Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o podróżach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o podróżach. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Jarmark i muzyka

              Mimo zmienionej formuły Jarmarku Jagiellońskiego, który teraz jest częścią imprezy o nazwie Festiwal Re:tradycja nadal znajdują się tu wydarzenia, na które warto przyjechać. Sam jarmark trwał przed dwa weekendowe dni, w sobotę i niedzielę 20-21 sierpnia. Na przyjazd wybrałam niedzielę ze względu na akcenty muzyczne. W kościele oo. Dominikanów tym razem wystąpiło norwesko-szwedzkie trio Ævestaden z Oslo. Wykonują muzykę tradycyjną z towarzyszeniem ludowych instrumentów takich, jak drumla, skrzypce, kantele, lira wspomaganych elektroniką. Folklor tamtego rejonu nie jest mi znany, posłuchałam więc z przyjemnością. Coś zupełnie nowego, odmiennego. Muzyka raczej spokojna, taka powiedziałabym leśna, orzeźwiająca. Delikatne głosy solistek sprawiały wrażenie, że słucham jakichś leśnych duszków, albo koncertu elfów. Muzyka delikatna, falująca z kilkoma żywszymi akcentami, ale bez przesady. Naprawdę można było zamknąć oczy i zasłuchać się, odpocząć, wyciszyć po innych jarmarkowych atrakcjach. Po koncercie można było kupić płytę, i to jaką! Czarną gramofonową. A więc i fonografia utrzymana w tradycji. I z tej płyty kilka nagrań, choćby takie:


I jeszcze taki kawałek stopniowo się rozkręca


        Tuż po tym koncercie trafiłam na drugi: z wysokiej Wieży Trynitarskiej grał Joszko Broda.  To z kolei wydarzenie towarzyszące całemu festiwalowi w ramach przedsięwzięcia o nazwie "Muzyczna podróż przez pokolenia". Trudno było dostrzec z placu, na czym grał za każdym razem, a grał na kilku różnych instrumentach. Zdaje się, że była koza podhalańska, na pewno coś jeszcze, bo Joszko Broda jest multiinstrumentalistą. Mimo wysokości - platforma widokowa znajduje się na wysokości 40 metrów - słychać było doskonale i po koncercie muzyk otrzymał brawa od słuchaczy zgromadzonych na placu przy Trybunale Koronnym 
       Sam jarmark zaś po dwuletniej przerwie wrócił do poprzedniej międzynarodowej formuły. Na stu dziesięciu straganach prezentowali swoje dzieła artyści ludowi z Polski i zagranicy: Litwy, Słowacji, Ukrainy, Białorusi, Bułgarii, Węgier.  Albo regionami: Beskidy, Kaszuby, Łowickie, Podole i Polesie, Wołyń, Roztocze, Karpaty i inne. Pachniało woskiem przy obrotowym kole artysty z Tyszowiec, który wyrabiał świece. Ze straganów muzycznych dobiegały dźwięki a to liry korbowej, a to skrzypiec, a to bębenków i grzechotek. Kramy z wyrobami tkackimi i ludowymi pająkami mieniły się wszystkimi kolorami. Serwety, chodniki i obok weselne korony wyszywane lub z kwiatów z bibuły. Kusiły miody z pasieki i miody pitne. Pocztówki, kartki i zakładki z wzorami z Petrykiwki malowane pędzelkiem z kociej sierści obok stoiska z ceramiką w tradycyjne wzory krymskich Tatarów. Słowem, cudowności wszelkiej maści z sierpniowego kalendarza atrakcji

wtorek, 14 czerwca 2022

600 lat obecności - szmat historii

       Bazylika z bliska wywiera wrażenie. Ogromna i majestatyczna. Podczas ostatniego pobytu w Krakowie postanowiłam pomiędzy koncertami a wystawami zmieścić krótką wycieczkę do Bazyliki Bożego Ciała, a przy okazji potrenować jazdę tramwajami, bo wciąż krakowskie linie komunikacyjne stanowią dla mnie zagadkę.  Tym bardziej, że nocleg miałam w hostelu blisko przystanku. 

        O samej bazylice i jej organowym wnętrzu pisałam przy innej okazji, tym razem zresztą nikt na organach nie grał. Już na piętnastowiecznych mapach i ilustracjach ogromna budowla wyróżnia się na tle zabudowań Kazimierza ufundowanego w 1335 r. przez Kazimierza Wielkiego jako miasta w pobliżu Krakowa. Już wkrótce, pięć lat później tenże król ufundował także nową świątynię pod wezwaniem Bożego Ciała, która początkowo opiekowali się franciszkanie. W 1405 r. Władysław Jagiełło sprowadził i osadził na Kazimierzu Zakon Kanoników Regularnych Laterańskich, którzy urzędują tam do dzisiaj. 

       Sześćset lat obecności w wiekowych murach może przytłaczać. Historia wyziera z niemal każdego miejsca: z gotyckich witraży, siedemnastowiecznych obrazów Dolabelli i bogato zdobionych drewnianych stalli kanonickich w prezbiterium,  barokowego łuku tęczowego zwieńczonego przejmującym krucyfiksem, z osiemnastowiecznej ambony w kształcie łodzi unoszącej się na falach morza, na zewnątrz zaś z siedemnastowiecznego Ogrójca, przy którym odbywały się Misteria Pasyjne w czasie Wielkiego Tygodnia. Dwie toskańskie kolumienki po dwóch stronach portalu wejściowego do Ogrójca mają w zwieńczeniu wdzięczne dzbanuszki.

        Przede wszystkim zaś mury.... Wysokie, gotycko wzrastające w niebo, wydają się zahaczać o chmury. Z bliska widać harmonijne wzory cegieł w ciemniejszym kolorze, wkomponowanych schodkowo w przeważające czerwone ścian. Wzór to wznosi się, to opada, rozgałęzia i spiętrza ku dachowi. Obchodząc korpus bazyliki przechodzi się pod arkadą łączącą bazylikę z klasztorem. Niegdyś musiały tędy przechodzić olbrzymie procesje, niestety obecnie przejście między kruchtą kościoła a okalającym murem sprawia wrażenie zbyt wąskiego na przemarsz procesyjny, chociaż, jak pokazują różne zdjęcia archiwalne, procesje tędy się odbywają. 

       Obchodząc dookoła bazylikę myślałam o tych tysiącach stóp, które już tędy przeszły przez setki lat. O tym, że stulecia mijają, a niebotyczne gotyckie mury nadal zahaczają o chmury jakby chciały je zatrzymać na chwilę, mówiąc: "Wy płyniecie w nieskończoność, a ja tutaj trwam na tym samym miejscu, choć wokół tak bardzo zmienił się świat".

niedziela, 29 maja 2022

Notatki z wystawy

       W lutym, jeszcze przed obecną wojną prawie zdążyłam na wernisaż. Do Malczewskiego w Muzeum Narodowym w Krakowie zajrzałam z lekkim opóźnieniem. W Roku Romantyzmu nie można sobie darować takiej gratki. "Jacek Malczewski romantyczny" - jeden z najbardziej rozpoznawalnych pędzli polskiego malarstwa. Idąc od sali do sali, od ściany do ściany, od obrazu do obrazu, przechodzę przez labirynt postaci, kulturowych przestrzeni, toposów i zakodowanych w pamięci skojarzeń. Przed oczami przewija się film archetypów i symboli. Nie ma bardziej od Malczewskiego uniwersalnego malarza polskości. 

     Portrety....Matki, narzeczonej, dzieci... córki Julii i syna Rafała. Na portrecie syna dzieje się coś dziwnego. Już sam tytuł sugeruje niezwykłość: "Pegaz - portret syna Rafała". Na centralnym miejscu koń daleki od wzorcowego Pegaza, krępy, maści czerwonobrązowej, zupełnie nie przypomina siły natchnienia. Chłopiec w rogu z prawej, w ciemnym stroju, "mundurku". Obok niego kogut albo indyk. Po przeciwnej stronie, z lewej niska postać jakby karła z pękatym brzuchem. Ale, ale... ten karzeł zamiast ludzkich stóp ma owłosione koźle kopyta. Czyżby inny symbol sztuki? Nie Pegaz, lecz Faun lub Bachus ma patronować Rafałowi? Dionizyjska zabawa i życie pełne uciech? 

     "Powrót Sybiraka" z1912 r. - starzec, któremu kobieta palcami podnosi powieki na inny wymiar świata. Na podniesionej prawej ręce na nadgarstku kajdany, kawałek łańcucha, niebieskie kwiaty; w dłoni Sybirak trzyma pszczołę za skrzydło. "Śmierć Ellenai" w różnych - odsłonach. Od małego szkicu do dużego obrazu z perspektywicznym skrótem od strony stóp. 

     Miał też poczucie humoru. "Kopciuszek" - przymierzanie pantofelka przez wiejskie dziewczyny w karczmie, młodopolska ludowizna. No i te autoportrety z fartuchem malarskim, z pędzlem, w kapeluszu..."Wytchnienie" - czyje? - artysty: tubki z farbami, pędzle, ale ręce malarza w kajdanach.  Sztuka zniewala,  bierze artystę w niewolę. 

      Tryptyk "Mój koncert" - intymny i symboliczny jednocześnie. Skrzypki ludowe, gęśle, starzec na harmonijce gra. "Anioły"- malutki obrazek, różowoblade postacie ledwie widoczne - jakby za zasłoną z folii. Anioły? Czy raczej nagie kobiety? 

      Chrystus ma twarz Malczewskiego. Odwaga artysty. "Chrystus i jawnogrzesznica", "Niewierny Tomasz" - tylko fryzurę zmienia. Kolejny tryptyk: "Za aniołem": starzec, dziecko, żołnierz?... Aniołowie mają ogromne kolorowe skrzydła prawie do samej ziemi. Ten ze starcem czerwone, ten z dzieckiem - wielokolorowe, z żołnierzem - złotoszare. "Anioł i pastuszek" - motyw z Tobiaszem. Skrzydła do samej ziemi i wysoko ponad głową anioła w czerwonej sukni, boso. Fantazja malarza - chimery w tygrysich kształtach. Ogon pręgowany, tułów i głowa kobiety. Chimery mają talenty muzyczne, na wielu obrazach grają na instrumentach. 

      Kolejny humor. Na obrazie "Don Kichot i Sancho Pansa" Malczewski przedstawił siebie jako pociesznego sługę jadącego za rycerskim Lanckorońskim - efekt wyprawy archeologicznej na Bałkany i do Grecji, podczas której zadaniem Malczewskiego była dokumentacja ilustracyjna. 


Wystawa jeszcze trwa. 

niedziela, 22 maja 2022

Kalisz artystyczny i kosmiczny - część 2

         Nie  tylko szlakami literackimi można spacerować po Kaliszu: od pomnika Adama Asnyka, obok fontanny "Noce i dnie", przez katedrę św. Mikołaja, gdzie ochrzczony został autor "Do młodych" i ślub brała Maria Konopnicka, po inne miejsca z tablicami upamiętniającymi wybitnych pisarzy. Część tej trasy opisana została w poprzednim poście. Ponieważ nigdy wcześniej w Kaliszu nie byłam, powinien tej podróży patronować eksplorator niezbadanych terenów, czyli Stefan Szolc-Rogoziński. Urodzony w Kaliszu w 1861 r. organizator pierwszej polskiej wyprawy do Afryki, badacz Kamerunu i członek Królewskiego Towarzystwa Geograficznego ma swoją ławeczkę tuż nad Prosną obok Kamiennego Mostu. 


      Mimo młodego wieku udało mu się w wieku 21 lat  po wielu przeciwnościach zorganizować wyprawę do Kamerunu, właściwie odkrywczą, gdyż teren ten nie był dotąd dobrze poznany. Efektem wyprawy było m.in. zdobycie najwyższego szczytu, do dziś czynnego wulkanu Kamerunu, dokładne zbadanie biegu rzeki Mungo i odkrycie Jeziora Słoniowego. 
       Szolc-Rogoziński szczególnie mocno podkreślał swoją polskość, dlatego spolszczył niemieckie nazwisko Scholtz i dodał do niego nazwisko matki - Rogoziński. Przed stacją badawczą i bazą wypadową wyprawy na wyspie Mandoleth u wybrzeży Kamerunu powiewała flaga z warszawską Syrenką. Był poliglotą, a w Kamerunie nauczył się jeszcze kilku miejscowych dialektów.  Podróżował także do Egiptu, planował zorganizować kolejną wyprawę, lecz plany przerwała tragiczna śmierć w wypadku pod kołami omnibusu w Paryżu. 
       Kalisz chwali się także Fryderykiem Chopinem, który przebywał tu sześciokrotnie, o czym na kamienicy na rogu ul. Zamkowej informuje tablica w kształcie fortepianu z popiersiem kompozytora.  Wspomniany na tablicy taniec Chopina z panną  Pauliną Nieszkowską miał miejsce podczas balu 7 listopada1829 r.  Kompozytor wspomina swój pobyt w liście do  Tytusa Wojciechowskiego, pisząc: "musiałem mazura tańczyć".  Ostatni raz Chopin przebywał w  Kaliszu w drodze na emigrację w listopadzie1830 r. 

       No ale rzekło się w nagłówku o Kaliszu kosmicznym. Ma to związek z hotelem, w którym się zatrzymałam. Nazywał się E.T. Zgodnie z nazwą na klombie przed wejściem stoi stworek znany z filmu "E.T.", a obok głaz z odciskiem dłoni pewnej kosmitki. Kamień znalazł się ponoć na  polu pewnego 97-letniego rolnika. Kiedy pojechano kamień od niego odkupić, rolnik zniknął bez śladu. I takie to kosmiczne parantele zadomowiły się w Kaliszu. 
      Mnie jednak zainteresował przylegający do hotelu Park Rodziny Wiłkomirskich. Nazwisko szacowne i znane w historii polskiej muzyki. Słynne Trio Wiłkomirskich (rodzeństwo Kazimierz, Michał i Maria), powstałe w 1913 r. w Moskwie, wraz z założycielem zespołu i ojcem rodzeństwa Alfredem dało w Kaliszu cykl dziesięciu koncertów w sezonie 1921/22 oraz na dziesięciolecie powstania tria. Z czasem z powodów zdrowotnych z występów rezygnuje Michał, a do zespołu dołącza najmłodsza z rodzeństwa Wanda, urodzona już w wolnej Polsce w Warszawie w 1929 r.  Wanda Wiłkomirska (zm. w 2018 r.), grająca na Guarneriusie z 1743 r. zostanie  jedną z najsłynniejszych skrzypaczek XX wieku. Park został nazwany ich imieniem i akcentem muzycznym tego dnia, w którym w świeżości poranka obchodziłam jego ścieżki, były radosne rechoty żabek w stawie i śpiew ptaków. 

Wanda Wiłkomirska o tym, co to znaczy być melomanem

poniedziałek, 16 maja 2022

Kalisz literaturą i sztuką stoi

       Najlepiej zacząć poetycko: od wiersza "Rodzinnemu miastu" Adama Asnyka. Wiersz wydobywa się z "gadającej" ławeczki usytuowanej w pobliżu pomnika poety. Rzeźbiarz Jerzy Mieczysław Jarnuszkiewicz herbu Lubicz zaprojektował pomnik dosyć surowy w kształcie, postać siedzącego poety sprawia wrażenie wyciosanej w drewnie. 

Pomniki Jarnuszkiewicza w ogóle nie są gładkie, co można zobaczyć także w innych miastach w Polsce, np. w Warszawie jego dziełem jest pomnik Małego Powstańca, a w Lublinie "Homagium" - pomnik Jana Pawła II i Stefana Wyszyńskiego w symbolicznej scenie znanej z inauguracji pontyfikatu polskiego papieża. 

       Autor sonetów "Nad głębiami" w Kaliszu czuje się jak u siebie, tutaj bowiem urodził się w 1838 roku i tutaj - w kościele, obecnie katedrze św. Mikołaja został ochrzczony, czego pamiątką jest tablica umieszczona zaraz przy wejściu do nawy głównej.  Tutaj także debiutował w 1870 r. właśnie wierszem "Rodzinnemu miastu" w czasopiśmie "Kaliszanin".  

        Co ciekawe, w tym samym piśmie i w tym samym 1870 r. debiutowała Maria Konopnicka wierszem "Zimowy poranek" i także  ona ma w katedrze swoją tablicę upamiętniającą ślub zawarty 10 września 1862 r. z Jarosławem Konopnickim, z którym miała ośmioro dzieci, z których dwóch synów zmarło zaraz po urodzeniu. Mimo że późniejsza autorka "Roty" urodziła się w Suwałkach, rodzina Wasiłowskich zamieszkała w Kaliszu, gdy Maria miała siedem lat. Tutaj urodziła się jej najmłodsza siostra Celina (Maria jako najstarsze dziecko państwa Wasiłowskich miała pięcioro rodzeństwa: brata i cztery siostry, z których jedna zmarła zaraz po urodzeniu jeszcze w Suwałkach), tutaj też zmarła i została pochowana jej matka. Kaliszowi poetka poświęciła kilka utworów, m.in. "Kaliszowi" i "Memu miastu". Sejm Polski ogłosił rok 2022 także Rokiem Marii Konopnickiej w 180. rocznicę jej urodzin. Odwiedziny w mieście, w którym spędziła kilkanaście lat, to dobra okazja uczczenia rocznicy. 

      Niestety, nie odkryłam powodu umieszczenia w tejże katedrze tablicy poświęconej Józefowi Ignacemu Kraszewskiemu, autorowi "największej  całym świecie twórczości".  W każdym razie tablica pięknie złoconymi literami głosi pamięć "wiecznie żywą w sercu narodu" autora "Starej baśni" i kilkuset innych powieści.  Dopełnieniem zaś literackich spacerów, zwłaszcza pod wieczór, jest fontanna "Noce i dnie".  Tak, tak, te "Noce i dnie", wszak Kaliniec to Kalisz, a jedna z ulic miasta, na osiedlu Kaliniec zresztą,  nosi miano Serbinowska. Najpierw Kalisz za swój portret w powieści na Marię Dąbrowską się obraził. Po latach, gdy pisarka wprost i z uczuciem wyznała: "Jestem dzieckiem ziemi kaliskiej.  Z jej okolic i samego Kalisza czerpałam Natchnienie do moich książek: "Uśmiech dzieciństwa",  "Ludzie stamtąd" oraz "Noce i dnie". Ta ziemia ukształtowała moje poczucie artystyczne, styl i język całej mojej twórczości", Kalisz uznał, że zasługuje na to, by przyznać pisarce tytuł honorowej obywatelki. 

        Na koniec obecnego odcinka kaliskich peregrynacji Pomnik Książki. Swego czasu pisałam o pomniku książki w Japonii, tymczasem nie wiedziałam, że i u nas taki istnieje. Został odsłonięty w 1978 r. jako upamiętnienie zatopienia przez Niemców tysięcy książek z kaliskich bibliotek. 


Ciąg dalszy może nastąpi....

niedziela, 10 kwietnia 2022

Ukraiński kiermasz świąteczny

        

       Pamiątki z ukraińskiego jarmarku w Janowie Lubelskim.  Przed świętami w wielu miastach i mniejszych miejscowościach organizowane są świąteczne kiermasze. To już ostatni dzwonek, bo dziś Palmowa Niedziela przed Wielkim Tygodniem. Palmę zrobiłam sobie sama, ale jarmarki i kiermasze uwielbiam. Nawet tylko po to, żeby pochodzić. Nigdy jednak nie kończy się na samym oglądaniu. Tym razem było podobnie, choć zarazem całkiem inaczej. 
        Wystawiali się uchodźcy z Ukrainy, którzy znaleźli dach nad głową w Janowie i okolicy. Asortyment przeróżny, aż dziw, jak zdołali to wszystko zorganizować, przywieźć lub samodzielnie wykonać  w obecnych warunkach. Wśród prezentacji żywieniowych był np. ukraiński wędzony boczek. Kilka, kilkanaście przeróżnego rodzaju kanapeczek, ciasteczek oraz nalewka malinowa. Spróbowałam, a jakże! 
        Dla ducha zaś dzieła sztuki i rękodzieło. Wartość materialna nieoszacowana, ponieważ nie było cen. I na tym polegała różnica między tradycyjnymi kiermaszami czy jarmarkami, a tym dzisiejszym. Wszystko było do własnej wyceny kupujących. Pieniądze wrzucało się do skrzynki, nikt nie przeliczał. A było w czym wybierać: obrazy olejne, pastelowe, wyszywane, cekinowe i ze wstążeczek (zapewne ma to jakąś nazwę, ale nie wiem); obok pojedyncze wyroby z ceramiki, glinki i fantazyjne wytwory z ziaren kawy; obok serwety z ludowym haftem ukraińskim, chusty z frędzlami, torebki; obok biżuteria - pięknie zapakowane zestawy; obok pierniki lukrowane i podwójne jak markizy; obok świece woskowe w różnych kształtach z węzy; obok różności nie do obejrzenia, bo trzeba by spędzić tam kilka godzin na przyglądaniu się. Ludzie, mieszkańcy miasta i okolic, częstowali się, rozmawiali, oglądali, podziwiali pomysły i finezyjne wykonanie, rozmach artystyczny i słuchali opowieści. Co rusz ktoś odchodził z obrazem, chustą, obrusem lub świąteczną kartką. Były bowiem ręcznie wyklejane świąteczne wielkanocne kartki. Akurat potrzebowałam, więc i ja wybrałam. A poza tym to, co powyżej na zdjęciach. 
          Był więc kiermasz, jak co roku świąteczny, wielkanocny. Ale zupełnie inny. Przyjemność podziwiania wielu talentów połączona z realną pomocą ludziom, którym świat się zawalił na głowę.  A mimo to uśmiechali się i życzliwie zapraszali do poczęstunku, wielkodusznie zdając się na hojność oglądających i kupujących. Naprawdę nikt nie sprawdzał, ile kto daje do puszki. Ceny były ustalane przez kupujących, ile kto miał, chciał, mógł, tyle dał.
           Wiem, że zdjęcia nie wyszły mi zbyt wyraźnie, ale ile kosztowałby taki obraz lub ta torebka z ręcznie robionego filcu na zwykłym regionalnym ludowym kiermaszu? 

PS Warszawiaków i dysponujących czasem zachęcam do wybrania się na Nadzwyczajny Koncert Kijowskiej Orkiestry Symfonicznej, która od wizyty w Warszawie rozpoczyna swoje tournee po Europie. Niestety, mieszkam za daleko i obowiązki zawodowe nie pozwolą mi być na tym koncercie. 



środa, 19 stycznia 2022

Busikowe rozmówki

 - Cześć! Weźmiesz mnie na gapę czy muszę płacić?

- Wsiadaj, ale stawiasz piwo.

- A, wiesz, jakie tu dobre piwo mają?! Kupiłem se piwo ze sokiem, uuuch, jakie dobre było...

- Lepsze niż w knajpie mieście?

- Lepsze! Mówię ci, niebo w gębie! Dwa wypiłem takie dobre było...

........................................................................................

- Piękny zachód słońca, patrz!

- Nooo, jak budyń malinowy.

- Taka pogoda była, jak w Irlandii byłem. Tak coś minus trzy do pięciu stopni, nieco śniegu, czyste niebo i piękne zachody słońca. A w tym samym czasie w Niemczech i u nas minus dwadzieścia, zawieje, zaspy...

- Dawno już zasp nie mieliśmy...

- Klimat się zmienia... Teraz to u nas jest jak siedem, osiem lat temu w Irlandii... Wiem, bo byłem tam przez rok. 

..........................................................................................

- Cześć, gdzie byłeś cały dzień?

- Eeee, trochę w parku, trochę w pubie... różnie...

- Z matematyki nowe rzeczy mieliśmy, i z polskiego też...

- Eeee tam, jakoś nie ciągnie mnie...

- To ty matury nie zdasz. Ja nie zamierzam odpuścić.

..........................................................................................

- Wiesz? Wypadek był... bus rowerzystę zabił... 

- Kiedy? Kogo?!...

- No wczoraj, wieczorem zdaje się, ciemno było...

- Ale kogo potrącił i gdzie?

- No wczoraj, tego Kusiora, co zawsze pijany jeździ, koło świętej Tekli...Teraz to nawet nie jechał, taki pijany był, tylko rower środkiem szosy prowadził, nieoświetlony... Zdaje się, że na śmierć....

- Aaaa, o tym to słyszałem! Wcale nie na śmierć, żyje, tylko połamany szpitalu leży. Taki to ma szczęście!...

..................................................................................

sobota, 18 grudnia 2021

Początek czy koniec cywilizacji?

      Jeśli komuś się wydaje, że przejawy tzw. cywilizacyjnych udogodnień w Polsce odstają od tych, które znajdujemy na zachód od naszych granic, to ma rację. Wydaje mu się. Jeśli ktoś uważa, że prawdziwą dbałość o pieszego w ogólnym systemie przepisów drogowych i ułatwień ochronnych mogą się popisać tylko społeczeństwa na zachód od naszych granic, to się myli całkowicie. Jeszcze raz bowiem sprawdza się powiedzenie: "cudze chwalicie, swego nie znacie".  

     Podczas podróży przez inne kraje mogę zachwycać się architekturą, śladami osiągnięć minionych wieków, ale raczej nie tym, co ludzie zwykli uważać za przejaw nowoczesności. Nowoczesność znajduję u siebie w Polsce. Ot, takie przejście dla pieszych w szczerym polu, a jakże, z zebrą, z panelem słonecznym na wiatrak, żeby się lampa paliła, więc oświetlone. Tam naprawdę nie ma żadnych zabudowań. W jedną i drugą stronę od szosy prowadzą zwykłe polne drogi. Na północ między pola, na południe też między pola, a dalej do lasu.  Niemniej przejście oznakowane jest? Jest. I to jest cywilizacja: choćby jeden pieszy się znalazł, ma którędy legalnie przejść. A że najczęściej biegają tędy zające, no cóż, a czy one nie powinny czuć się bezpiecznie?....

widok na północ

widok na południe
prosto jak strzelił przez pustkowie

z pola chciałam uchwycić wiatraczek z panelami i lampą, trochę się nie zmieściło, ale tam na asfalcie widać namalowane pasy 

piątek, 20 sierpnia 2021

Jarmark Jagielloński Lublin 2021

      Odetchnąwszy na chwilę od ciechocińskich tematów, wybrałam się na Jarmark Jagielloński w Lublinie. Odwiedzanie rękodzielniczych kramików jest jak podróż po kraju w skrócie. W dwie godziny można przemierzyć Polskę od północnych wzorów kaszubskiego haftu, przez łowickie pasiaki, podlaskie rzeźby, roztoczańskie wikliny, po instrumenty ludowe znad Popradu i czapy furmańskie Czarnych Górali. Plan wyprawy może przypominać labirynt:


Dla dociekliwych szczegółowy spis kramów i ich tematyki:

Jak co roku były wycinanki, słomkowe pająki, gliniane i drewniane ptaszki, ceramika wszelkiej maści i kształtów, wiklinowe koszyki, kozie sery, lubelskie cebularze, dary janowskich pasiek, sztuka kowalska i instrumenty ludowe. Tych właśnie więcej niż poprzednio, ponieważ to one w tym roku były tematem wiodącym. Targowałam się w sprawie liry korbowej:


Skończyło się na podziwianiu:


Ale namówiłam pana, aby zadął w róg "długi cętkowany kręty", głos poniósł się przez całe Stare Miasto.  Dźwięk jak z puszczańskich ostępów. Nie mam nagrania, a szkoda. 
     Zebrałam z samego źródła okolicznościowe kartki i mapki, parę pocztówek pofrunęło w świat.


Wydatkami chwalić się nie będę. Za to mam ciekawostkę, zagadkę: co zawiera poniższy zapis nutowy? Ostrzegam, nie jest to łatwe. Ale pogłowić się można. 


 Podpowiedź: nie jest to melodia stworzona przez człowieka.  Karteczki  z tymi nutkami również były dostępne wśród materiałów reklamowych.  

sobota, 14 sierpnia 2021

Secesyjne koronki

       Może nie dosłownie koronki, ale jak nazwać misterne zawijasy, ażurowe ozdoby, wypustki, wrębki i linie fasadach drewnianych budowli sprzed wieku? Właśnie, drewnianych! Drewnianej secesji jeszcze nie widziałam, a tu, proszę, doczekała się odrestaurowania. Tu znaczy w Ciechocinku. Przyjmijmy dla porządku, że nazwę "secesja" traktuję tutaj dosyć umownie jako odsyłacz do epoki niż ściśle określony styl, aczkolwiek wiele podobieństw zachodzi z jego najbardziej oczywistymi wyróżnikami. Niemniej nazwa "szwajcarska secesja" przyjęła się dla specyficznej drewnianej architektury w polskich kurortach jak Nałęczów czy Ciechocinek i dotyczy charakterystycznych drewnianych willi, także budynków uzdrowiskowych bogatych w ozdobne detale, obudowane werandy. 

      Pijalnia Wód Mineralnych w Ciechocinku wybudowana w latach 1880 - 1881 w stylu szwajcarskim zachwyca detalami drewnianych ażurowych ozdób. Budynek przepiękny, pełen misternych drewnianych wycinanek na każdej stronie. Rozety, ozdobne kratki, arkadowe gzymsy, pilastry... Wysoko na balkoniku balustrady z cienkich deszczułek podobnych do gontów. Kolumienki podtrzymujące daszek z ażurowymi skrzydełkami prawie chcą wzlecieć. Półkoliste arkadowe zwieńczenia nad oknami, wycinane koła, rozgwiazdy, kwiaty... Obecnie w budynku znajduje się restauracja z dancingiem oraz pijalnia czekolady Wedla. 

To tylko jedna strona tzw. Kursala, dawnej Pijalni Wód Mineralnych, nie dałam rady objąć całości

      W podobnym stylu szwajcarskiej secesji  według projektu Adolfa Wilhelma Schimmelpfenniga wybudowano w 1891 roku Teatr Letni. Miał 240 miejsc na widowni i sześć lóż. Niewiele brakowało, a zostałby rozebrany, gdyby nie inicjatywa zbiórki pieniędzy na jego odbudowę zainicjowana przez Jerzego Waldorffa.  Obecny wygląd odbiega nieco od pierwotnego, ponieważ na początku XX wieku do drewnianej zabudowy dodana została już murowana scena, dzięki czemu teatr się powiększył. Wewnątrz dodano też nowe loże.  Tutaj również zachwycają drewniane ażurowe ozdoby wzdłuż całej części drewnianej zostały pomalowane na biało i wyraziście o kontrastują z ciemna fasadą.


Pomnik Jerzego Waldorffa z jamnikiem na tle Teatru Letniego

      Wewnątrz oddycha się młodopolską atmosferą początku wieku XX. Scena okolona trójwymiarową malowaną kotarą w kolorze ciemnoczerwonym przypomina stare ryciny z ilustracjami teatrów operowych. Jest to najwłaściwsze miejsce na Festiwal Operowo-Operetkowy, który w tym roku zaledwie w tydzień po śmierci Kazimierza Kowalskiego, jego założyciela i wieloletniego prowadzącego, miał szczególny charakter. 
      Na kilku jeszcze ulicach Ciechocinka można natknąć się na ducha przeszłości obecnej w architekturze. Przy ulicy Kopernika rzuca się w oczy szacowny budynek dawnego dworca kolejowego. Wzniesiony w latach siedemdziesiątych XIX wieku, obecny kształt zawdzięcza przebudowie według projektu Czesława Domaniewskiego (autor m. in. południowej części poczekalni Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej) w latach 1901 - 1902, a wiec znowu jesteśmy w epoce secesji, chociaż już nie drewnianej, a murowanej. Po wojennych zniszczeniach centralny hall przykryto kopułą. Szeroka fasada wyposażona w ogromne, półkoliście zwieńczone okna, czworoboczne w formie wież obramowanie wejścia, mimo widocznych zniszczeń wciąż przyciąga uwagę. Przed fasadą element architektury ogrodowej, można by powiedzieć, niecka oczka wodnego czy dawnej fontanny z dodatkowymi muszelkowatymi wgłębieniami jakby na wodopój dla ptaków. Kolej już nie dojeżdża do Ciechocinka, tory rozebrano, ale w dużej przestrzeni dawnego dworca znalazła się Galeria Staroci, największa jaką widziałam. Setki, jeśli nie tysiące eksponatów, od porcelany, fajansu, zastaw stołowych, przez meble, instrumenty muzyczne, ręczne młynki do kawy, patefony, medale i odznaczenia, biżuterię, stroje, po dzwony, misy miedziane, mosiężne figurki, płyty analogowe, żyrandole... Łatwiej byłoby wymienić, czego tam nie ma. Widziałam nawet Mozarta przy fortepianie i Paganiniego ze skrzypcami. Wyszłam stamtąd z uszczuplonym portfelem wynosząc misterną filiżankę Łomonosowa z bardzo cienkiej porcelany, charakterystycznej dla tego najsłynniejszego petersburskiego zakładu. 



       Idąc dalej ulicą Kopernika znalazłam jeszcze stare kamienica czy raczej wille w stanie wskazującym na wiekowość. Na jednej z nich ozdobne linie, żłobienia, pilastry nieodparcie znów kojarzą się z secesją, choć w nieco skromniejszym wydaniu. Szukałam dworku, w którym podobno mieszkał podczas pobytu w Ciechocinku Kiepura. Chyba go jednak już nie ma, za to inne kamienice nadszarpnięte zębem czasu stwarzają malowniczy nastrój przeszłości, gdy do Ciechocinka zmierzali kuracjusze lat międzywojennych. 
       Jeszcze jedna architektoniczna perełka to polowa cerkiew prawosławna pod wezwaniem Michała Archanioła wzniesiona w 1894 r. w stylu zauralskim z bali bez użycia gwoździ.  Z dawnego wyglądu zachowały się zdobienia wokół okien, których obramowanie odcina się kolorystycznie od niebieskich ścian. Cerkiew przyciąga wzrok żywością kolorów, które prześwitują między drzewami Parku Sosnowego, gdy się idzie z centrum miasta. Cerkiew wybudowano z powodu napływu kuracjuszy wyznania prawosławnego z Rosji. Budowla jest jedynym przykładem stylu zauralskiego w Europie, ma charakter unikatowy. 



Moja komórka przygasiła nieco kolory, w oryginale są bardziej żywe, jaskrawe

środa, 11 sierpnia 2021

Ostatni malarz z rodu Kossaków

      Gdy idąc alejkami parku zboczyłam na ustawione wzdłuż alejki "kossaki", zastanowiłam się, który to z nich. Okazało się, że ten, którego nie znałam - Karol Juliusz Zygmunt Kossak (1896 - 1975), wnuk Juliusza Kossaka, bratanek Wojciecha, stryjeczny brat Zofii Kossak-Szczuckiej, Magdaleny Samozwaniec i Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, ostatni malarz z rodu Kossaków.

       Znakiem rozpoznawczym Kossaków są konie. Nie inaczej jest w malarstwie Karola.  Karol Kossak studiował na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, doskonalił warsztat także pod okiem stryja Wojciecha. Maluje konie ze stadniny książąt Sanguszków, a następnie, po przeprowadzce z rodziną w  1935 r. do Tatarowa nad Prutem,  zainteresował się folklorem huculskim i urzekły  go konie huculskie. Po wojennej tułaczce ostatecznie osiadł w 1948 r. Ciechocinku i tutaj był stałym bywalcem okolicznych stadnin. Na czarno-białych szkicach portretował konie z bryczkami i chłopskimi wozami spotykane na co dzień w prężnie rozwijającym się kurorcie. Podczas pogrzebu artysty w 1975 r. w kondukcie żałobnym jechały wszystkie ciechocińskie konne dorożki.




      Z czasem stał się tutaj postacią znaną i sławną. Portretuje znajomych, przyjaciół, uwiecznia fizjonomie spotykanych na ulicach kuracjuszy i stałych mieszkańców. Nie brakuje mu też poczucia humoru, o czym świadczą rysunki o satyrycznym zacięciu. Maluje także pejzaże. 




Fascynują go zwierzęta, stąd wizyty w Białowieży i ogrodach zoologicznych. Współpracuje z czasopismami, dla których wykonuje ilustracje: "Stolicy", "Żołnierza Polskiego",  "Koni Polskich",  "Wojskowego Informatora Historycznego".  
         Otwartą galerię rysunków Karola Kossaka można oglądać wzdłuż ścieżki spacerowej w parku obok słynnej fontanny Grzybek. Kilka stelaży między ławeczkami,  dokładny rys biograficzny i można poczuć się jak w latach tużpowojennych. Kuracjusze noszą inne stroje, chłopskich furmanek już nie ma, ale nadal słychać stukot końskich kopyt, gdy głównymi turystycznymi trasami przejeżdżają dorożki. I czasem nawet uda się dostrzec postać jakby żywcem wyjętą z  Kossakowego kartonu. 

       

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

Sto lat temu w Ciechocinku

         Koniec lipca 1921 r.  roku przeszedł do historii z rekordowymi upałami dochodzącymi do 40 stopni C. W dniach 29 - 30 lipca padł rekord ciepła w granicach ówczesnej Rzeczpospolitej. Gazety w całym kraju donosiły o  suszach na polach uprawnych, polewaniu wodą ulic i zagrożeniu brakiem wody pitnej z obniżonych stanów wody w ujęciach miejskich. W Krakowie otworzono wszystkie łaźnie miejskie i odwszalnie, ale z kolei Magistrat stanął przed dylematem: polewać ulice wodą z beczkowozów czy zapewnić dopływ wody pitnej na wyższe piętra mieszkańcom kamienic ("Nowy Dziennik", 29 lipca 1921). Na Podlasiu pożółkły przedwcześnie łęty kartoflisk ("Dziennik Białostocki", 30 lipca 1921). "Słowo Pomorskie" z 29 lipca 1921 r. zapowiadało na dzień następny temperaturę rzędu 36 stopni C, a "Nowy Dziennik" ogłosił apogeum temperatury w granicach 50 stopni na 31 lipca.  Zapewne w cieniu było to około 35-40 stopni, 50 ewentualnie pojawiło się na słońcu. Sto lat temu, jak i dzisiaj, ostrzegano przed niekorzystnymi i tragicznymi skutkami zdrowotnymi, zdarzały się udary, omdlenia, utonięcia. Na przełomie lipca i sierpnia pojawiły się gwałtowne burze, gradobicia i ulewne deszcze od Krakowa, przez centralną Polskę, po Mazury, które na krótko ochłodziły powietrze, przynosząc jednak sporo zniszczeń i zrywając linie telefoniczne ("Nowy Dziennik", 5 sierpnia 1921). Deszcze okazały się błogosławieństwem dla mieszkańców Torunia, gdzie z powodu wcześniejszych upałów i braku wody "kurz tumanami unosił się w górę - zasypując oczy przechodniom, deszcz więc, choć trwał krótko, zalał ulice, oczyszczając przez to powietrze, które było wprost już nie do zniesienia".

      2 sierpnia 1921 r.  dziewiętnastoletni Jan Kiepura przyjechał na trzy tygodnie do Ciechocinka leczyć gardło u doktora Teodora Herynga, specjalisty laryngologa, założyciela  zakładów inhalacyjnych w Warszawie i Ciechocinku.W liście do rodziców z 10 sierpnia niedawny maturzysta pisał o zdiagnozowanym chronicznym katarze nosa i gardła, ale "krtań jest zdrowa, a to ona jest źródłem głosu".  Wtedy jeszcze, choć marzyła mu się sława śpiewaka, nic nie wskazywało, że chłopak z Sosnowca zrobi światową karierę. Rodzicom skarżył się, że w Ciechocinku mu się nudzi i nie wiadomo, czy trzytygodniowy pobyt wystarczy na kurację. Ostatecznie okazało się, że kuracja nie pomogła na długo, a z nieżytem dróg oddechowych zmagał się Kiepura przez całe życie, mając świadomość niebezpieczeństwa rychłego i nieoczekiwanego zakończenia kariery.  

        W latach międzywojennych, po potwierdzeniu w 1919 r. praw miejskich, Ciechocinek włączono do uzdrowisk państwowych i zaczął prężenie się rozwijać, stając się największym i najnowocześniejszym uzdrowiskiem nizinnym. Sprowadzono nowe urządzenia  zabiegowe, dokonano odwiertu pierwszej cieplicy, przeprowadzono melioracje osuszające wilgotne  okoliczne niziny, przeprowadzono elektryfikację. Ciechocinek stał się terenem nowoczesnych projektów architektonicznych, jak np. za sprawą pływalni termalno-solankowej wraz z  budynkiem basenowym o kształcie okrętu według projektu Aleksandra Szniolisa i Romualda Gutta czy modernistycznego budynku Poczty Polskiej projektu tegoż Romualda Gutta i  Józefa Jankowskiego. Twórcy Romuald Gutt i  Aleksander Szniolis otrzymali za pływalnię nagrodę w krajowych eliminacjach do letnich Igrzysk Olimpijskich w 1936 r. Pod koniec okresu międzywojennego, w 1930 roku Ciechocinek liczył 5300 mieszkańców.  

          Co mógł widzieć Kiepura w Ciechocinku w 1921 roku? Oczywiście słynne tężnie solankowe wzniesione z inicjatywy Stanisława Staszica według projektu Jakuba Graffa: ustawione w kształt podkowy tężnie I i II powstały w latach 1824 - 1828, tężnia III w 1859 r. Stanowią unikatową w skali Europy największą drewnianą konstrukcją służącą do odparowywania wody z solanki. Mają ponad 15 m wysokości, a ich łączna długość wynosi 1741,5 m.  Na ulicy Kościuszki wzrok przyciągała "Willa pod Orłem", w której w latach 1921 - 1941 znajdował się Dom Dobrego Pasterza dla emerytowanych i schorowanych księży. Pod okiem Franciszka Szaniora od ostatniej dekady XIX wieku rozwijał się i powiększał założony w latach 1872 - 1875  najstarszy Park Zdrojowy z budynkiem pijalni w stylu szwajcarskim, zwanym Kursalem. Wśród 140 gatunków zidentyfikowanych roślin rósł także wiekowy dąb szypułkowy znacznie później, bo w 2011 r. uznany za pomnik przyrody z nadanym imieniem "Konstanty". Kiepura mógł w parku podziwiać egzotyczne drzewa jak miłorząb dwuklapowy czy korkowiec. Czy odwiedzał Pijalnię Wód Mineralnych wzniesioną w 1880 roku? Może spacerując po parku widział na przykład fontannę uwiecznioną na pocztówce z 1921 r.   Nie został jeszcze zaprojektowany przez Jerzego Raczyńskiego słynny solankowy Grzybek, który pojawiał się dopiero w roku 1926, tylko zwykłe tryskające w górę strumienie ze środka stawu. 

         W 1909 r. na tyłach pijalni wzniesiono muszlę koncertową w stylu zakopiańskim według projektu Waldemara Feddersa, ale cóż, Kiepura jeszcze wtedy koncertów nie dawał. Musiał leczyć gardło, żeby myśleć o wielkiej śpiewaczej karierze, która już wkrótce miała nabrać rozpędu i zaprowadziła go na szczyty międzynarodowej popularności. Chłopak z Sosnowca zawojował świat od Wiednia, Berlina, Mediolanu, przez Royal Albert Hall, Covent Garden, MET, Teatro Colon, po Hollywood. A po drodze śpiewał na balkonach hoteli, na dachach samochodów i na stopniach samolotu, a nawet dla robotników w hali fabrycznej FSO na Żeraniu. Jedna z niepotwierdzonych anegdot głosi, że Kiepura po kilku latach zawitał ponownie do Ciechocinka i chciał zaśpiewać w kościele św.św. Piotra i Pawła w stylu neogotyckim, ale proboszcz się nie zgodził. Kiepura się nie obraził, tylko zaśpiewał cały koncert dla mieszkańców i kuracjuszy na placu przed kościołem.

        Od 1998 roku na początku sierpnia w Ciechocinku co roku dobywa się Festiwal Operetkowo-Operowy zainicjowany i prowadzony przez śpiewaka (bas) Kazimierza Kowalskiego, byłego dyrektora Teatru Wielkiego w Łodzi,  założyciela Polskiej Opery Kameralnej, znanego z wielu radiowych audycji popularyzatora muzyki operowej i operetkowej.  W tym roku festiwal odbywa się w dniach  7 - 11 sierpnia. Niestety, właśnie wczoraj, 1 sierpnia, na tydzień przed rozpoczęciem festiwalu zmarł jego inicjator - Kazimierz Kowalski, o czym poinformowały najpierw wszystkie stacje Polskiego Radia. Nie wiem więc czy festiwal w ogóle się dobędzie, a jeżeli nawet, naznaczony będzie żalem i smutnym pożegnaniem.

Wzruszające E lucevan le stelle


Świetna kadencja w La donna e mobile 


     2 sierpnia 2021 r. wsiadłam do pociągu i ruszyłam do Ciechocinka mając w uszach głos Jana Kiepury. 

niedziela, 16 maja 2021

Noc Muzeów 2021

     

         Tym razem, w przeciwieństwie do ubiegłego roku,  można było się wybrać także osobiście. Ale się nie wybrałam i zwiedzałam online. Dzięki temu w ciągu jednej nocy byłam w kilku oddalonych miejscach. Najdalej w Supraślu, a dokładniej w Muzeum Ikon na wernisażu "Niebo na Ziemi". Wystawa prezentuje ikony sióstr Iłarii i Agnieszki z pracowni ikonograficznej na Świętej Górze Grabarce. Na wystawie znajduje się ok. 30 ikon, większość tradycyjnych na desce, ale są też rzadsze na kamieniu. Ikony są tradycyjne, rozpoznawalne sceny i ujęcia z Chrystusem Pantokratorem czy Trójcą Świętą w stylu Rublowa. Każdy detal wiernie odtworzony. Jak bowiem mówiła siostra Iłaria, ikony nie są dziełem improwizacji, lecz modlitewnego skupienia.  

          Muzeum Narodowe w Lublinie zaprezentowało krótką prezentację na temat lubelskich cukierni. Naleciała mnie ochota na coś słodkiego. Okazuje się, że moje wizyty w Cukierni Chmielewski na Krakowskim Przedmieściu są wręcz historyczne! Cukiernia działa od  1900 roku. Początkowo był to sklep cukierniczy założony przez Władysława Chmielewskiego, który cukierniczego fachu uczył się w Warszawie, a jego dyplom podpisany jest przez Bliklego. Jest to najstarsza działająca cukiernia w Lublinie, mimo że w latach powojennych upaństwowiona i przemianowana na "Ratuszową". w latach dziewięćdziesiątych wróciła do spadkobierców założycieli: wnuków Władysława i Stanisławy Chmielewskich. 

       Pierwsza cukiernia w Lublinie należała do znanego szwajcarskiego rodu  Semadenich. Mieli oni cukiernie w wielu miastach: oprócz Lublina także w  Łomży, Płocku, Warszawie, Kijowie, Suwałkach. W Lublinie na ulicy Królewskiej założył ją Andrea Semadeni w 1836 roku. Niestety, po wojnie została znacjonalizowana i obecnie już nie istnieje. Tak samo nie przetrwała cukiernia Rutkowskiego na Krakowskim Przedmieściu 27, którą nawet po jego śmierci nazywano "u Rutka". 

       Przedwojenne, a nawet  jeszcze dawniejsze, tradycje podtrzymuje "Chmielewski ", gdzie  bywała nawet Hanka Ordonówna w czasie, gdy śpiewała w lubelskim Teatrze Wesoły Ul. 

       Na tym nie koniec muzealnych nocnych wojaży. W Muzeum Okręgowym w Rzeszowie obejrzałam portret Katarzyny z Branickich Potockiej. Jest to kopia dzieła Franza Xavera Winterhaltera, malarza niemieckiego, który malował portrety wielkich dam XIX wieku, np. cesarzowej Eugenii czy cesarzowej Elżbiety. Ciekawostką jest fakt, że  namalował też portret żony Zygmunta Krasińskiego - Elizy Franciszki z Branickich, która była starszą siostrą Katarzyny. Trzeba przyznać, że na obu portretach Winterhalter przedstawił kobiety piękne. Portret Katarzyny jest mniejszy, owalny, obejmuje tylko górną część postaci do pasa. Eliza została natomiast przedstawiona prawie w całości, w wielkiej, niby atłasowej sukni, z długim woalem na ramionach i spływającym spod rąk wzdłuż sukni. 

      Skoro już wypłynął temat wyglądu damy, obejrzałam też zapowiedź - również w Muzeum Okręgowym w Rzeszowie - wystawy strojów i akcesoriów damskich. Prościej rzecz ujmując, przedmiotów służących upiększaniu. Na szczęście jedwabne buciki na stopy lotosowe - bandażowane od najmłodszych lat stopy Chinek, początkowo popularne w wyższych sferach, a później także w niższych - dzisiaj już nikogo nie krępują, a proceder został zakazany dawno temu. Dlatego buciki mogą być tylko przedmiotem muzealnym jako dzieło sztuki, zwłaszcza haftu. Wachlarzyk też niczego sobie, ale oktagonalna torebeczka na puder i róż z lusterkiem, w dodatku emaliowana na niebiesko, jak nic mogłaby znaleźć się w wyposażeniu kobiety wybierającej się do teatru albo do cukierni chociażby na randkę. Rzecz bowiem pochodzi z serii Le Début pochodzącej ze słynnych salonów kosmetycznych Richarda Hudnuta, który zaprojektował zestawy takich puderniczek wraz z flakonikiem na perfumy i etui ze szminką w czterech kolorach w zależności od nastroju. Kolor czarny oznaczał wyrafinowanie, zielony przygodę,  biały wesołość, a niebieski to romans, czyli w sam raz na randkę. Trzeba przyznać, że design jest elegancki, czyste art deco. 

      Ha, znalazłam! Takie cacko na różnych portalach z antykami waha się w cenie od 320 do 680 zł. 


W środku są dwie poduszeczki na puder i róż oraz lustereczko i całość jest na łańcuszku z kółeczkiem na palec. Projekt z 1928 roku. 

     No dosyć tego dobrego, pora spać! Dobranoc. 

sobota, 20 lutego 2021

Podróże z filozofią w tle

     Niestety, nie moje. To tytuł książki Michała Hellera. 

    Po pierwsze, za słabo znam filozofię, po drugie, za mało podróżowałam.  Heller zaś robi to znakomicie.  Filozofia filozofią, czasami jestem w stanie za nią nadążyć, ale kiedy autor opowiada o najnowszych problemach w dziedzinie fizyki teoretycznej czy kosmologii, robi się  jeszcze ciekawiej.  Zdarza się, że nie rozumiem, a opowieść wciąga jak najlepsza intryga kryminalna. Wielki Wybuch jest osobliwością czy nie jest? Wszechświatem kieruje zasada antropiczna czy niekoniecznie? No i jak działa czas poza materią? JAK, skoro nie da się go zmierzyć za pomocą skali entropii? 

    Na szczęście Heller nie wykłada tutaj całej współczesnej kosmologii, a tylko opowiada o swoich wyjazdach  na naukowe sympozja i nieznacznie tylko napomyka o własnym udziale. Przy okazji zaś  zauważa, że "życie towarzyskie na zjazdach naukowych jest prawie tak samo ważne jak prelekcje czy seminaria".  A ponieważ doświadczenie w podróżowaniu zgromadził ogromne, pokusił się o sformułowanie "trzech praw podróżowania. Pierwsze: choćbyś nie wiem ile rzeczy zapakował do walizki, i tak nie weźmiesz wielu najbardziej potrzebnych. Drugie: choćbyś nie wiem jak przemyśliwał, i tak weźmiesz ze sobą bardzo wiele rzeczy zupełnie zbędnych. Trzecie: choćbyś nie wiem ile rzeczy wyrzucił z już spakowanej walizki, i tak będzie o wiele za ciężka".  Jest jeszcze czwarte prawo, ale zachowam je w tajemnicy. Znajdą je ci, którzy sięgną po książkę.

     Wspomniałam o trudnościach w ogarnięciu. Zwłaszcza pewnych wywodów naukowych. Mszczą się braki w edukacji fizyki czy matematyki. Z kolei Heller bynajmniej w nich się nie zamyka. Co prawda chciałby we wszystkich dziedzinach zastosować reguły myślenia matematycznego (Bóg myśli matematycznie!), ale w przerwach pisania "Teoretycznych podstaw kosmologii" czyta Joyce`a. Po lekturze dochodzi do wniosku, że osobowość psychiczna autora jest nie do pojęcia: "Uderza mnie obcość (dla mnie) psychiki Joyce`ca. Życie odczuciem - przeważnie odczuciem chwili, nastawienie na odbieranie wrażeń. Z zupełnym pominięciem elementu racjonalności. [...] Wydaje się, jakby erudycja (cytowanie pisarzy i poetów) zastępowała mądrość. Jest mi to obce".  No cóż, cytuję więc to zdanie i czytam dalej.

      Czasami jest zabawnie, jak przed zjazdem założycielskim The International Society for Science and Religion. Na główną siedzibę wybrano Cambridge, ale zjazd założycielski miał się odbyć w Hiszpanii w Grenadzie i powstał problem, czy taki zjazd jest legalny w świetle prawa brytyjskiego, wedlug którego walne zjazdy muszą się odbywać na terenie Wielkiej Brytanii. Na szczęście okazało się, że to tylko zalecenie, a nie bezwzględny wymóg, więc całe międzynarodowe towarzystwo (od USA, przez Europę, po Japonię) odetchnęło z ulgą, że nie musi na gwałt jechać na Gibraltar  w celu podpisania aktu założycielskiego. 

     Kiedy spierają się naukowcy, postronny obserwator może tylko kręcić głową od jednego do drugiego starając się jako tako nadążać. Gdy jeden sugeruje, że "ze wzbudzonego pola - podobnie jak z arystotelesowskiej materii pierwszej - mogą powstać różne fizyczne obiekty", drugi zgłasza "wątpliwości co do istnienia materii pierwszej".  Im głębiej w dociekania, tym więcej pojęć takich jak: hylemorfizm (to jeszcze całkiem łatwe), czarne dziury, antymateria, ciemna materia  (jakoś się już z tymi pojęciami oswoiliśmy), a nagle "relacja jest dowolnym podzbiorem iloczynu kartezjańskiego" (że co, proszę?),  struktury samodualne, cząstka Higgsa (której nikt nigdzie nie widział, ale podobno ją zidentyfikowano w CERN-ie) to jak wznoszenie się w kosmiczne przestrzenie na przemian z zagłębianiem w niewidoczne dla ludzkiego oka mikroświaty. Nie dziwi więc, gdy Heller ostatecznie stwierdza, że "fizyk teoretyk - artysta - jest poetą. Poetą Świata". Na koniec zaś dyskusji i tak wszystko sprowadza się do klasycznego pytania: dlaczego istnieje raczej coś niż nic. Heller odpowiada. Można przeczytać. 

    Książka Michała Hellera - jak wszystkie tego autora wcześniej przeze mnie czytane - ponownie obudziła tlącą się od lat tęsknotę i żal: dlaczego nie studiowałam fizyki? Mogłabym wtedy założyć takie fajne okulary, jak autor podczas wizyty w laboratorium detekcji fal grawitacyjnych, bardziej oldskulowe niż te z "Matriksa".  Są bowiem zdjęcia, z podróży, a jakże, ale i malutkiego Michałka w wieku lat  dwóch i kilku więcej. Jest wstęp wprowadzający do charakteru publikacji i życiorys Hellera z uwzględnieniem drogi naukowej. Nie wydaje się, aby z faktów biograficznych wynikało wyjaśnienie, dlaczego Michał Heller został tym, kim jest. "Albowiem wszystko, co się dzieje  i faktycznie  istnieje, jest przypadkowe..." pisze filozof (Wittgenstein). Jeśli jednak choć w najmniejszym stopniu Wszechświatem rządzi zasada antropiczna, to w szerokim spektrum jej oddziaływania mieści się gdzieś projekcja Uczonego Fizyka Poety i moje czytanie jego książek.

sobota, 30 stycznia 2021

Piąta strona świata

     Jaki to kraj, jakie miejsce, w jakiej stronie świata? 


piąta strona świata


Tu naprawdę jest droga, a nawet szosa, ale jedzie się i idzie na wyczucie


domki na horyzoncie 


I pomyśleć, że kiedyś podziwiałam takie zdjęcia z Mongolii.
Na co mi Mongolia, skoro jestem u siebie.



Krzyż karawaka z 1848 roku - jedyny drogowskaz w tej śnieżnej pustaci 

środa, 6 stycznia 2021

Wędrówki leśne - mykologia i lichenologia w zasięgu wzroku

      U wejścia do matecznika przyszedł czas na poznawanie nieznanych form istnienia. To wszystko żyje w naszych lasach, a ma się wrażenie, że to jakaś tropikalna dżungla, w dodatku deszczowa. Tymczasem ot, takie dziwolągi niemal za progiem, tylko nieco głebiej położonym. Po deszczowych świętach ożywiły się nieznane rośliny, porosty i cudaczne zimowe grzybki. Podszkoliłam się nieco z mykologii i lichenologii. Moje dotychczasowe atlasy okazują się niewystarczające. Muszę zdobyć bardziej szczegółowe źródła, bo nie wszystko udało się zidentyfikować, a to, co się udało, bez pewności, że poprawnie. 


chrząstkoskórnik purpurowy


złotoporek niemiły


smętosz czarny (nie szkodzi, że na razie różowy, to forma wczesna, młoda)


wrośniak różnobarwny


inny wrośniak


Nad tym nabiedziłam się z pół godziny, w końcu po wielu poszukiwaniach, przeczytaniu kilkunastu opisów, porównaniu kilkudziesięciu zdjęć, uznałam, że to żylak promienisty


 a to moja klęska - nie wiem, jak się nazywa ten grzybek


porost klasyczny niemal - chrobotek strzępiasty


mąkla tarniowa


pustułka pęcherzykowata - też porost 

Na koniec kilka malowniczych dziwolągów z lasu "deszczowego":














Zmiany

    Kończę pisanie na tym blogu. Prowadzenie równoległych blogów jest wyczerpujące. Zwłaszcza, że tematyka - szeroko pojęta kultura - jest p...