Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polonica. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polonica. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 26 lipca 2022

Dlaczego wspieram Ukrainę

         To może paradoks, że pisząc o Ukrainie i wsparciu Ukraińców w wojnie z Rosją, podpisuję post etykietą "Polonica".  No ale przecież nie dodam etykiety "wojna"! 

          Tytułowe "wspieram" zapewne jest na wyrost.  Po prostu daję, ile mogę, wpłacam tam, gdzie potrzebują, a przed wakacjami jak wiele Polek i Polaków udzielałam się w wolontariacie na rzecz uciekinierów z Ukrainy, pełniąc dyżury w ośrodku dla uchodźców, dostarczając potrzebne produkty, udzielając porad. Nic szczególnego na tle masowego zaangażowania polskiego społeczeństwa. Nie warto nawet wspominać. 

           Jakiś czas temu podczas pewnej audycji w radiowej Dwójce pytano słuchaczy o najpiękniejsze wakacje. I wtedy doznałam olśnienia, a właściwie przypomnienia czegoś, co tkwiąc przeżyciem i emocjami w pamięci sprawia, że wspieranie - namacalne, finansowe - walczących Ukraińców jest dla mnie oczywistością. Być może pacyfizm to szlachetna idea, ale właśnie - tylko idea. A prawdziwe życie jest brutalne i dopóki człowiek nie wykorzeni z siebie zła (a raczej się na to nie zanosi), tamę złu trzeba postawić siłą, wznieść barykady, bronić za ceną życia. 

           Wracając do audycji,...  zadzwoniłam i opowiedziałam o swoich wakacjach. Dawno temu to było, gdy Ukraina była Socjalistyczną Republiką Radziecką. Wakacyjna droga mojej rodziny przebiegała od granicy w Medyce przez Lwów, dalej na Tarnopol i Czerniowce. Na pokonanie trasy urzędowo dano nam maksymalnie półtorej doby, czy może dwie (nie pamiętam, gdyż jako dziecko nie bardzo się tym interesowałam wówczas),  bo Ukraina była tylko tranzytem w drodze do Bułgarii.  Niemniej wypadło nam znaleźć po drodze nocleg. Byliśmy przygotowani na rozbicie namiotu, cały biwakowy ekwipaż wieźliśmy ze sobą. I wykorzystaliśmy go, a jakże, dopiero w miejscu docelowym. Na polu kempingowym "Horyzont" (Къмпинг Хоризонт) nad Morzem Czarnym kilkadziesiąt kilometrów za Warną.  Zanim tam dojechaliśmy, potrzebowaliśmy noclegów po drodze, no i padło na jakąś małą miejscowość, jakieś Nowosiółki czy nieco dalej Jasionowce w rejonie złoczowskim. Chcieliśmy zapytać, gdzie tu można rozbić namiot. Mieszkańcy z połowy wsi zebrali się wokół i po wstępnym rozpoznaniu kim jesteśmy i skąd zaczęli deliberować, kto weźmie nas na nocleg do siebie do domu. Było wielu chętnych. Wybraliśmy wdowę samotnie wychowującą syna, ponieważ mogła u siebie pomieścić naszą pięcioosobową rodzinę. 

            Noc była bardzo krótka. Wiadomo, sierpień, lato, ale nie tylko.  Mieszkańcy zeszli się gromadnie na pogaduszki. Oni pytali nas jak żyje się w Polsce, my pytaliśmy o warunki życia w Związku Radzieckim. My mówiliśmy po polsku, oni po ukraińsku - zwłaszcza starsi, częściowo po rosyjsku (młodsze pokolenie), ale rozumieliśmy się doskonale. W razie trudności szukało się synonimów lub pomagało gestem.  Kiedy zobaczyli w naszym samochodzie obrazek z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, otworzyli się jeszcze bardziej, a gospodyni odsłoniła zakryte ikony na ścianach w pokoju, gdzie się wszyscy zgromadzili. Nasi rozmówcy i gospodarze nie obawiali się narzekać na przymusową "radzieckość" swojego narodu i co rusz podkreślali: "my nie Rosjanie, my Ukraińcy".  

          Innym razem, w niedługi czas później, również spotkała nas wielka gościnność ukraińskiej rodziny, która przenocowała nas w Czerniowcach. Tym razem w mieszkaniu w bloku, a jakie to były mieszkania! Takie jak u nas, czyli maleńkie pokoiki, zupełnie niefunkcjonalnie podzielone. Ale serce nasi gospodarze mieli wielkie, więc wszyscy zmieściliśmy się najpierw na wspólnej wystawnej kolacji, a później spaliśmy pokotem na podłodze na swoich materacach i śpiworach. Córka sąsiadów naszych gospodarzy oprowadziła mnie po mieście, pokazała, gdzie pracują jej rodzice, gdzie ona sama chodzi do szkoły. 

          Nie muszę chyba dodawać, że w obu przypadkach nasi gospodarze nie chcieli żadnej zapłaty.  Ale nie jechaliśmy z pustymi rękami i odwdzięczyliśmy się, czym się dało, co tylko mogło im się przydać. Pamiętam, że dla trzyletniej dziewczynki w Czerniowcach zostawiliśmy ubranka i zabawki. A ja mam do dzisiaj komplet malowanych matrioszek od jej rodziców i książkę: antologię wierszy Jesienina w oryginale. 

          Czy to wszystko? Nie, nie wszystko, ale wystarczająco, czyż nie?

Stąd takie zrzutki, jak na Bayraktara czy system Warmate dla walczącej Ukrainy, to dla mnie oczywiste, że powinnam się dorzucić.

Warmate

Na Bayraktara już pełną kwotę zebrano, ale zbiórka jeszcze trwa, a nadwyżka zostanie przekazana na fundusz Sił Zbrojnych Ukrainy.

Bayraktar

niedziela, 17 lipca 2022

Dla tych, którzy walczą - dopisek!

Na Bayraktara zebrano pełną kwotę z nawiązką!

Kto nie zdążył, może dołożyć się do zbiórki na drony polskiej produkcji WARMATE również z przeznaczeniem dla Ukrainy. Jeden system obrony WARMATE  to aż 10 dronów. 

poniżej link

Polskie drony Warmate do obrony Ukrainy! | zrzutka.pl


Polska zrzutka na Bayraktara dla Ukrainy

https://zrzutka.pl/bayraktar

Ja już wpłaciłam.

piątek, 11 grudnia 2020

Pierwsza Polka na Dachu Świata

         Kontynuuję cykl o Polkach, które dotąd mało znane, zasłużyły się w historii kultury i odkryć na skalę znacznie przekraczającą granice naszego kraju. W pierwszym odcinku bohaterką była Regina Salomea Pilsztyn, której los i zainteresowania poprowadziły drogą medycznej kariery do stambulskiego haremu sułtana Mustafy III. Był to wiek XVII. Odcinek drugi poświęciłam hrabinie Ewie Dzieduszyckiej, która zafascynowana Indiami powędrowała aż do stóp Himalajów. Ale to młodsza o rok Jadwiga Toeplitz-Mrozowska (1880 - 1966) wspięła się jeszcze wyżej i położyła niezbywalne zasługi dla odkryć geograficznych w regionie pamirskich szczytów. 

      Od dzieciństwa chciała zostać aktorką i została nią, mimo braku formalnego aktorskiego wykształcenia, wzbudzając z jednej strony aplauz męskiej części widowni, a z drugiej zgorszenie odważnie kreowanymi bohaterkami kobiet wyzwolonych. Pierwszy mąż Longin Poray-Wybranowski zarzuci jej, że w życiu również gra postać teatralną - wyzwoloną i demoniczną Lulu ze sztuki Wedekinda "Demon ziemi".  Rozstanie tej pary było kwestią czasu. Jadwiga Mrozowska na początku XX wieku zasłynęła jednak kreacjami w teatrach lwowskich i krakowskich, grając w sztukach Fredry, Szekspira, Wyspiańskiego, Słowackiego, Przybyszewskiego czy Zygmunta Krasińskiego. Tadeusz Boy Żeleński pisał o niej erotyki, a ona wykreowała na scenie postać specjalnie dla niej napisaną Markizę. Miała też ambicje operowe. W 1910 r. wyjechała na stałe do Włoch, by podjąć studia śpiewacze jako sopran liryczny. Występowała w prowincjonalnych teatrach operowych. Ani scena teatralna, ani operowa nie stały się ostatecznym celem jej światowych sukcesów.

      W 1918 roku we Włoszech poślubiła milionera Józefa Toeplitza, dzięki któremu mogła bez przeszkód realizować swoją największą pasję - podróże. Bynajmniej nie były to podróże w stylu dzisiejszych instagramowych przechwałek przed oczami znajomych. Jadwiga Mrozowska wyruszyła na szlaki dotąd nieznane i niezbadane. Podróżuje przez Indie, Cejlon, Birmę, Azję Mniejszą, dolinę Eufratu i Tygrysu oraz Persję. Jej wyprawy stają się coraz bardziej profesjonalne i naukowe. Szuka sposobów na dotarcie tam, gdzie nie wpuszczają obcokrajowców. Na przykład żeby dostać się do światyni boga Śiwy w Maduraju, zakłada sari i przebiera się za Hinduskę. W przerwach między podróżami wygłasza odczyty, sprawozdania i relacje, pisze książkę "Visioni Orientali". Zostaje przyjęta do Włoskiego Kólewskiego Towarzystwa Geograficznego.  

        W 1925 roku poznaje Rabindranatha Tagore, którego gości w swoim mediolańskim salonie. Indyjski noblista objeżdża Europę w wielkim tournee wzbudzając zainteresowanie kulturą Wschodu. Zbliża się rok największego przedsięwzięcia, jakim była prawdziwie badawcza wyprawa na Pamir. Tak też zostanie zatytułowana relacja: "Moja wyprawa na Pamiry w roku 1929".  Jadwiga Mrozowska wykonała podczas niej mapy nieznanych terenów, odkryła nieznane zakątki, przełęcze, doliny, wyjaśniła przyczynę wysychania jeziora Zorkul, wytyczyła nowe szlaki, którymi dotąd nie przeszła ludzka stopa. Jej imieniem nazwano przełęcz na wyskości 4200 metrów n.p.m.. Włoskie Towarzystwo Geograficzne nagrodziło ją złotym medalem, który po raz pierwszy został przyznany kobiecie. W polskim czasopiśmie "Wszechświat" z 1931 r. ukazał się artykuł omawiający odkrycia geograficzne dokonane przez ekspedycję pod kierownictwem Polki. 

      Całe swoje bogate życie Jadwiga Mrozowska opisała w autobiograficznej książce "Słoneczne życie", gdzie znajdują się wspomnienia z szeregu innych wypraw, np. do Afryki Północnej oraz opis drogi życiowej, która zaprowadziła ją do atlasu geograficznego. 

      Jadwiga Mrozowska-Toeplitz po wojnie zajęła się ogrodnictwem. Uprawia owoce, które zdobywają nagrody na targach sadowniczych. Znajduje spełnienie w codziennym kontakcie ze światem roślin. Notka ta nie pretenduje do całościowego przedstawienia jej osobowości, bowiem różnorodność jej osiagnięć znacznie przekracza skromne ramy blogowych wpisów.  

Wybrana bibliografia:     

Karolina Dzimira-Zarzycka: Jadwiga Toeplitz-Mrozowska - na dachu świata, culture.pl  https://culture.pl/pl/artykul/jadwiga-toeplitz-mrozowska-na-dachu-swiata

Karolina Dzimira-Zarzycka: Na czele włoskiej ekspedycji. Najtrudniejsza wyprawa Jadwigi Toeplitz-Mrozowskiej, Historia: Poszukaj. Portal eukacyjny    https://www.historiaposzukaj.pl/wiedza,osoby,554,osoba_jadwiga_toeplitz_-_mrozowska.html 

Łucja Iwanczewska: Jadwiga Mrozowska-Toeplitz. Pozostać sobą..., Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek, pod red. Ewy Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2009, str. 58 - 64.

Paweł Ordyński: Pierwsza włoska wyprawa na Pamiry, "Wszechświat. Pismo Przyrodnicze", maj-czerwiec 1931, nr 5 -6, str. 137 - 142.    https://bcpw.bg.pw.edu.pl/dlibra/publication/2090/edition/2105/content?&meta-lang=pl

Jadwiga Mrozowska, Encyklopedia Teatru Polskiego,     http://www.encyklopediateatru.pl/osoby/39483/jadwiga-mrozowska

Niesamowita kobieta - aktorka i podróżniczka,    https://polonia.edu.pl/niesamowita_kobieta/

Ula Ryciak: Poławiaczki pereł. Pierwsze Polki na krańcach świata, Wydawnictwo Znak, Kraków 2020.


czwartek, 29 października 2020

One były pierwsze - Polka, która jako pierwsza opisała kulturę Indii i Himalajów

      Polskie podróżniczki w Azji. Dla Jadwigi Toeplitz-Mrozowskiej, hrabiny Ewy Dzieduszyckiej, Marii Czaplickiej Europa była stanowczo za ciasna: "przejechałam już wzdłuż i wszerz Europę - kontynencik przyczepiony do Azji jak niemowlę do piersi matczytnej. Nie miałam  tutaj już niczego więcej do szukania!" - pisała pierwsza z wymienionych. Poprzedziła je w XVIII wieku Regina Salomea Pilsztynowa z domu Rusiecka, która została pierwszą Polką na oficjalnym stanowisku nadwornego lekarza sułtańskiego dworu i haremu w Stambule. Poświęciłam jej poprzedni wpis. 

     Czas na kolejną pionierką - hrabinę Ewę Dzieduszycką (1879 - 1963), która jako pierwsza Polka opisała swoje podróże przez Indie i Bengal Zachodni u stóp Himalajów. Jej książka "Indye i Himalaje: wrażenia z podóży" (Lwów 1912) jest ciekawym, bogatym reportażowym zapisem podróży po takich miejscach, jak między innymi: Mumbaj (późniejszy Bombaj), Dehli, Benares (obecnie Waranasi), Kolkata (Kalkuta), Dardżyling. Dzieduszycka wyjechała do Indii właściwie łapiąc okazję, gdyż jej mąż udawał się do Bombaju na  organizowaną tam sprzedaż koni z hodowli arabskich. 

       Hrabia Władysław Dzieduszycki, syn dyplomaty w parlamencie austro-węgierskim Wojciecha Dzieduszyckiego, miłośnik arabskich koni, osiadł z małżonką w rodzinnej posiadłości w Jezupolu. To tutaj młoda hrabina Ewa wzbudzała popłoch, gdy jako pierwsza kobieta w okolicy sprowadziła sobie rower i pędziła na nim przez wiejskie drogi. Jeszcze przed zamążpójściem dzięki opiece ciotecznej babki Anieli zwiedziła kawał Europy, była więc panną światową. Zapał podróżowania po zamążpójściu bynajmniej nie wygasa. Poznaje uroki zdobywania szczytów, jeździ w Karpaty, wędruje nad Czarny Staw Gąsienicowy, zdobywa Kozi Wierch, z czasem zostaje alpinistką i jako pierwsza kobieta wchodzi na Wielkiego Wenecjanina (3657m) w Alpach. Trzeba pamiętać, że kobiety w tamtym czasie wciąż chodzą w długich sukniach. Ewa Dzieduszycka do jazdy na rowerze i na wyprawy spina doły sukni agrafkami, żeby się nie plątały między nogami. Gdy już zasmakowała we wspinaczce, postanawia nauczyć się jeździć na nartach. Jej instruktorem jest nie byle kto, bo Mariusz Zaruski - założyciel Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Zaledwie po tygodniu nauki zjeżdża nocą znad Smreczyńskiego Stawu do Zakopanego. 

      Na mapie podróży hrabiny znalazło się jeszcze wiele krajów i regionów. Poza Indiami także Afryka Północna  z Egiptem, Palestyna, Grecja, Rumunia. Miasta takie jak Paryż, Wiedeń to tylko przystanki, miejsca zakupów i spektakli teatralnych, na które jeździ regularnie. Tymczasem zaś urodziła także troje dzieci: ma córkę i dwóch synów. Po wybuchu wojny w 1939 r. rodzina przeniosła się do Stanisławowa, a później do Lwowa, gdzie Władysław Dzieduszycki został aresztowany przez Rosjan i osadzony w słynnym więzieniu na Zamarstynowie. Ewa już nigdy go nie zobaczyła, podobno został przez Rosjan zamordowany. Wkrótce sama też doświadczyła więzienia, gdy po przeprowadzce do Krakowa w 1944r. aresztowano ją wraz z najmłodszym synem Wojciechem i synową i osadzono na Montelupich. Dzięki zabiegom znajomych i rodziny Ewę zwolniono, ale syn i synowa zostali zesłani do obozu Gross-Rosen.  

     Okres wojenny przeżyła więc hrabina Dzieduszycka  doświadczając cierpienia i straty. Na szczęście najmłodszy syn przeżył i  po wojnie zamieszkała z nim we Wrocławiu. Tam z  kolei angażuje się w odkrywanie Śląska, pisując reportaże, arykuły o urokach regionu, który wciąż przemierza na własnych nogach. Do końca nieposkromiona w swojej aktywności cieszyła się życiem. Dopiero gdy w podeszłym wieku złamała nogę w biodrze, rodzinie udało się ją namówić na spisanie wspomnień. Autobiograficzna książka pod tytułem "Podróżniczka" ukazała się dopiero w 2018 roku.


Bibliografia:

Mateusz Będkowski: Pierwsze Polki na krańcach świata. histmag.org [dostęp 27.10.2020]

Ewa Dzieduszycka. Archiwum ofiar terroru nazistowskiego i komunistycznego w Krakowie 1939 - 1956 [dostęp 27.10.2020] 

Ewa Dzieduszycka, "Podróżniczka" (wspomnienia kresowej arystokratki wyciągnięte z szuflady po pół wieku). Kresy zaklęte w książkach [dostęp 27.10.2020] 

Hrabina globtroterka. Historia Ewy Dzieduszyckiej. Audycja - Spotkania po zmroku/ Dwójka Polskiego Radia. 16.05.2018. [plik audio https://www.polskieradio24.pl/8/3869/Artykul/2121655,Dzieduszycka-byla-prekursorka-kobiecego-reportazu]

Hrabina Ewa Dzieduszycka. Zapalona globtroterka. "Podróżniczka". kultura. gazetaprawna.pl 08.02.2018 [dostęp 27.10.2020]

Niezwykły pamiętnik hrabiny Ewy Dzieduszyckiej. ksiazka.net.pl [dostęp 27.10.2020] 

Ula Ryciak: Poławiaczki pereł. Pierwsze Polki na krańcach świata. Wydawnictwo ZNAK. Kraków 2020.

Agata Świerzowska: "Indye i Himalaje: wrażenia z podróży". Kultura polska wobec zachodniej filozofii ezoterycznej w latach 1890 - 1939 [dostęp 27.10.2020] 


niedziela, 25 października 2020

One były pierwsze - polska lekarka w stambulskim haremie

     Polskie podróżniczki w Azji. Dla Jadwigi Toeplitz-Mrozowskiej, hrabiny Ewy Dzieduszyckiej, Marii Czaplickiej Europa była stanowczo za ciasna: "przejechałam już wzdłuż i wszerz Europę - kontynencik przyczepiony do Azji jak niemowlę do piersi matczytnej. Nie miałam  tutaj już niczego więcej do szukania!" - pisała pierwsza z wymienionych. Zacząć jednak wypada od pierwszej Polki, która została oficjalnie nadworną lekarką w sułtańskim haremie w Stambule. Co więcej, w ogóle nie miała medycznego wykształcenia, a jednak medycyna - zawód zarezerwowany dla mężczyzn -  stała się jej zawodem i oficjalnym źródłem utrzymania. 

     Regina Salomea Pilsztyn z domu Rusiecka (1718 - ok. 1763) urodziła się w okolicach Nowogródka. Z pierwszym mężem Jakubem Halpirem, za którego została wydana w wieku zaledwie czternastu lat, wyjechała do Stambułu, gdzie prowadził on praktykę lekarską, specjalizując się w chorobach oczu. Młoda żona pomagała mężowi w medycznej praktyce, przygotowywała mikstury, zdobywając praktykę leczniczą bez teoretycznych studiów medycznych. Jednakże miała pewną intuicję, która w połączeniu z ziołolecznictwem i zasadami wschodniej medycyny ludowej pozwalały jej osiągnąć  spektakularne sukcesy, dzięki którym zyskała uznanie i możliwość leczenia kobiet z haremu sułtana, a z czasem uzysykała także zgodę na leczenie mężczyzn. Postępy czyniła tak szybko, że już w wieku 17. lat tytułowała się doktorem medycyny. Czy ostatecznie mąż poczuł się zagrożony w swojej medycznej profesji, czy znudziła mu się młoda żona niezbyt zajęta typowymi obowiązkami domowymi, nie wiadomo, ale doszło do rozstania małżonków. Salomea podjęła wówczas podróż na Bałkany, gdzie nadal praktykowała medycynę na osmańskich dworach. Wkrótce jej mąż zmarł i zostawszy wdową musiała poważniej zając się lecznictwem w celu utrzymania siebie i córki Konstancję.

    Zyskując sławę jako lekarka, Regina Salomea otrzymywała często spore wynagrodzenie za uleczenie wysokich urzędników osmańskiego imperium. To pozwoliło jej wykupić kilku chrześcijańskich jeńców, których następnie "odsprzedawała" ich rodzinom. To znaczy rodziny te zwracały jej pieniądze, ale zapewne z zyskiem. W każdym razie jednego z owych jeńców rodzina nie wykupiła, pozostał on niejako w jej służbie, a nazywał się Józef Fortunat de Pilsztyn (Pichelstein) i został wktrótce jej drugim mężem. Małżonkowie po ślubie zamieszkali w Nieświeżu na dworze księcia Radziwiłła. Doczekali się dwóch synów, mąż jednak okazał się wyrachowanym utracjuszem i kobieciarzem, toteż małżonkowie się rozstali. 

       Tym razem to Regina podjęła decyzję o rozstaniu i przez pewien czas jeszcze praktykowała na ziemiach polskich, w Przemyślu, Wrocławiu, Lwowie i mniejszych miejscowościach. Poznała w tym czasie kolejnego adoratora, którego jednak nigdzie nie wymienia z nazwiska, określając w pamiętnikach pseudonimem Amorat. Romans okazał się pomyłką, ponieważ jej ukochany trwonił tylko majątek kobiety. Ostatecznie więc na dobre wyjechała w 1759 roku z powrotem do Stambułu, gdzie uzyskała stanowisko nadwornej lekarki na sułtańskim dworze i w sułtańskim haremie Mustafy III. Około 1760 roku napisała tam pamiętnik "Proceder podróży i życia mego awantur" wydany dopiero w 1957 roku. Ostateczne losy i data śmierci Reginy Salomei nie są znane, a jedynym źródłem wiedzy o jej losach jest właśnie pamiętnik.    


PS. Zamierzałam zrobić wpis o wszystkich czterech wymienionych kobietach, ale chyba  byłoby to za długie, więc ciąg dalszy w następnych odcinkach.,  

Bibliografia:

Joanna Lamparska: Od niej moglibyśmy uczyć się siły charakteru. Poznajcie losy polskiej podróżniczki, lekarki i awanturniczki. National Geographic Polska [dostęp 25.10.2020]

Michał Pluta: Osiemnastowieczne metody leczenia nieprofesjonalnego w pamiętniku Reginy Salomei z Rusieckich Pilsztynowej. Medycyna Nowożytna 2003 r. 10/1-2, str. 153-168. [pdf dostęp 25.10.2020]

Joanna Puchalska: Regina Salomea Pilsztynowa leczyła kobiety z haremu sułtana. Gazeta.pl. weekend [dostęp 25.10.2020]

Ula Ryciak: Poławiaczki pereł. Pierwsze Polki na krańcach świata. Wydawnictwo Znak. Kraków 2020.

piątek, 2 października 2020

Jeden taniec do miłości

Dopisek 5 października... 

No czytam, szukam i oglądam... 

On się nazywa Oscar Eduardo Chacon Ramirez - iście hiszpańska mieszanka imienno-nazwiskowa

Jest Kolumbijczykiem, to by pasowało, bo Kolumbia jest hiszpańskojęzyczna.    

_______________________________________________________________________________

 Zacznę od końca.

      Mamy trailer, ale chwilowo interesuje mnie fragment od 1:50 - pojawia sie równocześnie na scenie czterech panów: Masayoshi Onuki (czerwony), Julien Favreau (biały), Oscar Chacon (żółty) i Dan Tsukamoto (brązowy).  Wystąpili razem - jak słychać - w IX Symfonii Beethovena. Choreografię w 1964 roku stworzył dla swojego słynnego baletu Maurice Béjart. W 2014 została ona powtórzona w Japonii w wykonaniu Tokyo Ballet i Béjart Ballet Lausanne, którym towarzyszyła Israel Philharmonic Orchestra pod kierownictwem Zubina Mehty oraz Ritsuyukai Choir i soliści, gdyż przecież rzecz cała kończy się potężnym śpiewem. Ale ja nie o śpiewie dzisiaj... 

(po wyświetleniu obrazu, trzeba kliknąć na podkreślony napis Obejrzyj na You Tube)


     Do czterech części IX Symfonii Béjart ułożył wspaniałą choreografię oddającą różnice w charakterze muzyki, a zarazem spójną i niezwykle efektowną. W Allegro ma non troppo solistą był pierwszy z Japończyków, Dan Tsukamoto. Na początku wydawał mi się zbyt siłowy, ale szybko doceniłam jego technikę. W części drugiej, Allegro vivace, przede wszystkim uderza energia i radość bijąca z choreograficznych kombinacji. A przy tym lekkość i niemal beztroska atmosfera. Solista Masayoshi Onuki wydaje się chudzieńki jak trzcinka, ale to złudzenie. Jego ciało skrywa ogromną energię, siłę i fantastyczną technikę. Partnerująca mu solistka Katleen Thielhelm w początkowej części symetrycznie powtórzyła tę samą taneczną sekwencję. Odnosi się wrażenie, że oglądamy niemal lustrzane odbicie. Całość została pomyślana bardzo symetrycznie. Mój podziw rósł do samego końca tej części. 

Kawałeczek znalazłam


      I czegóż można spodziewać się dalej, skoro tutaj już wyczerpałam się całkowicie samym patrzeniem? Nie doceniłam Béjarta! W części trzeciej Adagio molte e cantabile stworzył tak piękną opowieść o spotkaniu, zauroczeniu i miłości, że .... dlaczego tego nie ma osobno na You Tube?! Tańczyli tutaj przepięknie weterani Béjart Ballet Lausanne: niesamowicie elegancka Elisabet Ros i niezwykle wszechstronny Julien Favreau.  Oboje tańczą od wielu lat, także razem w różnych realizacjach. Byli solistami w słynnym Boleru Ravela. Wyczuwa się w ich tańcu absolutnie doskonałe porozumienie. I może dlatego ta część była nie tylko piękna, ale i pełna wyczuwalnych emocji. Chciałabym tutaj zamieścić ją jako odrębny filmik, ale nie znalazłam. Jak znam Japończyków, na pewno gdzieś to umieścili, tylko nie potrafię znaleźć. 
      I część ostatnia, wieloczłonowa, z solistami śpiewakami i chórem. Jak wspomniałam, tym razem nie na śpiewie koncentrowała się moja uwaga, lecz na tym, jak muzykę symfoniczną i chóralną można "przetłumaczyć" na język baletu. Przyznaję, że nie było wiele takich momentów, o których mogłabym powiedzieć, że odstają, nie pasują czy zwyczajnie nudzą. Większość choreograficznych rozwiązań podobała  mi się, choć czasami były zaskakujące. Rozpoznawałam też autozapożyczenia Béjarta, który w sekwencji końcowej powtórzył pomysły z własnej choreografii Bolera. Tutaj jednak rola wiodąca, a w zasadzie zamykającą całą IX Symfonię i balet przypadła solistce Alannie Archibald
      Tymczasem... tymczasem zaczynał tę część Oscar Chacon. Jestem pod absolutnym wrażeniem, choć w pierwszej chwili byłam sceptyczna. Nie wiem, co sprawiło, że zmieniłam zdanie: perfekcja czy uśmiech. Chyba intuicja, ale o tym powiem na końcu wpisu. W każdym razie to on w części ostatniej skupiał wszystkie wątki symfonii i niejako przywołał solistów z poprzednich części. Dlatego na początku zamieściłam urywek nagrania zaczynający się od nich czterech. Niestety, znowu wystąpił problem ze znalezieniem fragmentu, w którym Oscar Chacon prezentowałby się w pełni tak, jak to wynika z całości dzieła. Kto oczywiście ma czas i cieprliwość, może obejrzeć całość - bagatela - ponad 80 minut. Dostępne TUTAJ. 
     Poszukiwania zaowocowały czymś innym. Chacon się oczywiście znalazł - w zabawnej wersji zakochanego żołnierza. A więc nie tylko jest świetnym tancerzem. Ma też poczucie humoru. Oczywiście to też jest choreografia Béjarta, ale trzeba umieć ją zatańczyć. 


     No więc teraz nie tylko go podziwiam, ale i mnie rozbawił. A ja uwielbiam ludzi z poczuciem humoru. Czegoś więcej o nim dowiedzieć się muszę. No i się dowiedziałam! Intuicja mnie nie zawiodła. Wiedziałam! Wiedziałam, że to będzie - już jest - kolejna moja miłość. Oscar Chacon tańczy bowiem - uwaga! uwaga! - Chopina!  Od wiosny tego roku, z przerwą z oczywistych powodów, więc teraz, wczoraj, przedwczoraj, we wrześniu, we Francji i w Anglii występował w choreografii do utworów Chopina (mazurków, nokturnów i walców), opowiadając tańcem historię miłości Chopina i George Sand. Partneruje mu Kateryna Shalkina. Całość nosi tytuł Opus d`Amour. No i jak go nie kochać? 

niedziela, 2 lutego 2020

Coś dla miłośników drzew

     Do końca lutego można głosować na Europejskie Drzewo Roku. W konkursie rywalizują drzewa wybrane z szesnastu krajów Europy. Polskę reprezentuje drzewiasty bez czarny z Rzeszowa. Z historiami wszystkich kandydatów można się zapoznać na stronie głosowania - otwiera się wersja polskojęzyczna, więc  nie ma żadnego problemu. Głosowanie powiązane jest z adresem poczty internetowej i z każdej poczty można głosowac tylko raz. Jeśli ktoś jednak ma kilka kont pocztowych, może głosować z każdego oddzielnie. No i mamy przecież znajomych, których można namówić na udział w głosowaniu. Głosy oddaje się na dwa wybrane drzewa. Oczywiście wśród tych dwóch zaznaczyłam nasz polski bez. A drugie to tajemnica. Niech każdy wybiera według własnego uznania.

Europejskie Drzewo Roku - głosowanie

Polski kandydat - bez czarny z Rzeszowa (inne zdjęcia można obejrzeć na stronie z głosowaniem)


wtorek, 12 listopada 2019

Budrys, Litwin, Polak, czyli Francuz

    Prosper Mérimée (1803 - 1870) odnosił sukcesy na niwie literackiej i politycznej (jeżeli za sukces uznać senatorowanie pod rządami Napoleona III i bycie powiernikiem cesarzowej Eugenii). Koneksje miał znakomite, znajomości w wyższych sferach znaczące, przyjaźnie w kręgach artystycznych burzliwe, a oceny kolegów po piórze formułował cięte. Hugo według niego szafuje w twórczości frazesami, a Flaubert marnuje talent. (Hugo zresztą nie  pozostał mu dłużny, rozgłaszając, że Mérimée jest z natury człowiekiem nikczemnym) Jednakże były wyjątki. Przez długie lata przyjaźnił się ze Stendhalem i wysoko cenił pisarzy rosyjskich: Turgieniewa,  Puszkina, Gogola, których utwory tłumaczył na francuski. W tym celu zresztą nauczył się języka rosyjskiego, biorąc lekcje u Madame de Lagrené *, rosyjskiej emigrantki. 
     W ten sposób wyjaśnia się sprawa fascynacji literaturą rosyjską, a jest ona kluczowa dla zrozumienia perypetii profesora Wittembacha, bohatera opowiadania "Lokis".  Mérimée czyni go nawet poliglotą znającym język litewski oraz żmudzki! Ambicją profesora jest bowiem dokonanie tłumaczenia na żmudzki Biblii. W tym celu jedzie na Żmudź zbierać materiały językowe, poszukując cennych zabytków. 
      Sam Mérimée języka litewskiego ani żmudzkiego nie znał. Tym bardziej zaś nie znał polskiego. I z owej nieznajomości wynika intryga twórcza i fabularna zarazem. Pisząc pracę historyczną o Dymitrach Samozwańcach Mérimée zacytował Puszkina, tymczasem okazało się, że ów cytat jest Puszkinowskim tłumaczeniem fragmentu ballady "Trzech Budrysów" Mickiewicza. Pomyłka okazała się płodna twórczo i Mérimée zastosował ją w opowiadaniu, każąc profesorowi Wittembachowi zachwycać się żmudzką bajką o trzech Budrysach, którą czyta on później jako autentyczną. Słuchacz, litewski hrabia Szemiot, wyprowadza go z błędu ujawniając, że padł ofiarą oszustwa czy raczej żartu, a utwór jest tłumaczeniem na żmudzki ballady polskiego poety Adama Mickiewicza. I tym oto sposobem mamy literacki wątek polski w opowiadaniu francuskiego pisarza, który nie znał ani polskiego, ani  litewskiego, ani żmudzkiego, ani twórczości samego Mickiewicza. 
      Jednakże w opowiadaniu znajduje się nie tylko stary Budrys z trzema synami. Mamy też litewskie knieje rodem z "Pana Tadeusza", a dokładniej legendę o królestwie zwierząt. Jako się rzekło, Mérimée raczej Mickiewicza nie czytał, jednakże znał, czytał teksty Charlesa Edmonda, czyli Edmunda Chojeckiego# publikującego we francuskiej prasie teksty o kulturze, literaturze, obyczajach polskich i litewskich, twórcy kilkunastu powieści i dramatów pisanych po francusku, założyciela "Le Temps" (pierwowzoru "Le Monde"). Dzieło Edmonda "Polska w niewoli" Mérimée cytuje nawet w przypisach do opowiadania jako źródło, z którego zaczerpnął opis litewskiej kniei, a  z kolei Chojecki cytuje w nim we własnym tłumaczeniu na francuski "Pana Tadeusza". 
     "Lokis" jest opowiadaniem typu fantastycznej grozy z pogranicza ludzko-zwierzęcych światów. Podobnie jak w innych tekstach, podziwiać wypada nie tyle fabułę, co dbałość o szczegóły, lokalny koloryt, zwięzłość narracji, prostotę dialogów. Niewątpliwie jest Prosper Mérimée mistrzem krótkiej formy. A że przy okazji prowokuje do zbawy w śledztwo natury literackiej, tylko dodaje uroku lekturze. 

*w celu zidentyfikowania osoby musiałam przypomnieć sobie grażdankę; angielska Wikipedia podaje błędnie nazwisko "Langrené", jednakże we francuskiej wersji i rosyjskiej jest prawidłowe Lagrene; Barbara Iwanowna Dubienskaja (1812 - 1901) była dwórką Wielkiej Księżnej Marii, najstarszej córki cara Mikołaja I,  w 1834 r.  poślubiła francuskiego dyplomatę Teodora de Lagrené 
#postać i dorobek Edmunda Chojeckiego zasługuje na osobną obszerną notatkę, która i tak nie wyczerpie jego zasług opisywanych w trzytomowej biografii przez Emanuela Desurvire`a

Bibliografia
Jacques Chaplain: [rec.] EMMANUEL DESURVIRE , „KAROL EDMUND CHOJECKI , POLSKI PATRIOTA, PODRÓŻNIK, ŻOŁNIERZ, POETA, DRAMATURG, POWIEŚCIOPISARZ, PUBLICYSTA, BIBLIOTEKARZ…” Prace Polonistyczne. Seria LXVIII 2013. Str 189 - 204. 
Edmund Chojecki https://pl.wikipedia.org/wiki/Edmund_Chojecki_(pisarz)
Barbara Iwanowna Lagrene https://ru-wiki.ru/wiki/Лагрене,_Варвара_Ивановна
Lokis. Rękopis profesora Wittembacha
 https://pl.wikipedia.org/wiki/Lokis._R%C4%99kopis_profesora_Wittembacha_(nowela)
Wojciech Łocheński: Edmund Chojecki z Wisek vel Charles Edmond. [https://www.tygodnikpodlaski.pl/wydarzenia/edmund-chojecki-z-wisek-vel-charles-edmond-pnews-6609html
Prosper Mérimée: Wenus z Ille (opowiadania), przeł. Zofia Jachimecka i Zofia Krajewska. Książka i Wiedza. Warszawa 1996.
Prosper Mérimée https://pl.wikipedia.org/wiki/Prosper_M%C3%A9rim%C3%A9e
Prosper Mérimée https://en.wikipedia.org/wiki/Prosper_Mérimée 
Prosper Mérimée: Le Chambre bleue: Djoumane: Le manuscrit du Wittembach Louis: Il viccolo di Madame Lucrezia. Introductions et notes Leon Le Monnier. Paris 1920. [dostęp w formie zdigitalizowanej https://archive.org/details/lechambrebleuedj00mr/page/n4]

poniedziałek, 28 października 2019

O tym, jak pewien gdańszczanin uczył Japończyków anatomii

     Gdzieś około 1722 roku (data niepewna) ukazała się drukiem niewielka książeczka (11 na 18 cm) z rycinami ponoć samego autora pod tytułem "Tabulae anatomicae" z łacińskimi opisami niemal trzydziestu tablic anatomicznych gdańskiego lekarza i przyrodnika Jana (Johanna) Adama Kulmusa. Tamto pierwsze wydanie niestety nie zachowało się, ale z tegoż 1722 roku pochodzi przechowywane w Bibliotece Gdańskiej Polskiej Akademii Nauk pierwsze wydanie niemieckie ("Anatomische Tabellen"). O popularności i zapotrzebowaniu na owe dzieło świadczy fakt, że w latach 1722  - 1814 "Tablice" miały w sumie 14 wydań w języku niemieckim, 5 łacińskim, 1 francuskim, 1 holenderskim i 1 po japońsku. Do Japonii dzieło dotarło poprzez tłumaczenie holenderskie wydane w 1734 r. 
Wydanie z 1732 r. (zdjęcie z domeny publicznej)

      Przyjrzyjmy się najpierw samemu autorowi. Johann Adamus Kulmus urodził się we Wrocławiu w 1689 r. w rodzinie piekarza. Gdy miał dziesięć lat, zmarł mu ojciec, a wkrótce także matka. Wówczas pod opiekę wziął go mieszkający w Gdańsku starszy brat Johann Georg Kulmus, który w 1704 roku sprowadził go do siebie i zapewnił dalsze kształcenie w Gimnazjum Akademickim, mającym w programie nauczania między innymi zajęcia z anatomii i podstaw medycyny. Tutaj młody Johann Adam oglądał prowadzone przez Johannesa Glossemeyera* publiczne pokazy sekcji zwłok (theatro anatomico). Studia akademickie Kulmus pogłębiał następnie przez kilka lat w różnych ośrodkach: w Halle, we Frankfurcie nad Odrą, w Jenie, Altdorfie, Strassburgu, Bazylei i Lejdzie. Poza medycyną studiował między innymi także matematykę u słynnego twórcy rachunku różniczkowego Johanna Bernoulliego. O szerokości zainteresowań Kulmusa świadczą prace z pozamedycznych dziedzin: "Descriptio aurorae borealis" czy "Curioser astronomischer und historischer Calender". Niemniej najbardziej zasłużył się jako medyk, anatom, autor międzynarodowego podręcznika służącego chirurgom nawet na antypodach. Po powrocie do Gdańska podjął praktykę lekarską, by po kilku latach zastąpić jako wykładowca swojego pierwszego nauczyciela Glossemeyera. 
      (Poniższą część notki zapisałam na podstawie opracowania Adama Szarszewskiego zamieszczonego w spisie bibliograficznym)
       W tamtym czasie Japonia była krajem dosyć odizolowanym od świata zachodniego. Nauki medyczne zaś rozwijały się właściwie na tradycji rodzimej i medycynie chińskiej. Jedyną europejską enklawą była holenderska kolonia zamieszkująca na wyspie Dejima. To właśnie tam świetnie zapowiadający się japoński lekarz Sugita Genpaku poznał holenderskiego chirurga Georga Rudolfa Bauera, który wywarł na nim ogromne wrażenie. Miał też styczność z holenderskimi publikacjami z dziedziny medycyny, jednak nie znając języka podziwiał przede wszystkim ryciny przedstawiające ludzką anatomię. Najbardziej zachwyciło go dzieło Johanna Adama Kulmusa, które otrzymał w podarunku w 1771 roku. Sugita Genpaku miał wówczas 38 lat. 4 marca 1771 roku Genpaku został zaproszony do uczestniczenia w sekcji zwłok, na którą udał się z książką Kulmusa. Spotkali się tam japońscy lekarze kilku specjalności, a dokonując sekcji porównywali rysunki z książek chińskich, japońskich i właśnie holenderskiego wydania "Tablic anatomicznych" Kulmusa. Wszyscy byli pod wrażeniem dokładności rysunków, precyzyjnego odwzorowania anatomicznych szczegółów, których dotąd w swoich książkach nie widzieli. Postanowiono dokonać tłumaczenia holenderskiego dzieła na japoński, co było niezmiernie trudne, gdyż tylko jeden z nich znał niewielką liczbę holenderskich słów. Niemniej ekipa zaczęła regularnie się spotykać, porównywać opisy z rysunkami, dokonywać sekcji porównawczych na ludziach i zwierzętach, notować wnioski budując w ten sposób pierwszy japoński słownik anatomiczny. Niuanse językowe wyjaśniono podczas kolejnego spotkania z Holendrami po upływie roku! Pilotażowe tłumaczenie książki przedstawiono szogunowi do aprobaty w 1773 roku, a całość w czterech tomach została wydana w roku następnym pod tytułem "Kaitai Shinsho" W zespole tłumaczy pracowało pięciu uczonych oraz autor rysunków.  Dalszym efektem pracy zespołu japońskich tłumczy było wydanie słownika japońsko-holenderskiego, a samo dzieło mimo charakteru wybitnie naukowego i medycznego przyczyniło się także do rozwoju techniki drzeworytniczej wykorzystanej do wykonania rysunków.  Sama zaś książka "Kaitai Shinsho" doczekała się pomnika odsłoniętego w  Tokio w 1959 roku. 
      


*W polskojęzycznej Wikipedii zostało podane nazwisko: Glossenmeyer; inne źródła podają Glossemeyer, w Gedanopedii piszą Glosemeyer; w Deutsche Biographie tego nazwiska nie znalazłam

Bibliografia:
Abramowicz, Dorota, Teatr z nieboszczykiem w roli głównej, czyli o dawnych naukach medycyny i anatomii. [dziennikbaltycki.pl - dostęp 18.10.2019]
Bogucka, Maria, Dzieje kultury polskiej do 1918 roku. Ossolineum 1991.
Johann Adam Kulmus [pl.wikipedia.org dostęp 28.10.2019]
Katedra Anatomii Gimnazjum Akademickiego [gedanopedia.pl dostęp 28.10.2019]
Kulmus, Johann Adam. Allgemeine Deutsche Biographie. Band 17 Jahrgang 1883 [Deutsche Biographie dostęp 28.10.2019]
Szarszewski, Adam, Johann Adam Kulmus, „Tabulae Anatomicae”, Gdańsk 1722. Sugita Genpaku, „Kaitai Shinsho”, Edo 1774. Annales Academiae Medicae Gedanensis. 2009 (39). Str. 133 - 144. [annales.gumed.edu.pl - dostęp pdf 28.10. 2019]

wtorek, 22 października 2019

Z cyklu Polacy w świecie

     W 1480 roku rektorem Uniwersytetu Paryskiego był Maciej Kolbe ze Świebodzina. Wcześniej zdobywa tam tytuł bakałarza (1471), następnie licencjata sztuk wyzwolonych (1473), pełni różne funkcje w uniwersyteckiej administracji, aby ostatecznie dostąpić zaszczytu bycia rektorem. W latach 1481 - 1484 (lub 1487) był socjuszem Sorbony. Starszy od niego o kilkanaście lat Marcin Bylica z Olkusza sławę zyskał jako astronom wykładając na uniwersytetach w Padwie i Bolonii. Wspólnie z astronomem austriackim Johannesem Müllerem opracował tablice astronomiczne. Inny astronom, Mikołaj Wodka z Kwidzyna, w latach 1479 - 1481 wykładał astronomię w Bolonii, gdzie uzyskał także tytuł doktora medycyny. Kończąc (tymczasowo) temat polskich wykładowców na europejskich uczelniach, wspomnijmy Adama Kochańskiego, matematyka, fizyka, filozofa i mechanika. Jego wykładów słuchano na uniwersytetach między innymi w Pradze, Ołomuńcu, Moguncji i Florencji. Hobbystycznie konstruował zegary z wahadłem. 
     Na przełomie XV i XVI wieku w Wenecji działała Neoakademia - założona przez Aldo Manucjusza nowoczesna oficyna wydawnicza będąca zarazem ośrodkiem skupiającym uczonych owego czasu. Należał do niej również polski prawnik, biskup, prekursor renesansowego humanizmu Jan Lubrański.  A skoro już o zagadnieniach drukarsko-wydawniczych mowa, to niejaki Józef Struś, lekarz z Krakowa, zyskał światową sławę jako badacz tętna, na temat którego wydał medyczną książkę w Bazylei w 1555 r. Struś uznawany był za najznamienitszego medyka swoich czasów do tego stopnia, że Uniwersytet w Padwie, gdzie studiował i uzyskał tytuł doktora i profesora nadzwyczajnego, szczycił się nim jako najwybitniejszym absolwentem. 
     Jednakże aspiracje naukowe to nie wszystko, na co stać było naszych rodaków w dawnych wiekach. Weźmy takich gdańskich kupców, którzy w dobie renesansowej prosperity dorobili się olbrzymich majątków i pozwalali sobie na istne szaleństwa. Jerzy Gise i Jan Schwarzwald w latach 1532 i 1543 zamówili sobie portrety u samego Hansa Holbeina, autora słynnego cyklu drzeworytów "Taniec śmierci", nadwornego malarza króla Henryka VIII. Zupełnie zaś bez szaleństw, lecz dzięki wieloletniej cierpliwej mrówczej pracy powstał pierwszy nowoczesny trzytomowy słownik polsko-łacińsko-grecki Grzegorza Knapiusa 1564 - 1638 (Knap, Knapski, Cnapius). Był to nawet nie tyle słownik, co skarbiec powiedzeń, przysłow, idiomów wraz z komentarzami filologicznymi i genealogicznymi.     

niedziela, 24 czerwca 2018

O literaturze polskiej w Szwecji

    Polska literatura jako europejski oddech i okno na świat? A i owszem. Gdy polscy czytelnicy gonili, gonią za sławnymi światowymi nazwiskami, inni zachwycają się naszą literaturą. Sprawdza się znowu przysłowie; cudze chwalicie... Agneta Pleijel (ur. 1940), szwedzka poetka, dramaturg i powieściopisarka w wywiadzie ze stycznia 1993 roku mówiła: "Czasem czuję się ograniczona nazbyt ciasną przestrzenią. Toteż z wielką wdzięcznością wchłaniam wszystko, co mogłam wziąć z literatury polskiej. Na przykład Schulza, Gombrowicza, Witkacego. Przetłumaczyłam jedną ze sztuk Witkacego... " (chodzi o "Wariata i zakonnicę") A w cyklu wierszy "Suita polska II" napisała między innymi taki wiersz:

Poeta

     Stanisław Ignacy Witkiewicz
wczesnym rankiem chodzi ulicami Warszawy
     chce kupić chleb i świece
Godzina milicyjna, sterana życiem dama w roboczym ubraniu
     spotyka go w drodze do fabryki
Pyta: Cóż to wygnało pana Poetę z domu
     o paskudnej porze brzasku?
Witkacy odpowiada: Szanowna pani, już od dawna
     nie żyję pomiędzy żywymi
Mogę więc chodzić tymi ulicami
     bez przykrości i bez przyjemności

wtorek, 24 kwietnia 2018

Jak Polacy tworzyli muzykę światową

    Tytuł nieco na wyrost. Jednak czytając świetną książkę Janusza Ekierta (patrz wpis TUTAJ), zwracałam uwagę na pojawiające się polskie nazwiska. Nie da się ukryć, że muzyka polska po II wojnie światowej za sprawą wybitnych kompozytorów należała do czołówki światowej awangardy. Najdobitniejszym przykładem jest Krzysztof Penderecki, któremu autor poświęca niemal w całości dwa rozdziały: "Monachium" i "Zamówienia".
      Monachium dlatego, że tamtejszy Bawarski Teatr Narodowy zamówił u polskiego kompozytora operę komiczną Król Ubu, której premiera w 6 lipca 1991 roku "stała się wydarzeniem całej festiwalowej Europy". Podobno przed teatrem tłumnie stali ludzie z transparentami "poszukuję biletu". Istotą muzyki Ubu Rexa jest żart, parodia, aluzja, pasticcio, synteza motywów znanych i rozpoznawalnych, w tym np. liczne tańce, ale swoiście przetworzone, skarykaturyzowane, przeobrażone i przybrane w błazeńską czapkę. Penderecki komediantem? Zaskoczenie było wielkie.
     W rozdziale "Zamówienia" mowa jest o fenomenie Pendereckiego jako światowego artysty tworzącego kompozycje na uczczenie wielkich jubileuszy: 700-lecia katedry w Munster, 25-lecia ONZ, 1200-lecia katedry w Salzburgu, 40. rocznicy zakończenia II wojny światowej, 200-lecia rewolucji francuskiej, 3000-lecia Jerozolimy, 850-lecia Moskwy, 1000-lecia Gdańska, 200-lecia  Stanów Zjednoczonych,  200-lecia urodzin Chopina,  200-lecia Musikverein w Wiedniu... a nie są to bynajmniej wszystkie. Tak samo nie umiałabym wypisać wszystkich doktoratów honorowych, orderów i odznaczeń, przyznawanych mu na całym świecie. "Gdy skomponował Anaklasis i Tren, mówiono, że jest jednym z najciekawszych talentów w muzyce naszych czasów. Po Pasji wg św. Łukasza wiedziano, że jest jednym z najwybitniejszych kompozytorów polskich. Po operach Raj utracony i Czarna maska, po Polskim Requiem nabrano pewności, że jest jednym z największych kompozytorów stulecia. Po Siedmiu bramach Jerozolimy, po Symfonii przemijania utrwala się opinia, że należy do najsławniejszych twórców w ciągu tysięcy lat rozwoju muzyki". Większość jego dzieł miała swoje premiery i prapremiery poza granicami Polski, np. Diabły z Loudun w Hamburgu, Czarna maska w Salzburgu, I Symfonia w Peterborough, Raj utracony w Chicago... i tak można by wymieniać jeszcze długo śledząc wędrówki jego muzyki kręcąc globusem dookoła.
      Ale Ekiert pisze i o innych fenomenach polskiej muzyki, a właściwe jej wybitnych twórcach. O Lutosławskim pisano, że jest Beethovenem naszych czasów. Zdzisława Donat, sopran, po Czarodziejskim flecie wystawionym w Salzburgu pod batutą Jamesa Levine`a została uznana za najlepszą Królową Nocy. Na próżno szukać informacji o sukcesie Manekinów Zbigniewa Rudzińskiego wystawionych w Wiesbaden (za kilka dni, 30 kwietnia rozpoczyna się edycja Maifestspiele 2018). Nawet na culture.pl nie znalazłam informacji o Wacławie Orlikowskim, dyrektorze baletu w Grazu, twórcy choreografii w wielu miastach Europy, od Bregencji, przez Berlin, Paryż, Rzym, po Weronę.
      Poza tym zatrzymuję się na ciekawostkach zgoła mniejszego kalibru. Niestety, nie znajdę już nieistniejącego hotelu "Pod Czarnym Rumakiem" w Pradze, gdzie mieszkał Chopin podczas trzydniowego pobytu w drodze z Wiednia do Warszawy. Ciekawe, czy obecny właściciel pałacu Hohenems (koło Bregencji)  również oprowadza gości prezentując między innymi rodzinne portrety Potockich, wyprzedawanych wraz z innymi zabytkami z dawnej kolekcji Łańcuta.
     A wiedział ktoś, że Beethoven skomponował melodie do dwóch polskich piosenek ludowych? Są to właściwie takie dwie przyśpiewki: Poszła baba po popiół i Oj, upiłem się w karczmie. Beethoven pracował nad skompletowaniem cyklu pieśni różnych narodów. W 1816 roku poprosił Franciszka Mireckiego, też kompozytora, którego poznał w Wiedniu u hrabiego Ossolińskiego, aby mu dostarczył jakieś teksty polskich ludowych pieśni. Mirecki dostarczył mu te właśnie dwie.
###
Poszła baba po popiół
i diabeł ją utopił,
ni popiołu, ni baby,
tylko z  baby dwa schaby.
###
Oj, upiłem się w karczmie,
wyspałem się w sieni,
a Żydki, psiajuchy,
kobiałkę mi wzieni.

Oj, oj, Żydki kanalije,
oddajcie kobiałkę
oj, czymże będę nosił
krupy na gorzałkę.


Tu są obie na samym początku.



Druga bardzo w rytmie krakowiaka. Słychać nie do końca polskie wymawianie słów, ale da się zrozumieć :-) Znalazłam jeszcze jedno wykonanie tylko "Baby":

wtorek, 20 lutego 2018

Że ja tej książki jeszcze nie znam!?

        Ale poznam. Od jutra będzie czytana w Dwójce codziennie o 19:00. Tylko że całość liczy ponad 600 stron, więc zapewne będą to tylko wybrane fragmenty. Dlatego zamówiłam sobie :-)))
Florian Czarnyszewicz: Nadberezyńcy. Dwójka reklamuje jako arcydzieło o Kresach. Czytać będzie Adam Ferency.
        Książka - z dzisiejszej perspektywy - o mitycznej kresowej krainie. Już samo imię autora jest takie trochę niedzisiejsze ;-) Urodzony w Bobrujsku w 1900 roku Florian Czarnyszewicz pochodził z drobnej szlachty zagrodowej osiadłej między Berezyną a Dnieprem. Ziemie niegdyś należące do Wielkiego Księstwa Litewskiego nigdy nie powróciły do granic Rzeczpospolitej wchodząc po odzyskaniu niepodległości i traktacie ryskim do obszaru Rosji Sowieckiej. Po odzyskaniu niepodległości i wojnie polsko-bolszewickiej Czarnyszewicz jeszcze do 1924 roku pracował w Wilnie, jednak ostatecznie wyemigrował zamieszkując w Argentynie, gdzie zbudował dom o nazwie Villa Carlos Paz w górskiej prowincji Cordoba. Tam też zmarł w 1964 roku.
        "Nadberezyńcy" to wielki epicki debiut Floriana Czarnyszewicza z 1942 roku. Debiut, którym zachwycali się między innymi Jerzy Stempowski i Czesław Miłosz. Najbardziej wzruszająco pisał o niej Józef  Czapski, twierdząc, że jest świadectwem pamięci "o tamtej Atlantydzie", a Jędrzej Giertych Czarnyszewiczową Smolarnię zrównywał z Dobrzyniem, Laudą i Bohatyrowiczami. Ktoś inny napisał, że to "Pan Tadeusz" XX wieku. Już nie mogę się doczekać... i tak jak wszyscy wspomniani recenzenci zapewne będę mieć w oczach łzy i ściśnięte gardło.
          Z ciekawostek młodsze pokolenia zapewne bez problemu kojarzą piękną aktorkę Liv Tyler, która w serii "Władca Pierścieni" grała zakochaną w Aragornie Arwenę. Liv jest córką znanego oczywiście lidera grupy Aerosmith Stevena Tylera. Ale dla poszukiwaczy poloniców najciekawszy jest fakt, że właśnie Steven Tyler jest wnukiem brata Floriana, czyli Feliksa Czarnyszewicza, który wyemigrował do USA w 1914 roku.
          A teraz czekam....


niedziela, 4 lutego 2018

Polonica

niedziela, 27 marca 2016 11:26

      Feliks Tournachon - rudy olbrzym o życzliwym sercu, potomek  lyońskich drukarzy, został cenionym fotografem znanych osobistości swoich czasów. Wcześniej jednak wsławił się jako jeden z pierwszych podróżą balonem, a w 1830 roku zaciągnął się do polskiego oddziału, aby wziąć udział w powstaniu listopadowym. Z tej okazji też przybrał spolszczone nazwisko: Turnaszewski. Podzielił los wielu powstańców najpierw dostając się do niewoli, następnie emigrując przez Niemcy do Francji. Do końca pamiętał o swoim polskim epizodzie w życiorysie i zawsze spełniał toasty na cześć Polaków.

        Gerard de Nerval w 1831 roku napisał "polski" wiersz Naprzód marsz! wzywający do pomocy Polakom w walce przeciw tyranii. Dwa lata później pisze poemat o Bolesławie Chrobrym, wzorując się na "Śpiewach historycznych" Niemcewicza. Z kolei w 1847 bohaterem wiersza Opactwo Saint-Germain-des-Pres czyni mieszkającego tam po abdykacji polskiego króla Jana Kazimierza. Nerval był także słuchaczem wykładów Mickiewicza w College de France, co znalazło odbicie we fragmencie Les Illumines. Polska utrwaliła się także w osobistych dziejach rodziny Nervala. Jego ojca ranionego pod Wilnem ukrywała polska hrabina, o której wspomnienie pozostało zawsze żywe w rodzinnych przekazach.

         Jeden z najbardziej podziwianych tenorów I połowy XIX wieku - Adolphe Nouritt - po samobójczej śmierci doczekał się w Marsylii mszy żałobnej, podczas której na organach grał Fryderyk Chopinwracający wówczas z Majorki.

        Jack London w 1912 (? nie znalazłam potwierdzenia daty) był drużbą na ślubie inżyniera, geologa, etnografa, badacza Mandżurii i Syberii  (a także szpiega!) Kazimierza Grochowskiego z Amerykanką Elizabeth Jumith.

poniedziałek, 29 stycznia 2018

Niektórzy...

sobota, 23 lutego 2013 22:46

      .... mają wszystko: młodość, talent, urodę i... błyszczącą wiolonczelę. Ona ma to wszystko - a nawet jeszcze świetnie wpadające w ucho nazwisko.
Sol Gabetta - wiolonczelistka argentyńska, mieszkająca w Szwajcarii
 Co tu dużo pisać, fenomenalnie gra...

.... Haydna...


... Elgara...


---Szostakowicza


        Sir Edward William Elgar (1857 - 1934) za twórczość kompozytorską uhonorowany został w 1904 r. tytułem szlacheckim. Jest autorem Ody koronacyjnej na cześć Edwarda VII. Z kilkuczęściowej Ody pochodzi słynna pieśń Land of Hope and Glorypełniąca funkcję nieoficjalnego brytyjskiego hymnu, śpiewanego co roku na zakończenie festiwalu The BBC Proms.
       A dla nas ciekawostka: w 1915 r. Elgar skomponował preludium symfoniczne Polonia dedykowane Ignacemu Paderewskiemu. W utworze pojawiają się motywy z Chopina (Nokturn g-moll), Paderewskiego (Polonez - fantazja), pieśni patriotycznych (Warszawianki, Chorału, Mazurka Dąbrowskiego). 
        Edward Elgar zmarł 23 lutego - tak, tak, dzisiaj przypada rocznica jego śmierci; i znów się będę zastanawiać, skąd o tym wiedziałam (bo przecież nie wiedziałam), że coś mnie do niego ciągnęło; bo najpierw go znalazłam, a potem zobaczyłam datę; zostało po nim muzyczne westchnienie - sospiri. A może tchnienie? Spiritus flat ubi vult. 


sobota, 20 stycznia 2018

Polonica 2 i takie tam...

poniedziałek, 12 września 2011 1:34

     Gdy się żyje w ciągłych rozjazdach, bez przerwy się przemieszczając tam i z powrotem, nie ma siły, aby zawsze o wszystkim pamiętać i wszystko wziąć.  Niemal nawykowo, patrząc na przesuwający się pejzaż, zaczynam  robić remanent pamięci pod kątem hasła: "czego to ja dzisiaj zapomniałam wziąć?" Może być niewesoło, gdy zapomni się karty do bankomatu wraz z kodami do elektronicznych przelewów, ale jakoś to przeżyję. Chyba...
      Natomiast pozostawienia mojego "niezbędnika" w postaci specjalnego kalendarza, gdzie zapisuję swoje wrażenia z koncertów, oper i symfonii, plany wyjazdów na spektakle, opery i recitale, numery rezerwacji biletów (!), daty transmisji, telefony do filharmonii i teatrów, notatki na wszelkie okołomuzyczne tematy... Nie, tego nie przeżyję. Chyba...
      A słuchałam właśnie w sobotę transmisji z Londynu ostatniego w tym roku koncertu BBC Proms. Komentowali Agata Kwiecińska i Marcin Majchrowski. Lubię słuchać Majchrowskiego, bo  ma czasami tak celne powiedzenia, że niczego już tłumaczyć nie trzeba. Jest laureatem Złotego Mikrofonu zresztą. W sobotę, odnosząc się do promenadowego zwyczaju śpiewania podczas ostatniego koncertu tekstów specjalnie na te okazję przygotowanych przez promersów (promersi – słuchacze stojący; są tacy, którzy za punkt honoru uważają dostać się na wszystkie koncerty  festiwalu, a trwa on co roku przez dwa letnie miesiące (Sic!), posłużył się określeniem „kicz absolutny”.  Strasznie mi się to spodobało, bo faktycznie, poezja najwyższych lotów  to nie była.  A pod koniec obowiązkowo widownia śpiewa wraz z solistką (sopranową), a jako ostatni punkt programu rozbrzmiewa stara szkocka pieśń w wykonaniu tylko publiczności.
         Ale nie o tym miało być. Przynajmniej w moim notatniku nie o tym było. Szykując się na twarde słuchanie niemal do północy, wypiłam mocną kawę.  Mianowicie w pierwszej części koncertu z przyjemnością wysłuchałam Cudownego Mandaryna Beli Bartoka. Natomiast  późniejsza aria Brunhildy ze Zmierzchu bogów Wagneraw wykonaniu Susan Bullock, mimo solennego postanowienia i kawy, zwyczajnie mnie uśpiła. A to takie dramatyczne przecież! Odwaga, żądza władzy, podstęp, zdrada, zemsta, demoniczność – wszystko to miesza się w tetralogii Pierścień Nibelunga Wagnera w proporcjach iście gigantycznych.  Ponad szesnaście godzin muzyki: Złoto Renu  - 1 akt,  Walkiria – 3 akty,  Zygfryd – 3 akty i  Zmierzch bogów – 3 akty.  W zasadzie dzieło powinno być wystawiane w ciągu trzech dni pod rząd. Słyszałam nawet o takich projektach, jak wykonanie całości w ciągu jednego dnia, ale kto to wytrzyma?! Ja na pewno do Wagnera jeszcze nie dorosłam. Dlatego usłyszałam początek arii, a potem… obudził mnie gromko brzmiący fortepian pod uderzeniami Lang Langa, grającego I Koncert fortepianowy Franciszka Liszta.  Jako drugi utwór chiński pianista zagrał Wielkiego Poloneza Es-dur Chopina. Tylko gdzieś tym polonezem popędził za daleko, pewnie w stepy Azji, a ja znowu zostałam ze swoim zdezorientowaniem. I nie było Andante spianato.
      Tak więc podczas ostatniego dnia na BBC Proms pojawił się polski akcent, może nieco cudaczny, ale był.  A teraz nie pozostaje mi nic innego, jak sięgnąć do… drugiego mojego notatnika, który na szczęście jeszcze się nie zawieruszył.

      Opera Lodoiska Luigiego Cherubiniego (premiera 18 lipca 1791r.) z librettem Gilette-Loraux (na podstawie powieści Jean-Baptiste Jouvet de Courray`a) miała akcję przeniesioną do Polski, nawiązującą do rozbiorów, a właściwie do pierwszego rozbioru.

      Jedyna opera Beethovena – Fidelio – opiera się na sztuce Leonore ou L`amour cojnugal Jeana Nicolasa Bouilly`ego – a jej akcja pierwotnie działa się w Polsce. Później  akcję sztuki i zarazem opery przeniesiono do Hiszpanii.

     Pierwszym odtwórcą roli Borysa Godunowa z opery Musorgskiego w Metropolitan Opera (1913 r.)  był Adam Didur – polski bas. Śpiewał w MET przez 25 lat.

      W 1893 r. w Białymstoku urodziła się Rosa Raisa, sopran, pierwsza odtwórczyni księżniczki Turandot z opery Giacomo Pucciniego (prapremiera – La Scala 1926 r.)




Polonica


Niech śpiewa, a ja będę pisać...

 piątek, 15 lipca 2011 10:36
     

      Stara i nowa muzyka polska, około Polski, dla Polaków... Tu i tam można natknąć się na przedziwne powiązania. Arcyciekawe.

     Francesca Caccini (1578 -1640) być może nawet jako piewsza kobieta skomponowała operę Uwolnienie Ruggiera z wyspy Alcyny, wystawioną 4 lutego 1625 roku. (Ach, Ruggiero, wdzięczna postać w wielu operach) Ciekawe są okoliczności powstania utworu. Otóż opera została zadedykowana polskiemu królewiczowi Władysławowi Wazie, późniejszemu królowi Władysławowi IV,który w tym czasie przebywał we Florencji na dworze Medyceuszy. Dzieło bardzo mu się spodobało, czego efektem było późniejsze wprowadzenie opery na polski dwór królewski ( zdaje się gdzieś koło 1628 r.)

      Jedyną jak dotąd polską operą wystawioną w Metropolitan Opera  (14 lutego 1902 r.) w Nowym Jorku jest Manru Igancego Jana Paderewskiego.  Libretto osnute zostało na wątkach z opowiadania Józefa Ignacego Kraszewskiego "Chata za wsią".

      III Symfonia D-dur Piotra Czajkowskiego, zwana Polską ze względu na  finał w rytmie poloneza, prezentowana była 15 maja w Barbican w Londynie. Dyrygował Walery Giergiew, dyrektor Teatru Maryjskiego w Sankt Petersburgu.

     Pietro De Maria - włoski pianista ma w swoim repertuarze całego Chopina (!), który, jak łatwo się domyślić, jest jego ulubionym kompozytorem. Niedawno, 13 lipca, podczas recitalu w Ernen w Szwajcarii artysta zaprezentował Poloneza fis-moll op. 44, Berceuse Des-dur op. 57, Barkarolę Fis-dur op. 60, Poloneza As-dur op. 53.

Zmiany

    Kończę pisanie na tym blogu. Prowadzenie równoległych blogów jest wyczerpujące. Zwłaszcza, że tematyka - szeroko pojęta kultura - jest p...