Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o balecie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o balecie. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 grudnia 2020

Piękny!

    


Zakwalifikowałam ten film do baletu - bo czy to nie piękny balet na czterech nogach? Totilas - koń, który w swojej dyscyplinie (ujeżdżanie) wygrał wszystko, co możliwe. Właśnie poinformowano, że nie żyje. Miał 20 lat. Najdroższy koń świata, za którego w szczycie sportowej kariery zapłacono 10 mln euro. 

poniedziałek, 2 listopada 2020

Pozwól mi płakać.... tańczy Oscar Chacon

Lascia ch`io pianga

Mia cruda sorte,

E che sospiri

La libertà.

Il duolo infranga

Queste ritorte,

De miei martiri

Sol per pietà.

( da capo)

       Händel trzykrotnie wykorzystał ten sam motyw muzyczny w trzech różnych utworach. Jak to było wówczas w zwyczaju, przenosił muzykę zmieniając tekst. Trzecia wersja ze słowami "Lascia ch`io pianga" (Pozwól mi płakać...) zapewniła nieśmiertelną sławę operze "Rinaldo", w której arię śpiewa uwięziona Almirena. Słuchałam tej arii w wielu wykonaniach, koncertowych i w pełnej operowej obsadzie, śpiewaną przez żeńskie soprany i męskich kontratenorów. Ale nie WIDZIAŁAM wersji baletowej. A jest, tańczy nie kto inny, tylko mój ostatnio odkryty ulubieniec - Oscar Chacon.  Zatańczyć płacz, żal i cierpienie.. Zatańczyć tęskontę za wolnością... Nie myślałam, że aria może być tańcem. Nie, wróć, odwrotnie: że taniec może być arią. Zadziwiające, że choreografia, w zasadzie podporządkowana muzyce, bo taniec to przełożenie muzyki na ruch, tutaj musi też współgrać ze słowami, z treścią, z przejmującym tekstem. Które gesty są muzyczne, a które słowne? Rytmika nóg to muzyka, a ramiona, dłonie to słowa?  Podziwiam precyzję ruchu, harmonię ciała, gestu. W kilku momentach absolutnie perfekcyjne oddanie charakteru muzyki i treści. Zwłaszcza ręce, dłonie tancerza przekraczają świat widzialny, choć nie da się oczywiście odseparować ich od całości. To jest jak choreograficzna partytura. Muszę obejrzeć kilka razy.

Pozwól mi płakać nad moim okrutnym losem,

I tęsknić za wolnością.

Niech mój ból rozerwie kajdany

Mojego cierpienia, proszę tylko o litość.

Tekst jest taki krótki, lecz fragmenty powtarzane trzy razy wydają się dłuższe. Ostatni moment w nagraniu nie pochodzi z "Rinalda". Solówka do "Lascia ch`io pianga" jest bowiem częścią większej całości choreograficznej, "Suity barokowej" w choreografii Bejarta.  Treścią jest podróż (?) boahtera przez zaświaty. Faktycznie, taniec Chacona wydaje się  pogranicza świata realnego i imaginacji. Trochę przypomina zstąpienie Orfeusza do Hadesu. 

Ileż ja jeszcze rzeczy nie widziałam!... I się znajdują... Ile znajdzie się jeszcze, albo i nie...

piątek, 2 października 2020

Jeden taniec do miłości

Dopisek 5 października... 

No czytam, szukam i oglądam... 

On się nazywa Oscar Eduardo Chacon Ramirez - iście hiszpańska mieszanka imienno-nazwiskowa

Jest Kolumbijczykiem, to by pasowało, bo Kolumbia jest hiszpańskojęzyczna.    

_______________________________________________________________________________

 Zacznę od końca.

      Mamy trailer, ale chwilowo interesuje mnie fragment od 1:50 - pojawia sie równocześnie na scenie czterech panów: Masayoshi Onuki (czerwony), Julien Favreau (biały), Oscar Chacon (żółty) i Dan Tsukamoto (brązowy).  Wystąpili razem - jak słychać - w IX Symfonii Beethovena. Choreografię w 1964 roku stworzył dla swojego słynnego baletu Maurice Béjart. W 2014 została ona powtórzona w Japonii w wykonaniu Tokyo Ballet i Béjart Ballet Lausanne, którym towarzyszyła Israel Philharmonic Orchestra pod kierownictwem Zubina Mehty oraz Ritsuyukai Choir i soliści, gdyż przecież rzecz cała kończy się potężnym śpiewem. Ale ja nie o śpiewie dzisiaj... 

(po wyświetleniu obrazu, trzeba kliknąć na podkreślony napis Obejrzyj na You Tube)


     Do czterech części IX Symfonii Béjart ułożył wspaniałą choreografię oddającą różnice w charakterze muzyki, a zarazem spójną i niezwykle efektowną. W Allegro ma non troppo solistą był pierwszy z Japończyków, Dan Tsukamoto. Na początku wydawał mi się zbyt siłowy, ale szybko doceniłam jego technikę. W części drugiej, Allegro vivace, przede wszystkim uderza energia i radość bijąca z choreograficznych kombinacji. A przy tym lekkość i niemal beztroska atmosfera. Solista Masayoshi Onuki wydaje się chudzieńki jak trzcinka, ale to złudzenie. Jego ciało skrywa ogromną energię, siłę i fantastyczną technikę. Partnerująca mu solistka Katleen Thielhelm w początkowej części symetrycznie powtórzyła tę samą taneczną sekwencję. Odnosi się wrażenie, że oglądamy niemal lustrzane odbicie. Całość została pomyślana bardzo symetrycznie. Mój podziw rósł do samego końca tej części. 

Kawałeczek znalazłam


      I czegóż można spodziewać się dalej, skoro tutaj już wyczerpałam się całkowicie samym patrzeniem? Nie doceniłam Béjarta! W części trzeciej Adagio molte e cantabile stworzył tak piękną opowieść o spotkaniu, zauroczeniu i miłości, że .... dlaczego tego nie ma osobno na You Tube?! Tańczyli tutaj przepięknie weterani Béjart Ballet Lausanne: niesamowicie elegancka Elisabet Ros i niezwykle wszechstronny Julien Favreau.  Oboje tańczą od wielu lat, także razem w różnych realizacjach. Byli solistami w słynnym Boleru Ravela. Wyczuwa się w ich tańcu absolutnie doskonałe porozumienie. I może dlatego ta część była nie tylko piękna, ale i pełna wyczuwalnych emocji. Chciałabym tutaj zamieścić ją jako odrębny filmik, ale nie znalazłam. Jak znam Japończyków, na pewno gdzieś to umieścili, tylko nie potrafię znaleźć. 
      I część ostatnia, wieloczłonowa, z solistami śpiewakami i chórem. Jak wspomniałam, tym razem nie na śpiewie koncentrowała się moja uwaga, lecz na tym, jak muzykę symfoniczną i chóralną można "przetłumaczyć" na język baletu. Przyznaję, że nie było wiele takich momentów, o których mogłabym powiedzieć, że odstają, nie pasują czy zwyczajnie nudzą. Większość choreograficznych rozwiązań podobała  mi się, choć czasami były zaskakujące. Rozpoznawałam też autozapożyczenia Béjarta, który w sekwencji końcowej powtórzył pomysły z własnej choreografii Bolera. Tutaj jednak rola wiodąca, a w zasadzie zamykającą całą IX Symfonię i balet przypadła solistce Alannie Archibald
      Tymczasem... tymczasem zaczynał tę część Oscar Chacon. Jestem pod absolutnym wrażeniem, choć w pierwszej chwili byłam sceptyczna. Nie wiem, co sprawiło, że zmieniłam zdanie: perfekcja czy uśmiech. Chyba intuicja, ale o tym powiem na końcu wpisu. W każdym razie to on w części ostatniej skupiał wszystkie wątki symfonii i niejako przywołał solistów z poprzednich części. Dlatego na początku zamieściłam urywek nagrania zaczynający się od nich czterech. Niestety, znowu wystąpił problem ze znalezieniem fragmentu, w którym Oscar Chacon prezentowałby się w pełni tak, jak to wynika z całości dzieła. Kto oczywiście ma czas i cieprliwość, może obejrzeć całość - bagatela - ponad 80 minut. Dostępne TUTAJ. 
     Poszukiwania zaowocowały czymś innym. Chacon się oczywiście znalazł - w zabawnej wersji zakochanego żołnierza. A więc nie tylko jest świetnym tancerzem. Ma też poczucie humoru. Oczywiście to też jest choreografia Béjarta, ale trzeba umieć ją zatańczyć. 


     No więc teraz nie tylko go podziwiam, ale i mnie rozbawił. A ja uwielbiam ludzi z poczuciem humoru. Czegoś więcej o nim dowiedzieć się muszę. No i się dowiedziałam! Intuicja mnie nie zawiodła. Wiedziałam! Wiedziałam, że to będzie - już jest - kolejna moja miłość. Oscar Chacon tańczy bowiem - uwaga! uwaga! - Chopina!  Od wiosny tego roku, z przerwą z oczywistych powodów, więc teraz, wczoraj, przedwczoraj, we wrześniu, we Francji i w Anglii występował w choreografii do utworów Chopina (mazurków, nokturnów i walców), opowiadając tańcem historię miłości Chopina i George Sand. Partneruje mu Kateryna Shalkina. Całość nosi tytuł Opus d`Amour. No i jak go nie kochać? 

poniedziałek, 4 maja 2020

Taniec kontra taniec

Oglądam, oglądam i nie wiem, kto wygrywa w tej rywalizacji.

Ci mają szarawary jak chorągwie!



A ci mają czapy!



I nie tylko czapy!



Skrót z momentami w zwolnionym tempie: czy grawitacja istnieje dla każdego?



I znowu kontra:



No chyba ten taniec z kindżałami przebija wszystko:

piątek, 2 lutego 2018

Bożyszcze?... kobiet?...

środa, 10 września 2014 23:29

     Roberto Bolle - najlepszy tancerz świata?... Eeee... Hmmm... No cóż... Jest dobry. Żadnego zawahania w skokach. W powietrzu wisi, spada na cztery łapy, szpagat o kącie otwartym zrobić potrafi.
Trening i przygotowanie do występu:

I przed królową angielską tańczył ;-) Więc poczujmy się jak królowe i popatrzmy.
Roberto Bolle jako Apollo Musagete:


Roberto Bolle odpowiada na kwestionariusz Prousta. Ulubiony kompozytor to Chopin, a ulubiony kolor - niebieski. Całkiem sympatyczny, prawda? :-)


I tego Mozarta w choreografii Kiliana też tańczy! Trochę jak dla mnie za szybko. Ależ on podnosi partnerkę jak piórko! Facet ma 1,87 m wzrostu, to coś znaczy ;-) Bez względu na to, że troszkę za szybko, jest to taniec przepiękny. Tak, po tym tańcu mogę przyznać rację, że Roberto Bolle to najlepszy tancerz na świecie :-) 

Rigaudon - sen choreografa

 poniedziałek, 07 kwietnia 2014 18:51

      Rigaudon (czyt. rigodą) - taniec czy gimnastyka? Jedno i drugie, zwłaszcza w TYM wykonaniu współczesnym. Pierwotnie był to dworski taniec francuski w szybkim rytmie dwudzielnym. Rameau uczynił z niego stały element swoich oper. Na przykład w Platei. Oto rigaudon ze snu współczesnego choreografa ;-)

https://youtu.be/CsyHt-YN9gA

Jak znam Minkowskiego, to on tutaj tempo nieźle podkręcił ;-)


Szekspir komiczny i kosmiczny

niedziela, 17 listopada 2013 20:55

O balecie dawno było, więc nadrabiam zaległości...

Sen nocy letniej

Balet  Johna Neumeiera według Williama Szekspira do muzyki  Feliksa Mendelssohna Bartholdy`ego, György Ligetiego i katarynki 
Polski Balet Narodowy
Orkiestra - dyrygent - Łukasz Borowicz
TWON 16 listopada 2013

       Choreografia Neumeiera z 1977 roku została zrealizowana w TWON w marcu 2013. Na wiosnę nie zdążyłam, pojechałam teraz. 
       Reportaż z realizacji wyjaśnia wszystko, albo prawie wszystko i można sobie dużo wyobrazić. Dodam tylko to, czego nie powiedziano.
        Ponieważ całość oparta została na sztuce Szekspira, trzeba najpierw przeczytać. Tę niby oczywistość nie wszyscy za oczywistą przyjmują.  W zasadzie można i nie czytać, ale wówczas tajemniczy świat elfów z Oberonem i Tytanią na czele, magicznymi sztuczkami Puka i oślimi uszami Spodka mogą okazać się niezrozumiałe. Jednak zastosowana przez Neumeiera czytelna konwencja snu dużo wyjaśnia: świat elfów może być po prostu snem  Hipolity. Co prawda najpierw komplikują się w nim, a następnie rozstrzygają losy dwóch par: Lizandra i Hermii oraz Demetriusza i Heleny, ale zabieg ten pozwala na obsadzenie w partiach Tytanii i Oberona tych samych tancerzy, których na początku widzimy jako Hipolitę i Tezeusza. Oznacza to, że w jednym spektaklu raz prezentują się w balecie klasycznym do klasycznej muzyki Mendelssohna, a w akcie 1 w diametralnie zmienionej scenografii, w cielistych błyszczących kostiumach, do kosmicznej muzyki Ligetiego widzimy taniec współczesny z "niemożliwymi" do wykonania akrobacjami ;-) W podwójnej roli głównych dwóch par zaprezentowali się Yuka Ebihara i Vladimir Yaroshenko. I przyznam, że jako władczy i złośliwie obrażony Oberon Yaroshenko podobał mi się bardziej niż w roli Tezeusza, ale to mało istotny szczegół.
       Po drugie, wszystkie sceny z amatorską trupą teatralną rzemieślników pod wodzą Spodka są tak nieodparcie komiczne, że można z nich skomponować całkowicie niezależną burleskę ku uciesze gawiedzi. Paweł Koncewoj jako Fujara, przebrany w kostium baletnicy, przewracający się na pointach, w roli Tysbe dał popis nie tylko taneczny, ale i aktorski.  Podobnie zresztą jak inni z rzemieślniczej aktorskiej trupy. Kurusz Wojeński jako Spodek grający Pyrama to istny Achilles pokonujący Lwa (jako Lew stolarz Cichy, czyli Bartosz Anczykowski), a potem zabijający się w rozpaczy po rzekomej śmierci  żony - Tysbe. Naprawdę wzruszył mnie do łez (ze śmiechu) Głodzik, czyli Carlos Martin Perez z wielkim zaangażowaniem grający Światło Księżyca, niosąc owe ciało niebieskie w postaci pękatego białego abażuru na kiju.  A biedak miał trudne zadanie, bo bohater ciągle mu się przemieszczał i on tak musiał za nim biegać z tym księżycem. 
       Czy ktokolwiek wyobraża sobie jak zagrać ścianę?? Neumeier i tu stworzył koncept oparty na pomysłowym kostiumie, w którym występowali we dwóch Michał Tużnik jako Pigwa i Michał Chróścielewski jako Ryjek.
        Elementy humorystyczne nie ograniczają się do amatorskiej trupy rzemieślników pod wodzą kataryniarza. Mamy przecież Demetriusza, zawadiackiego oficera, który z desperacją ucieka przed narzucającą mu się Heleną. Maksim Woitiul jako Demetriusz pokazał talent komiczny pierwszej klasy, a w takiej roli jeszcze go nie widziałam. Zapętlenie losów czworga postaci (Demetriusza, Heleny, Lizandra i Hermii) za sprawą roztargnionego Puka kończy znowuż zabawna sekwencja  totalnej awantury, w  której panowie mają już na sobie resztki koszul, a panie w wystrzępionych sukienkach ostatecznie postanawiają sprawę wyjaśnić damskim boksem, czyli wyrywaniem sobie nawzajem włosów.  Tak, tak, bez czarów się nie obejdzie. Dzielny Puk namieszał i teraz rzecz całą musi odkręcić, czyli znowu pomachać zaczarowaną różą.
       Puk (Patryk Walczak), ten spiritus movens całej intrygi, najpierw przy dźwiękach niesamowitej muzyki Ligetiego wyłania się z mgły i wypróbowuje  czarodziejską moc machania kwiatkiem bez ładu i składu, potem ma niezły ubaw z całego zamieszania, następnie przywołany do porządku przez Oberona musi w ciężkim znoju przywrócić ład w sercach ludzi.  I żyli długo i szczęśliwie. 
       Ostani taniec Hipolity i Tezeusza w dniu zaślubin wydał mi się nieznośnie po Mendelssohnowsku patetyczny. Inna rzecz, że muzyka Ligetiego z kolei puszczana z nagrania była stanowczo za głośna, siedziałam zdecydowanie za blisko. Ale świat elfów wykreowany poprzez idealne zestawienie muzyki, scenografii (niesamowite "straszne" te ruchome drzewa niczym Las Birnam), kostiumy, taniec, stanowi wizję niesamowicie spójną, przemawiającą do wyobraźni. Baśń, ale z elementami grozy; kosmiczna atmosfera, ale oparta na ludzkich emocjach. 
       Takiej mieszanki klasycznej muzyki z klasycznym baletem, z elementami liryki i patosu, połączonej ze współczesną muzyką z taśmy (nawet jeśli pierwotnie to były organy i klawesyn), tańcem rytmicznym i akrobatycznym oraz humorem i nostalgią  katarynkowej nuty ulicy jeszcze nie widziałam. 




niedziela, 28 stycznia 2018

To tak... z braku laku...

poniedziałek, 07 stycznia 2013 15:27

     Zima... śnieg sypie... mrozik... Kiedy były święta? Nie pamiętam. No,  czekam na koniec... Nawał roboty. Zaspy się szykują nie tylko na dworze, ale wokół mojego biurka, pod stołem, wszędzie... Że co, proszę? Karnawał? Tańce? Zabawy? Eee tam...  ani nie ma kiedy, ani gdzie, ani z kim... Wczoraj zaczęłam czytać "lekką" literaturę, bo już nie dałam rady ciągle tylko myśleć, myśleć, myśleć... 
      Rodorek pokazała iluminację świąteczną Gorzowa. A ja nie wiem, jak było (czy nadal jest???) iluminowane moje miasto. Stokrotka załączyła dawną taneczną piosenkę (której oczywiście nie znałam, podobnie jak wokalisty), a ja nie pamiętam przy czym tańczyłam w czasach młodości (nie tańczyłam?!). Czesia napisała o weselach... no temat prawie mi obcy... 
     Nowy rok się zaczął, i już pędzi, choć kalendarza ściennego, żeby mnie nie poganiał, nie posiadam. Aha, zadzwonić, umówić, zapłacić... Rok jak co roku, rachunki te same, załatwienia. I dieta! Poświąteczna ;-) Że co? Aha, karnawał.  No tak, tylko co ja mam z nim wspólnego?...

       Jiři Kylian, czeski choreograf, od 1976 r. dyrektor artystyczny Nederlands Dans Theatre, ma swój niepowtarzalny, rozpoznawalny styl. Jego pomysły mogą szokować, mogą też bawić, ale zawsze przykuwają uwagę. Jednego na pewno nie można tancerzom i choreografii odmówić - perfekcji.
       Propozycja na... karnawał. Niech będzie. Chyba nie muszę tłumaczyć, co znaczy tytuł... balet bardzo współczesny, ale... prawie klasyczny.



     

sobota, 27 stycznia 2018

Ha!

 niedziela, 18 listopada 2012 22:54

     Będę niekonsekwentna. Trudno... To jest genialne. Chwilami. No, powiedzmy, z przebłyskami genialności. Bo nie w całości. Może i dobrze, że tylko chwilami, bo by człowiek aż takiej kondensacji genialności nie wytrzymał. To się pobawię. Opiszę genialność, na której się nie znam, której nie rozumiem, ale mi się podobała.
       Echa czasu, premiera trzyczęściowego wieczoru baletowego w TWON, 17 listopada 2012.
       Rzecz składa się z trzech odrębnych baletów do całkowicie różnej muzyki, w różnych choreografiach. 
Część pierwsza - Century rolls do muzyki Johna Adamsa w choreografii Ashleya Page (zamówienie specjalne dla Polskiego Baletu Narodowego na premierę 17 listopada 2012)
Część druga - Moving rooms do muyzyki Alfreda Schnittkego i Henryka Mikołaja Góreckiego w choreografii Krzysztofa Pastora(światowa premiera 19 czerwca 2008)
Część trzecia - Artifact suite - choreografia Williama Forsythe`a do muzyki Johanna Sebastiana Bacha i Evy Crossman-Hecht (premiera światowa 15 września 2004)
        I od czego by tu zacząć? Część pierwsza nijaka. Tancerze kręcą sie w kółko i kompletnie nic z tego nie wynika. Ja wiem, jest jakaś teoria, jakieś uzasadnienie, które choreograf wyłożył w wypowiedzi zamieszczonej w książeczce programowej, ale mnie to nie przekonuje. Nudne było. Kręcą się i kręcą, ponoć ma to być jakaś analogia do trybików w maszynie (?), do jazdy na rolkach (?), ale budowa trybików i ich funkcja w silniku też mnie nie interesują za bardzo. Duety były ciekawe, ale poza tym... czekałam na przerwę. Ale oklaski były, kwiaty, a jakże, też i zachwyt publiczności.
     Więcej obiecywałam sobie po części drugiej i nie zawiodłam się. Przede wszystkim rewelacyjna muzyka. Concerto grosso Alfreda Schnittkego to jednoale Koncert na klawesyn Góreckiego to już całkiem sam w sobie robi wrażenie. 
       Po raz kolejny zauważam, że pomysły Krzysztofa Pastora nie tylko mi się podobają, ale nawet głębiej do mnie trafiają i zapadają w pamięć. Dobór muzyki oczywiście ma tu niebagatelne znaczenie (ten Górecki! ), ale nie tylko. Taniec w strugach deszczu Rubiego Pronkaz I przejdą deszcze... mam do dziś przed oczami. Tym razem choreograf ustawił tancerzy na przestrzeni zgeometryzowanej: kwadratowe pola zarysowane górnym światłem, mniejsze lub większe, czasem się zmieniały, łączyły w jedną rozświetloną przestrzeń, a czasem tworzyły typową szachownicę z polami jasnymi i ciemnymi, a tancerze przemykali od narożnika do narożnika, przeskakując z jednych na drugie. Albo skupiali się w jednym większym jasnym polu, zewsząd otoczeni ciemnością. W przeciwieństwie do części pierwszej, Pastorowi udało się wydobyć z muzyki i w tańcu wyrazić różne emocje, którym bez problemu dałam się zawładnąć. No bo i sama muzyka, jak już wspomniałam, niosła w sobie i emocjonalność i kombinacje struktury, w przypadku Góreckiego, niemal bachowskie.   
       Oklaski znacznie większe, więcej okrzyków zachwytu, aplauz zasłużony (nie będę się czepiać, że miałam wrażenie, jakby w którymś momencie ktoś się potknął lekko, może ja źle widziałam, ostatecznie siedziałam daleko).


      No i część trzecia, ta genialna, czyli Artifact suite. O Chaconne z Partity nr 2 d-moll Bacha, do której Forsythe ułożył choreografię, pisać nie będę. Podobnie jak o Muzyce na fortepian solo Crossman-Hecht. Oba utwory trudne, perfekcyjne, dające ogromne możliwości. William Forsythe w sposób kongenialny zagrał je tancerzami. Przede wszystkim całość, mimo że pocięta, w części początkowej zwłaszcza, z zamierzonym hałasem spuszczaną kurtyną, z eksperymentatorsko wykorzystanym światłem padającym raz z góry, raz z boku, to znów z góry, to nieml znad samej podłogi, to z kolei ustawione trójkami z jednej strony sceny, jest niesamowicie spójna. Widz się oczywiście nie spodziewa, co zobaczy na scenie po kolejnej odsłonie kurtyny, za każdym razem przyzwyczajając się do całkowicie przegrupowanego układu tancerzy, ale są one tak ściśle zestrojone z muzyką, że sprawiają wrażenie całkowicie naturalnych. 
       Kolejna sprawa to atmosfera tych układów, niezwykłość baletowego tańca całego corps de ballet, ustawionego geometrycznie, z trzech stron sceny, jak i w zwartej grupie, oraz duetów, solistów... właściwie to nie wiem, jak określić.  Ta geometryzacja kierowana, dyrygowana przez Inną Osobę (Magdalena Ciechowicz) w niesamowitym, odrealnionym, odczłowieczonym kostiumie i makijażu, upodobniającym ją do figury wsokowej lub mechanicznej lalki, jakiejś pozaziemskiej istoty, wywierała najmocniejsze wrażenie. Bardzo mroczne. W końcowej sekwencji, kiedy owa Inna Istota niemal wije się wzdłuż sceny, w gwałtownych aczkolwiek straszliwie falujących, animalistyczno-wężowych ruchach przemieszcza się na przód sceny, wrażenie niesamowitości było chyba najgłębsze i przerażające. Zachwycająco porzerażające. I to wcale nie jest oksymoron. 
      Na docenienie zasługuje też duet Maria Żuk i Vladimir Yaroshenko, którzy tak w części drugiej, jak i trzeciej zaprezentowali się widowiskowo. Rzecz dziwna, o ile w dwóch pierwszych częściach po popisowych partiach czy solistów, duetów czy całego zespołu rozlegały się brawa, w części trzeciej panowała cisza. Coraz głębsza cisza. Nawet właśnie ten duet nie wywołał reakcji, nawet solówka Woitiula (krótka zresztą, może nawet nie wszyscy ją zauważyli).
        O co chodzi? Nie jestem specjalistką we właściwym odczytywaniu cudzych emocji, zawsze mam z tym problem. Tym razem jednak miałam nieodparte wrażenie, że Artifact suite Williama Forsythe`a wprawiła publiczność w konsternację. Stąd ta straszna cisza i brak reakcji, jakby wszyscy, gdyby tylko mogli, chcieli uciec. 
        W takim razie ja jestem dziwna, albo się kompletnie nie znam, ale dla mnie to było wspaniałe, choć jeszcze nigdy żaden balet nie sprawiał wrażenia tak genialnie przerażającego. Mroczny, po prostu mroczny. I cudowny. Genialny?...


A tu zajawka wszystkich trzech choreografii


I przede wszystkim niezwykła muzyka Góreckiego. Oni do tego tańczyli.

A na koniec trochę kabaretu. Jadę ja autobusem po stolicy, a na kierowcę trafiłam, co pewnie niedawno pracę zmienił i jechał, jakby kartofle woził jeszcze. Stoję ja sobie w miejscu strategicznym, do właściwego przystanku się zbliżając, a autobus po hamulcach przed światłami aż zarzuciło. Walizka moja, lekka i mała, skrzydeł dostała i wpieriod pofrunęła. To ja rzucam się na ratunek. Pal sześć walizka, ale tam strój operowy jechał. Zanim zdążyłam na powrót strategiczne miejsce zająć, za zakrętem kierowca znowu po hamulcach, a ja tym razem, jako skrzydeł niemająca, ryję głową w deskę "do prasowania", co to na sztorc złożoną naprzeciwko szerokich drzwi na przedzie autobusu widuję (nie bardzo wiem, do czego ona służy, bo zawsze złożona jest i nie widziałam  jej w użyciu, może ktoś wie?). Jakiś "gentelmen" stojący obok usłużnie radzi: "Trzeba się trzymać, proszę pani!" Jakbym nie wiedziała! To ja na to jak prawdziwa "dama": "To czemu pan walizki mojej nie łapał?! Ja bym się wtedy miała czym trzymać!" Chyba się zbulwersował lekko.


wtorek, 23 stycznia 2018

Muszę...

sobota, 21 kwietnia 2012 15:30

      Muszę czegoś posłuchać, bo mnie zaraz rozniesie, albo ja prędzej coś rozniosę... Na taki pokręcony dzień, jak dzisiejszy, co znaleźć? Mam: Rameau. Właściwie nieważne co, byle on. Ale mam. I to rozpoznawalne brzmienie Les Musiciens du Louvre Grenoble. Całe szczęście, że mam też odtwarzacz, bo głośniki komputerowe ucinają mi połowę dźwięków. No to leci... aż się uspokoję...


Premiera - Paryż 1748
Uwertura obrazuje Chaos i rozdzielające się z niego żywioły. W sam raz na mój aktualny stan ducha, kłębiący się dziś chaotycznie: strumienie, góry, morza, ptaki, słońce świeci pełnym blaskiem, ale... coś się czai. Tylko co? W pasterskiej historyjce napisanej przez Louisa de Cahusaka z muzyką Jeana-Philippe Rameau (1683-1764) czaił się podstęp - próba uwiedzenia  Zelidii, której wierność chciał sprawdzić tytułowy Zais. Eh, ci mężczyźni, nawet jeśli są powietrznymi duchami, wciąż potrzebują potwierdzeń swojej niezwykłości i wyjątkowości. Biedna Zelidia, powinna się obrazić, że jej nie wierzył, a jednak była ponad tę przyziemną męską podejrzliwość. Żywioły tańczą na dobre zakończenie.

     Już mi lepiej, to jeszcze jeden kawałek.
Ciż sami: Rameau i Les Musiciens du Louvre Grenoble pod Markiem Minkowskim. Tym razem z tragedii Les Boreades (Z rodu Boreasza),  (tak, tak, tego Boreasza - boga  Wiatru Północnego) nigdy niewystawionej za życia autora. Libretto podobno także Louis de Cahusac.


     No, dobrze,  idziemy na całość. To jeszcze Platee (Platea) - proszę się nie śmiać! Albo i śmiejcie się do woli, ostatecznie jak zachować powagę, gdy Zeus zjeżdża na chmurze prosto w bagno, a Platea - co prawda nimfa, choć żaba - oczekuje w nim adoratora, na co Zeus w pierwszym porywie  przerażenia po prostu bierze nogi za pas! I stosownie szalona do tematu muzyka Jeana-Philippe Rameau.


Toteż proszę się nie śmiać, że im trochę nie wychodzi ;-)

Reminiscencje

niedziela, 04 marca 2012 22:19

    Byłam po raz drugi. I nadal pewnie za mało. To jest nieśmiertelne; muzyka, taniec, emocje, wrażenie... Tym razem szczególnie zwróciłam uwagę na wersję trzecią - choreografia Maurice`a Béjarta. Nadal nie podoba mi się choreografia Emanuela Gata, która jest nudna i bez  głębszych emocji. Umieszczenie jej w środku działa jak przerywnik między zrekonstruowaną genialną, bardzo malarską, wizją Wacława Niżyńskiego, a nowoczesną, dynamiczną wizją twórcy Baletu XX Wieku. Przerywnik, trzeba przyznać, nieco przydługi.  Ale warto go było przeczekać, żeby znowu obejrzeć  Maksima Wojtiula i Annę Lorenz w roli Wybrańca i Wybranki. No i dyrygował Łukasz Borowicz.


Zapiski z prób i wyjaśnienia twórców. 


Skąd się wzięły trykoty w balecie i o tym, że kiedyś mężczyzna w balecie był słupem podtrzymującym tancerkę ;-)

środa, 17 stycznia 2018

W tym szaleństwie jest metoda?...

poniedziałek, 27 czerwca 2011 14:33

      Czytam Dziennik Wacława Niżyńskiego. Przeczytałam Zeszyt 1. W sumie w ciągu sześciu tygodni zapisał trzy zeszyty, pisał całymi dniami, aż do bólu ręki, o czym zresztą nieraz wspomina. Pisał, bo musiał. Jest Dziennik zapisem postępującej choroby,  z dnia na dzień, ze zdania na zdanie Niżyński zagłębiał się w siebie. Schizofrenia mąciła umysł, chwiała równowagą ducha, a kolejne strony są tego niemal rentgenowskim prześwietleniem. Oto czytając patrzymy jak ludzki umysł popada w obłęd, niemal na równi uczestniczymy w tym dramatycznym procesie. Prawie słychać krzyk, jaki rozlega się gdzieś pod czaszką zmąconej świadomości.
      Kiedy  19 stycznia 1919 roku Wacław Niżyński rozpoczął pierwszy zeszyt, używa zaimka "ja": Chcę grać, ale zostało mi mało czasu. Albo: Jestem uczuciem w ciele, a nie umysłem w ciele. Jestem ciałem. jestem uczuciem. Jestem bogiem w ciele i uczuciu.  Z czasem poczucie własnego "ja" niezmiernie się rozrasta, rozszczepia na wiele osobowości aż zaczyna występować w drugiej osobie: Wiem, że cię boli. Żona cierpi z twego pwodu. (...) Niech myślą, że jesteś egoistą. Niech cię wsadzą do więzienia. A zaraz potem zaczyna się, toczy się wewnętrzny dialog: Chcę, żeby cię rzuciła. Chcę, żebyś był mój. Nie chcę, byś kochał ją miłością uczucia. (...) Chce cię oskarżać, gdyż on sądzi, że twoja żona jest nerwową kobietą. I dalej: Czuje, że masz rację, czuje, że Romola (żona Niżyńskiego - przyp. mój) ma rację. Myśli i dlatego trudno mu zrozumieć.  (...) Boję się o ciebie, gdyż się boisz. Znam twoje zwyczaje. Kochasz mnie bezgranicznie, gdyż podporządkowujesz się moimpooleceniom. Ja wiem, co myślę. Ty wiesz, co myślisz. Będziemy wiedzieć, co myślimy. Będę robił wszystko, by cię zrozumieć. (...) Jestem Bogiem w tobie.
      Nad aspektem psychologicznym dziennika pochylić się może psychiatra. Ja tego nie potrafię i kolejne strony wydają się coraz bardziej przerażające. A jednak w pozornym bełkocie zmąconego umysłu zdarzają się zdania, uwagi, refleksje warte zastanowienia. Przede wszystkim Niżyński wielokrotnie, do znudzenia powtarza, że jest uczuciem, że kieruje nim uczucie, że taniec jest uczuciem i uczucie wyraża. O swoim ostatnim występie w hotelu Suvretta w Sankt Moritz napisał:  Publiczność przyszła się bawić. Sądziła, że tańczę dla uciechy. Ja tańczyłem rzeczy straszne. Bali się mnie i dlatego myśleli, że chcę ich zabić. Nie chciałem nikogo zabijać. Kochałem ich wszystkich, ale mnie nikt nie kochał (...)
      I może dlatego pisanie wydawało mu się ostatnią deską ratunku, ostatnią szansą na porozumienie i zrozumienie go przez innych? Chcę napisać tę książkę, gdyż chcę wyjaśnić, czym jest uczucie. Wszyscy ludzie czują, ale nie pojmują swych uczuć. (...)  Wiem, że wszyscy będą myśleć, że wszystko, co piszę, to wymysł, ale powinienem powiedzieć, że wszystko, co piszę, jest najszczerszą prawdą, gdyż wszystko to przeżyłem w praktyce. (...) Będę pisać dopóty, dopóki nie zdrętwieje mi ręka. Nie jestem zmęczony... Co prawda, skrzętnie chował swój zeszyt, nie dając go czytać nikomu, ale w tym zachowaniu był już wyraźnie owładnięty manią prześladowczą, wydawało mu się, że ktoś go śledzi, prześladuje i chce zabić.
      A mimo to uderza nieraz tak oczywista trzeźwość myślenia, że nasuwa się pytanie: czy trzeba być szalonym, żeby dostrzegać pewne oczywistości i mieć odwagę je wypowiedzieć?

      Tańczyłem źle, gdyż upadałem na podłogę, kiedy nie należało. Publiczności było wszystko jedno, gdyż tańczyłem pięknie.

     Boję się ludzi, gdyż chcą, bym żył takim życiem, jaki oni prowadzą. Chcą, żebym tańczył rzeczy wesołe. Ja nie kocham wesołości. Kocham życie. 
      Nie jestem wesół, gdyż wiem, że wesołość to śmierć. Wesołość to śmierć rozumu.

         Nabrałem zwyczaju mówienia wszystkim "dzień dobry" bez znajomości. Zrozumiałem, że wszyscy ludzie są jednakowi. Często mówię, lecz ludzie nie rozumieją, że wszyscy mamy nos i oczy itd., i dlatego jesteśmy jednakowi. Chcę przez to powiedzieć, że trzeba wszystkich kochać.

      Jestem człowiekiem, a nie Bogiem. Jestem prosty. Mnie nie trzeba myśleć. Mnie trzeba czuć, a poprzez uczucie pojmować.

      Nie kocham pieniędzy. Kocham ludzi. Ludzie mnie pojmą, kiedy im będę dawał życie. Ubodzy nie mogą zarabiać. Bogaci powinni im pomagać. Nie pomogę, jeśli oddam wszystkie swoje pieniądze towarzystwu dobroczynnemu. Towarzystwo dobroczynne bogaci się i nie potrafi organizować sprawy. Towarzystwa dobroczynne noszą uniformy po to, by ubodzy się ich bali. Ubogi nie szuka towarzystwa dobroczynnego, gdyż wstydzi się, że pomyślą o nim źle. Ubodzy lubią podarki przypadkowe. Ja obdarowuję przypadkowo bez żadnych żarcików. Nie mówię o Chrystusie, kiedy daję pdarek. Uciekam ubogiemu, kiedy chce mi dziękować. Nie lubię podziękowań. 

      Nie lubię głupoty dlatego, że nie dostrzegam uczucia w głupocie. Głupota nie jest uczuciem w człowieku. 

Niżyński
     
      Wariat?! Szaleniec?! Tak, na pewno. To był zaledwie początek trzydziestoletniej choroby, która całkowicie odizolowała Niżyńskiego od świata.  A jednak ten wariat, ten szaleniec był geniuszem tańca. Może dlatego, że tak bardzo kłębiły się w nim niewypowiedziane nigdy emocje?  I tak bardzo kochał życie, że wciąż myślał o śmierci: Jestem śmiercią. Jestem tym, który kocha śmierć.

      Czuję zmęczenie ręki. Na piórze jest napis "Ideał", a moja obsadka nie jest ideałem. Lubię ideały, ale takie, o których się nie mówi.
      

      Wacław Niżyński, Dziennik, przeł. z jęz. ros. Grzegorz Wiśniewski, Axis Mundi, Teatr Wielki-Opera Narodowa, seria Biblioteka TW-ON, wyd. II, Warszawa 2011.


Dzikość, pierwotność, szaleństwo...

poniedziałek, 20 czerwca 2011 16:14

      29 maja 1913 roku w Théâtre des Champs-Elysées rozpoczęła się nowa era baletu. Od tamtego dnia, czy to się komuś podobało, czy nie (a nie podobało się wielu) taniec nie mógł już zostać taki sam. Sprawcą przewrotu był Wacław Niżyński. Na widowni podczas premiery Święta wiosny Igora Strawińskiego doszło do rękoczynów pomiędzy zwolennikami choreograficznych eksperymentów Niżyńskiego a jego przeciwnikami. Niżyński zaszokował widzów przyzwyczajonych do uładzonej estetyki baletu klasycznego. Pokazał dzikość, siłę i bezkompromisowość pierwotnego człowieka, czyli w zasadzie nas wszystkich, bo kto potrafi jasno i precyzyjnie określić, kiedy i czy w ogóle wykorzeniliśmy ze swojej duszy mroki jaskini?
      Najpierw była muzyka Igora Strawińskiego: mocna, niesymetryczna, niepokojąca, dzika i prymitywna. Do tej muzyki 24-letni genialny tancerz, a jak pokazała przyszłość, jeszcze bardziej genialny choreograf, układa balet, który wyprzedził swój czas o co najmniej półwiecze. Na ile zarówno muzyka, jak i choreografia stanowiły dla ówczesnych wyzwanie niech świadczy fakt, że muzycy nie chcieli grać partytury, a tancerzy trzeba było żelazną dyscypliną Siergieja Diagilewa zmuszać do wiernego wykonywania poleceń Niżyńskiego.
      Powstało arcydzieło. Ale o tym świat przekonał się dopiero później, gdy tymczasem jego autor, Wacław Niżyński przez 30 lat aż do śmierci zmagał się z postępującą schizofrenią, nie stworzywszy już nic równie genialnego.
       Teatr Wielki - Opera Narodowa zakończył sezon baletowy polską premierą Święta wiosny. Na baletową ucztę składa się aż trzykrotne, raz za razem, wykonanie tego samego utworu Strawińskiego w trzech różnych, całkowicie odmiennych choreografiach. Pierwsza to hołd złożony legendzie – rekonstrukcja premierowej choreografii Niżyńskiego dokonana przez Millicent Hodson dla Joffrey Balet z 1987 roku. Druga to kameralny układ choreograficzny Emanuela Gata dla pięciorga tancerzy: trzech kobiet i dwóch mężczyzn. Trzecia wersja – znowu obrosła legendą – Maurice`a Béjarta, jednego z najsłynniejszych choreografów XX wieku.
      Rzadko kiedy widz ma możliwość podczas jednego wieczoru zobaczyć trzy wersje tego samego dzieła. Po niedzielnej konfrontacji trzech estetyk tańca, trzech wizji choreograficznych, wyszłam przekonana co do dwóch rzeczy: po pierwsze, że muzyka Strawińskiego nie może się znudzić, a po drugie, że geniusz był jeden – Wacław Niżyński – ale kto wie, czy jego ceną nie była późniejsza długoletnia choroba psychiczna.

      Święto wiosny w choreografii Niżyńskiego wywołuje dreszcze, podczas tańca Wybranej czułam ciarki wzdłuż kręgosłupa. Przerażające i ekstatyczne przeżycie wynikało też z faktu, że to właśnie Niżyński najbardziej zbliżył się do wydobycia pierwotności i dzikości muzyki Strawińskiego. I nieważne, że kiedy Strawiński zajrzał na próbę przed premierą, dostał niemal szału na to, co zobaczył i usłyszał. Po latach stwierdził, że to właśnie Niżyński najwierniej odczytał i wyraził w tańcu istotę jego muzyki.

      Taniec Wybranej to najbardziej dramatyczny konwulsyjny taniec, jaki widziałam w życiu. Bohaterka została Wybrana na rytualną ofiarę, która jest konieczna, aby jak co roku na wiosnę życie się odnowiło, odrodziło. Ceną życia natury, ale też całej gromady jest śmierć Wybranej, która zostaje pozostawiona samotna w rytualnym kręgu. I wówczas wykonuje swój taniec. Z jednej strony jest to taniec rozpaczy, bo chciałaby uciec, nie zgadza się na swoją śmierć, ale gromada jej na to nie pozwoli. Z drugiej strony Wybrana jest świadoma tego, że jej ofiara jest absolutnie konieczna i nieodwracalna. Taniec życia i śmierci; taniec strachu i odwagi; ludzkie życie postawione w konfrontacji z wiecznym kołem życia natury.

      Dzikość, pierwotność, szaleństwo…


Taniec Wybranej - Święto wiosny - rekonstrukcja choreografii dokonana przez Millicent Hodson w roku 1987


Święto wiosny, Igor Strawiński - Teatr Wielki  - Opera Narodowa, Polski Balet Narodowy, premiera 11 czerwca 2011 r.
Choreografowie: Wacław Niżyński/ Millicent Hodson; Emanuel Gat; Maurice Béjart





Zmiany

    Kończę pisanie na tym blogu. Prowadzenie równoległych blogów jest wyczerpujące. Zwłaszcza, że tematyka - szeroko pojęta kultura - jest p...