Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o operze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o operze. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 listopada 2020

Pozwól mi płakać.... tańczy Oscar Chacon

Lascia ch`io pianga

Mia cruda sorte,

E che sospiri

La libertà.

Il duolo infranga

Queste ritorte,

De miei martiri

Sol per pietà.

( da capo)

       Händel trzykrotnie wykorzystał ten sam motyw muzyczny w trzech różnych utworach. Jak to było wówczas w zwyczaju, przenosił muzykę zmieniając tekst. Trzecia wersja ze słowami "Lascia ch`io pianga" (Pozwól mi płakać...) zapewniła nieśmiertelną sławę operze "Rinaldo", w której arię śpiewa uwięziona Almirena. Słuchałam tej arii w wielu wykonaniach, koncertowych i w pełnej operowej obsadzie, śpiewaną przez żeńskie soprany i męskich kontratenorów. Ale nie WIDZIAŁAM wersji baletowej. A jest, tańczy nie kto inny, tylko mój ostatnio odkryty ulubieniec - Oscar Chacon.  Zatańczyć płacz, żal i cierpienie.. Zatańczyć tęskontę za wolnością... Nie myślałam, że aria może być tańcem. Nie, wróć, odwrotnie: że taniec może być arią. Zadziwiające, że choreografia, w zasadzie podporządkowana muzyce, bo taniec to przełożenie muzyki na ruch, tutaj musi też współgrać ze słowami, z treścią, z przejmującym tekstem. Które gesty są muzyczne, a które słowne? Rytmika nóg to muzyka, a ramiona, dłonie to słowa?  Podziwiam precyzję ruchu, harmonię ciała, gestu. W kilku momentach absolutnie perfekcyjne oddanie charakteru muzyki i treści. Zwłaszcza ręce, dłonie tancerza przekraczają świat widzialny, choć nie da się oczywiście odseparować ich od całości. To jest jak choreograficzna partytura. Muszę obejrzeć kilka razy.

Pozwól mi płakać nad moim okrutnym losem,

I tęsknić za wolnością.

Niech mój ból rozerwie kajdany

Mojego cierpienia, proszę tylko o litość.

Tekst jest taki krótki, lecz fragmenty powtarzane trzy razy wydają się dłuższe. Ostatni moment w nagraniu nie pochodzi z "Rinalda". Solówka do "Lascia ch`io pianga" jest bowiem częścią większej całości choreograficznej, "Suity barokowej" w choreografii Bejarta.  Treścią jest podróż (?) boahtera przez zaświaty. Faktycznie, taniec Chacona wydaje się  pogranicza świata realnego i imaginacji. Trochę przypomina zstąpienie Orfeusza do Hadesu. 

Ileż ja jeszcze rzeczy nie widziałam!... I się znajdują... Ile znajdzie się jeszcze, albo i nie...

piątek, 2 lutego 2018

Słoń a sprawa polska

niedziela, 11 maja 2014 13:40

      Nie wiem, jak to się dzieje, ale skoro wciąż tu trwa spory ruch na liczniku, to wypada dostarczyć temu ruchowi przynajmniej jakiś sensowny powód, żeby nie było na marne ;-) A więc, jak w tytule i wcale nie chodzi o to, że 20 tysięcy lat temu po terenach dzisiejszej Polski biegały mamuty, a mamut to przecież prawie jak słoń. 

mamut.JPG

       Otóż rzecz jest o wiele bardziej współczesna. Na osiem miesięcy przed śmiercią Vincenzo Bellini wystawia w Paryżu Purytanów, ostatnią operę, która pod wieloma względami zapowiadała kierunki, w jakich poszłaby dalsza twórczość kompozytora, gdyby nie przedwczesna śmierć. Opera wystawiona została 24 stycznia, a Bellini umiera 23 września 1835 roku w wieku 34 lat. Historia opowiedziana na scenie przenosi nas do Anglii XVII wieku, do trwającej wówczas wojny domowej między purytanami a dynastią Stuartów. Wydarzenia historyczne są tłem dla rozgrywajacego się na pierwszym planie wątku miłosnego. Można mieć obiekcje wobec małej wiarygodności psychologicznej postaci, można się zżymać na absurdalny z dzisiejszego punktu widzenia motyw obłędu Elviry, która to traci zmysły, to je odzyskuje na głos ukochanego, a potem znowu traci. No cóż, romantyczna konwencja wymagała od heroiny właściwej reakcji na miłosne rozterki. W każdym razie rzecz cała ostatecznie dobrze się kończy, gdyż bohaterka wreszcie odzyskuje świadomość (mamy nadzieję, że na dobre) i czeka ją szczęśliwe życie u boku ukochanego Artura. Gdzie więc jest słoń pogrzebany? 
        Słoń jest w zakończeniu aktu drugiego, kiedy Sir Giorgio, wuj Elviry, prosi Sir Riccarda, aby ten zechciał w swojej szlachetności uratować Artura, ukochanego Elviry, przed szafotem. Bo to było tak: Lord Artur jest zwolennikiem Stuartów, z kolei Sir Riccardo jest nie tylko jego przeciwnikiem politycznym, wrogiem Stuartów, ale na dodatek rywalem, ubiegającym się o względy Elviry. Śmierć Artura byłaby mu na rękę. Co prawda ocalenie rywala przed szafotem, na który naraził się ratując królową, nie gwarantowałoby wcale, że Artur w ogóle przeżyje, ponieważ między stronnictwami ma się rozegrać następnego dnia decydująca bitwa. Chodzi tylko o to, żeby Lord Artur nie umierał jak nędznik, jak wyjęty spod prawa rzezimieszek, lecz miał szansę zginąć bohatersko na polu chwały. No więc Sir Giorgio i Sir Riccardo śpiewają fantastycznie heroiczny duet o tym, jak to dźwięk wojennych trąb wzywa bohatera na pole bitwy, zapewniając mu nieśmiertelną sławę. Aria zaczyna się tak:

Suoni la tromba, e intrepido
Io pugnero da forte,
Bello e affrontar morte
Gridando liberta!

Słowem, jak słodko jest umierać za ojczyznę, a w pierwszej linijce jest rzeczony "słoń" la tromba ;-) 
      Teraz czas na sprawę polską. Otóż 3 maja w transmisji z Metropolitan Opera można było posłuchać, jak w partii Sir Riccarda śpiewa Mariusz Kwiecień. Duet z Sir Giorgiem (Michele Pertusi) wypadł znakomicie mimo nie w pełni odzyskanej po chorobie dyspozycji naszego śpiewaka.
     Ok, wiadomo, wszyscy czekali zagryzając palce, czy Lawrence Brownlee, tenor w partii Lorda Artura zaśpiewa słynne  wysokie F w trzecim akcie, napisane przez Belliniego specjalne dla pierwszego wykonawcy Giovanniego Rubiniego. Nie, nie wyciągnął, bo to jest po prostu niemożliwe. Rubini był tylko jeden i jak on to robił, sprawdzić nie możemy, bo nie ma nagrań sprzed prawie dwustu lat. Ale strasznie, strasznie wysoko. No! To jednak inny temat. Dzisiaj kończymy na tym, co w tytule, czyli duet ze "słoniem" ;-)



 Jest! Lawrence Brownlee - atak na wysokie F. Moment bardzo krótki, trzeba uważnie się wsłuchać.
Śpiewa naprawdę wysoko, że aż to nienaturalne.

W pogoni za ideałem

wtorek, 08 października 2013 21:13

E' la solita storia del pastore…
Il povero ragazzo
voleva raccontarla, e s'addormi.
C'è nel sonno l'oblio.
Come l'invidio!
Anch'io vorrei dormir cosi,
nel sonno almeno l'oblio trovar!
La pace sot cercando io vò:
vorrei poter tutto scordar.
Ma ogni sforzo è vano... Davanti
ho sempre di lei il dolce sembiante!
La pace tolta è sempre a me...
Perché degg'io tanto penar?
Lei!... sempre mi paria at cor!
Fatale vision, mi lascia!
mi fai tanto male!
Ahimè!
___________________

To zwykła historia o pasterzu ... 
biedny chłopiec chciał opowiedzieć 
i zasnął.
Sen przynosi zapomnienie. 
Jak ja mu zazdroszczę! 
Ja również chciałbym spać tak 
aby znaleźć zapomnienie! 
Szukam tylko spokoju. 
Chciałbym być w stanie zapomnieć o wszystkim! 
Jednak każdy wysiłek idzie na marne. 
Przed sobą zawsze mam 
jej słodkie oblicze 
i spokój mnie opuszcza. 
Dlaczego muszę tak cierpieć?
Ona zawsze przemawia do mojego serca. 
Fatalna zjawo, zostaw mnie,
ranisz mnie tak głęboko! 
Niestety!

      Lamentem Federika podczas parapremiery w Mediolanie 27 listopada 1897 roku objawił się światu najsłynniejszy tenor wszech czasów - Enrico Caruso. Od tamtego czasu arię śpiewali wszyscy wielcy tenorzy, od Beniamina Gigliego po Pavarottiego. A dzisiaj słucham w wykonaniu Jonasa Kaufmanna. 

      Opera Arlezjanka Francesco Cilei (1866 - 1950) utrwaliła w kulturze romantyczny motyw nieistniejącego ideału. Już Gustaw w IV cz. Dziadów rozpaczał rozczarowany:
Szukałem, ach! szukałem tej boskiej kochanki,
Której na  podsłonecznym nie bywało świecie,
(...) Lecz gdy w tych czasach zimnych nie ma ideału,
Przez teraźniejszość w złote odleciałem wieki,
Bujałem po zmyślonym od poetów niebie,
Goniąc i błądząc, w błędach nieznużony goniec;
(...) I znalazłem ją na koniec!
Znalazłem ją blisko siebie,
Znalazłem ją!... ażebym utracił na wieki!

       Federico również znalazł, ale nawet nie było mu dane z nią porozmawiać.  Zakochał się w nieznajomej mieszkance Arles (stąd tytuł Arlezjanka). Intryga, jak to bywa w romantycznej operze, prowadzi do smutnego zakończenia. Federico nigdy nie poznawszy nieznajomej, w której się zakochał, popełnia samobójstwo. W tym też przypomina Mickiewiczowskiego Gustawa. Pogoń za ideałem nie może się udać. 
      Tytułowa Arlezjanka to postać, która nigdy nie pojawia się na scenie, jak żona słynnego detektywa Columbo. A jednak nie dość, że widnieje w tytule opery , to na dodatek doprowadza bohatera do śmierci. Świat nie jest przyjazny dla marzycieli goniących za ideałami. Niestety!
Ahime!

PS. Goniąc ideały żyć jest trudno i umiera się szybko. Nie goniąc za nimi także się umiera, choć może, może... ale to wcale nie jest takie pewne -  spokojniej. 

Polaków dwóch na jednej scenie

niedziela, 06 października 2013 19:38  
Takich dwóch.JPG

     

       





























 Mariusz Kwiecień i Piotr Beczała w  Eugeniuszu Onieginie na scenie MET

      Polaków dwóch na jednej scenie MET... czy to nie za dużo? Pewnie tak, skoro jeden drugiego zastrzelił. Z całym szacunkiem, ale kiedy Piotr Beczała śpiewał jako Leński, że tak kocha Olgę, jak żaden poeta jeszcze nie kochał, sama miałam ochotę go zastrzelić. Człowieku, kochaj ty ją jak facet, po męsku, a nie jak jakiś poeta! Toteż irytacja Oniegina - w tej partii Mariusz Kwiecień -  który miejsca sobie podczas słodkiego arioso znaleźć nie mógł, była całkowicie zrozumiała. Jak się zdaje, znudzony prowincją Oniegin za jedyną rozrywkę uznaje igranie uczuciami przyjaciela, na co Leński reaguje jak przystało na egzaltowanego romantyka, oburzeniem, gniewem, zerwaniem przyjaźni i wyzwaniem na pojedynek. Katastrofa gotowa - pojedynek się odbywa, Oniegin zabija Leńskiego. 
      A przecież byli przyjaciółmi,  tak różnymi, ale przecież - jak powiedział w przerwie nasz tenor - są jak stare dobre małżeństwo, znali nawzajem swoje słabostki. Skoro jednak i ja miałam ochotę Leńskiego udusić,  to znaczy, że Piotr Beczała jest dobry, naprawdę dobry nie tylko wokalnie, ale i aktorsko. Aria Kuda, kuda... w jego wykonaniu wywołała aplauz widowni, a w zbliżeniu kamery widziałam, jak naszemu tenorowi drgnęły usta w uśmiechu na dźwięk owacyjnych braw. Także po zakończeniu spektaklu na wyjście Beczały oklaski zerwały się burzliwe a część widowni poderwała się do stojaka. 
      Mariusz Kwiecień jako tytułowy Eugeniusz Oniegin  robi swoje, jak zwykle. Właściwie w każdej partii jest wielką przyjemnością go słuchać i na niego patrzeć. Starał się, naprawdę się starał dodać Onieginowi parę ludzkich odruchów, żeby nie był taki strasznie wyzbyty uczuć, żeby nie był taki okrutnie zblazowany. Irytuje go Leński swoją prowincjonalną poetycznością, ale przecież raz czy dwa dopadają go wyrzuty sumienia, że zbyt okrutnie zdrwił z jego uczuć. Przed pojedynkiem być może, gdyby Leński tak uparcie nie szedł prosto w ramiona śmierci, zdołaliby się pogodzić. Podczas ostatniej rozmowy z Tatianą próbuje przyjąć postawę pokorną, skruszoną, ale namawia ją do niemożliwego. I zostaje sam ze swoją rozpaczą. Samotny romantyczny dandys pobity własną bronią - odrzuceniem. Chciałoby się powiedzieć: dobrze mu tak. 
       Anna Netrebko w partii Tatiany przejmująca, zwłaszcza w scenie pisania listu do Oniegina, potem także w zawstydzeniu słuchająca kazania tegoż, gdy przychodzi jej oddać list i umoralniać, żeby trzymała uczucia na wodzy,  a potem pozornie zimna i wyniosła podczas ponownego spotkania, gdy jest już poślubiona księciu Grieminowi. No i końcowa scena rozstania: to ona okazuje się twarda i niezłomna odpychając Oniegina, który kiedyś pogardził jej uczuciem.
       Wielkim atutem był dodatkowo język libretta - ojczysty język Anny Netrebko i prawie całej rosyjskiej obsady. Nie wiem, czy zamiarem  reżyserek - Deborah Warner i Fiony Shaw było zaprezentować taką czysto rosyjską operę i z rosyjskim dyrygentem (Valery Gergiev). Choć może precyzyjniej byłoby rzec, że była to realizacja słowiańska: trzy Rosjanki, dwóch Polaków w głównych rolach męskich,  dwoje Białorusinów, Rosjanin dyrygent.  Co prawda jako Triquet angielski tenor John Graham-Hall, ale śpiewał kuplety po francusku. 
       To była normalna realizacja, z tradycyjną scenografią, kostiumami z epoki, bez żadnych nowatorskich udziwnień - jak zauważył bardzo zadowolony z tego powodu Piotr Beczała. Żadnych basenów na scenie, niepotrzebnych  gadżetów z XXI wieku, piękne suknie, salonowe tańce, wiejskie obyczaje,  ludowa zabawa (świetna baletowa scena, niezwykle dynamiczna, nagrodzona brawami), świeca paląca się przed ikoną. Słowem, normalność, na którą przyjemnie patrzeć, słuchając pięknej muzyki Piotra CzajkowskiegoLibretto wierne oryginałowi Puszkina.

Łzy Tatiany:
Перед тобою слезы лью,
Твоей защиты умоляю,
Умоляю!

Miłosne wyznania Leńskiego:
Я люблю вас, Ольга,
Как одна безумная душа поэта
Еще любить осуждена.

Żal Leńskiego, najwspanialsza tenorowa aria rosyjskiej opery:
Куда, куда, куда вы удалились,
Весны моей златые дни?

Rozpacz Oniegina:
Позор!.. Тоска!..
О жалкий, жребий мой!

Z rozmów kuluarowych:

****
- Moi znajomi dzwonili z  Gdańska, że u nich nie ma tych transmisji, a u nas są.
- A ja widziałam tę Netrebko w transmisji koncertu z Moskwy, ale to w Multikinie było.

****
- W Warszawie już biletów na transmisję nie ma od dawna. A tu są i w dodatku połowę tańsze.
- No ja też kupiłam już dawno. Ale ostatnio na Szalonych Dniach Muzyki bilety po 7 zł były. A w namiocie nawet za darmo.
- O, była pani?
- Nie, a pani?
 -Byłam.
- I flamenco pani oglądała?
- Oglądałam.
- To ma pani wrażenia!

***
- Pani pewnie na tę sopranistkę przyjechała, pewnie pani zna?
- Annę Netrebko? Nie, na Polaków Mariusza Kwietnia i Piotra Beczałę.

       Z nich dwóch Mariusz Kwiecień mógłby być tym śpiewakiem, za kórym jeżdżą wielbiciele na wszystkie występy.  Trzeba tylko mieć czas i pieniądze. Reszta to fraszka ;-) Zawsze pamiętam, co napisał Niżyński: Oklaski są wyrazem miłości do artysty.  Te nasze zwykłe oklaski, zwyczajnych ludzi kochających muzykę, niekoniecznie znających całe libretta na pamięć.



No to w drogę!...

  sobota, 05 października 2013 14:36

     Pogoda jak drut, więc jadę. Zabieram tabletki od bólu głowy, kawę na poprawę humoru i trampki ;-) 

      I co to się porobiło na YouTube??! Zakamuflowali się, czy tylko u mnie w komputerze jakaś zabawa w chowanego?

     Mariusz Kwiecień jako Eugeniusz Oniegin



Piotr Beczała Jako Leński

środa, 31 stycznia 2018

...będziemy lamentować

czwartek, 13 czerwca 2013 16:44

 Kawy! kawy! Królestwo za kawę!

Nie brzmi to tak ładnie jak koń, a królestwa też nie mam, ale kawa kosztuje mnie dużo. Jeśli kiedyś zbankrutuję, to przez nią. Bo mieszkać to mogę nawet w szałasie, ale bez kawy?... Nie przeżyję. 
Będę się dzisiaj delektować i słuchać trzech lamentów Rodelindy z Krakowa. Trzynasty tym razem klasycznie - pechowy. No bo jestem uwiązana w domowych pieleszach a śpiewają tak daleko. Tylko wieczorna kawa może mnie uratować. 
A myśli krążą, krążą, wyprzedzając czas. Dzwoniłam tu i tam, zapisywałam dni i godziny, a teraz tylko płacić, płacić, płacić. Lipiec, sierpień, wrzesień... Gdzieś będę podróżować.
A tymczasem...
...kawę proszę, choć do wieczora daleko,
będę siedzieć i lamentować z Jeremiaszem.


(Wypróbowałam kilka sposobów: poprzez okienko mediów,  za pomocą wklejania, przeciągania, nawet nauczyłam się znajdować i wstawiać zapis HTML i nic nie działa! Nic! Tak nas tutaj urządzili.)

Zapis kronikarski

Opera Rara 2013
Georg Friedrich Händel, Rodelinda - Teatr im. Juliusza Słowackiego, Kraków, 13 czerwca 2013 (premiera 13 lutego 1725, Londyn)

Obsada:
Rodelinda - Karina Gauvin (sopran)
Bertarido - Franco Fagioli (kontratenor)
Grimoaldo - Carlo Allemano (tenor)
Garibaldo - Ugo Guagliardo (bas)
Eduige - Marina De Liso (alt)
Unulfo - Filippo Mineccia (kontratenor)

Capella Cracoviensis, dyr. Jan Tomasz Adamus

 Dopisek po nocnej zmianie
Franco Fagioli, Vivi tiranno
Jak on to wczoraj zaśpiewał wspaniale. Nawet przed radiem klaskałam. 
Uprzedzam - nie ma filmu, jest tylko głos. Nie manipulować opcjami w komputerze, bo i tak niczego nie widać ;-)

wtorek, 30 stycznia 2018

Centon

poniedziałek, 20 maja 2013 22:09

Przede mną droga w miasto utrapienia,
Przede mną droga w wiekuiste męki,
Przede mną droga w naród zatracenia,
Wchodzę... i żegnam się z nadzieją!
Wchodzę… mierząc siły na zamiary,
Nie zamiar podług sił!
Oh! Nie skończona jeszcze? Dziejów praca –
Przysiądź, w gwiazd harmonię spoglądać weselej
Przez wiele lat samotnych.
I to jest nasze życie: mgła, strach, złote cienie
I oczy, które wszystko na wylot przejrzały
I ponad walki rozpacz przerażenie.
Żegnaj mi. Z rąk do rąk podajmy
Skromnej mądrości dar zwyczajny.
Jak widzisz, nie mam ja recepty,
Możesz stać się szaleńcem,
Walutę obłędu możesz wymienić na geniusz,
Nic nie jest pewne.
Morze  wyrzuca na brzeg fałszywą biżuterię.
To niebo mówi obcą mową,
A słowa się włóczą i łajdaczą –
I udają, że znaczą coś więcej niż znaczą!
W tym kraju ludzie żywi po jednym schodzą do ziemi,
Mieszkają w głębi ciemności coraz to niżej i niżej,
I nad okropnym, ciemnym piekła malowidłem
Szary tak machnął ręką, jak nietoperz skrzydłem…
I tylko serce słychać, jak dudni, jak głuchym gra krokom,
Gaśnie, podrywa się, tłucze: dokąd to? dokąd to? dokąd?
I poszliśmy
oni przodem
ja za nimi
a za nami
świerszczy stado.

(współautorami wpisu są: Dante Alighieri, Krzysztof Kamil Baczyński, Zbigniew Herbert, Małgorzata Hillar, Jarosław Iwaszkiewicz, Bolesław Leśmian, Ewa Lipska, Adam Mickiewicz, Czesław Miłosz, Cyprian Norwid, Juliusz Słowacki)



        André Chénier był poetą. Nigdy bym pewnie o nim nie słyszała, gdyby Umberto Giordano (1867-1948) nie uczynił z niego tytułowego bohatera swojej opery (premiera 28 marca 1896, Mediolan, La Scala). Poza tym, że rzecz cała dzieje się we Francji, gdzie dwa dni przed aresztowaniem Robespiera został zgilotynowany tytułowy bohater opery, autor raptem dwóch wierszy, resztę Luigi Illica, autor libretta, zmyślił. Un di, all`azzurro spazio to aria z aktu I, kiedy upokorzony przez  hrabiankę Madeleine, w której się oczywiście skrycie podkochuje, bohater wygłasza poetycką improwizację. I stąd ta aria pod dzisiejszym, przecież poetyckim wpisem. 


poniedziałek, 29 stycznia 2018

Po węgiersku to ja niczego nie rozumiem :-(

czwartek, 25 kwietnia 2013 18:27

      Mam nawet trudności z wymówieniem nazwiska: Peter Eötvös skomponował dotąd dziewięć oper, z których mnie obiły się o uszy dwie - Trzy siostry i Lady Sarashina. Ta druga niedawno, 7 kwietnia miała polską premierę w TWON. Libretto oparte na pamiętniku Japonki żyjącej tysiąc lat temu (sic! urodziła się w 1008 roku) napisała żona kompozytora Mari Manzei co prawda po angielsku, ale nadal niczego nie rozumiem, bo mnie chodzi także o muzykę. A muzyka jest węgierska i bardzo nowoczesna. Toteż ja się już kompletnie nie znam. Mogę tylko próbować słuchać. 
       Na warszawskiej Sarashinie nie byłam, może kiedyś jeszcze będę. Tymczasem zostają mi wyimki nagrań, na których podziwiać można niesamowitą w klimacie japońską scenografię i kostiumy. Nad reżyserią czuwał twórca japoński - Ushio Amagatsu - nic więc dziwnego, że taki efekt. Zresztą, przecież rzecz cała dzieje się w Japonii. Może dużo tam przestrzeni snu, marzeń, onirycznego klimatu, ale jednak w duchu japońskim.


        Trzy siostry (premiera 13 marca - albo 18, bo i taką datę znalazłam, więc nie wiem na pewno, 1998, Opera de Lyon) były pierwszym wielkim sukcesem operowym Eötvösa. Libretto oczywiście oparte na dziele Czechowa, ale w reżyserii wspomnianego już Ushio Amagatsu, zawiera wiele japońskiej estetyki teatru kabuki. Co ciekawe: partie sióstr śpiewają kontratenorzy, inne żeńskie postacie także są wykonywane przez mężczyzn, np. służąca Anfisa śpiewa basem. To znaczy nie w każdej realizacji tak jest, ale w premierowej oraz zarejestrowanym nagraniu Deutshe Grammophon tak właśnie kompozytor sobie zaplanował. 
          
          Tutaj też męska obsada:
     

A mnie najbardziej zadziwił właśnie ten niski głos. Nie wiem, nie wyobrażam sobie, aby można było jeszcze niżej cokolwiek zaśpiewać (Denis Siedov jako kapitan Soliony).


Może się ktoś przyczepić, że przecież tym razem libretto jest po rosyjsku. No, fakt. Ale to nie znaczy, że jestem w stanie ogarnąć taką konwencję opery i muzykę. Węgiersko-niemiecką  muzykę, ponieważ  Eötvös co prawda studiował w Budapeszcie, ale od lat jest obywatelem świata, mieszka w Niemczech, a swego czasu pomieszkiwał w Japonii, gdzie nawet nauczył się japońskiego, także w Paryżu; dyrygował i kierował orkiestrami w Londynie, Wiedniu, Monachium, Tokio, Brukseli, Amsterdamie... i wielu innych.  Dlatego koncepcja zralizowania opery na podstawie japońskiego pamiętnika z XI wieku (Sarashina Nikki) nie była aż takim znowu wielkim zaskoczeniem. Eötvös czerpie z różnych źródeł. 

         

W Budapeszcie

środa, 17 kwietnia 2013 19:39

      Neorenesansowy gmach w stylu włoskim węgierskiej opery  (Magyar Állami Operaház ) otwarto 27 września 1884 r.  Inauguracyjny wieczór koncertowy poprowadził  Ferenc Erkel, którego posąg wraz z drugim najbardziej znanym węgierskim kompozytorem - Ferencem Lisztem - dzieło rzeźbiarza Alajosa Stróbla ozdabia dzisiaj front operowego gmachu. Erkel dyrygował podczas otwarcia fragmentami własnych utworów oraz oper Richarda Wagnera.  
       Ferenc Erkel (1810- 1893) uważany jest za twórcę narodowej opery węgierskiej, jest też autorem węgierskiego hymnu. Nic dziwnego więc, że został pierwszym dyrektorem Węgierskiej Opery Narodowej, a jego nazwisko upamiętnia też Teatr im. Erkela. Dwie najsłynniejsze i chyba też najlepsze opery Erkela to Hunyadi Lászlo (1844) i Bánk bán (Palatyn Bánk - 1861). Można przypuszczać, że fragmenty obu zostały zaprezentowane podczas koncertu inauguracyjnego, choć ta druga  była też pierwszym dziełem wystawionym w nowym operowym gmachu.
      Obie opery maję wiele wspólnego: budują mit bohaterskiego patrioty do końca wiernego ojczyźne.  Bohaterem pierwszej jest postać historyczna węgierskiego księcia, dyplomaty z XV wieku. Tragiczny los bohatera wzmocniony zostaje kontrastem między wiernością Hunyadego i trochę jego naiwnością, a intrygami wrogów oskarżających go o zdradę. Zderzenie wrogich sił prowadzi do oczekiwanego dramatycznego końca, w którym (jak powiada legenda) mimo że kat trzy razy nie trafia toporem w skazańca, co powinno prowadzić do ułaskawienia, ostatecznie za czwartym jednak pozbawia go życia. Tak więc Hunyadi Lászlo ponosi śmierć męczeńską w wieku 26 lat i staje się narodowym bohaterem. Na portretach i rzeźbach jest przedstawiany zawsze jako młody i urodziwy mężczyzna.  Ferenc Erkel, a właściwie Beni Egressy, autor libretta wprowadził na dodatek pełną zaskoczenia i emocji scenę, w której  Lászlo zostaje wtrącony do więzienia wprost z własnego wesela tuż przed ślubem. Nagromadzenie dramatyzmu jest ogromne. W sam raz na operę narodową.
        Z Bánk bán jest podobnie. Tutaj z kolei  historia sięga XIII wieku, kiedy węgierscy wielmoże buntują się przeciwko panowaniu Andrzeja II i jego żony Gertrudy. Tytułowy Palatyn  Bánk to skrzyżowanie Makdufa, Banka i Otella,  a w ogóle bohaterski tenor.  Brat Gertrudy, Otto, uwodzi a w końcu gwałci mu żonę,  która po tym wydarzeniu traci zmysły, a następnie  tonie w rzece wraz z maleńkim synkiem. I chociaż wcześniej w akcie obrony własnej Bánk zabija sprawczynię intrygi, Gertrudę, nic nie wróci życia jego bliskim. Koniec  dzieła. 
      Zanim rzecz się rozwinie do tegoż tragicznego finału, na początku II aktu Bánk wyśpiewuje bohaterską arię pełną miłości do ojczyzny: Hazám, hazam! Taki bohater mógłby równie dobrze być Konradem Wallenrodem, Skrzetuskim i Czarnieckim w jednym. 


 József Simándy, węgierski tenor, w obu operach Erkela wystepujący w partiach tytułowych, podobnie jak kompozytor zmarł w Budapeszcie. Ferenc Erkel miał 83 lata,  Simándy 81. Muzyka klasyczna zapewnia długie życie ;-)

Krew, Graal, współczucie...

 poniedziałek, 04 marca 2013 0:12

     16000 galonów krwi na scenie, zabity łabędź i prostaczek czystego serca. Albo inaczej: zakon rycerzy, niegojąca się rana i czarownica. Nie, też źle, inaczej: król, który był słaby, wiedźma, która chciała umrzeć, głupiec, który został królem. Niby średniowiecze, a w garniturach; niby misterium, a muzyka; niby religia... Och, najlepiej tak: Jonas Kaufmann, Rene Pape, Katarina Dalayman, Peter Mattei... A tak naprawdę to Richard Wagner Parsifal, nowojorska premiera w reż. Francoisa Girarda.
     Jak można tak namieszać w libretcie, tworząc jednocześnie genialną muzykę?  Jest rzeczą karkołomną, a i niewskazaną, streszczanie Parsifala. To jakieś panopticum motywów, symboli, znaków kultury zaczerpniętych z chrześcijaństwa, buddyzmu, średniowiecznych legend, nordyckich mitów, teorii podświadomości, psychoanalizy, kompleksu Edypa, filozofii  i własnej wyobraźni Wagnera.  Zaiste był szaleńcem. To znaczy - geniuszem. Geniusze są szaleńcami, to pewne.  Święty Graal, z krwią, która spłynęła z boku Chrystusa, Włócznia, którą ową ranę uczyniono, dostała się w niepowołane ręce, kryptocytaty w stylu weźcie me ciało, weźcie moją krew, Herodiada błąkająca się jak potępiona dusza w kołowrocie wcieleń aż do ostatecznego odpokutowania winy i śmierć w łasce... Dobry król i zły czarownik, podstępna kobieta, kusicielka i prostaczek czystego serca, który jedyny jest w stanie oprzeć się jej pokusom, dzięki czemu ratuje siebie, ją oraz chylący się ku zagładzie rycerski zakon... Walka pokus ciała z czystością serca,  żądze przeciw  ascezie, głupiec przeciw mądrości, zemsta przeciw współczuciu, grzech przeciw miłosierdziu... Jak z tego zrobić operę???! Można, jeśli się założy, że czasu mamy pod dostatkiem i nigdzie nam się nie spieszy.
         Girard idzie tropem wyrazistych znaków: strumień zamieniający się w rzekę krwi; w drugim akcie całe królestwo czarownika Klingsora (Evgeny Nikitin) tonie we krwi, dosłownie wszyscy chodzą w niej, on sam w niej się kąpie, i pojawia się mając nawet włosy zlepione krwią. To te 16 tysięcy galonów. Kobiety-Kwiaty bosymi stopami w niej chlupoczą, ich białe suknie stopniowo od dołu nabierają koloru czerwieni, podobnie jak suknia uwodzicielskiej Kundry (Katarina Dalayman), w końcu Parsifal (Jonas Kaufmann) wchodząc tutaj również krwią nasiąka, więc kiedy akcja przenosi się na łóżko, momentalnie jego biel staje się czerwona. A prawda, jeszcze Amfortas (Peter Mattei) od początku do końca w koszuli zbroczonej krwią sączącą się z jego niegojącej się rany. A jakby tego było mało, w tle animacje komputerowe z niebem na czerwono.  Przesadzam? 
         No dobrze, nie było tak źle, choć może rzeczywiście tej krwi za dużo trochę. Widok Klingsora jako żywo przypomniał mi takie różne filmy z serii diabelsko-piekielnych typu Constantine. On  - Klingsor - nie był groźny, przerażający, tylko groteskowy.  Te jego włosy... 
        Peter Mattei jako Amfortas miał strasznie ciężką pracę do wykonania.  I nie chodzi tylko o śpiew, który, rzecz jasna, jest najważniejszy, ale o koncepcję postaci, jej zachowania na scenie. Amfortas jest ranny,  rana nie może się zagoić od wielu lat, co bohatera osłabia, to oczywiste. Dodatkowo jeszcze do jego obowiązków należy dokonywanie obrzędu odsłonięcia Graala i dzielenia chleba i wina ze współtowarzyszami. To, co wszystkim daje życie, Amfortasowi przysparza cierpień. Król dokonuje obrzędu za cenę narastającego za każdym razem bólu, ponieważ rana jest skutkiem jego grzechu, dlatego pragnie  tylko śmierci. Peter Mattei śpiewał prowadzony przez dwóch pomocników, na których opierał swój ciężar, ponieważ w koncepcji reżyserskiej miał też niewładne nogi, którymi powłóczył z wysiłkiem. W trzecim akcie zaś śpiewał siedząc w grobie,  do którego złożono ciało jego ojca, Titurela.  Jeszcze nikt tak przejmująco nie pragnął śmierci, a zarazem spełniając obowiązek, narażał się na kolejny ból. Tu się zaczyna w zasadzie sens całej historii: Parsifal, mimo że jeszcze niewiele rozumie, współczuje cierpiącemu Amfortasowi, o czym przypomni sobie w kluczowym momencie kuszenia przez Kundry. Wszystko zakończy się wzruszającym przebaczeniem opartym na współczuciu: Parsifal odzyska Włócznię, która uleczy ranę Amfortasa, Kundry dostąpi przebaczenia i ochrzczona będzie mogła w spokoju umrzeć, za czym tęskni od wieków; społeczność rycerzy zyska nowego króla w osobie Parsifala namaszczonego i  koronowanego przez Gurnemanza, a Graal już nigdy nie będzie ukryty. Jak to możliwe, że była to ulubiona opera Hitlera?
       Rene Pape jako Gurnemanz był dla mnie zaskoczeniem.  Po pierwsze, Gurnemanz jest starcem, Pape na takiego jeszcze nie wygląda, a ubranie rycerzy w stroje współczesne raczej nie pozwalało ucharakteryzować go na jakiegoś guślarza. Wystarczy, że w trzecim akcie był zmięty, obszarpany, brudny, przejmująco nieszczęśliwy, ale... współczujący wobec Kundry, a potem także ucieszony powrotem Parsifala z odzyskaną Włócznią. Mam go jeszcze  pamięci jako przebiegłego Mefistofelesa w Fauście, ale tu pokazał się zupełnie inaczej. To on w akcie I miał najwięcej do śpiewania, gdyż opowiada historię Amfortasa i jego klęski. A kiedy przyprowadzają Parsifala, który ustrzelił łabędzia, przekonująco uświadomi mu, że wyrządził zło. Powstrzymuje  współbraci przed łatwym osądzaniem Kundry, ale kiedy Parsifal nadal nie pojmuje, czego jest świadkiem, bezpardonowo go przepędza. 
       Katarina Dalayman jako Kundry była nieokreślona. I dobrze, bo ta postać jest jedną z najbardziej tajemniczych w dorobku Wagnera. Patrzyłam na nią, słuchałam i zastanwiałam się, co też ona może myśleć. Kiedy jej dziękują, mówi, że nigdy nie pomaga; kiedy ją chwalą za dobroć , mówi, że nigdy nie jest dobra; kiedy Klingsor budzi ją do życia nakazując uwiedzenie Parsifala, protestuje, ale ulega i ucieka się do przewrotnych metod. A na koniec jak ewangeliczna grzesznica obmywa  stopy Parsifala wycierając je własnymi włosami. 
         W sumie obsada, trzeba przyznać, mocna. A nie wspomniałam jeszcze o Kaufmannie w partii Parsifala. Przecież ja dla niego to oglądałam przez sześć godzin ryzykując powrót do domu na pierwszą w nocy.  W pierwszym akcie rolę miał raczej milczącą,  odzywa się może trzy razy w krótkich kwestiach, aha, i jeszcze trzy razy powtarza, że nie wie.  Nie dość, że uwertura jest długa, to i cały pierwszy akt tak naprawdę dopiero się rozkręca i rozkręca przez dwie godziny! A Parsifal tylko chodzi, patrzy i się dziwuje. Jednak przyznać trzeba , że muzyka jest wspaniała. I znowu zapytam, jak to możliwe, że tak cudaczne libretto ma taką cudną muzykę? Jonas Kaufmann pokazał, co potrafi w akcie II. To znaczy, w zasadzie nie bardzo pokazał, bo... sprzęt był za słaby, czyli głośniki. Nie za cicho, tylko przeciwnie, za głośno i potężny śpiew ugrzązł. Ale i tak byłam pod wrażeniem. Jak mnie wgniotło w fotel, gdy zaczął Amfortas! Die Wunde!, tak już tam zostałam do samego końca. 



Tak na marginesie, zdecydowanie wolę Kaufmanna jako Parsifala czy Lohengrina niż Werthera. 

Tutaj to samo, zaczyna się od Amfortas! Die Wunde!, ale więcej jest. Słychać też Katarinę Dalayman jako Kundry. Koncentracja na śpiewie, filmu brak. Są zdjęcia. 


Oooo, Kaufmann rozwalił mi głośniki!... Kaplica!

 I tak jeszcze śpiewał w sobotę:
"Erlöse, rette mich
aus schuldbefleckten Händen!"
So rief die Gottesklage
furchtbar laut mir in die Seele.
Und ich - der Tor, der Feige?
Zu wilden Knabentaten floh' ich hin!
Erlöser! Heiland! Herr der Huld!
Wie büss ich Sünder meine Schuld?


 Znalazłam zdjęcia z premiery


Oraz przykład nagrania Uwertury:

Zmiany

    Kończę pisanie na tym blogu. Prowadzenie równoległych blogów jest wyczerpujące. Zwłaszcza, że tematyka - szeroko pojęta kultura - jest p...