego rodziców, o tyle dzieciństwo spędzone w Chersoniu Śpiewak opisał w eseju "Narodziny słowa".  Oba światy zasnuła wojna, zamykając drzwi do przeszłości:

"Dniepr falami się znosi, wiatr łagodny i senny

sypie śnieg aż po skronie. Wyją, wyją syreny.

(.............)

Gdzie ty, mamo? Nic nie ma. Tylko grom. Błyskawica.

sobota, 29 stycznia 2022

Sześć harwardzkich wykładów Borgesa

      W wieku 68. lat powiedział do słuchaczy na wkładzie wygłoszonym w Harvardzie: "Poświęciłem większość życia literaturze, a mogę przekazać tylko wątpliwości". Dzielenie się nimi zajęło kolejnych pięć wykładów, z których ostatni Jorge Luis Borges (1899 - 1986) wygłosił 10 kwietna 1968 r. Dopiero w roku 2000 taśmy z nagranymi wykładami zostały odnalezione w uniwersyteckiej bibliotece i opublikowane przez uczelnię. Czytanie ich po latach sprawia niesamowitą przyjemność podążania niezwykłymi ścieżkami skojarzeń i fascynacji wielkiego argentyńskiego pisarza, poety, eseisty, a także wybitnego myśliciela. 

     Sześć harwardzkich wykładów zawiera kwintesencję poglądów Borgesa na temat poezji. Sedno tkwi w zacytowanej frazie "tylko wątpliwości".  Jednakże Borges na zakończenie wygłosił także swoje poetyckie credo, w którym wyznaje: "Wierzę tylko w aluzję".  Jest to konsekwencja wcześniejszej konstatacji autora, który uważał, że bycie pisarzem oznacza bycie "wiernym swojej wyobraźni". W innym miejscu Borges używa metafory snu jako kategorii decydującej o literackości dzieła. W każdym razie chodzi o to, że to, co chcemy nazywać literaturą, nie powinno być literalnym zapisem realiów, lecz wizją,  aluzją, sugestią, której odczytanie jest zadaniem czytelnika. Opis, opowiadanie, powieść to nie odwzorowanie, lecz metafora rzeczywistości. Nie przypadkiem więc jeden z wykładów Borges poświęcił właśnie metaforze. 

      Materiałem ilustracyjnym w wykładach są liczne i bardzo różnorodne cytowane (z pamięci!) przez Borgesa fragmenty utworów od starożytnego Homera po współczesnego Joyce`a, od poezji angielskiej, przez skandynawską,  po hiszpańską, od myślicieli chrześcijańskiej Europy po filozofów hinduskich.  Czasem zdobywa się na zabawne komentarze, jak o wierszach boliwijskiego poety Ricarda Jaimesa Freyre, które są "w piękny, absolutnie rozkoszny sposób pozbawione sensu". Jeśli zaś chciałoby się znaleźć potwierdzenie zacytowanych na początku wątpliwości, do których Borges tak szczerze się przyznaje, najlepszym przykładem jest zdanie: "Sądzę, że zgadzam się ze Stevensonem, ale myślę, że moglibyśmy chyba wykazać, iż się myli". 

     Niemniej znajduję w tych wykładach, mimo że miały w założeniu być teoretycznymi rozważaniami o literaturze, pokłady czystej poezji. Raz ze względu na cytowane perełki z licznych autorów znanych, jak Homer, Vogelweide, Keats, Yeats, Byron, Whitman, Hafiz, Tennyson, Frost, i mnie przynajmniej nieznanych, jak ów Freyre, Rossetti, Lugones, Meredith, Browning i tylu innych, o których nie mam bladego pojęcia. Borges uspokaja ewentualne wyrzuty sumienia z powodu tejże ignorancji, gdyż to nie autorzy ostatecznie zapadają w pamięć, lecz ich utwory, bohaterowie, opowieści, anegdoty... W zabawnym fragmencie wykładu "Myśl i poezja" zaczyna wymieniać swoich przyjaciół: Don Kichot, pan Pickwick, pan Sherlock Holmes, doktor Watson, Hucleberry Finn, Peer Gynt... "Nawet gdyby mi ktoś powiedział, że nigdy nie doszło do tych wydarzeń, nadal bym wierzył w Don Kichota, jak wierzę w osobowość jakiego przyjaciela". 

     Jeśli zaś podążyć za przewrotną myślą Borgesa, okaże się, że bycie czytelnikiem jest znacznie ważniejsze niż bycie pisarzem. Wręcz nie można zostać pisarzem, nie będąc czytelnikiem: "Uważam się zasadniczo za czytelnika. Jak wiecie, ośmieliłem się pisać; ale uważam, że to, co przeczytałem, jest znacznie ważniejsze niż to, co napisałem. Bo czytasz to, co chcesz, lecz nie piszesz tego, co byś chciał, tylko to, co możesz". Powiedział to jeden z najwybitniejszych autorów XX wieku, od dzieciństwa dwujęzyczny (hiszpańsko-angielski), maturę zdawał w liceum francuskojęzycznym, niemieckiego nauczył się sam ze słowników... Autor "Powszechnej historii nikczemności". 

wtorek, 21 września 2021

Wielkie umysły

       Można się z nimi nie zgadzać, można - i to zdarza się częściej - ich nie rozumieć, ale nie sposób odmówić im pewnej cechy wspólnej: malowniczości. Niektórzy nazywają to oryginalnością, ale oryginalność nie zawsze jest malownicza, a czasami jest wręcz nieznośna. Mnie zaś chodzi o sympatyczną malowniczość, będącą skutkiem czy przejawem? a może funkcją osobowości tak pochłoniętej naukową pasją, że zanika w niej to, co zwykłym śmiertelnikom często spędza sen z powiek i prowadzi do frustracji: przejmowanie się tym, co pomyślą inni. Dlatego ich podziwiamy, chociaż najczęściej nie rozumiemy, o czym mówią. Ale nawet gdy nie rozumiemy, można ich słuchać bez końca. To bywa ożywcze. Nasze szare komórki próbują nadążać. Już, już mamy wrażenie, że wiemy, o co chodzi, ale wówczas sprowadza nas na ziemię brutalnie szczere rozczarowanie: "Jeśli sądzisz, że rozumiesz mechanikę  kwantową, świadczy to jedynie o tym, że nie znasz jej podstaw" (Niels Bohr, fizyk, laureat Nagrody Nobla, przyczynił się do rozwoju mechaniki kwantowej). 

     Książka Johna Horgana "Koniec nauki" w założeniu autora prezentuje stan rozwoju kluczowych dziedzin: fizyki, kosmologii, nauk społecznych, filozofii, biologii ewolucyjnej, neurobiologii i kilku pokrewnych. Czytamy w niej o koncepcjach, teoriach naukowych, sprzecznościach między nimi i wewnątrz nich, sporach między samymi naukowcami, ich wątpliwościach i niedorzecznościach. O niektórych owych teoriach wiemy coś niecoś jeszcze ze szkoły, inne pojawiły się później, o jeszcze innych nie słyszeliśmy nic. Oczywiście jest to zaledwie streszczenie pewnych etapów i punktów stycznych bądź zgoła sprzecznych, niemniej można poczuć się jak w wielkim tyglu naukowej światowej dysputy. Przy okazji jednak poznajemy mnóstwo niezwykłych osobowości, Horgan bowiem opowiada o swoich spotkaniach z plejadą naukowców współczesnego świata. Ci z kolei czasami wspominają także z własnej biografii spotkania, rozmowy, kontakty z jeszcze innymi, swoimi mistrzami. Powstaje galeria postaci, prezentacja niezwykłości. Oryginałów? Zapewne. Ale jak nudna byłaby historia nauki, gdyby ci, którzy ją rozwijają, sami nie byli tak malowniczymi postaciami.

     Na początek z własnych wspomnień przywołam pewnego profesora logiki (przemilczę nazwisko), który miał zwyczaj wygłaszać wykłady z zamkniętymi oczami. No bo po cóż mu było patrzeć  na nasze twarze, na których malowało się zapewne pełne konsternacji niezrozumienie i przerażenie, bo przecież trzeba będzie za kilka miesięcy zdać z tego egzamin. Może to lepiej, że nam się za bardzo nie przyglądał.

      Horgan podobnych spotkań i doświadczeń nagromadził i opisał o wiele więcej.  Nie wiem, czy na pierwszym miejscu nie powinien się znaleźć Feyerabend. Po pierwsze, był nieuchwytny, chociaż stale aktywny w sieci. Związany z Uniwersytetem w Berkeley, miał tam telefon, z którego mógł wszędzie zadzwonić, ale nie można było dodzwonić się do niego. Przyjmował zaproszenia na konferencje, na których się potem nie zjawiał. Przez pocztę elektroniczną rozsyłał zaproszenia do kolegów, a kiedy zjawiali się u drzwi jego gabinetu, zastawali drzwi zamknięte.  Kiedy po mozolnych poszukiwaniach Horgan wreszcie dotarł do osoby, która mogła mu powiedzieć, gdzie naprawdę Feyerabend przebywa, okazało się, że.... mieszka w Szwajcarii niedaleko Zurychu. Odręcznie wyrażoną zgodę na spotkanie uczony przysłał ze swoim zdjęciem, na którym stał w kuchennym fartuchu przy zlewie myjąc naczynia. W podpisie ujawniał, że to jego ulubione zajęcie. Od razu  polubiłam gościa. Tymczasem w dalszej części książki, gdzie Horgan szczegółowo opisuje, jak przebiegało spotkanie, okazuje się, że żona zdemaskowała Feyerabenda. Owszem, naczynia zdarza mu się myć, ale od święta. Trudno uznać, że to jego ulubione zajęcie. I jak tu wierzyć naukowcom?  Niemniej i tak go lubię, ponieważ w młodości uczył się śpiewu operowego i zamierzał zostać śpiewakiem. No nie wyszła mu ta kariera operowa, bo mu czasu zabrakło, ale śpiewać umiał. To filozofia stała się jego głównym motorem życia, a najbardziej kochał książki. Gdy został ranny podczas wojny i groziło mu kalectwo, był zachwycony: " Ach, będę na wózku inwalidzkim jeździł tam i z powrotem wzdłuż półek z książkami". Na szczęście, czy też ku rozczarowaniu młodego adepta filozofii, wizja ta się nie spełniła. 

      Nie mniejsze przeszkody musiał Horgan pokonać, chcąc spotkać się z Popperem. O wiele łatwiej i szybciej udało się go namierzyć w jego domu w Kensington, dzielnicy Londynu, ale do spotkania od razu nie doszło. Na straży spokoju sędziwego już wówczas filozofa stała gospodyni, pani Mew. Zanim ustaliła datę podała Horganowi listę lektur, książek Poppera, które powinien przeczytać, żeby się przygotować do spotkania. Horgan nie zdradza, czy go później z tych lektur przepytała. Samo spotkanie miało trwać najwyżej godzinę, ponieważ "sir Karl" jest zmęczony. No i okazało się, że ten zmęczony dziewięćdziesięcioletni filozof tak się rozgadał, że na początku nie dopuścił swego rozmówcy do głosu, żeby mógł mu zadać przygotowane pytania, a kiedy już mu na to pozwolił,  w pewnej chwili wypalił: "Nie chcę pana urazić, ale to jest głupie pytanie", co i tak było grzeczne, gdyż swoich przeciwników w dyskusjach naukowych traktował  bardziej obcesowo. Z projektowanej godzinnej rozmowy zrobiło się ponad trzy, podczas których Popper gadał, cytował, krytykował,  zżymał się, wymachiwał artykułami, zgrzytał zębami, a gospodyni kazał szukać pewnej swojej książki, której ostatni egzemplarz - jak się później okazało - komuś podarował i nie pamiętał komu. 

      Spotkanie w gabinecie Sheldona Glashowa, który był szefem Wydziału Fizyki na Uniwersytecie Harvarda, porównuje Horgan do wizyty w zakładzie pogrzebowym. Wpłynęła na to okoliczność zakończenia finansowania przez rząd Stanów Zjednoczonych budowy nadprzewodzącego superakceleratora, dzięki któremu miano prowadzić badania nad fizyką cząstek. Inny fizyk cząstek elementarnych, Edward Witten, zanim zgodził się na udzielenie wywiadu poprosił Horgana o przysłanie jakiegoś już opublikowanego artykułu czy wywiadu. Horgan wysłał kilka. Gdy już doszło do spotkania,  Witten zaraz na wstępie, machając jednym z otrzymanych wywiadów, rozpoczął wykład na temat "tandetnej etyki dziennikarskiej" Horgana.  Mogłoby się wydawać, że zajmowanie się fizyką cząstek elementarnych dodaje człowiekowi wigoru. John Wheeler w wieku osiemdziesięciu lat gardził windą i wręcz biegał po schodach. Twierdził, że "windy są ryzykowne".  Miał chyba na myśli, że są awaryjne.  Ten specjalista od niewytłumaczalnych zjawisk świata fizyki zwykł powtarzać aforyzm: "W miarę jak rozrasta się wyspa naszej wiedzy,  powiększa się wybrzeże naszej niewiedzy". 

        Dzisiejszą listę dziwaków, oryginałów, osobowości malowniczych zamyka Andrej Linde, fizyk teoretyczny, kosmolog,  a ponadto... karateka. Podczas udziału w pewnym sympozjum naukowym w Szwecji i wypiciu kilku drinków rozwalił jednym uderzeniem karate skałę, a potem zrobił salto mortale w tył i na wyciągniętej dłoni położył dwie zapałki, z których jedna zaczęła dziwnie podskakiwać i drżeć. Na pytanie, co się dzieje, odpowiedział: "kwantowa fluktuacja".  No i weź rozmawiaj z takim!

piątek, 2 lipca 2021

Dawne źródła współczesności

       Słowo "polityka" zadomowiło się we wszystkich językach obrastając wieloma wyrazami pokrewnymi i tworząc rozliczne odgałęzienia olbrzymiej słowotwórczej rodziny. Większość europejskich języków wyrastając z pnia rodzimych dialektów, konsolidowała się pod silnym wpływem łaciny, pełniącej w średniowieczu rolę języka międzynarodowego, języka nauki i działalności politycznej. Tylko że wówczas punktem odniesienia był język grecki, z którego czerpano wzorce tak działalności politycznej, jak i języka, np. języka dyplomacji. Jedni czytali greckie oryginały, inni szukali w nich inspiracji, a jeszcze inni zaczynali, jak Petrarka tworzyć w ojczystych dialektach. Wilhelm z Moerbeke,  (1215 - 1286) dominikanin, arcybiskup Koryntubył jednym z największych tłumaczy swojej epoki. Przede wszystkim tłumaczył na łacinę Arystotelesa, niemniej pisał komentarze także do innych autorów greckich, jak Platona, Temistiusza, Aleksandra z Afrodyzji, Archimedesa, Ptolemeusza i innych. Walter Ullmann twierdzi, że to on właśnie, tłumacząc Arystotelesa, po raz pierwszy przełożył z greckiego na łacinę termin, którym posługujemy się dzisiaj powszechnie: politeuein (gr.) - politizare (łac.) - politykować. 
       Wilhelm z Moerbeke na pewno przetłumaczył Arystotelesowską "Fizykę",  "Politykę", "Retorykę" i "Metafizykę". Współczesne analizy wykluczają aby przetłumaczył także "Etykę nikomachejską". Niemniej ranga Arystotelesa jako autorytetu we wszelkich dziedzinach naukowych dociekań od wieków średnich (XI - XIV) przejawiała się w nazywaniu go Filozofem bez podawania imienia. Wiedziano o kogo chodzi, a jego dzieła stanowiły probierz prawdy niemal ostatecznej, skoro Walter Wimborne z Cambridge głosił ex cathedra, że na Sądzie Ostatecznym Bóg będzie rozmawiał ze zbawionymi duszami o "Etyce nikomachejskiej".  
       Arystoteles mógł ogarniać umysłem całą dostępną wówczas ludzkości wiedzę, pozostawiając na wieki swoje opus magnum. Jeszcze w epoce renesansu pojawiały się wielkie wszechstronne umysły, jak Leonardo da Vinci. Postęp jednak rozszczepił naukę na szereg wąskich specjalności. Niemniej matematyka pozostała podstawą myślenia i jest uniwersalnym językiem także dla fizyki i nauk przyrodniczych. Jeśli zaś pozostać przy perspektywie transcendentnej, rodzi się pytanie, czy jest to także uniwersalny język istnienia. Tak jak franciszkanin z Cambridge, Wimborne, uznał, że "Etyka nikomachejska" jest tym uniwersalnym boskim językiem, w którym wyraża się Bóg, tak dziś np. Michał Heller (prezbiter, teolog, laureat Nagrody Templetona) w podobnym tonie twierdzi, że Bóg myśli matematycznie.  
       Bardziej niż dociekanie boskiego języka współczesnych ludzi zajmuje analiza ludzkiego postępowania. Nauki psychologiczne obwarowały człowieka murem zmiennych czynników decydujących o jego postępowaniu. W powszechnym codziennym życiu akceptujemy fakt, że wahania nastroju, nasze emocje, nieoczekiwane zachowania mogą być wynikiem zaburzonej gospodarki hormonalnej lub deficytów neurologicznych. Ale to Otton z Fryzyngi (1111 - 1158), także biskup zresztą, po raz pierwszy posłużył się medyczną wiedzą o człowieku w wyjaśnianiu jego postępowania z przeszłości. Rewolucyjnie jak na swoje czasy, postępowanie  człowieka  powiązał z jego fizjologią. 
       Późnośredniowieczne pochylenie się nad historią ludzkości zaowocowało nawet pierwszą koncepcją ewolucji form świata w połączeniu z ewolucją kondycji człowieka. Innymi słowy, fizyczna strona człowieka zmienia się pod wpływem świata, a ten z kolei decyduje o z mianach w otaczającym go świecie i tak dalej. Nieustannie toczy się koło wzajemnych zależności. Także zależności naszego myślenia i naszych czasów od wieków minionych. Nihil novi sub sole.
        

niedziela, 8 listopada 2020

Dwa proroctwa, czyli o trafności spostrzeżeń

     Nie są to może główne myśli czytanych obecnie przeze mnie tekstów, ale czasami na marginesie wiodącego tematu pojawiają się zdania, które z perspektywy czasu okazują swoją istotną wagę. O tematach głównych będzie jeszcze mowa. Tymczasem zaś dwa cytaty.

1. "Od dawna już prasa utraciła ambicję informowania, kontentując się dostarczaniem czytelnikowi rozrywki dla osłodzenia nieuniknionej w gazecie codziennej sieczki wiadomości oficjalnych" 

Jerzy Stempowski, tekst napisany 70 lat temu

(UWAGA! Zamiast słów: "prasa", "czytelnikowi", " w gazecie" proszę wstawić: "publikatory/ mass media", "odbiorcy" i "w telewizji/ w internecie")

2. "Gdyby Europejczycy zajmowali się jak my wypasaniem kóz i nie mieli innych kłopotów, mogliby być może patrzeć pogodnie w przyszłość. Administracja tak wielkich bogactw i złożonych przedsiębiorstw wymaga jednak pewnej inteligencji, której tu nigdzie nie mogę się dopatrzeć. Dlatego myślę, że Europa stoi na progu bezprzykładnej katastrofy i że wszyscy zginiecie marnie, niesławnie jak zwierzęta idące pokornie pod nóż" 

Mahmud Tarzy, teść emira Afganistanu, rok 1923



niedziela, 11 października 2020

Takie tam... pozbierane

      Ryszard Koziołek pisze o wszystkim. Od Sienkiewicza, Kraszewskiego, Malewskiej, Bieńczyka, po Boba Dylana. A po drodze Parnicki! O powieściach, których jeszcze nie przeczytałam, więc przeczytać muszę. Nie ma znaczenia, że w eseju o powieści historycznej fragment o Parnickim zajmuje zaledwie jeden akapit. Jest to najlepsza jego część: "U Parnickiego  nie wolno ufać czytanym słowom. Postacie kłamią, przeinaczają, ukrywają swoją tożsamość. Czytelnika nie wspomaga  żaden wiarygodny narrator. Obraz historii musimy zbudować sami". Skąd ja to znam?! 

     O, przepraszam, o Parnickim są jednak dwa akapity. Niewiele to zmienia, gdy obok znajdują się rozważania o "Trylogii" Sienkiewicza, "Drachu" Twardocha, "Księgach Jakubowych" Tokarczuk czy "Koronie śniegu i krwi"Cherezińskiej. Z nich wszystkich wybieram... wiadomo, kogo, chociaż nikt jeszcze tam mi nie zachwalał powieściopisarstwa Twardocha jak Koziołek właśnie (chociaż największe peany pisze o Bieńczyku). Mimo to nie zdecyduję się jeszcze do niego zajrzeć. Na razie cudze opinie w zupełności mi wystarczają. 

     Wierzę, wierzę na słowo, że to dobra proza, ale są lepsze rzeczy do przeczytania niż literacka próba zrozumienia śląskiej mentalności.  Na przykład proces myślowy szachisty, brydżysty, pokerzysty już niekoniecznie. Nie, nie chodzi mi o "Gracza" Dostojewskiego, a o szachowych arcymistrzów. Największy z nich, uznawany za fenomen współczesności, nie przegrawszy ani jednej partii od dwóch lat, dwóch miesięcy i dziesięciu dni właśnie został pokonany przez Polaka! Jan Krzysztof Duda pokonał Magnusa Carlsena w klasycznej partii szachów (w maju pokonał go też w partii błyskawicznej, ale to w klasycznych Carlsen był niekwestionowanym dominatorem od ponad dwóch lat, nie przegrawszy pod rząd aż 125 partii). To było wczoraj w turnieju Altibox Norway Chess w Stavanger. Carlsen jest Norwegiem, więc grał u siebie. Jest aktualnym mistrzem świata i liderem rankingu FIDE, który kończy się pod koniec roku walką o mistrzostwo. 

     Carlsen był drugim najmłodszym arcymistrzem w historii szachów - tytuł otrzymał w wieku czternastu lat. Był też najmłodszym liderem światowego rankingu. W 2010 roku uzyskał zwycięstwo w meczu przeciwko szachistom z całego świata (tak, tak, on jeden a naprzeciwko reszta świata). Tytuły mistrza świata w partii klasycznej zdobywa gdzieś od 2013 roku, trudno się doliczyć, tyle tego było. Słowem, komputer a nie człowiek. Obecnie trzydziestoletni Norweg jest więc najbardziej utytułowanym szachowym arcymistrzem. Nasz dwudziestodwuletni Jan Krzysztof Duda zajmuje 17. pozycję w światowym rankingu i ma ambicje na więcej. Jego aktualny bilans rozgrywek z Magnusem daje po temu nadzieję: dwa remisy i dwa zwycięstwa. 

     Wiem, wiem, od wczoraj wszystkie portale informacyjne mnożą sensacyjne tytuły z Igą Świątek. Wszędzie jej nazwisko wisi na pierwszym miejscu po kilkanaście razy: na czerowno i na zielono. O zwycięstwie szachowym też była informacja - jedna na stronie. A dzisiaj znikła. Trzeba sięgnąć do archiwum. 

poniedziałek, 28 września 2020

Naprawdę ciemne głębokie średniowiecze?

      Koronny przykład ciemnego średniowiecza - płonące stosy. A już płonące na nich czarownice to woda na młyn współczesnych "wiedźm", czyli postępowych coachów (coachinek???) od uwalniającej jogi, wzmacniającego oddechu, satysfakcjonującego seksu, celebrowania jedzenia i mistycyzmu doskonałego porządku w mieszkaniu. Dosyć upraszczające rozumienie wiedźmowatości sprowadzone do instrukcji trenerek personalnych uważających się za spadkobierczynie potępianych i palonych na stosach czarownic jako ofiar patriarchalnego społeczeństwa i opresyjnej religii. Niestety, ku rozczarowaniu pań, żadnej z nich w średniowieczu by nie spalono. Tak jak nie spalono żadnej czarownicy w IX, X, XI, XII, a nawet XIII wieku. 

     W czasach głębokiego średniowiecza, pod panowaniem Karola Wielkiego prawo longobardzkie nie przewidywało żadnej kary dla kobiety pomawianej o czary chociażby z tego powodu, że autorzy chrześcijańscy głosili, że żadne czary nie istnieją. Nie dosyć na tym, otóż w konforntacji dwóch stron to oskarżyciel musiał się nieźle bronić, bo jeśli dowiedziono, że kłamie i po prostu rzuca pomówienia na niewinną kobietę, a tym samym na jej rodzinę, musiał ponieść za to surową karę. Ponadto wiara w istnienie czarów uznawana była za inspirację diabelską. Stąd też kościelono-państwowe prawo karolińskie w zasadzie samego oskarżającego o czarnoksięstwo uznawało za podejrzanego o pogaństwo. 

     Źródło bizantyjskie przypisywane Janowi Damasceńskiemu (VII/VIII w.) wyjaśniając znaczenie nazwy "striga/strija" (absolutnie nie mające nic wspólnego ze słowiańską strzygą) co prawda zawiera opisy takich czynności jak latanie na miotle, przenikanie ciałem lub tylko duchem do zamkniętych pomieszczeń i inne tajemnicze umiejętności "czarownic", ale zarazem autor owego dzieła stanowczo oświadcza, że są to bzdury, w które prawdziwemu chrześcijaninowi nie wolno wierzyć. Biskup Wormacji Burchard  (X/XI w.) zdecydowanie zaprzecza istnieniu inkubów i sukkubów - męskich i żeńskich demonów, z którymi mogliby ludzie współżyć seksualnie. Przekonania te uważa za niezgodne z nauką Kościoła i chrześcijańską wiarą.  W tym samym czasie na Węgrzech Stefan I Święty zwalczając pogańsko-szamańskie pozostałości jeszcze uwzględnia w prawie możliwość sądzenia kobiet oskarżanych o czary, ale jak ten sąd wygląda???? Oskarżona zostaje odesłana do księdza, a ten nakazuje pokutę i każe jej iść do domu. To wszystko. Żadnych tortur, żadnego palenia na stosie. Jednakże już kolejny władca Koloman definitywnie stwierdza, że czarownicy nie istnieją, są to tylko rojenia i wymysły prostych, nieuczonch i pogańskich umysłów, dlatego to nie rzekomi czarownicy i czarownice będą sądzeni, lecz ich oskarżyciele.

       I Synod w Ostrzyhomiu (1100 r) zarządza, że to oskarżyciel musi ponieść karę, jeśli nie udowodni swego oskarżenia o czary rzuconego na kogoś. Z kolei podobnie jak za Stefana rzekomy czarownik jako karę po prostu odprawia nakazaną pokutę. Znajdujemy z różnych krajów i miejscowości opisy takiej pokuty. Np. wejście do kościoła z zapaloną świecą i posty w wigilie świąt  maryjnych.  W 1410 roku w Krakowie pewien czarownik Mikołaj został skazany na większą karę, bo zostaje wygnany z miasta. Nadal jednak nie zapłonął stos. Jeszcze w XIII wieku papież Aleksander IV przestrzega, żeby Inkwizycja za bardzo nie mieszała się do spraw związanych z czarami, bo to nie przystoi ani duchownym, ani chrześcijaństwu. A żeby postawić kropkę nad "i", trzeba pamiętać, że Heinrich Kramer, autor z lubością przywoływanego przez krytyków średniowiecza "Młota na czarownice" (1487 r.) przez wiele lat miał - mówiąc kolokwialnie - na pieńku z przedstawicielami kleru, duchowieństwa i biskupami. Oskarżony o szerzenie głupot został wezwany przed sąd biskupi w Bressanone, gdzie jego teorie o spółkowaniu rzekomych czarownic z diabłem zostały  wyśmiane, a biskup Georg Golser po prostu wygonił go z miasta. 

       Skąd więc te płonące stosy tak utrwalone w powszechnej świadomości i nierozerwalnie związane ze średniowieczem jako symbolem zacofania? Najczęściej z wyobraźni. Czasami - trzeba przyznać - stosy płonęły, tylko że karano tak heretyków, to po pierwsze. Nie tak jednak często jak przedstawia się to w popkulturze dla masowego odbiorcy łaknącego krwi. Po drugie, kara palenia na stosie jest znacznie starsza niż chrześcijaństwo i katolicyzym i w wielu cywilizacjach pojawiała się jako forma samosądu. Nawet więcej, w piśmiennictwie średniowiecznym była uznawana za sprzeczną z chrześcijaństwem, gdyż w prawie karolińskim sam fakt spalenia ciała czarownicy czy czarownika uznawany był za godny kary czyn pogański. A już palenie - na drodze samosądów - domniemanych czarowników było surowo ścigane i potępiane.  Podobnie jako samosądy traktowano pławienie w rzece jako rodzaj kary lub sprawdzian niewinności.

       I tu dochodzimy do zadziwiającej zawiłości historii i ludzkich wyobrażeń. W okresie tego dawnego ciemnego rzekomo średniowiecza zbudowanego na opresyjnej religii patriarchalnej nie sądy biskupie karały śmiercią, lecz sądy świeckie. A sądy świeckie szły po prostu za głosem ludu, który z pokładów niewiedzy i strachu dążył do zracjonalizowania zagrożeń świata zewnętrznego. Najłatwiej bowiem zrzucić winę na kogoś za swoją chorobę, za śmierć dziecka czy za to, że krowa nie daje mleka. W 2003 r. pod Krakowem pewien rolnik złożył pozew przeciwko sąsiadce, która rozgłaszała, że jest on czarownikiem i rzucaniem uroków odbiera krowom mleko, a w roku 2006 pewna kobieta  spod Augustowa oskarżyła inspektorów Sanepidu, że rzucili urok na jej krowę, która po ich wizycie zachorowała, przestała jeść i zdechła. Czy to także średniowiecze? Nie, to XXI wiek. 

      Ciemne średniowiecze stało się figurą retoryczną wyjaśniającą trudne do zaakceptowania zachowania. Rzecz w tym, że jest to określenie stereotypowe i stereotyp utrwalające. Płonące stosy i polowania na czarownice nie były bowiem domeną średniowecza, lecz epoki późniejszej, uważanej za bardziej postepową i oświeconą. Jak pokazuje przykład Kramera, w II poł. XV wieku hierarchowie kościelni nie tak łatwo ulegali jego retoryce. Popularność dzieła Kramera wynikła z podatnego gruntu powstałego na styku ruchów reformacyjnych. Dzieło to po prostu przemawiało do masowej wyobraźni. A władza i wprowadzenie stosów do oficjalnego prawa? Cóż, władza, jeśli chce rządzić, zawsze musi się liczyć z głosem ludu, unikając buntu i rewolty, dostarczać chleba i igrzysk. Stosy były zaś igrzyskiem widowiskowym. Można powiedzieć, że jak dzisiejsze horrory dostarczały widzom okazji do poczucia strachu i fascynacji złem. Chichot historii polega na tym, że palenie na stosie i pławienie oskarżanych o czary w średniowieczu traktowane i karane jako akty samosądów, na dobrą sprawę dopiero w epoce późniejszej, renesansowej stało się usankcjonowanym prawem państwowym, tymczasem odium spadło na niewłaściwe wieki.    

piątek, 3 lipca 2020

Ślady na kamieniu

    Nowy tomik Haliny Graboś urzeka refleksyjnością i niewyszukaną prostotą. Wiersze zebrane i ułożone w ośmiu częściach prowadzą czytelnika od refleksji o kulturowej roli kamieni toczonych przez Syzyfów wszelkich epok, przez egzystencjalną refleksję o zmienności epok i wartości, po intymne i czułe pochylenie nad bliskimi sercu autorki. W poezji Haliny Graboś zawsze podziwiam umiejętność łączenia osobistego doświadczenia z uniwersalną refleksją.







Wzięłąm na siebie ryzyko przegranej
i wygranej
potrzebuję dużo fantów
w zasięgu ręki i wzroku same zbrakowane
okazy
ejże, a gdzie są szczęśliwe losy?
na dodatek ciągle przegrywam
(..............................)
chyba tkwi we mnie jakiś gen desperata, bo lubię
tę grę
dla jej irracjonalności
jeszcze nie zdążysz zagrać o wszystko, a już
koniec

      (Gra)

Na granicy jawy i snu, słońca i cienia, świata i odbicia w lustrze rozgrywa się egzystencjalny dramat życia jednostki świadomej ostatecznego końca, nieuchronnej śmierci. Nie ma tu jednak rozpaczy ani walki za wszelką cenę o każdy oddech. Czuje się filozoficzne pogodzenie z prawami natury i własnym losem, chociaż zawsze chciałoby się więcej. 

chcę zapamiętać świat z jego jasnej strony
jak wtedy gdy mamiły mnie
ptaki do lotu i różowiał horyzont

      (Marzenie)

Jedna z części tomiku nosi tytuł "Chce się żyć" i zgodnie z nim wiersze emanują radością istnienia, paradoksalnymi niespodziankami, jak w "Końcu świata", gdy okazuje się, że niespełniona przepowiednia końca świata powtarza się rok w rok tego samego dnia. Obok nieuchronnej drogi ku śmierci toczy się zwyczajne życie: dwanaście słoików konfitur z dzikiej róży, wysychająca sadzawka, powroty do swojskiego pejzażu, wizyty na sorze, doświadczenie przemijania i starości, gdy kobieta staje się  niewidzialna dla "mężczyzn na ulicy" stając się "przezroczysta dla dzieci i wnuków". 
      Przyglądając się światu i ludziom, bohaterka wierszy Haliny Graboś na różne sposoby dokonuje podsumowania własnego życia. Spogląda wstecz, wspomina tych, których już nie ma, wraca pamięcią do dzieciństwa, młodości, podsmuowuje swoje miłości i rozczarowania. Zdecydowanie unika stawania na poetyckim piedestale, zmierzając w swojej refleksji bardziej ku idealistycznynm koncepcjom nieistnienia niż pretendując do Horacjańskiego wiecznego pomnika aere perennius:

Jestem samotnym światem
zamkniętym w okręgu
który toczy się ku przepaści
nie żal mi przeszłości
była piękna i jasna
teraz kryje sie w mroku jak stara żebraczka
nie fascynuję się przyszłością
jest nieodpowiedzialna
i zazdrości wszystkiego przeszłości, bo sama nic nie ma

jestem spóźniona
ktoś już tu był i zostawił swój ślad
gustował jak ja w pastelowych zachodach słońca
i magicznych słowach
potrzebował nieprzespanych nocy
i wielu pomysłów by zapełnić puste miejsca
swoimi słowami nazwać swoimi nazwami

jestem bezdomna
szukam domu w strumieniu chaosu
gdyby nie to skazana byłabym na łaskę
i niełaskę opieki społecznej
a tak bujam sobie w obłokach
lub siedzę w kąciku poczekalni i śnię
że mnie nikt nie zauważy
a tak w ogóle to mnie nie ma

      (A propos biografii) 



niedziela, 26 kwietnia 2020

Czytane między wierszami

       Czasami lektura czegoś doprowadza do odkryć zgoła innej natury niż prezentowany przedmiot rozważań. "Jedność doświadczenia filozoficznego" Gilsona ma za przedmiot historię filozofii, a konkretnie opowieść o trzech klęskach filozoficznych: św. Augustyna., Kartezjusza i Kanta oraz tych, którzy towarzyszyli im w krętych ścieżkach prowadzących na manowce metafizyki. Mniejsza z tym, gdyż i tak niewiele po tych zwiłościach zostaje w pamięci. Niemniej samo śledzenie toku wywodów dostarcza intelektualnej i estetycznej przyjemności, ponieważ Gilson - jak to już prezentowałam poprzednio - ma dar. Dar pisania dowcipnie, choć całkiem serio. Wdzięczni bohaterowie jego rozważań, wielkie umysły kilkunastu stuleci rozwoju filozofii, przyciągają uwagę odwagą poszukiwań i uporem trwania w błędach. Jak wielki bowiem panował bałagan, niech świadczy przedziwny paradoks, że w dobie długiego sporu o uniwersalia wszystkie plemizujące strony przerzucaly się imieniem Arystotelesa, tworząc doktryny tak daleko odbiegające od nauk Stagiryty, że - jak zuważa Gilson - " Ockham był arystotelikiem - a był nim również  św. Tomasz z Akwinu, a może nawet sam Arystoteles".  
       Niemal każdy z polemistów podając nowe wyjaśnienia problemu twierdził, że głosi powrót do źródła, czyli myśli Arystotelesa, tymczasem prowadziło to do "konkluzji na drodze eliminacji z arystotelizmu samego Arystotelesa".  Bynajmniej nie jest to powód do wyśmiewania ich wysiłków, ani tym bardziej poczucia wyższości człowieka współczesnego, któremu mogłoby się wydawać, że jest o setki lat od tamtych błądzących mądrzejszy. Oni bowiem naprawdę byli uczonymi umysłami, a "uczeni mogą sobie pozwolić na takie błędy; opierając swe życie na wierze w naukę nie potrzebują rzeczywistości".  Chociaż oddajmy sprawiedliwość, był taki jeden, który autorytetu Arystotelesa nie poważał. Francesco Petrarca swojej wiedzy również nie przeceniał, o czym świadczy książka: "O mojej własnej niewiedzy oraz niewiedzy wielu innych". Jak zauważa jednak Gilson, "najsłynniejszym spośród tych innych był Arystoteles". Jednakże nawet własna niewiedza i niemożność rozwikłania zagadnienia może być powodem do chwały filozofa, jak np. Malebrancha, który utknąwszy w martwym punkcie poszukiwań dowodu na istnienie materii, "szczycił się tym,  że przynajmniej  dowiódł, że nie można tego dowieść". 
         Przy okazji  takich oto niuansów filzoficznej wiedzy i niewiedzy trafiają się odkrycia tyleż zadziwiające, co nieoczekiwane. O tym, że matemtyka jest królową nauk, nie trzeba dzisiaj nikomu przypominać, a sentencja ta funkcjonuje na zasadzie powszechnej mądrości ludowej przypisywanej przysłowiom. I chociaż już Pitagoras w liczbach widział sens istnienia świata, to dopiero Christoph Calvius (1538 -1612), jezuicki matematyk, we wstępie do swojej pięciotomowej "Opera mathematica" napisał: "nie ulega wątpliwości, że pierwsze miejsce wśród nauk należy przyznać matematyce". Czyż nie stąd pochodzi więc ostateczne przekonanie o królewskości nauk matematycznych? 
          A komu się wydaje, że ludowa mądrość jest odporna na wpływy wysublimowanych dysput filozoficznych, niech prześledzi przebieg rozważań o przyczynowości. Kiedy Kartezjusz swoim "myślę, więc jestem" całkowicie rozdzielił ludzki umysł od ciała, a jego uczeń Louis de Forge zauważył, że w żadnym wypadku umysł nie jest w stanie poruszyć żadnym ciałem, nawet własnym,  Geraud de Cordemoy postawił kropkę na "i" traktatem "O odrębności umysłu i ciała", w kórym ni mniej, ni więcej, tylko stwierdza, że żadne ciało nie posiada ruchu samo w sobie. Innymi słowy ruchu fizycznego jakiegokolwiek ciała nie da się z żaden sposób uzasadnić ani wpływem umysłu czy też decyzją umysłu, ani ruchem innego ciała, dajmy na to ręki. Gdzie jest więc przyczyna choćby wystrzelonej kuli? Może nią być tylko Bóg. W ten sposób doszliśmy do znanego przysłowia: człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.  Kto by pomyślał, że w prostym przysłowiu znajdują się głębokie pokłady filozoficznych dociekań!
      
       

wtorek, 12 listopada 2019

Budrys, Litwin, Polak, czyli Francuz

    Prosper Mérimée (1803 - 1870) odnosił sukcesy na niwie literackiej i politycznej (jeżeli za sukces uznać senatorowanie pod rządami Napoleona III i bycie powiernikiem cesarzowej Eugenii). Koneksje miał znakomite, znajomości w wyższych sferach znaczące, przyjaźnie w kręgach artystycznych burzliwe, a oceny kolegów po piórze formułował cięte. Hugo według niego szafuje w twórczości frazesami, a Flaubert marnuje talent. (Hugo zresztą nie  pozostał mu dłużny, rozgłaszając, że Mérimée jest z natury człowiekiem nikczemnym) Jednakże były wyjątki. Przez długie lata przyjaźnił się ze Stendhalem i wysoko cenił pisarzy rosyjskich: Turgieniewa,  Puszkina, Gogola, których utwory tłumaczył na francuski. W tym celu zresztą nauczył się języka rosyjskiego, biorąc lekcje u Madame de Lagrené *, rosyjskiej emigrantki. 
     W ten sposób wyjaśnia się sprawa fascynacji literaturą rosyjską, a jest ona kluczowa dla zrozumienia perypetii profesora Wittembacha, bohatera opowiadania "Lokis".  Mérimée czyni go nawet poliglotą znającym język litewski oraz żmudzki! Ambicją profesora jest bowiem dokonanie tłumaczenia na żmudzki Biblii. W tym celu jedzie na Żmudź zbierać materiały językowe, poszukując cennych zabytków. 
      Sam Mérimée języka litewskiego ani żmudzkiego nie znał. Tym bardziej zaś nie znał polskiego. I z owej nieznajomości wynika intryga twórcza i fabularna zarazem. Pisząc pracę historyczną o Dymitrach Samozwańcach Mérimée zacytował Puszkina, tymczasem okazało się, że ów cytat jest Puszkinowskim tłumaczeniem fragmentu ballady "Trzech Budrysów" Mickiewicza. Pomyłka okazała się płodna twórczo i Mérimée zastosował ją w opowiadaniu, każąc profesorowi Wittembachowi zachwycać się żmudzką bajką o trzech Budrysach, którą czyta on później jako autentyczną. Słuchacz, litewski hrabia Szemiot, wyprowadza go z błędu ujawniając, że padł ofiarą oszustwa czy raczej żartu, a utwór jest tłumaczeniem na żmudzki ballady polskiego poety Adama Mickiewicza. I tym oto sposobem mamy literacki wątek polski w opowiadaniu francuskiego pisarza, który nie znał ani polskiego, ani  litewskiego, ani żmudzkiego, ani twórczości samego Mickiewicza. 
      Jednakże w opowiadaniu znajduje się nie tylko stary Budrys z trzema synami. Mamy też litewskie knieje rodem z "Pana Tadeusza", a dokładniej legendę o królestwie zwierząt. Jako się rzekło, Mérimée raczej Mickiewicza nie czytał, jednakże znał, czytał teksty Charlesa Edmonda, czyli Edmunda Chojeckiego# publikującego we francuskiej prasie teksty o kulturze, literaturze, obyczajach polskich i litewskich, twórcy kilkunastu powieści i dramatów pisanych po francusku, założyciela "Le Temps" (pierwowzoru "Le Monde"). Dzieło Edmonda "Polska w niewoli" Mérimée cytuje nawet w przypisach do opowiadania jako źródło, z którego zaczerpnął opis litewskiej kniei, a  z kolei Chojecki cytuje w nim we własnym tłumaczeniu na francuski "Pana Tadeusza". 
     "Lokis" jest opowiadaniem typu fantastycznej grozy z pogranicza ludzko-zwierzęcych światów. Podobnie jak w innych tekstach, podziwiać wypada nie tyle fabułę, co dbałość o szczegóły, lokalny koloryt, zwięzłość narracji, prostotę dialogów. Niewątpliwie jest Prosper Mérimée mistrzem krótkiej formy. A że przy okazji prowokuje do zbawy w śledztwo natury literackiej, tylko dodaje uroku lekturze. 

*w celu zidentyfikowania osoby musiałam przypomnieć sobie grażdankę; angielska Wikipedia podaje błędnie nazwisko "Langrené", jednakże we francuskiej wersji i rosyjskiej jest prawidłowe Lagrene; Barbara Iwanowna Dubienskaja (1812 - 1901) była dwórką Wielkiej Księżnej Marii, najstarszej córki cara Mikołaja I,  w 1834 r.  poślubiła francuskiego dyplomatę Teodora de Lagrené 
#postać i dorobek Edmunda Chojeckiego zasługuje na osobną obszerną notatkę, która i tak nie wyczerpie jego zasług opisywanych w trzytomowej biografii przez Emanuela Desurvire`a

Bibliografia
Jacques Chaplain: [rec.] EMMANUEL DESURVIRE , „KAROL EDMUND CHOJECKI , POLSKI PATRIOTA, PODRÓŻNIK, ŻOŁNIERZ, POETA, DRAMATURG, POWIEŚCIOPISARZ, PUBLICYSTA, BIBLIOTEKARZ…” Prace Polonistyczne. Seria LXVIII 2013. Str 189 - 204. 
Edmund Chojecki https://pl.wikipedia.org/wiki/Edmund_Chojecki_(pisarz)
Barbara Iwanowna Lagrene https://ru-wiki.ru/wiki/Лагрене,_Варвара_Ивановна
Lokis. Rękopis profesora Wittembacha
 https://pl.wikipedia.org/wiki/Lokis._R%C4%99kopis_profesora_Wittembacha_(nowela)
Wojciech Łocheński: Edmund Chojecki z Wisek vel Charles Edmond. [https://www.tygodnikpodlaski.pl/wydarzenia/edmund-chojecki-z-wisek-vel-charles-edmond-pnews-6609html
Prosper Mérimée: Wenus z Ille (opowiadania), przeł. Zofia Jachimecka i Zofia Krajewska. Książka i Wiedza. Warszawa 1996.
Prosper Mérimée https://pl.wikipedia.org/wiki/Prosper_M%C3%A9rim%C3%A9e
Prosper Mérimée https://en.wikipedia.org/wiki/Prosper_Mérimée 
Prosper Mérimée: Le Chambre bleue: Djoumane: Le manuscrit du Wittembach Louis: Il viccolo di Madame Lucrezia. Introductions et notes Leon Le Monnier. Paris 1920. [dostęp w formie zdigitalizowanej https://archive.org/details/lechambrebleuedj00mr/page/n4]

środa, 25 września 2019

Venclova raz jeszcze

Wieczne słowa poety. Urywki i jeden wiersz:

Wszystko - papier wyblakły, wszystko obrócone w ciszę.

Upał dojrzewa w wąwozie ...

Jeszcze nie znamy imion tych, co stracą życie.

... płaskowzgórze, którego nawet niebo przez pył nie dostrzega

I znów się wloką
po żwirze armie, narody się mijają.

Zostanie po nas plankton, Septymiuszu,
co starszy jest od liguryjskich łodzi.

... jej tchnieniem wiecznie żyją wszystkie
i barokowe wieże, i gotyckie.

Skraj świata ciebie nie poznaje z twarzy.

... w koronach drzew ciągle tli się
światło innego czasu

To miasto lubi się powtarzać

Kwiatostany niewysokich magnolii rozpaczliwie słodzą powietrze.

... na tej potężnej ziemi ma sens tylko to,
co było i będzie tylko jeden raz.

Zatoka szepcze liśćmi, kroplami i komórkami czasu.

W górze nieba innych stuleci...

Wzrok oswajaj ze zmrokiem, a słuch niech się ciszą napawa (...)
Wzrok z niebytem oswajaj, ze swoim prawdziwym królestwem.

Ścieżka rozeszła się z szosą i spełzła
na łęg, zaklęsły w podmokłe zielenie.

Ponad strofą półmrok zwany przenośnią...

W tym mrocznym państwie śnieg nie przestał być biały.

Miasta Europy wiedzą wszystko o śmierci.


***
a tam za Grodnem kredowe góry
skrzydło urwiska skłębione chmury
biały Niemen toczy białe wody
w bieli czerwieni grody

jakby na korze wyryte znamię
wysokie rzeki zeszły w podziemie
puste ogrody drogi zakazane
żołnierze złożeni pod ziemię

koniki z drewna postacie olbrzymie
zbroje na nich rozbłysły dziwnie
w tych zbrojach biało rdzawe popioły
a tam za Grodenm kredowe góry

nasze ogrody biały kadłub klonu
ci co daleko nie wrócą do domu
pieśni nie słyszy z mułem niesiona
białego Niemna płycizna czerwona

złowrogie wody gdzie obce mury
a tam za Grodnem kredowe góry

(Tłum. Beata Kalęba)

Tomas Venclova: Obrócone w ciszę. Wiersze wybrane. Przekład: Stanisław Barańczak, Zbigniew Dmitroca, Beata Kalęba, Alina Kuzborska, Adam Pomorski. Zeszyty Literackie. Warszawa 2017.

niedziela, 14 lipca 2019

Na razie quattrocento


      Chodzi o ten fresk, a nawet dokładniej o dwa psy w prawym dolnym rogu u podstawy kolumny. Pierro della Francesco namalował go w 1451 roku w Tempio Malatestiano w Rimini - kościele św. Franciszka wybudowanym z inicjatywy i fundacji Sigismonda Pandolfa Malatesty, władcy Rimini. W kaplicy św. Zygmunta Pierro della Francesco namalował fresk przedstawiający patrona fundatora świątyni, a jego samego w postaci klęczącej w centralnym miejscu. Po prawej są dwa skontrastowane kolorystyczne psy: czarny i biały. Już wkrótce po powstaniu - nigdy zresztą nieukończona - budowla wzbudzała kontrowersje teologów, a papież Pius II potępił jej wystrój jako nie w pełni chrześcijański, a wręcz demoniczny.
      Maria Rzepińska poświęca analizie fresku osobne studium, w którym kreśli szerokie tło zainteresowań fundatora, przywołuje znane we włoskim quattrocento koncepcje architektoniczne, estetyczne, astrologiczne i filozoficzne, osadzając symbolikę poszczególnych elementów, a zwłaszcza figury psów w zarysie szczególnej osobowości i światopoglądzie Sigismonda Pandolfa. Leon Battista Alberti, architekt zatrudniony do budowy świątyni, był znanym wówczas teoretykiem, filozofem i uczonym humanistą, który największą sławę zyskał jako budowniczy. W jednej ze swych prac napisał: "Pragnąłbym, żeby w świątyniach ani na ścianach, ani na posadzkach nie było niczego, co nie jest filozofią". Toteż w wystroju Tempio Malatestiano nic nie jest przypadkowe, a fresk wpisuje się w symboliczne znaczenia całości.
     W hieratycznej postawie psów odnaleźć można znaczenia starożytnej symboliki mitów chaldejskich, perskich, hinduskich, egipskich i oczywiście greckich. Nieprzypadkowo otaczana czcią w pewnych kulturach Psia Gwiazda (Syriusz) wiązana była z kultem słońca, a więc np. w religii staroperskiej był to kult boga Mitry, a w Egipcie Sothisa. Pies przyjmuje w dawnych religiach dwojakie znaczenie: z jednej strony jest stróżem świata pozagrobowego (Cerber), przewodnikiem zmarłych, a zarazem odpędza od umierających demony, pełni więc rolę pozytywną. Rzepińska przywołuje mitologię hinduską, w której  występuje Sarama, matka dwóch psów: solarnego i lunarnego. Lingwiści od jej imienia wywodzą imię Hermesa, łączącego w sobie symbolikę solarną (słoneczną) i lunarną (księżyca); jest przewodnikiem dusz, bogiem snu, prowadzącym w świat podziemi, ale przecież za jego sprawą odbywa się też podróż na zewnątrz, w górę, do życia (mit o Orfeuszu i Eurydyce). Na słynnym kaduceuszu - lasce Hermesa - widnieją dwa symbole węży, oznaczające przeciwstawne siły. W mitologii greckiej Hermes jest chyba najbardziej tajemniczym i dwuznacznym bogiem. Z punktu widzenia przedmiotu analizy - fresku w Rimini - interesujące jest to, że w astrologii Hermes bywa kojarzony z konstelacją Bliźniąt.
     Z szeregu kontekstów wyłania się dosyć skomplikowana sieć powiązań myśli włoskiego quattrocenta, prowadzących do światopoglądu Sigismonda Pandolfa, dla którego Tempo Malatestiano miało być świadectwem wielkości rodu, a jednocześnie wyrazem osobistego rozrachunku z życiem. W każdym razie, biorąc pod uwagę pisma różnych kręgów kulturowych (Zoroaster, Horapollo, Plutarch, Jamblich, Aratus, Hermes Trismegistos, św. Augustyn, filozofia Plethona i sam Alberti, budowniczy świątyni), w postaciach kontrastowych psów doszukać się można symbolu osobistej postawy światopoglądowej Sigismonda Pandolfa, człowieka pełnego sprzeczności, wielkiego grzesznika targanego namiętnościami (podobno zamordował swoją drugą żonę), żądnego władzy kondotiera, a zarazem człowieka gorąco pragnącego zbawienia i nieśmiertelności. Fresk z symbolicznymi psami "miał być - jak pisze Maria Rzepińska - aluzją do podwójnej natury ludzkiej, dobrej i złej, śmiertelnej i nieśmiertelnej, do sił jasności i ciemności władających człowiekiem".
     Do idei dualizmu odnoszą się również dwie widoczne kolumny okalające postać klęczącego Pandolfa. Wyrażają one wieczną stabilność, a przestrzeń między nimi symbolizuje przejście ze świata doczesnego do wieczności. Symbol ten można wywodzić na przykład z hebrajskiej tradycji Drzewa Życia i Drzewa Śmierci. Niemniej dla ówczesnych odbiorców znak ten nie był powszechnie czytelny, przemawiać mógł jedynie do wykształconych humanistów, toteż w pewien sposób stanowił szyfr zaklęty - jak pisze Rzepińska - w "sfinksach quattrocenta".

wtorek, 9 października 2018

Kobiety w świecie mężczyzn

       Czytając biografie niezwykłych kobiet w XV i XVI wieku, przyszło mi do głowy pytanie o ich odwagę. O odwagę kobiet w ogóle. Kiedy były odważniejsze: dzisiaj, kiedy w sukurs powszechnym dążeniom idą media i cywilizacyjne osiągnięcia, czy przed stuleciami, kiedy za obronę miały tylko swoją inteligencję, ambicję i zdolności dyplomatyczne. U początków renesansu, na przełomie XIV i XV wieku żyła Christine de Pizan (1364 - 1430), uznawana za pierwszą zawodową pisarkę. Kiedy w wieku 24 lat owdowiała, nie wybrała żadnej z dwóch ówcześnie zalecanych kobietom w jej sytuacji dróg: nie wstąpiła do klasztoru ani nie wyszła powtórnie za mąż. Zaczęła pisać ballady, ale jednocześnie dokształcała się w łacinie, historii, naukach ścisłych oraz klasycznej i współczesnej literaturze. Jej twórczość zyskiwała uznanie oraz zaczęła przynosic dochody, ona sama zaś stała się autorytetem w dziedzinie retoryki. Wzięła  między innymi udział w literackiej debacie na temat najsłynniejszego średniowiecznego poematu "Powieść o Róży", który błyskotliwie zinterpretowała jako wyraz mizoginistycznej postawy patriarchalnego społeczeństwa. Najsłynniejszym dziełem Pizan jest "Księga o mieście kobiet" i zastanawiam się, czy przypadkiem Fellini stamtąd nie zapożyczył tytułu do swojego filmu.
      Humanistyczne zainteresowania umysłowe przejawiała także Isotta Nogarola (1418 - 1466), zgłębiająca gramtykę, retorykę, literaturę i teologię. Jej erudycja w tradycyjnym społeczeństwie humianistycznych intelektualistów wzbudzała niejednokrotnie podejrzenia i krytykę, co spowodowało, że Isotta wycofała się na pewien czas z życia publicznego, pisząc do szuflady. Podobnie jednak jak Pizan nie wstąpiła do klasztoru ani nigdy nie wyszła za mąż, obierając świeckie życie intelektualistki, myślicielki i pisarki. Inicjowała kontakty ze światłymi umysłami swojej epoki, oczywiście w osobach mężczyzn, co niektórym nie mieściło się w głowie i uważano jej poczynania za bezczelność. Na przykład napisała list do uczonego badacza starożytnej greki Guarina Veronese, a kiedy ten nie raczył odpowiedzieć, wysłała drugi list, w którym kpi sobie z niego, że widocznie za nic ma nauki Cycerona, który zalecał traktowanie z szacunkiem osób o niższej pozycji. Tym razem Veronese odpowiedział, jak widać więc argumentacja Nogaroli trafiła w samo sedno ;-)
      Z kolei ambicjami sprawowania artystycznego mecenatu odznaczała się Isabella d`Este (1474 - 1539), w wieku 16. lat wydana za Francesca II Gonzagę, markiza Mantui. Spełniając obowiązek matki dziedziców wydała na świat dziewięcioro dzieci, jenocześnie całe życie i majątek poświęcając na stworzenie kulturalnego centrum wymiany myśli i patronowanie artystom. Co prawda między nią a zatrudnianymi artystami dochodziło czasami do spięć w kwestii ostatecznego efektu artystycznego, niemniej w chwili śmierci pozostawiła po sobie 2 tysiące obrazów wybitnych malarzy epoki.
      Na uwagę zasługuje też Vittoria Colonna (1490 - 1547), najwybitniejsza renesansowa poetka włoska. Przyjaźniła się z Michałem Aniołem, z którym przez 10 lat prowadziła korespondencję, wysyłała mu wiersze, a on naszkicował kilka jej portretów. Wierszami miłosnymi Colonny zachwycał się sam Ariosto. Tworzyła też tzw. sonety duchowe o tematyce refleksyjnej, których napisała ponad 200. Renesansową Safoną zaś nazywano Laurę Battiferri Ammannati (1523 - 1589) autorkę sonetów popularnych na dworach hiszpańskich i austriackich. Na portrecie Angelo Bronzino Laura przedstawiona została z księgą "Sonetów do Laury" Petrarki jako czytelną aluzją do jej twórczości a także zbieżności imion. 

Ilustracja 

      Skoro piszemy o pierwszych zawodowych europejskich pisarkach, czas na pierwszą malarkę, która była pochodząca z Cremony Sofonisba Anguissola (1532 - 1625). Jako kobieta nie mogła jawnie terminować w pracowni malarskiej, ale ojciec umieścił ją jako płatnego gościa u lokalnego malarza Bernardina Campiego, u którego uczyła się malowania portretów. I one właśnie stanowiły główne źródło jej artystycznej aktywności, a z czasem i zawodowej profesji. Ponieważ jako kobieta nie mogła korzystać z mężczyzn jako modeli ani tym samym tworzyć obrazów o tematyce antycznej czy mitologicznej z męskimi postaciami, sztukę portretu pogłębiała malując członków rodziny i siebie samą. Jej ojciec wysłał do Michała Anioła, wówczas już ponadosiemdziesięcioletniego, namalowany przez córkę szkic śmiejącej się kobiety, na co sędziwy artysta poprosił o portret płaczącego chłopca. Sofonisba miała taki obraz - był to portret jej braciszka, którego uszczypnął krab. Michał Anioł zachwycił się tym obrazem i zaczął wysyłać do młodej malarki swoje prace do kopiowania w ramach ćwiczeń. Wkrótce doszło też do ich spotkania w Rzymie, co zwróciło uwagę arystokratycznych mecenasów na młodą artystkę. Przez pewien czas Sofonisba była nadworoną portrecistką hiszpańskiego dworu w Madrycie. Prawie do końca długiego życia malowała autoportrety, w których doszła do mistrzostwa, pogłębiając umiejętność oddania psychologii postaci. Świadczą o tym ostatnie dzieła, jak autoportrety wykonane, gdy miała 78 lat i gdy dobiegała dziewięćdziesiątki. 
Autoportret Sofonisby w wieku 78 lat

Kobiety renesansu, kobiety sukcesu? Mimo wszystko tak, chociaż skrępowane nieraz ograniczeniami patriarchalnego społeczeństwa, innymi drogami niż mężczyźni dążyły do swoich celów i marzeń. Miały tej odwagi chyba znacznie więcej niż kobiety współczesne, nauczone działać w grupie, manifestując jedność. Tamte musiały iść pod prąd w pojedynkę, nie licząc na wsparcie mediów. Czasami tylko ułatwiał im drogę jeden czy drugi światlejszy ojciec, kształcący córkę wbrew obyczajom, jak ojciec Sofonisby czy niepiśmienny analfabeta Pierre Charly, który swojej Louise zapewnił takie samo wykształcenie jak synom, czyli znajomość łaciny, hiszpańskiego, włoskiego oraz jazdy konnej i fechtunku. Louise Labé (1520 - 1566) została autorką pięknych odważnych wierszy miłosnych, w których bynajmniej nie do męża zwraca się słowami: 

Pieść mnie i całuj, całuj ponownie,
Daj mi z całunków twych najupojniejsze,
Daj mi z całunków twych najnamiętniejsze,
Oddam ci cztery gorętsze nad głownie.

Tak życie, jak i poezja Louise jest przykładem odwrócenia sytuacji miłości dwornej, w której rycerz składa hołd pani swego serca. Przekazy i anegdoty, nie tak dalekie od prawdy, głoszą, że Louise Labé w męskim przebraniu wygrywała turnieje rycerskie, a jej sonety były pierwszym francuskim cyklem w stylu Petrarki. 
     To były, są - artystki, odważne kobiety renesansu, a jeszcze bywały wybitne damy działające w męskim świecie polityki. Chyba powrócę do tematu w następnym odcinku :-)

wtorek, 2 października 2018

143. numer ZL

      Marcin Sabiniewicz we wspomnieniach o "Zeszytach Literackich" napomyka, że Miłosz pisząc o poezji Zagajewskiego czasami zazdrościł mu kilku wersów, których sam chciałby być autorem. W najnowszym 143. numerze ZL znalazło się miejsce dla obu: Adam Zagajewski pisze o kondycji poety, kondycji pisania w ogóle, o rozróżnieniu między Dichtung a Liteartur;  fragment niegdyś nagranej rozmowy z Miłoszem publikuje natomiast Renata Gorczyńska. Nazwiska, wiersze, wersy i słowa przenikają się, przeplatają, łączą i rozlewają w korytach wspomnień. Zagajewski cytuje wiersz Tranströmera w tłumaczeniu Miłosza, Miłosza piszącego o Zagajewskim cytuje Sabiniewicz, Miłosz w rozmowie z Gorczyńską wspomina między innymi, jak podczas urlopu przyjechał z Nowego Jorku do Polski i nad ranem po jakiejś zakrapianej oficjalnej imprezie zobaczył wywożonych dżipami więźniów, co stało się impulsme do przewartościowania postawy i ostatecznej decyzji o pozostaniu na emigracji, o traktowaniu więźniów w Oświęcimiu opowiadają w relacji Sybille Bedford sądzeni we Franfurcie w 1963 i 1964 roku byli członkowie załogi obozu. Z każdym tekstem czytelnik coraz bardziej zapada się w otchłań niewiedzy, niepoznawalności istnienia, jego bezsensu czy tragizmu, ostatecznie na jedno wychodzi. I jeszcze raz, jak w numerach poprzednich, okruchy z Czapskiego. Wiersze znane i nieznane. Nieznane, bo nowe lub nieznane, bo odnalezione. Jeden nowy wiersz Tkaczyszyna-Dyckiego, jeden wierszowany list Ilga do Miłosza i teksty kilku innych autorów. Konglomerat wątków istnienia zapisany liniowo. Są tu zdania, wersy, metafory warte zapamiętania? Są, znalazłam zdanie, o którym jak Miłosz mogę powiedzieć, że chciałabym sama je napisać. Lecz ktoś mnie ubiegł. Pytanie, kto? 

Tutaj majestat statków jest złudzeniem - ale i nie jest nim - półświatło książyca ma swoje prawa i nie można mu ich odebrać w imię trywialnej jasności widzenia, którą reklamują salony optyków. 

środa, 19 września 2018

Tak dalekie, a jednak bliskie

        Co łączy zachodnioeuropejskie teorie estetyczne ze sztuką Indii? Umberto twierdzi, że niewiele, aczkolwiek pochylając się nad teoriami Guiseppe Tucciego przyznaje, że jednak coś by się znalazło. Tylko nie tak nachalnie. Nie tak dosłownie. W zasadzie analiza włoskiego semiologa i mediewisty dotyczy innej teorii, niejakiego Coomaraswamy`ego, który niemal zrównuje indyjskie zalecenia utożsamienia się z przedstawianym dziełem z sentencją Leonarda "Malarz maluje siebie samego".  Eco jest ostrożny, widzi więcej różnic niż podobieństw. Niemniej zestawia poglądy kilku indyjskich teoretyków, przybliża ciekawą klasyfikację stanów duchowych i ich skutków według Bharaty, analizuje skomplikowane pojęcie rasa (piękno idealne, aromat, istota dzieła sztuki?) by ostatecznie dojść do wniosku, że w "X wieku myśl indyjska szeroko rozwinęła świadomość natury dyskursu poetyckiego i artystycznej intuicji, tj. kwestii, które myśl zachodnia krytycznie przemyślała i usystematyzowała dopiero w ciągu ostatnich dwustu lat". Słowem, kulturowo to my jesteśmy co najmniej 800 lat zacofani ;-) 
      Czy dopiero współczesna myśl De Bruyne`a, Panofsky`ego, Pouillona - pyta Eco - pozwoliła spojrzeć na estetyczną i filozoficzną myśl europejskiego średniowiecza we właściwy sposób, dostrzegając w niej głębię naukowych dociekań i teoretycznych rozróżnień? Człowiek cywilizacji zachodniej jest skażony spojrzeniem ku przyszłości, zamknięty w czasie liniowym, dlatego lekceważy to, co było wcześniej, uznając proste, żeby nie powiedzieć "prostackie" prawidło o nieustannym postępie ludzkości. Dopiero co jakiś czas pojawiający się geniusze siłą swojego intelektu i przenikliwością spojrzenia, a czasem bezkompromisowym i krnąbrnym wręcz wietrzeniem stereotypów, potrafią ogłosić dawne odkrycia jako nowoczesne rozwiązania na miarę człowieka współczesnego. Pytanie tylko, czy musimy odkrywać dwa razy to samo? 

Umberto Eco: Sztuka. Tłumaczenie Piotr Salwa, Mateusz Salwa. Wydawnictwo M. Kraków 2008.

niedziela, 5 sierpnia 2018

Chaos czytelniczy i odnaleziony wiersz Miłosza

      Nie da się, no nie da się w taki upał zaplanować jakiegoś sensownego programu czytania. Raz to, raz tamto wpada w ręce,  włazi przed oczy, a potem i tak zasypiam. Z gorąca mózg się lasuje. Toteż chaos w tej kwestii zapanował i brak jakiejkolwiek konsekwencji. Zacząć wypada od lektur w pociągu. W magazynie "Książki" obszerna recenzja tetralogii Katarzyny Bondy. Jak mniemam z okazji pojawienia się ostatniej czwartej części. Przyznaję, nie czytałam żadnej. I nie przeczytam. Z recenzjami jest tak, że rzadko kiedy zachęcają mnie do sięgnięcia po omawianą książkę. Reaguję całkiem na odwrót: gdy ktoś zachwala, z reguły odstręcza mnie to skutecznie i na długo. Lubię czytać to, co sama znajdę, co wyniucha gdzieś na pólkach mój własny nos, co z kurzu wydobędzie moje własne oko. Cudzym oczom i uszom z reguły nie wierzę. Albo zależy, kto zachwala. O pewnych osobach wiem, że jak zachwalają, to znaczy, że rzecz absolutnie nie dla mnie ;-) Sprawdzonych i wiarygodnych opiniodawców mam niewielu, może...może jeden, dwóch (?) Nie, nie bawmy się w szukanie książkowych autorytetów na siłę. Wierzę tylko sobie ;-) Więc wiem, że pani Bondy czytać nie będę. Tym razem recenzent Dariusz Nowacki mnie, o dziwo, przekonał wyszczególnieniem kilkunastu błędów rzeczowych,logicznych i językowych poślizgów, wyłapanych z czteroczęściowego cyklu autorki kryminałów. Jedno i drugie: błędy rzeczowe i nieścisłości logiczne psują zawsze efekt najlepszej nawet książki. Mnie to przeszkadza. 
     W tych samych "Książkach"świetny wywiad z Pierrem Lemaitrem, francuskim autorem, którego - rzecz jasna - nie znam. Być może pisze świetnie, być może to także literatura nie dla mnie, ale wywiad jest świetny.  Nie przeszkadza nawet objaw nieskrępowanego egotyzmu, gdy mówi: "Na pewno piszę lepiej niż Napoleon, ale za to on wygrał znacznie więcej bitew ode mnie".  Takie zdania stanowią pokusę sięgnięcia po książki autora, ale powstrzymuje mnie obawa rozczarowania. Być może to pisarz z gatunku tych, którzy akurat w wywiadach i opowieściach o sobie są najlepsi. 
     Rozważania o dziejach polskiego i globalnego bestselleru przejrzałam po łebkach. No przykro mi,widok Harry`ego Pottera w jakimkolwiek zdaniu sprawia, że tekst omijam dalekim łukiem, choćby był najwartościowszy.Nie polemizuję, po prostu moja fobia ;-) Ale fragment o Sienkiewiczu wyłapałam: "Sinkiewicz był młody, cwany i cyniczny - dlatego miał dryg do prasy. Trochę hochsztapler; wysłany do Pułtuska, gdzie wybuchł wielki pożar, spóźnia się, więc tylko rozgląda się dookoła, słucha ludzi,którzy uszli pożogi - i pisze najlepszy tekst." Hochsztapler - to właściwe słowo na określenie pisarza ;-) Każdy żongluje, czym się da: sensacją, tajemnicą, seksem, zbrodnią, psychologią, patologią, uczuciami, autobiografią, cudzymi (czytaj: skradzionymi) historiami, wizerunkami, wspomnieniami. 
       Cały numer "Książek" jakby w klimacie kryminału i sensacji, ewokowanych na początku niesamowitą biografią Mary Shelley, autorki Frankensteina i jego humanoidalnego eksperymentu. Nie tylko biografia autorki, także analiza Frankensteina jako figury rozwoju człowieczej technologii,która wymyka się spod kontroli. Vide Oppenheimer. I tak dalej. Ale to na pewno przekracza możliwości refleksyjne umysłu jadącego w pociągu, a następnie niemal codziennie poddawanego wytrzymałościowej próbie upalnego lata ;-) Dlatego jak oddechu szukam okienka z wierszem. Filozoficzne konteksty "Obu ciemności" Urszuli Kozioł przywracają właściwe proporcje światu i naszemu w nim istnieniu:

(.....................)
obie ciemności
ta we mnie i ta nade mną
przypadły do siebie na mgnienie

rozpoznały
że stanowimy jedność

Jednakże dopiero powrót i zadomowienie się w zaległościach 142. numeru "Zeszytów Literackich" okazał się wstrząsający. Są takie wiersze, w których niczego nie da się zmienić, a frazy pozostają w pamięci na zawsze. To taki wiersz właśnie. Zapomniany, drukowany po raz pierwszy z odgrzebanych rękopisów Czesława Miłosza. Odnaleziony po ponad sześćdziesięciu latach. 

Królowie śpią w łodygach szarych lilii 
Jak pokurczone na trzcinach owady,
Pod księżyc biją dymy nowych miast. 
Czyśmy zdobyli świat czy świat stracili
Naszym oddechem dojrzewają sady,
Co jest, i ze mnie wzięte jest i z was. 

Wstrząsające! I nawet nie potrafię, nie chcę tłumaczyć, dlaczego. "Królowie śpią w łodygach szarych lilii..."- genialna fraza. Co noc mi się śni. 

czwartek, 12 kwietnia 2018

Na królewskim dworze

     Kończąc wątek królewskiego mecenatu muzycznego w epoce stanisławowskiej - ponieważ dotarłam do końca książki - zapiszę ku pamięci intrygujące ciekawostki. Na przykład o harfie. Była już mowa o tym, że grą na harfie popisywał się Michał Kazimierz Ogiński. Być może był pierwszym harfistą w historii polskich wirtuozów tego instrumentu. Zagraniczni harfiści odwiedzali w tym czasie Warszawę i Kraków. W 1788 roku w Krakowie i w Warszawie wystąpił  Nimazico (lub Nimasico), a w 1792 roku w Warszawie harfistka o nazwisku Stockheim. Nic bliższego o tych dwojgu artystach nie wiadomo, za to bardziej znany był niemiecki wirtuoz  Ferdinand Horn również prezentujący się przed warszawska publicznością. Pierwszą harfę Stanisław August zakupił prawdopodobnie w 1782 roku dla śpiewaczki Caterini Bonafini, która zamierzała pobierać lekcje gry na tym instrumencie.
      Występy Cateriny Bonafini to całkiem osobna historia zresztą. Stanisław August namówił ją, aby pozostała na dłużej, gdy zawitała do Warszawy w 1776 roku zmierzając  do Petersburga. Ostatecznie spędziła tutaj sześć miesięcy, występując ze swoim scenicznym partnerem kastratem  Giuseppe Campagnuccim. Śpiewaną przez nią koronną partią, dzięki której zyskała sławę w Wenecji była Dydona w operze  Pasquale  Anfossiego. Bonafini wzbudziła zachwyt i podziw, a pozytywnej opinii nie szczędził jej nawet Bogusławski, który kierując Teatrem Narodowym nieustannie rywalizował z włoskimi i francuskimi zespołami teatralno-operowymi. Bonafini zawitała po raz drugi do stolicy, gdy po sześcioletnim kontrakcie wracała z Petersburga do Włoch w 1782 roku, pozostając jako artystka królewska prawie 10 miesięcy - do kwietnia 1783 roku. Król opłacał jej dom, konie do karety, stangreta, no i zakupił harfę, na której pobierała lekcje gry, również na koszt króla. Stylem i wystawnością życia wzbudzała zainteresowanie i bulwersowała opinię publiczną skandalami, na pokaz arogancji pozwalała sobie nawet w obecności króla. Ostatecznie po wyjeździe z Polski Bonafini zakończyła karierę, na co pozwalał jej ponoć olbrzymi majątek zgromadzony podczas pobytu na dworze carskim w Petersburgu, a dopełniony hojnym wynagrodzeniem Stanisława Augusta.
       Jednym z mocniej związanych repertuarowo z warszawską sceną muzyczną był kompozytor Giovanni Paisiello, który nawet ofiarował królowi - co prawda przez pośrednika - własną kompozycję do Te Deum laudamus. Utwór został wykonany w pierwszą rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Później jeszcze kilkakrotnie kompozytor ofiarowywał warszawskiemu dworowi swoje dzieła, a początek tych kontaktów został nawiązany w 1784 roku, kiedy Paisiello wracał po ośmioletnim kontrakcie z Petersburga do Włoch. W tym samym czasie przebywała w Warszawie wybitna portugalska śpiewaczka Luiza Todi, a ponieważ był to okres wielkopostny,  w teatrze zamkowym zaprezentowano po raz pierwszy oratorium Paisiella La passione di Gesu Cristo. 
No to posłuchajmy muzyki przeznaczonej dla królewskich uszu :-)))


     Przy tej okazji postawić wypada pytanie, skąd brano nuty, o ile nie zostały podarowane przez kompozytora. Najczęściej kupowano je gdzieś w krajach europejskich i przepisywano ręcznie, przywożąc kopie, gdyż nie było w Polsce żadnej drukarni, który by się publikowaniem takich specjalistycznych dzieł zajmowała. Toteż i taka adnotacja o "sponiewieraniu" nut mogła się znaleźć w spisie muzycznej biblioteki teatru publicznego: "Simphonie się z nayduią nie complet a to przez częste użiwanie są z poniewierane".
     A z kolei z innej relacji wynika, że na wiele lat przed Ravelem niejaki pan Fial (Fiala?) skomponował utwór, w którym zaczyna jeden instrument dęty, a potem dołączają kolejne. Mało tego, równie symetrycznie kompozycja się kończyła, gdy jeden po drugim instrumenty wyciszają się.  I wielce żałować należy, że nie zachowały się nuty tego eksperymentu ;-)

czwartek, 5 kwietnia 2018

Między tekstami

     Nadal jestem w trakcie czytania o muzyce w czasach stanisławowskich, a już przyszedł pocztą nowy numer Zeszytów Literackich, w których wyimki z korespondencji Gombrowicza z Czapskim. Przerzucam kartki rozdziału o pierwszym znanym polskim wirtuozie harfy, a był nim nie kto inny tylko Michał Kazimierz Ogiński, z rodu książąt Ogińskich, kuzyn Michała Kleofasa, autora poloneza "Pożegnanie ojczyzny". Michał Kazimierz, pan na Słonimiu, wielokrotnie dawał wyraz zainteresowaniom muzycznym, sam zresztą komponował i to na całkiem profesjonalnym poziomie. W swojej posiadłości utrzymywał orkiestrę, a w latach 1779-1780 jego dworska kapela wokalna liczyła 53 osoby! Sam hetman i wojewoda wileński Ogiński był zresztą multiinstrumentalistą: grał na skrzypcach i harfie, a podobno też na klarnecie. W 1765 roku hetman wielki litewski Michał Kazimierz Ogiński w swoim pałacu osobiście (w towarzystwie dwóch innych muzyków) grał na skrzypcach w koncercie z okazji urodzin Stanisława Augusta Poniatowskiego, a na pierwszą rocznicę koronacji w warszawskim teatrze wystawiono między innymi balet z jego muzyką. A skoro o polskich muzykach mowa, to warto sobie uprzytomnić, że ojciec polskiego teatru Wojciech Bogusławski był czynnym śpiewakiem (bas-baryton), występującym w operowym repertuarze do 1820 roku. Jego działalność teatralna polegała na tym, że prowadząc Teatr Narodowy przełożył na język polski libretta ponad czterdziestu oper włoskich, francuskich i niemieckich oraz napisał 6 oper oryginalnych, w tym pierwszą polską operę "Nędzę uszczęśliwioną", której libretto Bogusławski zaczerpnął i uzupełnił z kantaty Franciszka Bohomolca.
       Listy Gombrowicza i Czapskiego gwałtownie przenoszą mnie w czasy literatury współczesnej. Datowane są od 1949 do 1969 roku, ostatni z marca, pięć miesięcy przed śmiercią Gombrowicza. W pierwszym jeszcze z Argentyny prosi Czapskiego o pomoc w doprowadzeniu do francuskiego wydania "Ferdydurke".  Pojawiają się wątki tłumaczenia, odczytania utworów jednego i drugiego autora i wzajemne kurtuazje, wspomnienie pierwszego spotkania jeszcze przed wojną, a przy tym szczerość Czapskiego, który ujawnia ogromną ambiwalencję w ocenie twórczości Gombrowicza. Z jednej strony jest nią zafascynowany, a z drugiej zmaga się i wewnętrznie buntuje: "Nie mam narzędzia!, żeby z Panem dyskutować, nie tylko że nie jestem filozofem i nigdy poza dyletanckim skubaniem do tej dziedziny nie podszedłem, a chodzi mi w stosunku do pana o sprawy najważniejsze, o których Pan  w i e. Jak podejść do mojego zarzutu zasadniczego, przekonania, że Pan na pewne sprawy jest u m y ś l n i e  głuchy." A mimo to Gombrowicz prosi Czapskiego o napisanie o nim tekstu do jubileuszowego wydania "Cahiers de L`Herne", który ukazał się już po śmierci Gombrowicza w 1970 roku. Ostatecznie Czapski osobnego tekstu nie napisał, ale opublikowane zostały trzy jego listy, w których omawia, a właściwie wadzi się z twórczością autora "Kosmosu".
       I zaraz dalej, po tych ułamkach korespondencji, wzruszające wspomnienie Wojciecha Karpińskiego o Czapskim pisarzu, Czapskim malarzu, Czapskim świadku historii, o "autorze - znakomitych - migawek rzeczywistości, rysunków świata i siebie, portretów  układających  się w dynamiczny  autoportret. taki był w pisaniu, taki był w malowaniu i taki był w rozmowie".

Zmiany

    Kończę pisanie na tym blogu. Prowadzenie równoległych blogów jest wyczerpujące. Zwłaszcza, że tematyka - szeroko pojęta kultura - jest p...