Pokazywanie postów oznaczonych etykietą osobowości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą osobowości. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 lipca 2022

Portret pisarza

      Zdzisław Najder opracowując wybór korespondencji nadał jej tytuł "Conrad wśród swoich", ale uważam, że lepszy byłby inny: "Conrad w oczach swoich najbliższych".  Zbiór zawiera bowiem listy najbliższej rodziny, krewnych, przyjaciół Conrada oraz wspomnienia o nim. Nie ma listów samego Conrada.  Jedno jakieś pokwitowanie. Są listy pisane do niego oraz do innych osób o Conradzie wspominające. W ten sposób patrzymy na  Conrada oczami autorów listów,  ich sposób widzenia i przede wszystkim emocje łączące ich z głównym adresatem, czyli najpierw małym Konradkiem, a później kapitanem statku i pisarzem osiadłym w Anglii i tam zdobywającym renomę. Wyjątek stanowią dwa teksty: krótki "Memoriał Josepha Conrada-Korzeniowskiego w sprawie polskiej" oraz artykuł Elizy Orzeszkowej "Emigracja zdolności", w którym ostro ocenia fakt "ucieczki" Konrada od spraw polskich i pisania po angielsku. 

      Obszerna część pierwsza to przede wszystkim listy rodziców małego Konradka: Ewy z Bobrowskich Korzeniowskiej i Apolla Nałęcz Korzeniowskiego. Najpierw Ewa Korzeniowska ze swoich rodzinnych stron na Podolu pisze listy do męża, przebywającego w Warszawie. Apollonowi grozi aresztowanie, nie może wracać do domu, żona szykuje się do przeprowadzki do niego wraz z małym Konradkiem. Piękne słowa miłości, troski i ufności w przyszłość sprawiają, że listy są wzruszające. Dowiadujemy się z nich jak wyglądało życie Polaków pod zaborem rosyjskim, gdy powodem aresztowania mogło być śpiewanie pieśni patriotycznych w kościele. Po wyjeździe Ewy Korzeniewskiej z synem do męża do Warszawy nastąpiło dramatyczne aresztowanie Apollona, a następne skazanie obojga na przymusowe osiedlenie w Permie u podnóża Uralu. Jednakże w międzyczasie decyzja zostaje zmieniona i zostają wysłani do Wołogdy.  Mały Konradek ma wtedy 4 lata. Tu rozpoczyna się kolejna pula listów, tym razem pianych przez Apollona Korzeniowskiego do krewnych i przyjaciół. Opisuje w nich warunki pobytu na zesłaniu,  problemy zdrowotne żony, która zmarła w Czernihowie, dokąd pozwolono Korzeniowskim się przenieść w 1863 r. Konrad traci matkę mając osiem lat, ojciec odtąd wiele uwagi w listach poświęca synowi, martwiąc się o jego kształcenie i przyszłość. Ciekawie się czyta fragmenty mówiące na przykład o metodzie uczenia syna języków obcych. Z domowej edukacji Konrad wyniósł świetną znajomość francuskiego. Wkrótce zostają rozdzieleni, gdyż ze względu na chorobę mały Konrad trafia pod opiekę krewnych i dopiero po powrocie Apollona z zesłania ojciec i syn znowu zamieszkują razem. Najpierw we Lwowie, później w Krakowie, gdzie schorowany Apollo umiera 23 maja 1869 r. Konrad Korzeniowski w wieku niespełna dwunastu lat zostaje sierotą. Odtąd opiekę nad nim sprawują krewni z rodziny matki - Bobrowskich, w tym szczególnie wuj Tadeusz Bobrowski.

       Listy Tadeusza Bobrowskiego naświetlają stosunki między nim a siostrzeńcem w dosyć burzliwym okresie, gdy młody Konrad postanawia zostać marynarzem. Początkowe kroki na tej drodze nie zadowalają Bobrowskiego, który zdobywa się na długą listowną tyradę, w której rozlicza Konrada z grzechów młodości, trwonienia pieniędzy, awantury i próbę samobójczą.  Grozi, że przestanie finansować jego fanaberie i spłacać długi. W innym liście jednak, do kogo innego pisanym, przyznaje, że gdyby chodziło o jego własnego syna, to faktycznie tych długów by za niego nie płacił, ale do siostrzeńca ma jakiś inny szczególny stosunek i przez pamięć o swojej siostrze jest dla niego bardziej pobłażliwy.  Wspierał go do końca życia, z wielką radością i entuzjazmem przyjmuje wiadomość o zdaniu egzaminu na stopień kapitana brytyjskiej marynarki handlowej, cieszy się, gdy Konrad przyjeżdża po latach w odwiedziny. 

      Są jeszcze wspomnienia różnych osób,  przede wszystkim krewnych, jak Anieli Zagórskiej, tłumaczki jego powieści. We wspomnieniach tych Conrad jawi się jako człowiek nieco zagadkowy. Serdeczny, życzliwy, gościnny, ale też popadający w stany melancholii, niezbyt wylewny. Z jednej strony niezwykły gawędziarz, który fenomenalnie umiał opowiadać o swojej egzotycznej przeszłości, a z drugiej skrywający wiele tajemnic, których nie chciał zdradzać przed nikim. Nienawidził Rosjan do tego stopnia, że nie chciał podawać im ręki, z pewną redakcją zerwał współpracę, bo nie chciał współpracować z zatrudnionym w niej Rosjaninem. Był skrajnym pesymistą jeśli chodzi o wiarę w możliwość odzyskania przez Polskę niepodległości. Wyzwolenie więc Polski spod zaborów i pojawienie się kraju ojczystego na mapie było dla niego zaskakujące i silnie wstrząsające. Podobno rozmyślał o przeprowadzeniu się na stałe do Polski. 

      W całej książce nie ma listów samego Conrada.  Jest to więc portret, a raczej szereg portretów,  od dzieciństwa począwszy, kreślonych przez osoby, które w różnych etapach życia miały na niego wpływ lub zetknęły się z nim już jako znanym pisarzem. Są to wizerunki bardzo subiektywne, ale szczere pod względem emocjonalnym. Jedyny negatywny obraz znajduje się w artykule Eliza Orzeszkowej "Emigracja zdolności", w którym pisarka uznaje angielskojęzyczną twórczość Conrada  wręcz za zdradę polskości. Ale Orzeszkowa Conrada nie znała osobiście. Nikt, kto go znał, nie czynił mu takich wyrzutów.  Niemniej opinia ta mocno Conrada wzburzyła i oburzyła, gdyż nawet nie zgodził się, żeby Aniela Zagórska podrzuciła mu do czytania "Nad Niemnem". 

      Refleksja poza tematem, jaka pojawia się w trakcie lektury, dotyczy samej istoty epistolografii jako rodzaju komunikacji międzyludzkiej. Kiedyś ludzie po prostu umieli pisać listy. Osobiste, prywatne, życzliwe, pełne troski i zaufania. Z drugiej strony pisali - jak Bobrowski do młodego Konrada - w celach wychowawczych, stosując środki perswazji i dydaktyki. Patrząc na dzisiejszy zanik tej umiejętności, czuje się żal, że właściwie nie ma dzisiaj do kogo pisać prawdziwych listów. W smutnym żyjemy świecie, w którym nie ma ani okoliczności, ani adresata, do którego można by napisać: "Mój drogi, może i czasu Ci zabraknie na czytanie tego listu, a ja skończyć nie mogę. Jak oderwę się od Was, taki samotny zostanę, że nie miejcie mi za złe, iż bez granic gawędzę".

sobota, 29 stycznia 2022

Sześć harwardzkich wykładów Borgesa

      W wieku 68. lat powiedział do słuchaczy na wkładzie wygłoszonym w Harvardzie: "Poświęciłem większość życia literaturze, a mogę przekazać tylko wątpliwości". Dzielenie się nimi zajęło kolejnych pięć wykładów, z których ostatni Jorge Luis Borges (1899 - 1986) wygłosił 10 kwietna 1968 r. Dopiero w roku 2000 taśmy z nagranymi wykładami zostały odnalezione w uniwersyteckiej bibliotece i opublikowane przez uczelnię. Czytanie ich po latach sprawia niesamowitą przyjemność podążania niezwykłymi ścieżkami skojarzeń i fascynacji wielkiego argentyńskiego pisarza, poety, eseisty, a także wybitnego myśliciela. 

     Sześć harwardzkich wykładów zawiera kwintesencję poglądów Borgesa na temat poezji. Sedno tkwi w zacytowanej frazie "tylko wątpliwości".  Jednakże Borges na zakończenie wygłosił także swoje poetyckie credo, w którym wyznaje: "Wierzę tylko w aluzję".  Jest to konsekwencja wcześniejszej konstatacji autora, który uważał, że bycie pisarzem oznacza bycie "wiernym swojej wyobraźni". W innym miejscu Borges używa metafory snu jako kategorii decydującej o literackości dzieła. W każdym razie chodzi o to, że to, co chcemy nazywać literaturą, nie powinno być literalnym zapisem realiów, lecz wizją,  aluzją, sugestią, której odczytanie jest zadaniem czytelnika. Opis, opowiadanie, powieść to nie odwzorowanie, lecz metafora rzeczywistości. Nie przypadkiem więc jeden z wykładów Borges poświęcił właśnie metaforze. 

      Materiałem ilustracyjnym w wykładach są liczne i bardzo różnorodne cytowane (z pamięci!) przez Borgesa fragmenty utworów od starożytnego Homera po współczesnego Joyce`a, od poezji angielskiej, przez skandynawską,  po hiszpańską, od myślicieli chrześcijańskiej Europy po filozofów hinduskich.  Czasem zdobywa się na zabawne komentarze, jak o wierszach boliwijskiego poety Ricarda Jaimesa Freyre, które są "w piękny, absolutnie rozkoszny sposób pozbawione sensu". Jeśli zaś chciałoby się znaleźć potwierdzenie zacytowanych na początku wątpliwości, do których Borges tak szczerze się przyznaje, najlepszym przykładem jest zdanie: "Sądzę, że zgadzam się ze Stevensonem, ale myślę, że moglibyśmy chyba wykazać, iż się myli". 

     Niemniej znajduję w tych wykładach, mimo że miały w założeniu być teoretycznymi rozważaniami o literaturze, pokłady czystej poezji. Raz ze względu na cytowane perełki z licznych autorów znanych, jak Homer, Vogelweide, Keats, Yeats, Byron, Whitman, Hafiz, Tennyson, Frost, i mnie przynajmniej nieznanych, jak ów Freyre, Rossetti, Lugones, Meredith, Browning i tylu innych, o których nie mam bladego pojęcia. Borges uspokaja ewentualne wyrzuty sumienia z powodu tejże ignorancji, gdyż to nie autorzy ostatecznie zapadają w pamięć, lecz ich utwory, bohaterowie, opowieści, anegdoty... W zabawnym fragmencie wykładu "Myśl i poezja" zaczyna wymieniać swoich przyjaciół: Don Kichot, pan Pickwick, pan Sherlock Holmes, doktor Watson, Hucleberry Finn, Peer Gynt... "Nawet gdyby mi ktoś powiedział, że nigdy nie doszło do tych wydarzeń, nadal bym wierzył w Don Kichota, jak wierzę w osobowość jakiego przyjaciela". 

     Jeśli zaś podążyć za przewrotną myślą Borgesa, okaże się, że bycie czytelnikiem jest znacznie ważniejsze niż bycie pisarzem. Wręcz nie można zostać pisarzem, nie będąc czytelnikiem: "Uważam się zasadniczo za czytelnika. Jak wiecie, ośmieliłem się pisać; ale uważam, że to, co przeczytałem, jest znacznie ważniejsze niż to, co napisałem. Bo czytasz to, co chcesz, lecz nie piszesz tego, co byś chciał, tylko to, co możesz". Powiedział to jeden z najwybitniejszych autorów XX wieku, od dzieciństwa dwujęzyczny (hiszpańsko-angielski), maturę zdawał w liceum francuskojęzycznym, niemieckiego nauczył się sam ze słowników... Autor "Powszechnej historii nikczemności". 

czwartek, 11 listopada 2021

Jogin

      Wczoraj w Lublinie odbył się pogrzeb Sławomira Bubicza, prekursora metody Iyengara i założyciela szkoły yogi. Przypomniałam sobie, jak w czasie studiów poszłam na spotkanie ze Sławkiem (tak go wtedy nazywaliśmy), który właśnie wrócił z Indii jako pierwszy Polak dyplomowany jogin ze szkoły Iyengara w Punie, którą prowadzili jego następcy. Metoda nauczania hatha-jogi stamtąd się wywodząca i opracowana jest klarowna i spójna. Przede wszystkim Iyengar kładł nacisk na jej uniwersalność, podkreślając, że sama hatha-joga i ćwiczenie asan nie ma  podłoża religijnego, może więc ja każdy praktykować bez względu na wyznanie. Pierwsze polskie wydanie  "Jogi" Iyengara z charakterystyczną czarną okładką w tłumaczeniu Sławomira Bubicza mam do tej pory.  Podobnie jak niewielką broszurową książeczkę z ilustracjami poszczególnych asan. 

     Pierwsze spotkanie ze Sławomirem Bubiczem było jakby podwójne. Najpierw wprowadził nas - sporą grupę ciekawych egzotyki - w zasady ćwiczenia asan i krok po kroku pokazywał jak je wykonywać. Próbowaliśmy.  Stanie na głowie jest naprawdę bardzo proste.  Gorzej z zakładaniem nogi na szyję.  Jeśli komuś się wydaje, że klasyczna pozycja kwiatu lotosu to nic trudnego, znaczy, że nigdy nie próbował. Na szczęście było też kilka prostszych i od nich zaczęliśmy. Rozciąganie jest naprawdę bolesne. Najbardziej podobało mi się łapanie za zgięte kolano ręką zza pleców. Cudowne to było. Zanim większości z nas się udało, niemal popłakaliśmy się ze śmiechu z własnych nieudanych wysiłków. Naszemu joginowi wszystko wychodziło, a nam nie za bardzo. Kto ciekawy, jak to wygląda, niech sobie wyszuka w Googlu pod nazwą "maricyasana".  Jest kilka wersji. 

      Półtorej godziny wynajętej sali, gdzie ćwiczyliśmy, szybko zleciało, ale my nie chcieliśmy kończyć. Już nie chodziło o same ćwiczenia,  a o opowieści z pobytu w Indiach. Koleżanka zaprosiła nas do swojego pokoju w akademiku. Parę osób się wykruszyło, ale zainteresowanych zostało ponad dwadzieścia i wszyscy wpakowaliśmy się do tego pokoju, siadając gdzie się dało. Jogin rzecz jasna na podłodze. Nasza gospodyni robiła wszystkim herbatę, a Sławek opowiadał o pobycie w Punie. Pamiętam, że jogin przez cały czas był niesamowicie wyciszony.  Oaza wewnętrznego spokoju i skupienia. To było widać w ruchach, w oczach, w tonacji głosu. Nawet w sposobie picia herbaty. Z jego oczu wyłaniał się jakiś blask, jasność, którym emanowała cała jego postać. Trochę jakby był nie z tego świata. 

      W tamtym czasie człowiek chłonął wiele różnych rzeczy, potrafiłam nawet chodzić na cykl wykładów z sanskrytu i filozofii indyjskiej. Do szkoły jogi założonej przez Bubicza w Warszawie się nie zapisałam, ale samą hatha-jogę ćwiczyłam jeszcze nawet po ukończeniu studiów.  Z czasem coraz mniej aż wypadła z mojego rozkładu dnia. Zapewne szkoda, niestety, nie jestem wzorem systematyczności. I oto wczoraj z powodu informacji o pogrzebie przypomniałam sobie moje początki z jogą. Iyengar wciąż stoi na półce. W każdej chwili mogę książkę odkurzyć i wrócić. Może tak właśnie zrobię. 

sobota, 2 października 2021

Wielkie umysły - część 2.

      Można się z nimi nie zgadzać, można - i to zdarza się częściej - ich nie rozumieć, ale nie sposób odmówić im pewnej cechy wspólnej: malowniczości. Niektórzy nazywają to oryginalnością, ale oryginalność nie zawsze jest malownicza, a czasami jest wręcz nieznośna. Mnie zaś chodzi o sympatyczną malowniczość, będącą skutkiem czy przejawem? a może funkcją osobowości tak pochłoniętej naukową pasją, że zanika w niej to, co zwykłym śmiertelnikom często spędza sen z powiek i prowadzi do frustracji: przejmowanie się tym, co pomyślą inni. 

      Pęd do wiedzy, do odkrywania tego, co jeszcze nieznane, rodzi niecierpliwość, jak w przypadku Francisa Cricka, który szczerze przyznaje: "Mogę być cierpliwy przez 20 minut, ale niewiele dłużej." Być może dlatego nie znosił mętniactwa, spekulacji i błądzenia innych badaczy. Z takim to strach się spotkać, ale zawsze można liczyć, że po tych dwudziestu minutach koszmar wzajemnego niezrozumienia się skończy i zdegustowany wyjdzie rzucając na odchodne sentencję ze swojej książki: "Nie jesteś niczym innym niż pęczkiem neuronów".  Niezbyt przyjazne stosunki panowały między Crickiem właśnie a innym biologiem molekularnym, Geraldem Edelmanem. To Edelmanowi właśnie zarzucano "mętniactwo", na co odparował: "Mętność, moim zdaniem, pojawia się w odbiorze, a nie w przekazie".  Nie przeszkadzało to wcale, że obaj byli laureatami Nagrody Nobla. 

     Cechą genialnych umysłów jest, że niemal wszystko potrafią przekuć na język naukowy. Inspiracje czerpią zewsząd, z całego otaczającego świata, także ze sztuki i literatury. Jedno z najpopularniejszych pojęć współczesnej nauki, które niemal weszło do kultury popularnej -  kwark - Murray Gell-Mann zapożyczył z powieści "Finnegans Wake" Jamesa Joyce`a.  Zainteresowania naukowe Gell-Manna przerastały możliwości większości innych naukowców, a co mówić o zwykłych ludziach. Swobodnie poruszał się nie tylko w zakresie fizyki cząstek elementarnych, która była jego koronną dziedziną, ale też doskonale orientował się w kosmologii, historii naturalnej, historii ludzkości,  archeologii, kontroli zbrojeń  atomowych, problematyce populacji i ewolucji języka. Znał podstawy większości głównych języków świata oraz wielu dialektów. Popisywał się wyjaśnieniami znaczeń i pochodzenia imion ludzi, z którymi się stykał. Agent i wydawca John Brockman mówił o Gell-Mannie, że "ma pięć mózgów, a każdy jest inteligentniejszy od naszego".  Zdarzało się więc, że o innych mówił "ignoranci" i okropne plemię", a mimo to udzielając wywiadu grzecznie poprosił, aby nie cytowano jego negatywnych opinii o innych fizykach, gdyż "nie jest to miłe. Niektórzy z nich są moimi przyjaciółmi". 

       W przeciwieństwie do Gell-Manna, który - jak widać wyżej - miał pewne poczucie realnego związku ze światem i ludźmi wokół - Marvin Minsky raczej funkcjonował w swojej własnej rzeczywistości.  Problemy naukowe rozwiązywał raz definitywnie w swoich pracach i dziwił się, że ludzie go nie słuchają. Krążąc po swoim laboratorium zapytał kiedyś współpracowników, kiedy odbędzie się spotkanie na temat szachów i w odpowiedzi usłyszał, że odbyło się ono przecież poprzedniego dnia. [chodziło o programy komputerowe grające w szachy - dopisek n.] Podobnie jak Gell-Mann Minsky nie ograniczał się do jednej dziedziny, jego umysł wciąż poszukiwał nowych wyzwań, co stanowiło zresztą credo naukowca. Uważał, że skłonność do poświęcania się jednej dziedzinie, czynności czy umiejętności, którą nauczymy się wykonywać perfekcyjnie jest "rakiem mózgu" i należy temu przeciwdziałać ucząc się czegoś zupełnie nowego. On sam zgłębiał matematykę, filozofię,  fizykę, neurobiologię, robotykę, informatykę, był także autorem kilku powieści fantastycznonaukowych. Mało tego, miał wybitny talent muzyczny, mógł zrobić karierę muzyczną, a jedną z frapujących go tajemnic było zagadnienie co odczuwa wybitny wiolonczelista Yo-Yo Ma, gdy gra koncert. 

       Czy wybitne umysły wiedzą, że są wybitne?  Istnieją dwie odpowiedzi na to pytanie: a) wiedzą, bo inaczej nie byłyby wybitne; b) nie wiedzą, bo zdają sobie sprawę, jak mało wiedzą w stosunku do tego, co jeszcze pozostało do odkrycia. Z tym, że to drugie nie do końca zaprzecza pierwszemu. Można mieć świadomość wielkości swoich dokonań, a jednocześnie mieć poczucie ich znikomości w perspektywie rozwoju nauki. Frank Tipler  całkiem serio może twierdzić: "Jestem w tej samej sytuacji, co Kopernik. Chciałbym podkreślić, że podstawowa różnica polega na tym, iż wiemy, że Kopernik miał rację. Nie wiemy tego jednak o mnie! Podstawowa sprawa!".  

      Najczęściej jednak przeciętny człowiek wyobraża sobie naukowca jako oderwanego od spraw tego świata mistyka pogrążonego w swoim laboratorium, zgłębiającego tajemne dla profanów zagadnienia. I są tacy, którzy ten wizerunek potwierdzają. Christopher Langton  wozi w swoim samochodzie istne skarby: od kaset i płyt, przez elementy komputerów i zasoby pamięci, po pojemniczki z sosem i sztućce. Z kolei pewien matematyk mieści swój dobytek w jednej olbrzymiej torbie turystycznej, w której wozi wszystko, co może mu być potrzebne pod każdą szerokością geograficzną, dokąd wyjeżdża na różne konferencje.  Prawie nigdy się nie wypakowuje, więc zawsze ma ze sobą kilka par butów, w tym buty narciarskie (no bo gdyby go wysłali na Spitsbergen?!), grube rękawice i czapkę uszankę, kilka kompletów ubrań na zmianę (te czasami zostawia do prania),  kuchenkę turystyczną (w razie awarii samochodu w środku lasu), strój kąpielowy, ekwipunek do nurkowania swobodnego, bez butli, oczywiście kilka nośników pamięci elektronicznej, dwa laptopy, lornetkę oraz w bagażniku samochodu łopatę i łańcuchy na koła. Życie z takim człowiekiem na co dzień może być przygodą, ale i udręką. 

      Na szczęście, jak zauważa Gregory Chaitin, tylko nieliczni poświęcają się nauce i pogoni za wielkim i pytaniami. "Gdyby każdy próbował zrozumieć granice matematyki lub wielkiego malarstwa, byłaby katastrofa! Kanalizacja by nie działała! Nie byłoby elektryczności! Budynki by się przewracały! Chodzi mi o to, że gdyby każdy chciał uprawiać wielką sztukę lub głęboką naukę, świat by nie funkcjonował! Dobrze, że jest nas tak niewielu!"

  

Francis Crick - (1916 - 2004), biochemik, genetyk, biolog molekularny, laureat Nagrody Nobla w 1962 r. za odkrycie struktury molekularnej DNA

Gerald Edelman - (1929 - 2014), biolog molekularny, biochemik, laureat Nagrody Nobla w 1972 r. za wyjaśnienie struktury chemicznej immunoglobulin

Murray Gell-Mann - (1929 - 2019), fizyk, laureat Nagrody Nobla w 1969 za odkrycia w dziedzinie fizyki cząstek elementarnych, twórca nazwy "kwark"

Marvin Minsky - (1927 - 2016), kognitywista, badacz sztucznej inteligencji

Frank Tipler - (ur. 1947), fizyk i kosmolog

Christopher Langton - (ur. 1948), informatyk, twórca terminu "sztuczne życie"

Gregory Chaitin - (ur. 1947), matematyk, informatyk, autor książek z zakresu filozofii, filozofii matematyki

wtorek, 21 września 2021

Wielkie umysły

       Można się z nimi nie zgadzać, można - i to zdarza się częściej - ich nie rozumieć, ale nie sposób odmówić im pewnej cechy wspólnej: malowniczości. Niektórzy nazywają to oryginalnością, ale oryginalność nie zawsze jest malownicza, a czasami jest wręcz nieznośna. Mnie zaś chodzi o sympatyczną malowniczość, będącą skutkiem czy przejawem? a może funkcją osobowości tak pochłoniętej naukową pasją, że zanika w niej to, co zwykłym śmiertelnikom często spędza sen z powiek i prowadzi do frustracji: przejmowanie się tym, co pomyślą inni. Dlatego ich podziwiamy, chociaż najczęściej nie rozumiemy, o czym mówią. Ale nawet gdy nie rozumiemy, można ich słuchać bez końca. To bywa ożywcze. Nasze szare komórki próbują nadążać. Już, już mamy wrażenie, że wiemy, o co chodzi, ale wówczas sprowadza nas na ziemię brutalnie szczere rozczarowanie: "Jeśli sądzisz, że rozumiesz mechanikę  kwantową, świadczy to jedynie o tym, że nie znasz jej podstaw" (Niels Bohr, fizyk, laureat Nagrody Nobla, przyczynił się do rozwoju mechaniki kwantowej). 

     Książka Johna Horgana "Koniec nauki" w założeniu autora prezentuje stan rozwoju kluczowych dziedzin: fizyki, kosmologii, nauk społecznych, filozofii, biologii ewolucyjnej, neurobiologii i kilku pokrewnych. Czytamy w niej o koncepcjach, teoriach naukowych, sprzecznościach między nimi i wewnątrz nich, sporach między samymi naukowcami, ich wątpliwościach i niedorzecznościach. O niektórych owych teoriach wiemy coś niecoś jeszcze ze szkoły, inne pojawiły się później, o jeszcze innych nie słyszeliśmy nic. Oczywiście jest to zaledwie streszczenie pewnych etapów i punktów stycznych bądź zgoła sprzecznych, niemniej można poczuć się jak w wielkim tyglu naukowej światowej dysputy. Przy okazji jednak poznajemy mnóstwo niezwykłych osobowości, Horgan bowiem opowiada o swoich spotkaniach z plejadą naukowców współczesnego świata. Ci z kolei czasami wspominają także z własnej biografii spotkania, rozmowy, kontakty z jeszcze innymi, swoimi mistrzami. Powstaje galeria postaci, prezentacja niezwykłości. Oryginałów? Zapewne. Ale jak nudna byłaby historia nauki, gdyby ci, którzy ją rozwijają, sami nie byli tak malowniczymi postaciami.

     Na początek z własnych wspomnień przywołam pewnego profesora logiki (przemilczę nazwisko), który miał zwyczaj wygłaszać wykłady z zamkniętymi oczami. No bo po cóż mu było patrzeć  na nasze twarze, na których malowało się zapewne pełne konsternacji niezrozumienie i przerażenie, bo przecież trzeba będzie za kilka miesięcy zdać z tego egzamin. Może to lepiej, że nam się za bardzo nie przyglądał.

      Horgan podobnych spotkań i doświadczeń nagromadził i opisał o wiele więcej.  Nie wiem, czy na pierwszym miejscu nie powinien się znaleźć Feyerabend. Po pierwsze, był nieuchwytny, chociaż stale aktywny w sieci. Związany z Uniwersytetem w Berkeley, miał tam telefon, z którego mógł wszędzie zadzwonić, ale nie można było dodzwonić się do niego. Przyjmował zaproszenia na konferencje, na których się potem nie zjawiał. Przez pocztę elektroniczną rozsyłał zaproszenia do kolegów, a kiedy zjawiali się u drzwi jego gabinetu, zastawali drzwi zamknięte.  Kiedy po mozolnych poszukiwaniach Horgan wreszcie dotarł do osoby, która mogła mu powiedzieć, gdzie naprawdę Feyerabend przebywa, okazało się, że.... mieszka w Szwajcarii niedaleko Zurychu. Odręcznie wyrażoną zgodę na spotkanie uczony przysłał ze swoim zdjęciem, na którym stał w kuchennym fartuchu przy zlewie myjąc naczynia. W podpisie ujawniał, że to jego ulubione zajęcie. Od razu  polubiłam gościa. Tymczasem w dalszej części książki, gdzie Horgan szczegółowo opisuje, jak przebiegało spotkanie, okazuje się, że żona zdemaskowała Feyerabenda. Owszem, naczynia zdarza mu się myć, ale od święta. Trudno uznać, że to jego ulubione zajęcie. I jak tu wierzyć naukowcom?  Niemniej i tak go lubię, ponieważ w młodości uczył się śpiewu operowego i zamierzał zostać śpiewakiem. No nie wyszła mu ta kariera operowa, bo mu czasu zabrakło, ale śpiewać umiał. To filozofia stała się jego głównym motorem życia, a najbardziej kochał książki. Gdy został ranny podczas wojny i groziło mu kalectwo, był zachwycony: " Ach, będę na wózku inwalidzkim jeździł tam i z powrotem wzdłuż półek z książkami". Na szczęście, czy też ku rozczarowaniu młodego adepta filozofii, wizja ta się nie spełniła. 

      Nie mniejsze przeszkody musiał Horgan pokonać, chcąc spotkać się z Popperem. O wiele łatwiej i szybciej udało się go namierzyć w jego domu w Kensington, dzielnicy Londynu, ale do spotkania od razu nie doszło. Na straży spokoju sędziwego już wówczas filozofa stała gospodyni, pani Mew. Zanim ustaliła datę podała Horganowi listę lektur, książek Poppera, które powinien przeczytać, żeby się przygotować do spotkania. Horgan nie zdradza, czy go później z tych lektur przepytała. Samo spotkanie miało trwać najwyżej godzinę, ponieważ "sir Karl" jest zmęczony. No i okazało się, że ten zmęczony dziewięćdziesięcioletni filozof tak się rozgadał, że na początku nie dopuścił swego rozmówcy do głosu, żeby mógł mu zadać przygotowane pytania, a kiedy już mu na to pozwolił,  w pewnej chwili wypalił: "Nie chcę pana urazić, ale to jest głupie pytanie", co i tak było grzeczne, gdyż swoich przeciwników w dyskusjach naukowych traktował  bardziej obcesowo. Z projektowanej godzinnej rozmowy zrobiło się ponad trzy, podczas których Popper gadał, cytował, krytykował,  zżymał się, wymachiwał artykułami, zgrzytał zębami, a gospodyni kazał szukać pewnej swojej książki, której ostatni egzemplarz - jak się później okazało - komuś podarował i nie pamiętał komu. 

      Spotkanie w gabinecie Sheldona Glashowa, który był szefem Wydziału Fizyki na Uniwersytecie Harvarda, porównuje Horgan do wizyty w zakładzie pogrzebowym. Wpłynęła na to okoliczność zakończenia finansowania przez rząd Stanów Zjednoczonych budowy nadprzewodzącego superakceleratora, dzięki któremu miano prowadzić badania nad fizyką cząstek. Inny fizyk cząstek elementarnych, Edward Witten, zanim zgodził się na udzielenie wywiadu poprosił Horgana o przysłanie jakiegoś już opublikowanego artykułu czy wywiadu. Horgan wysłał kilka. Gdy już doszło do spotkania,  Witten zaraz na wstępie, machając jednym z otrzymanych wywiadów, rozpoczął wykład na temat "tandetnej etyki dziennikarskiej" Horgana.  Mogłoby się wydawać, że zajmowanie się fizyką cząstek elementarnych dodaje człowiekowi wigoru. John Wheeler w wieku osiemdziesięciu lat gardził windą i wręcz biegał po schodach. Twierdził, że "windy są ryzykowne".  Miał chyba na myśli, że są awaryjne.  Ten specjalista od niewytłumaczalnych zjawisk świata fizyki zwykł powtarzać aforyzm: "W miarę jak rozrasta się wyspa naszej wiedzy,  powiększa się wybrzeże naszej niewiedzy". 

        Dzisiejszą listę dziwaków, oryginałów, osobowości malowniczych zamyka Andrej Linde, fizyk teoretyczny, kosmolog,  a ponadto... karateka. Podczas udziału w pewnym sympozjum naukowym w Szwecji i wypiciu kilku drinków rozwalił jednym uderzeniem karate skałę, a potem zrobił salto mortale w tył i na wyciągniętej dłoni położył dwie zapałki, z których jedna zaczęła dziwnie podskakiwać i drżeć. Na pytanie, co się dzieje, odpowiedział: "kwantowa fluktuacja".  No i weź rozmawiaj z takim!

niedziela, 12 września 2021

Organista z Bazyliki Bożego Ciała

      Grał na największych organach w Krakowie, prowadził chór, opowiadał najlepsze dowcipy i znał pięć języków obcych, w tym łacinę. Ksiądz kanonik regularny laterański Stanisław Świś pochodził Konstantowa, małej wioski na Lubelszczyźnie - 80 chałup, a w roku 1932, gdy się urodził, zapewne dużo mniej, w dodatku strzechą krytych. Musiałam doczytać, kim są owi kanonicy laterańscy, a zakon całkiem szacowny, bo od św. Augustyna się wywodzący. 

        Pełna nazwa brzmi: Zakon Kanoników Regularnych św. Augustyna Kongregacji Najświętszego Zbawiciela Laterańskiego. Oczywiście nikt nie jest w stanie tego zapamiętać, więc w skrócie mówi się po prostu Kanonicy Regularni. Ze względu na augustiańską regułę, z której wyrasta zakon  oraz późniejszego należącego do zakonu świętego, Kanonicy Laterańscy na krakowskim Kazimierzu mają szczególnie dwóch patronów: św. Augustyna oraz św. Stanisława Kazimierczyka, który tutaj w klasztorze zmarł i został pochowany pod posadzką (w późniejszym czasie ciało przeniesiono do renesansowego mauzoleum w ścianie bocznej świątyni).  Do Krakowa zakon przybył, obejmując w opiekę świątynię pod wezwaniem Bożego Ciała, w 1405 roku sprowadzony przez Jagiełłę. Bazylika zaś ufundowana ok. 1340 r. przez Kazimierza Wielkiego znajduje się we wszystkich publikacjach o zabytkach Krakowa i jest stałym punktem turystycznych podróży.  Wzniesiona w stylu gotyckim trójnawowa świątynia, z późniejszymi barokowymi i manierystycznymi elementami wystroju wnętrza, wywołuje wrażenie wzniosłej potęgi i zadziwia kunsztem dawnych mistrzów.  Na uwagę zasługują organy, zaprojektowane na 83 głosy czekają na wstawienie ostatnich trzech głosów językowych. Ciekawostką jest rozmieszczenie głosów organowych: 62 z nich znajduje się nad chórem, a 20 tworzy organy boczne w prezbiterium w zabytkowej barokowej szafie organowej z 1664 r. Odległość między nimi wynosi 70 metrów, jednak można na nich grać jednocześnie, co tworzy niepowtarzalną przestrzeń dźwiękową we wnętrzu świątyni, można grać utwory skomponowane na zasadzie echa. Przy czym ja tu piszę "głosy", "głosy językowe", "głosy organowe" a to nie to samo, co liczba piszczałek, bo jest  ich 5950 oraz 25 dzwonów.  Na jeden głos składa się bowiem szereg piszczałek odpowiednio uporządkowanych, najczęściej o identycznym kształcie (konstrukcji), chociaż różnej wielkości i wydających dźwięki o wyrównanej barwie i natężeniu. Nazwa głosu od razu sugeruje - przynajmniej organiście, bo zapewne nie każdemu laikowi - jego brzmienie. Na przykład głos Vox Humana 8` przypomina w niektórych rejestrach głos ludzki. 

         Już w 1413 roku widnieje zapis o uposażeniu organisty o imieniu Maciej, a później kolejnych aż do czasów współczesnych. Wzmianka o osobnym mieszkaniu przeznaczonym dla organisty sugeruje, że byli nimi ludzie świeccy,  choć w historii funkcjonowania Zakonu Kanoników na Kazimierzu bywali także organiści będący zakonnikami, czasami jako organiści główni, czasami jako pomocniczy. I właśnie jednym z nich w latach 1977 - 1991 był kanonik regularny laterański ks. Stanisław Świś  (1932 - 2003). Jego ciekawym życiorysem można by obdarzyć kilka osób. Już w dzieciństwie przejawiał zainteresowanie muzyką, uczył się więc u wiejskich muzykantów. Pozostawił zapis ponad 80 melodii z okolic Janowa Lubelskiego (dawny powiat biłgorajski) spisywanych w latach czterdziestych. Są w tym starym zeszycie dwunastoletniego chłopca cudne rzeczy, nutowy zapis polek, ludowych pieśni ("Na Kujawach powiadają..."), walców, fokstrotów i kolęd.  Aż się prosi, żeby to wydać.

http://kanonicy.pl/wp-content/uploads/Krakow/stan_swis_stary_zeszyt.pdf

      Po ukończeniu seminarium i uzyskaniu święceń kapłańskich w 1958 r.  pozostał w Krakowie i tam rozpoczął studia w Państwowej Wyższej Szkole Muzycznej (obecnie Akademia Muzyczna im. Krzysztofa Pendereckiego), z czym związane były pewne perypetie, bowiem w ówczesnych czasach jako duchowny nie mógł swobodnie uczestniczyć w zajęciach w stroju zakonnym, toteż otrzymał specjalne pozwolenie na używanie stroju świeckiego. Koledzy i koleżanki na studiach nie wiedzieli, że studiuje z nimi osoba duchowna. Ks. Świś studiował między innymi pod kierunkiem prof. Tadeusza  Machla, który wykładał kompozycję i instrumentację, natomiast pod kierunkiem prof. prof. Jana Jargonia i Franciszka Widełki doskonalił grę na organach. Ks. Świś bardzo dobrze grał też na skrzypcach.  

     W 1963 roku rozpoczął się, można by rzec, światowy etap biografii bohatera dzisiejszego wpisu. Najpierw wyjechał do Francji, gdzie przebywał w klasztorze w Beauchene, w Normandii. Znajduje się tam Sanktuarium Matki Bożej, którym kierują Kanonicy Regularni sprowadzeni w 1872 r. Wspólnota zakonna w Beauchene jest mała, ale międzynarodowa. Mają stronę internetową w pięciu językach,w  tym po polsku. Już w roku następnym 1964 ks. Świś przebywa w klasztorze św. Agnieszki w  Rzymie i  pełni funkcję organisty pomocniczego w Bazylice św. Agnieszki za Murami.  Kolejny rok 1965 i kolejny etap duszpasterskich peregrynacji to Birmingham w Wielkiej Brytanii, gdzie Kanonicy Laterańscy prowadzą polską parafię wśród Polonii od zakończenia II wojny światowej, gdy wielu Polaków pozostało za granicą. Od 1971 roku pracował w duszpasterstwie polonijnym w Stanach Zjednoczonych. Ostatecznie do kraju powrócił w 1977 roku, a lata spędzone za granicą owocnie wykorzystał także na doskonalenie znajomości języków obcych, gdyż w zakonnym seminarium prowadził zajęcia z języka angielskiego, włoskiego i łacińskiego. 

     W Bazylice Bożego Ciała po powrocie do kraju dał się poznać przede wszystkim jako organista pomocniczy, prowadził także chór klasztorny. Skomponował muzykę do wielu pieśni, hymnów i modlitw zakonnych, w tym hymnów do patronów Bazyliki Bożego Ciała, czyli św. św. Augustyna i Stanisława Kazimierczyka oraz hymny na nieszpory, do modlitw na Ciemne Jutrznie. W 1991 roku podjął posługę w Sanktuarium w Gietrzwałdzie, opracował i wydał zbiór pieśni maryjnych. Z tą przeprowadzką też jest anegdota związana, jak to pakował swoje rzeczy. Oczywiście jako zakonnik składał śluby ubóstwa, ale pasja do języków obcych, praca wykładowcy i tłumacza wymaga przecież zaplecza słowników. Toteż nazbierał ich sporo i opowiadał, jak to spakował je w "siedemnaście pudeł ubóstwa" - same słowniki.  Pozostawił też w rękopisach różne utwory, m.in. preludia organowe. No i gdzie teraz tego posłuchać? Zmarł w 2003 roku zupełnie niespodziewanie. Część kompozycji jest dostępna w Internecie, ale zdecydowanie za mało. Byłabym ciekawa owych Ciemnych Jutrzni, ale nie mogłam znaleźć. 

     

A tu nagranie organów z Bazyliki Bożego Ciała:

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

Sto lat temu w Ciechocinku

         Koniec lipca 1921 r.  roku przeszedł do historii z rekordowymi upałami dochodzącymi do 40 stopni C. W dniach 29 - 30 lipca padł rekord ciepła w granicach ówczesnej Rzeczpospolitej. Gazety w całym kraju donosiły o  suszach na polach uprawnych, polewaniu wodą ulic i zagrożeniu brakiem wody pitnej z obniżonych stanów wody w ujęciach miejskich. W Krakowie otworzono wszystkie łaźnie miejskie i odwszalnie, ale z kolei Magistrat stanął przed dylematem: polewać ulice wodą z beczkowozów czy zapewnić dopływ wody pitnej na wyższe piętra mieszkańcom kamienic ("Nowy Dziennik", 29 lipca 1921). Na Podlasiu pożółkły przedwcześnie łęty kartoflisk ("Dziennik Białostocki", 30 lipca 1921). "Słowo Pomorskie" z 29 lipca 1921 r. zapowiadało na dzień następny temperaturę rzędu 36 stopni C, a "Nowy Dziennik" ogłosił apogeum temperatury w granicach 50 stopni na 31 lipca.  Zapewne w cieniu było to około 35-40 stopni, 50 ewentualnie pojawiło się na słońcu. Sto lat temu, jak i dzisiaj, ostrzegano przed niekorzystnymi i tragicznymi skutkami zdrowotnymi, zdarzały się udary, omdlenia, utonięcia. Na przełomie lipca i sierpnia pojawiły się gwałtowne burze, gradobicia i ulewne deszcze od Krakowa, przez centralną Polskę, po Mazury, które na krótko ochłodziły powietrze, przynosząc jednak sporo zniszczeń i zrywając linie telefoniczne ("Nowy Dziennik", 5 sierpnia 1921). Deszcze okazały się błogosławieństwem dla mieszkańców Torunia, gdzie z powodu wcześniejszych upałów i braku wody "kurz tumanami unosił się w górę - zasypując oczy przechodniom, deszcz więc, choć trwał krótko, zalał ulice, oczyszczając przez to powietrze, które było wprost już nie do zniesienia".

      2 sierpnia 1921 r.  dziewiętnastoletni Jan Kiepura przyjechał na trzy tygodnie do Ciechocinka leczyć gardło u doktora Teodora Herynga, specjalisty laryngologa, założyciela  zakładów inhalacyjnych w Warszawie i Ciechocinku.W liście do rodziców z 10 sierpnia niedawny maturzysta pisał o zdiagnozowanym chronicznym katarze nosa i gardła, ale "krtań jest zdrowa, a to ona jest źródłem głosu".  Wtedy jeszcze, choć marzyła mu się sława śpiewaka, nic nie wskazywało, że chłopak z Sosnowca zrobi światową karierę. Rodzicom skarżył się, że w Ciechocinku mu się nudzi i nie wiadomo, czy trzytygodniowy pobyt wystarczy na kurację. Ostatecznie okazało się, że kuracja nie pomogła na długo, a z nieżytem dróg oddechowych zmagał się Kiepura przez całe życie, mając świadomość niebezpieczeństwa rychłego i nieoczekiwanego zakończenia kariery.  

        W latach międzywojennych, po potwierdzeniu w 1919 r. praw miejskich, Ciechocinek włączono do uzdrowisk państwowych i zaczął prężenie się rozwijać, stając się największym i najnowocześniejszym uzdrowiskiem nizinnym. Sprowadzono nowe urządzenia  zabiegowe, dokonano odwiertu pierwszej cieplicy, przeprowadzono melioracje osuszające wilgotne  okoliczne niziny, przeprowadzono elektryfikację. Ciechocinek stał się terenem nowoczesnych projektów architektonicznych, jak np. za sprawą pływalni termalno-solankowej wraz z  budynkiem basenowym o kształcie okrętu według projektu Aleksandra Szniolisa i Romualda Gutta czy modernistycznego budynku Poczty Polskiej projektu tegoż Romualda Gutta i  Józefa Jankowskiego. Twórcy Romuald Gutt i  Aleksander Szniolis otrzymali za pływalnię nagrodę w krajowych eliminacjach do letnich Igrzysk Olimpijskich w 1936 r. Pod koniec okresu międzywojennego, w 1930 roku Ciechocinek liczył 5300 mieszkańców.  

          Co mógł widzieć Kiepura w Ciechocinku w 1921 roku? Oczywiście słynne tężnie solankowe wzniesione z inicjatywy Stanisława Staszica według projektu Jakuba Graffa: ustawione w kształt podkowy tężnie I i II powstały w latach 1824 - 1828, tężnia III w 1859 r. Stanowią unikatową w skali Europy największą drewnianą konstrukcją służącą do odparowywania wody z solanki. Mają ponad 15 m wysokości, a ich łączna długość wynosi 1741,5 m.  Na ulicy Kościuszki wzrok przyciągała "Willa pod Orłem", w której w latach 1921 - 1941 znajdował się Dom Dobrego Pasterza dla emerytowanych i schorowanych księży. Pod okiem Franciszka Szaniora od ostatniej dekady XIX wieku rozwijał się i powiększał założony w latach 1872 - 1875  najstarszy Park Zdrojowy z budynkiem pijalni w stylu szwajcarskim, zwanym Kursalem. Wśród 140 gatunków zidentyfikowanych roślin rósł także wiekowy dąb szypułkowy znacznie później, bo w 2011 r. uznany za pomnik przyrody z nadanym imieniem "Konstanty". Kiepura mógł w parku podziwiać egzotyczne drzewa jak miłorząb dwuklapowy czy korkowiec. Czy odwiedzał Pijalnię Wód Mineralnych wzniesioną w 1880 roku? Może spacerując po parku widział na przykład fontannę uwiecznioną na pocztówce z 1921 r.   Nie został jeszcze zaprojektowany przez Jerzego Raczyńskiego słynny solankowy Grzybek, który pojawiał się dopiero w roku 1926, tylko zwykłe tryskające w górę strumienie ze środka stawu. 

         W 1909 r. na tyłach pijalni wzniesiono muszlę koncertową w stylu zakopiańskim według projektu Waldemara Feddersa, ale cóż, Kiepura jeszcze wtedy koncertów nie dawał. Musiał leczyć gardło, żeby myśleć o wielkiej śpiewaczej karierze, która już wkrótce miała nabrać rozpędu i zaprowadziła go na szczyty międzynarodowej popularności. Chłopak z Sosnowca zawojował świat od Wiednia, Berlina, Mediolanu, przez Royal Albert Hall, Covent Garden, MET, Teatro Colon, po Hollywood. A po drodze śpiewał na balkonach hoteli, na dachach samochodów i na stopniach samolotu, a nawet dla robotników w hali fabrycznej FSO na Żeraniu. Jedna z niepotwierdzonych anegdot głosi, że Kiepura po kilku latach zawitał ponownie do Ciechocinka i chciał zaśpiewać w kościele św.św. Piotra i Pawła w stylu neogotyckim, ale proboszcz się nie zgodził. Kiepura się nie obraził, tylko zaśpiewał cały koncert dla mieszkańców i kuracjuszy na placu przed kościołem.

        Od 1998 roku na początku sierpnia w Ciechocinku co roku dobywa się Festiwal Operetkowo-Operowy zainicjowany i prowadzony przez śpiewaka (bas) Kazimierza Kowalskiego, byłego dyrektora Teatru Wielkiego w Łodzi,  założyciela Polskiej Opery Kameralnej, znanego z wielu radiowych audycji popularyzatora muzyki operowej i operetkowej.  W tym roku festiwal odbywa się w dniach  7 - 11 sierpnia. Niestety, właśnie wczoraj, 1 sierpnia, na tydzień przed rozpoczęciem festiwalu zmarł jego inicjator - Kazimierz Kowalski, o czym poinformowały najpierw wszystkie stacje Polskiego Radia. Nie wiem więc czy festiwal w ogóle się dobędzie, a jeżeli nawet, naznaczony będzie żalem i smutnym pożegnaniem.

Wzruszające E lucevan le stelle


Świetna kadencja w La donna e mobile 


     2 sierpnia 2021 r. wsiadłam do pociągu i ruszyłam do Ciechocinka mając w uszach głos Jana Kiepury. 

poniedziałek, 26 lipca 2021

Stanisław Lem - patron 2021 roku

 


      Znał sześć języków, a podczas egzaminu z marksizmu, gdy kończył po wojnie medycynę, stwierdził, że Marksa czytał w oryginale i jego teorię może wyjaśnić tylko po niemiecku (oczywiście plótł niesamowite bzdury, bo wiedział, że egzaminator niemieckiego nie znał); nie lubił żadnej ekranizacji swoich powieści; snuł futurystyczne wizje, ale na pytanie o przyszłość cywilizacji wzruszał ramionami, że nie jest wróżką; Phillip K. Dick pisał na niego donosy do CIA twierdząc, że LEM to nie nazwisko, lecz nazwa tajnej komunistycznej komórki wywiadowczej - Stanisław Lem, jeden z nielicznych polskich pisarzy, który zdobył autentyczną popularność w świecie ugruntowując swoim nazwiskiem nową dziedzinę humanistyki: lemologię (termin Jerzego Jarzębskiego), jest jednym z patronów 2021 roku w stulecie swoich urodzin. 

      Urodził się we Lwowie i do końca lwowianinem pozostał, mimo że po wojnie aż do śmierci w 2006 roku mieszkał w Krakowie. W latach 80. po wprowadzeniu stanu wojennego przez kilka lat przebywał na emigracji, ale nigdy nie zrzekł się polskiego obywatelstwa i do Polski powrócił. Nigdy jednak nie chciał odwiedzić rodzinnego miasta - Lwowa. Lata dzieciństwa i młodości tam spędzone opisał we wspomnieniowej książce "Wysoki Zamek".  Światową sławę przyniosły mu utwory z gatunku science fiction, chociaż określenie gatunku czy raczej gatunków, jakimi się parał, nie jest łatwe do jednoznacznego określenia. Owszem, to jest literatura fantastycznonaukowa, ale tak naprawdę są to książki filozoficzno-socjologiczne.  Akcja rozgrywa się w kosmosie, lecz dotyczy problemów ludzkich w zderzeniu z możliwymi (lub niemożliwymi) perspektywami rozwoju nauki. Nawet gdy Lem sięga po wyświechtaną konwencję kryminału, jak w "Katarze", w rzeczywistości okazuje się, że chodzi o prawo wielkich liczb jako jedynego wytłumaczenia kształtowania rzeczywistości przez tzw. sekwencję przypadków.  

        Lem analizuje kondycję człowieka w sytuacjach ekstremalnych, w zderzeniu z Innym, próbuje docierać do granic ludzkiego poznania, analizuje perspektywy cywilizacyjnego rozwoju, diagnozuje ludzkie ułomności. Futurystyczne wizje przyszłości są tłem dla egzystencjalnych i psychologicznych refleksji. Dlatego też, być może, postawiwszy kropkę nad "i" w powieści pod znamiennym tytułem "Fiasko", przestał pisać beletrystykę. Kontynuował pisarstwo eseistyczne, felietony, komentujące współczesność, analizując nawet zjawiska literackie. "Okamgnienie" czy "Bomba megabitowa" to książki całkiem serio, w których Lem ujawnia swoje poglądy na rozwój nauki, cywilizacji i społeczeństwa. Nie brak w nich autoironii, sarkastycznego dowcipu i wspaniałej polszczyzny. O skali poczucia humoru może świadczyć także "Doskonała próżnia" - zbiór recenzji nieistniejących książek. Świadectwem zaś językowej inwencji są liczne neologizmy rozsiane w twórczości: elektrycerz, długoń, dzieciomiot, mimoid. 

     Dopiero dzisiaj, nasz współczesny świat potwierdza, że Lem-prorok miał rację: powstała globalna sieć informacyjna - Internet, przebywamy w wirtualnym świecie, posługujemy się tabletami, które on nazywał optonami, i e-bookami, które nazwał lektonami. Przewidział eksperymenty genetyczne, klonowanie i smartfony, które w jego utworach były kieszonkowymi telewizorami. Nawet sieć Wi-Fi, nazywaną trionem. Transformacje ludzkiego ciała i cyborgizację - przecież już można dzisiaj płacić przy pomocy nadgarstka z wszczepionym czytnikiem płatniczym (TUTAJ artykuł na ten temat).  Niewątpliwie więc Stanisław Lem był pisarzem z trzydziestomilionowym nakładem powieści w 40 językach, ale także przenikliwym obserwatorem zmian cywilizacyjno-społecznych. Nie wypada go nie znać. 

niedziela, 25 kwietnia 2021

Hajnowskie i janowskie zwycięża

          W konkurencji ludowej pieśni. Tegoroczne Nagrody Radiowego Centrum Kultury Ludowej "Muzyka Źródeł" powędrowały do śpiewaczek z Dobrowody w gminie Kleszczele, powiat hajnowski, czyli na Podlasie, oraz do Zbigniewa Butryna z Janowa Lubelskiego,  rekonstruktora suki i założyciela Szkoły Suki Biłgorajskiej w Szklarni. 

Położenie geograficzne gminy Kleszczele i Dobrowody w powiecie hajnowskim:




           Zespół śpiewaczy z Dobrowody tworzą trzy panie: Nina Jawdosiuk (ur. 1942),  Walentyna Klimowicz (ur. 1943) i Barbara Jakimiuk (ur. 1945). Przecudne głosy i starodawne lokalne pieśni, a jakim cudnym językiem śpiewane. Aż się łezka w oku kręci.


          Zbigniew Butryn (ur. 1952), etnograf z praktyki, lutnik-amator, basista i skrzypek, wieloletni członek Kapeli Dudków ze Zdziłowic, odtworzył sukę na podstawie rysunku. Stopniowo doskonaląc swoje dzieła, wykonał w sumie kilkadziesiąt różnych instrumentów. Mimo że sukę określa się jako instrument biłgorajski, tak naprawdę jest ona kocudzka. nazwę zaś "biłgorajska" wzięła stąd, że w folklorystyce region tutejszy w wielu aspektach sztuki ludowej (stroju, muzyki, a także dawnego podziału administracyjnego) funkcjonuje pod nazwą obszaru tarnogrodzko-biłgorajskiego, a jeszcze w czasach II wojny światowej Kocudza należała do powiatu biłgorajskiego. No i mamy takie pomieszanie w nazewnictwie. 

Powiat janowski z ważnymi miejscowościami istotnymi dla odkrycia i funkcjonowania suki: Janowem Lubelskim, Szklarnią i Kocudzą



Tu zaś pierwszy portret pana Butryna:


A tu więcej szczegółów i muzyka:

niedziela, 21 marca 2021

Zmarł Adam Zagajewski

 

Ostatnia burza


Kto odchodzi.

Kto pił milczenie.

Już tylko burze krzyczą  w sierpniu

jak szaleniec, którego zabiera karetka pogotowia.

Gałęzie biją nas po policzkach.

Liście olch pachną snem, olejem siennym.

Trzeba słuchać, słuchać, słuchać.

Źródła zmęczone oddychają pod wodą.O czwartej nad ranem

ostatni samotny piorun

rysuje coś szybko na niebie.

Mówi "Nie". Albo "Nigdy".

A może: "Odwagi, ogień nie zgasł".


piątek, 1 stycznia 2021

One były pierwsze, część IV - Michalina Isaakowa w Amazonii

       Pierwsza dopłynęła do źródeł Parany w Ameryce Południowej; przemierzała amazońską puszczę zanim dotarł tam inny słynny podróżnik Arkady Fiedler i to on napisał później wstęp do jej wspomnieniowej książki. Z pierwszej podróży przywiozła do Polski kolekcję 15 tysięcy motyli; jej wykłady i prezentacje rozwijały ówczesną polską entomologię. Naukową i podróżniczą pasję, a zarazem testament męża zrealizowała mając 46 lat jako wdowa po entomologu amatorze. Z drugiej wyprawy nie wróciła, zaginęła bez wieści, ciała nigdy nie odnaleziono. 

     Michalina Isaakowa, z domu Hochbaum, (1880 - 1937) nie widnieje w "Almanachu entomologów polskich XX wieku" wydanym w 2001 roku i jest to zdecydowane niedopatrzenie redakcji, ponieważ należała do Polskiego Towarzystwa Entomologicznego. Jej działalność badawcza i odkrywanie nowych gatunków, zwłaszcza motyli Ameryki Południowej, wynikały początkowo z kontynuacji prac naukowych męża, Juliusza Isaaka, jednakże po jego śmierci w 1923 roku Michalina krok po kroku realizuje własne cele. W puszczy amazońskiej odnajduje spełnienie naukowych aspiracji, jedność ze światem natury, eksplorując świat owadów, sprawdza granice swojej wytrzymałości na niesprzyjające warunki klimatyczne i odosobnienie. 

     Pierwsza podróż do Ameryki Południowej podjęta w 1926 roku zaowocuje książką "Polka w puszczach Parany" wydaną w 1936 r. Jednocześnie przygotowuje się do drugiej wyprawy za ocean, planując nie tylko prace badawcze nad motylami, ale i wyprawę o charakterze etnograficznym. Michalina Isaakowa zamierza wykonać dokumentację zdjęciową amazońskich plemion. Wyrusza prawdopodobnie pod koniec 1936 roku,  w jednym z listów zapowiada bowiem podjęcie wyprawy w listopadzie. Niestety, ślad się urywa gdzieś nad Ukajali. Zaginęła bez śladu. 

     Książka "Polka w puszczach Parany" jest w całości zdigitalizowana i dostępna w sieci: 232 strony reportażowych wspomnień opatrzonych wstępem Arkadego Fiedlera i samej autorki. W 2011 roku Wydawnictwo CM w  ramach serii Galeria Polskich Podróżników po 75. latach od przedwojennego pierwodruku wypuściło drugie wydanie. Lektura daje wgląd w niezwykłą badawczą i poznawczą pasję autorki, okupionych siłą woli i determinacją, wobec których nasze zwykłe uciążliwości dnia codziennego wydają się zaledwie igraszką. Raz po raz człowiek odczuwa podziw dla tej kobiety, która najpierw przez trzy lata przygotowywała się do podróży (m.in. kompletowała garderobę w kolorze zielonym oraz brała lekcje jazdy konnej), a w czasie rejsu statkiem z Marsylii do Rio de Janeiro studiowała samouczek do języka portugalskiego, który zresztą ocenia ona jako łatwy ze względu na podobieństwo do łaciny i francuskiego. 

      Michalina Isaakowa z jednakową dokładnością opisuje motyle, jak i zachowania ludzi, wygląd egzotycznego dla niej miasta, relacje międzyludzkie. Krótkie scenki rodzajowe z miejsc, w których przebywa, zdradzają iście pozytywistyczny realizm, a z drugiej nacechowane są wyraźną pasją poznawania tego, co nowe, odmienne od nawyków np. europejskich. Jednocześnie autorka ani przez moment nie traci z oczu celu swojej podróży, stąd też dla uczczenia swoich imienin wybrała się do Ogrodu Botanicznego. Innym razem, zaraz na początku pobytu w Brazylii, ekscentrycznym dość sposobem złowiła pierwszego motyla: "Przechodząc miejskim bulwarem na Praia Flamengo, zwyczajem entomologa rozglądam się po pniach drzew w celu znalezienia spoczywających owadów. I rzeczywiście  widzę dużego motyla - zmrocznika przytulonego do pnia palmy, ale na takiej wysokości, że go ręką dosięgnąć było trudno. Obok na ławce spoczywa jakiś Portugalczyk zajęty czytaniem gazety. Podchodzę bez namysłu, biorę mu z ręki dziennik, zwijam go w kulkę i staram się spłoszyć nim ciekawy okaz. Dopiero kiedy już miałam zdobycz w ręce, orientuję się w popełnionej niegrzeczności waględem owego pana z gazetą. Z wyrazem "pardon" zwracam mu porządnie zmięty dziennik". 

      Na początku pobytu przeceniwszy swoje fizyczne możliwości, mdleje na ulicy pod wypływem porażenia słonecznego. Szybko jednak dochodzi do siebie i wyrusza w głąb kraju, płynie statkiem do Kurytyby, gdzie poznaje tamtejszą liczną dosyć Polonię. Kolejny przystanek w Ponta Grossa, tutaj też kontakty z Polonią, ale przede wszystkim wycieczki do puszczy w poszukiwaniu owadzich okazów. Zresztą owady Michalina łowi w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, np. zdejmując je z ramienia współpasażera w pociągu. "Obecnie przypadkowa ta zdobycz entomologiczna stanowi prawdziwą ozdobę dotychczasowego zbioru kózkowatych chrząszczy (Cerambycidae), cieszy mnie niezmiernie oryginalnością swych ślicznych rożków i jako okaz rzadki ma poważną wartość materialną". 

      W głąb dżungli podróżniczka wyrusza z grupą karośników zajmujących się przewozem towarów między polskimi koloniami. Śpi pod gołym niebem, myje się w strumieniu, razem z przewoźnikami pije rano kawę i je banany na śniadanie. "Teraz dopiero jestem na prawdziwym szlaku owadzim, jadę bowiem szlakiem przyrodników: dra Jaczewskiego, ks. Wierzejskiego, ś.p. Tadeusza Chrostowskiego, ku rzece Ivahy. Jestem dumna, że mi te same grożą niebezpieczeństwa, które im groziły, i te same przygody, które oni przeżywali. Uśmiecham się do swego przyszłego życia i czuję się najszczęśliwszą z ludzi".

     Michalina Isaakowa opisuje niszczycielską działalność mrówek i sposoby uprawy manioku; niebezpieczne spotkanie z grzechotnikiem i zwierzęta hodowlane; rodzaje gleby i wygląd mieszkań; spotkanie z mrówkojadem i najpiękniejsze okazy łuskoskrzydłych. Szczególne wzruszenie budzą opisy pobytu u Polaków, czasem wieloletnich emigrantów. Poznajemy tryb ich życia, warunki uprawy pól, hodowli zwierząt, trudy karczowania lasów, niebezpieczeństwa i radości codziennego życia. Isaakowa opisuje miedzy innymi wyrób tytoniu, celebrowanie świąt i rocznic narodowych. Są też wstrząsające obrazy działalności zorganizowanych band rabusiów, którzy okradają osiadłych emigrantów w biały dzień. Przypomina to ściąganie haraczu, a powtarza się co jakiś czas, gdyż brakuje jakiejkolwiek zorganizowanej obrony. Polskim kolonizatorom autorka poświęca wiele ciepłych słów, wdzięczna im za gościnę, a zarazem dostrzega, w jak trudnych warunkach żyją. Dwuletni czas podróży obfituje w przygody i obserwacje różnorakiej natury. Słowem, książka Michaliny Isaakowej zdecydowanie wykracza poza ściśle przyrodniczy charakter, a dla polskiego czytelnika ma dodatkowy niezaprzeczalny walor emocjonalny. 


Wybrana bibliografia:

Dzimira-Zarzycka, Karolina, Michalina Isaakowa. Z siatką na motyle w puszczy tropikalnej, Historia Poszukaj. Portal edukacyjny,   https://www.historiaposzukaj.pl/wiedza,osoby,1125,osoba_michalina_isaakowa.html [dostęp 30 grudnia 2020]

Isaakowa, Michalina, Polska w puszczach Parany, Księgarnia świętego Wojciecha Poznań 1937, https://www.wbc.poznan.pl/dlibra/publication/242176/edition/202183/content [dostęp 29 -30 grudnia 2020]

Lipiec, Aleksandra, "Polka w puszczach Parany" Michaliny Isaakowej - wprowadzenie do wydania krytycznego, Artes Humanae 3/2018, str. 129 - 141.

Michalina Isaakowa, Polka w puszczach Parany, Ciekawe miejsca. Internetowy przewodnik turystyczny, https://www.ciekawe-miejsca.net/michalina_isaakowa_polka_w_puszczach_parany [dostęp30 grudnia 2020]

Ryciak, Ula, Łowczyni motyli. Michalina Isaakowa (1880 - 1937), w: Poławiaczki pereł. Pierwsze Polki na krańcach świata, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2020, str. 12 - 90.


       

piątek, 11 grudnia 2020

Pierwsza Polka na Dachu Świata

         Kontynuuję cykl o Polkach, które dotąd mało znane, zasłużyły się w historii kultury i odkryć na skalę znacznie przekraczającą granice naszego kraju. W pierwszym odcinku bohaterką była Regina Salomea Pilsztyn, której los i zainteresowania poprowadziły drogą medycznej kariery do stambulskiego haremu sułtana Mustafy III. Był to wiek XVII. Odcinek drugi poświęciłam hrabinie Ewie Dzieduszyckiej, która zafascynowana Indiami powędrowała aż do stóp Himalajów. Ale to młodsza o rok Jadwiga Toeplitz-Mrozowska (1880 - 1966) wspięła się jeszcze wyżej i położyła niezbywalne zasługi dla odkryć geograficznych w regionie pamirskich szczytów. 

      Od dzieciństwa chciała zostać aktorką i została nią, mimo braku formalnego aktorskiego wykształcenia, wzbudzając z jednej strony aplauz męskiej części widowni, a z drugiej zgorszenie odważnie kreowanymi bohaterkami kobiet wyzwolonych. Pierwszy mąż Longin Poray-Wybranowski zarzuci jej, że w życiu również gra postać teatralną - wyzwoloną i demoniczną Lulu ze sztuki Wedekinda "Demon ziemi".  Rozstanie tej pary było kwestią czasu. Jadwiga Mrozowska na początku XX wieku zasłynęła jednak kreacjami w teatrach lwowskich i krakowskich, grając w sztukach Fredry, Szekspira, Wyspiańskiego, Słowackiego, Przybyszewskiego czy Zygmunta Krasińskiego. Tadeusz Boy Żeleński pisał o niej erotyki, a ona wykreowała na scenie postać specjalnie dla niej napisaną Markizę. Miała też ambicje operowe. W 1910 r. wyjechała na stałe do Włoch, by podjąć studia śpiewacze jako sopran liryczny. Występowała w prowincjonalnych teatrach operowych. Ani scena teatralna, ani operowa nie stały się ostatecznym celem jej światowych sukcesów.

      W 1918 roku we Włoszech poślubiła milionera Józefa Toeplitza, dzięki któremu mogła bez przeszkód realizować swoją największą pasję - podróże. Bynajmniej nie były to podróże w stylu dzisiejszych instagramowych przechwałek przed oczami znajomych. Jadwiga Mrozowska wyruszyła na szlaki dotąd nieznane i niezbadane. Podróżuje przez Indie, Cejlon, Birmę, Azję Mniejszą, dolinę Eufratu i Tygrysu oraz Persję. Jej wyprawy stają się coraz bardziej profesjonalne i naukowe. Szuka sposobów na dotarcie tam, gdzie nie wpuszczają obcokrajowców. Na przykład żeby dostać się do światyni boga Śiwy w Maduraju, zakłada sari i przebiera się za Hinduskę. W przerwach między podróżami wygłasza odczyty, sprawozdania i relacje, pisze książkę "Visioni Orientali". Zostaje przyjęta do Włoskiego Kólewskiego Towarzystwa Geograficznego.  

        W 1925 roku poznaje Rabindranatha Tagore, którego gości w swoim mediolańskim salonie. Indyjski noblista objeżdża Europę w wielkim tournee wzbudzając zainteresowanie kulturą Wschodu. Zbliża się rok największego przedsięwzięcia, jakim była prawdziwie badawcza wyprawa na Pamir. Tak też zostanie zatytułowana relacja: "Moja wyprawa na Pamiry w roku 1929".  Jadwiga Mrozowska wykonała podczas niej mapy nieznanych terenów, odkryła nieznane zakątki, przełęcze, doliny, wyjaśniła przyczynę wysychania jeziora Zorkul, wytyczyła nowe szlaki, którymi dotąd nie przeszła ludzka stopa. Jej imieniem nazwano przełęcz na wyskości 4200 metrów n.p.m.. Włoskie Towarzystwo Geograficzne nagrodziło ją złotym medalem, który po raz pierwszy został przyznany kobiecie. W polskim czasopiśmie "Wszechświat" z 1931 r. ukazał się artykuł omawiający odkrycia geograficzne dokonane przez ekspedycję pod kierownictwem Polki. 

      Całe swoje bogate życie Jadwiga Mrozowska opisała w autobiograficznej książce "Słoneczne życie", gdzie znajdują się wspomnienia z szeregu innych wypraw, np. do Afryki Północnej oraz opis drogi życiowej, która zaprowadziła ją do atlasu geograficznego. 

      Jadwiga Mrozowska-Toeplitz po wojnie zajęła się ogrodnictwem. Uprawia owoce, które zdobywają nagrody na targach sadowniczych. Znajduje spełnienie w codziennym kontakcie ze światem roślin. Notka ta nie pretenduje do całościowego przedstawienia jej osobowości, bowiem różnorodność jej osiagnięć znacznie przekracza skromne ramy blogowych wpisów.  

Wybrana bibliografia:     

Karolina Dzimira-Zarzycka: Jadwiga Toeplitz-Mrozowska - na dachu świata, culture.pl  https://culture.pl/pl/artykul/jadwiga-toeplitz-mrozowska-na-dachu-swiata

Karolina Dzimira-Zarzycka: Na czele włoskiej ekspedycji. Najtrudniejsza wyprawa Jadwigi Toeplitz-Mrozowskiej, Historia: Poszukaj. Portal eukacyjny    https://www.historiaposzukaj.pl/wiedza,osoby,554,osoba_jadwiga_toeplitz_-_mrozowska.html 

Łucja Iwanczewska: Jadwiga Mrozowska-Toeplitz. Pozostać sobą..., Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek, pod red. Ewy Furgał, Fundacja Przestrzeń Kobiet, Kraków 2009, str. 58 - 64.

Paweł Ordyński: Pierwsza włoska wyprawa na Pamiry, "Wszechświat. Pismo Przyrodnicze", maj-czerwiec 1931, nr 5 -6, str. 137 - 142.    https://bcpw.bg.pw.edu.pl/dlibra/publication/2090/edition/2105/content?&meta-lang=pl

Jadwiga Mrozowska, Encyklopedia Teatru Polskiego,     http://www.encyklopediateatru.pl/osoby/39483/jadwiga-mrozowska

Niesamowita kobieta - aktorka i podróżniczka,    https://polonia.edu.pl/niesamowita_kobieta/

Ula Ryciak: Poławiaczki pereł. Pierwsze Polki na krańcach świata, Wydawnictwo Znak, Kraków 2020.


czwartek, 29 października 2020

One były pierwsze - Polka, która jako pierwsza opisała kulturę Indii i Himalajów

      Polskie podróżniczki w Azji. Dla Jadwigi Toeplitz-Mrozowskiej, hrabiny Ewy Dzieduszyckiej, Marii Czaplickiej Europa była stanowczo za ciasna: "przejechałam już wzdłuż i wszerz Europę - kontynencik przyczepiony do Azji jak niemowlę do piersi matczytnej. Nie miałam  tutaj już niczego więcej do szukania!" - pisała pierwsza z wymienionych. Poprzedziła je w XVIII wieku Regina Salomea Pilsztynowa z domu Rusiecka, która została pierwszą Polką na oficjalnym stanowisku nadwornego lekarza sułtańskiego dworu i haremu w Stambule. Poświęciłam jej poprzedni wpis. 

     Czas na kolejną pionierką - hrabinę Ewę Dzieduszycką (1879 - 1963), która jako pierwsza Polka opisała swoje podróże przez Indie i Bengal Zachodni u stóp Himalajów. Jej książka "Indye i Himalaje: wrażenia z podóży" (Lwów 1912) jest ciekawym, bogatym reportażowym zapisem podróży po takich miejscach, jak między innymi: Mumbaj (późniejszy Bombaj), Dehli, Benares (obecnie Waranasi), Kolkata (Kalkuta), Dardżyling. Dzieduszycka wyjechała do Indii właściwie łapiąc okazję, gdyż jej mąż udawał się do Bombaju na  organizowaną tam sprzedaż koni z hodowli arabskich. 

       Hrabia Władysław Dzieduszycki, syn dyplomaty w parlamencie austro-węgierskim Wojciecha Dzieduszyckiego, miłośnik arabskich koni, osiadł z małżonką w rodzinnej posiadłości w Jezupolu. To tutaj młoda hrabina Ewa wzbudzała popłoch, gdy jako pierwsza kobieta w okolicy sprowadziła sobie rower i pędziła na nim przez wiejskie drogi. Jeszcze przed zamążpójściem dzięki opiece ciotecznej babki Anieli zwiedziła kawał Europy, była więc panną światową. Zapał podróżowania po zamążpójściu bynajmniej nie wygasa. Poznaje uroki zdobywania szczytów, jeździ w Karpaty, wędruje nad Czarny Staw Gąsienicowy, zdobywa Kozi Wierch, z czasem zostaje alpinistką i jako pierwsza kobieta wchodzi na Wielkiego Wenecjanina (3657m) w Alpach. Trzeba pamiętać, że kobiety w tamtym czasie wciąż chodzą w długich sukniach. Ewa Dzieduszycka do jazdy na rowerze i na wyprawy spina doły sukni agrafkami, żeby się nie plątały między nogami. Gdy już zasmakowała we wspinaczce, postanawia nauczyć się jeździć na nartach. Jej instruktorem jest nie byle kto, bo Mariusz Zaruski - założyciel Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego. Zaledwie po tygodniu nauki zjeżdża nocą znad Smreczyńskiego Stawu do Zakopanego. 

      Na mapie podróży hrabiny znalazło się jeszcze wiele krajów i regionów. Poza Indiami także Afryka Północna  z Egiptem, Palestyna, Grecja, Rumunia. Miasta takie jak Paryż, Wiedeń to tylko przystanki, miejsca zakupów i spektakli teatralnych, na które jeździ regularnie. Tymczasem zaś urodziła także troje dzieci: ma córkę i dwóch synów. Po wybuchu wojny w 1939 r. rodzina przeniosła się do Stanisławowa, a później do Lwowa, gdzie Władysław Dzieduszycki został aresztowany przez Rosjan i osadzony w słynnym więzieniu na Zamarstynowie. Ewa już nigdy go nie zobaczyła, podobno został przez Rosjan zamordowany. Wkrótce sama też doświadczyła więzienia, gdy po przeprowadzce do Krakowa w 1944r. aresztowano ją wraz z najmłodszym synem Wojciechem i synową i osadzono na Montelupich. Dzięki zabiegom znajomych i rodziny Ewę zwolniono, ale syn i synowa zostali zesłani do obozu Gross-Rosen.  

     Okres wojenny przeżyła więc hrabina Dzieduszycka  doświadczając cierpienia i straty. Na szczęście najmłodszy syn przeżył i  po wojnie zamieszkała z nim we Wrocławiu. Tam z  kolei angażuje się w odkrywanie Śląska, pisując reportaże, arykuły o urokach regionu, który wciąż przemierza na własnych nogach. Do końca nieposkromiona w swojej aktywności cieszyła się życiem. Dopiero gdy w podeszłym wieku złamała nogę w biodrze, rodzinie udało się ją namówić na spisanie wspomnień. Autobiograficzna książka pod tytułem "Podróżniczka" ukazała się dopiero w 2018 roku.


Bibliografia:

Mateusz Będkowski: Pierwsze Polki na krańcach świata. histmag.org [dostęp 27.10.2020]

Ewa Dzieduszycka. Archiwum ofiar terroru nazistowskiego i komunistycznego w Krakowie 1939 - 1956 [dostęp 27.10.2020] 

Ewa Dzieduszycka, "Podróżniczka" (wspomnienia kresowej arystokratki wyciągnięte z szuflady po pół wieku). Kresy zaklęte w książkach [dostęp 27.10.2020] 

Hrabina globtroterka. Historia Ewy Dzieduszyckiej. Audycja - Spotkania po zmroku/ Dwójka Polskiego Radia. 16.05.2018. [plik audio https://www.polskieradio24.pl/8/3869/Artykul/2121655,Dzieduszycka-byla-prekursorka-kobiecego-reportazu]

Hrabina Ewa Dzieduszycka. Zapalona globtroterka. "Podróżniczka". kultura. gazetaprawna.pl 08.02.2018 [dostęp 27.10.2020]

Niezwykły pamiętnik hrabiny Ewy Dzieduszyckiej. ksiazka.net.pl [dostęp 27.10.2020] 

Ula Ryciak: Poławiaczki pereł. Pierwsze Polki na krańcach świata. Wydawnictwo ZNAK. Kraków 2020.

Agata Świerzowska: "Indye i Himalaje: wrażenia z podróży". Kultura polska wobec zachodniej filozofii ezoterycznej w latach 1890 - 1939 [dostęp 27.10.2020] 


niedziela, 25 października 2020

One były pierwsze - polska lekarka w stambulskim haremie

     Polskie podróżniczki w Azji. Dla Jadwigi Toeplitz-Mrozowskiej, hrabiny Ewy Dzieduszyckiej, Marii Czaplickiej Europa była stanowczo za ciasna: "przejechałam już wzdłuż i wszerz Europę - kontynencik przyczepiony do Azji jak niemowlę do piersi matczytnej. Nie miałam  tutaj już niczego więcej do szukania!" - pisała pierwsza z wymienionych. Zacząć jednak wypada od pierwszej Polki, która została oficjalnie nadworną lekarką w sułtańskim haremie w Stambule. Co więcej, w ogóle nie miała medycznego wykształcenia, a jednak medycyna - zawód zarezerwowany dla mężczyzn -  stała się jej zawodem i oficjalnym źródłem utrzymania. 

     Regina Salomea Pilsztyn z domu Rusiecka (1718 - ok. 1763) urodziła się w okolicach Nowogródka. Z pierwszym mężem Jakubem Halpirem, za którego została wydana w wieku zaledwie czternastu lat, wyjechała do Stambułu, gdzie prowadził on praktykę lekarską, specjalizując się w chorobach oczu. Młoda żona pomagała mężowi w medycznej praktyce, przygotowywała mikstury, zdobywając praktykę leczniczą bez teoretycznych studiów medycznych. Jednakże miała pewną intuicję, która w połączeniu z ziołolecznictwem i zasadami wschodniej medycyny ludowej pozwalały jej osiągnąć  spektakularne sukcesy, dzięki którym zyskała uznanie i możliwość leczenia kobiet z haremu sułtana, a z czasem uzysykała także zgodę na leczenie mężczyzn. Postępy czyniła tak szybko, że już w wieku 17. lat tytułowała się doktorem medycyny. Czy ostatecznie mąż poczuł się zagrożony w swojej medycznej profesji, czy znudziła mu się młoda żona niezbyt zajęta typowymi obowiązkami domowymi, nie wiadomo, ale doszło do rozstania małżonków. Salomea podjęła wówczas podróż na Bałkany, gdzie nadal praktykowała medycynę na osmańskich dworach. Wkrótce jej mąż zmarł i zostawszy wdową musiała poważniej zając się lecznictwem w celu utrzymania siebie i córki Konstancję.

    Zyskując sławę jako lekarka, Regina Salomea otrzymywała często spore wynagrodzenie za uleczenie wysokich urzędników osmańskiego imperium. To pozwoliło jej wykupić kilku chrześcijańskich jeńców, których następnie "odsprzedawała" ich rodzinom. To znaczy rodziny te zwracały jej pieniądze, ale zapewne z zyskiem. W każdym razie jednego z owych jeńców rodzina nie wykupiła, pozostał on niejako w jej służbie, a nazywał się Józef Fortunat de Pilsztyn (Pichelstein) i został wktrótce jej drugim mężem. Małżonkowie po ślubie zamieszkali w Nieświeżu na dworze księcia Radziwiłła. Doczekali się dwóch synów, mąż jednak okazał się wyrachowanym utracjuszem i kobieciarzem, toteż małżonkowie się rozstali. 

       Tym razem to Regina podjęła decyzję o rozstaniu i przez pewien czas jeszcze praktykowała na ziemiach polskich, w Przemyślu, Wrocławiu, Lwowie i mniejszych miejscowościach. Poznała w tym czasie kolejnego adoratora, którego jednak nigdzie nie wymienia z nazwiska, określając w pamiętnikach pseudonimem Amorat. Romans okazał się pomyłką, ponieważ jej ukochany trwonił tylko majątek kobiety. Ostatecznie więc na dobre wyjechała w 1759 roku z powrotem do Stambułu, gdzie uzyskała stanowisko nadwornej lekarki na sułtańskim dworze i w sułtańskim haremie Mustafy III. Około 1760 roku napisała tam pamiętnik "Proceder podróży i życia mego awantur" wydany dopiero w 1957 roku. Ostateczne losy i data śmierci Reginy Salomei nie są znane, a jedynym źródłem wiedzy o jej losach jest właśnie pamiętnik.    


PS. Zamierzałam zrobić wpis o wszystkich czterech wymienionych kobietach, ale chyba  byłoby to za długie, więc ciąg dalszy w następnych odcinkach.,  

Bibliografia:

Joanna Lamparska: Od niej moglibyśmy uczyć się siły charakteru. Poznajcie losy polskiej podróżniczki, lekarki i awanturniczki. National Geographic Polska [dostęp 25.10.2020]

Michał Pluta: Osiemnastowieczne metody leczenia nieprofesjonalnego w pamiętniku Reginy Salomei z Rusieckich Pilsztynowej. Medycyna Nowożytna 2003 r. 10/1-2, str. 153-168. [pdf dostęp 25.10.2020]

Joanna Puchalska: Regina Salomea Pilsztynowa leczyła kobiety z haremu sułtana. Gazeta.pl. weekend [dostęp 25.10.2020]

Ula Ryciak: Poławiaczki pereł. Pierwsze Polki na krańcach świata. Wydawnictwo Znak. Kraków 2020.

niedziela, 11 października 2020

Takie tam... pozbierane

      Ryszard Koziołek pisze o wszystkim. Od Sienkiewicza, Kraszewskiego, Malewskiej, Bieńczyka, po Boba Dylana. A po drodze Parnicki! O powieściach, których jeszcze nie przeczytałam, więc przeczytać muszę. Nie ma znaczenia, że w eseju o powieści historycznej fragment o Parnickim zajmuje zaledwie jeden akapit. Jest to najlepsza jego część: "U Parnickiego  nie wolno ufać czytanym słowom. Postacie kłamią, przeinaczają, ukrywają swoją tożsamość. Czytelnika nie wspomaga  żaden wiarygodny narrator. Obraz historii musimy zbudować sami". Skąd ja to znam?! 

     O, przepraszam, o Parnickim są jednak dwa akapity. Niewiele to zmienia, gdy obok znajdują się rozważania o "Trylogii" Sienkiewicza, "Drachu" Twardocha, "Księgach Jakubowych" Tokarczuk czy "Koronie śniegu i krwi"Cherezińskiej. Z nich wszystkich wybieram... wiadomo, kogo, chociaż nikt jeszcze tam mi nie zachwalał powieściopisarstwa Twardocha jak Koziołek właśnie (chociaż największe peany pisze o Bieńczyku). Mimo to nie zdecyduję się jeszcze do niego zajrzeć. Na razie cudze opinie w zupełności mi wystarczają. 

     Wierzę, wierzę na słowo, że to dobra proza, ale są lepsze rzeczy do przeczytania niż literacka próba zrozumienia śląskiej mentalności.  Na przykład proces myślowy szachisty, brydżysty, pokerzysty już niekoniecznie. Nie, nie chodzi mi o "Gracza" Dostojewskiego, a o szachowych arcymistrzów. Największy z nich, uznawany za fenomen współczesności, nie przegrawszy ani jednej partii od dwóch lat, dwóch miesięcy i dziesięciu dni właśnie został pokonany przez Polaka! Jan Krzysztof Duda pokonał Magnusa Carlsena w klasycznej partii szachów (w maju pokonał go też w partii błyskawicznej, ale to w klasycznych Carlsen był niekwestionowanym dominatorem od ponad dwóch lat, nie przegrawszy pod rząd aż 125 partii). To było wczoraj w turnieju Altibox Norway Chess w Stavanger. Carlsen jest Norwegiem, więc grał u siebie. Jest aktualnym mistrzem świata i liderem rankingu FIDE, który kończy się pod koniec roku walką o mistrzostwo. 

     Carlsen był drugim najmłodszym arcymistrzem w historii szachów - tytuł otrzymał w wieku czternastu lat. Był też najmłodszym liderem światowego rankingu. W 2010 roku uzyskał zwycięstwo w meczu przeciwko szachistom z całego świata (tak, tak, on jeden a naprzeciwko reszta świata). Tytuły mistrza świata w partii klasycznej zdobywa gdzieś od 2013 roku, trudno się doliczyć, tyle tego było. Słowem, komputer a nie człowiek. Obecnie trzydziestoletni Norweg jest więc najbardziej utytułowanym szachowym arcymistrzem. Nasz dwudziestodwuletni Jan Krzysztof Duda zajmuje 17. pozycję w światowym rankingu i ma ambicje na więcej. Jego aktualny bilans rozgrywek z Magnusem daje po temu nadzieję: dwa remisy i dwa zwycięstwa. 

     Wiem, wiem, od wczoraj wszystkie portale informacyjne mnożą sensacyjne tytuły z Igą Świątek. Wszędzie jej nazwisko wisi na pierwszym miejscu po kilkanaście razy: na czerowno i na zielono. O zwycięstwie szachowym też była informacja - jedna na stronie. A dzisiaj znikła. Trzeba sięgnąć do archiwum. 

sobota, 30 maja 2020

Mówi apatryda

Ktoś, kto znalazł się w samym środku międzynarodowej rywalizacji w powszechnej inwigilacji i walki o polityczną manipulację. 

      Idea, jakoby wielkie kraje i mocarstwa wymieniały się ludźmi bez poszanownaia ich praw jest oczywiście możliwa. Czy mam na to wpływ? Nie. Czy mogę ich przed tym powstrzymać? Nie. Czy zamierzam się tym przejmować? Nie. [...] Są rzeczy ważniejsze niż bezpieczeństwo.

      Prawo do wypowiedzi i to, czy zostaniemy potraktowani poważnie, zależy tylko od instytucji, które wykonują zadania i wpływają na rzeczy, z którymi nie zawsze się zgadzamy. 

O dezinformacji medialnej:
      Kiedy ludzie natrafiają na bardzo ciekawą historię, kóra mogłaby być całkiem zmyślona, chcą wierzyć, że jest prawdziwa, bo potwierdza ich przekonania. Przesyłają ją dalej, informują znajomych, członków grupy, że to rozumieją, że popierają, stoją po właściwej stronie. W ten sposób stają się bronią rękach polityków, ich żołnierzami.
     [...] Tytuły stały się ważniejsze niż same informacje. Dlaczego "clicbaity" istnieją? Dlaczego fałszywe newsy istnieją? Bo ludzie na tym zarabiają! Ich autorzy mogą pisać i publikować całkowicie zmyślone wiadomości, by zdobyć więcej kliknięć i komentarzy. Oburzenie się sprzedaje, prowokuje reakcję. 

Podsumowanie, dlaczego ludziom się nie chce:
      Posłuszeństwo wynika z wygody. Być może wygoda jest naszym największym wrogiem. 

Jego naprawdę dobrze się słucha i raz po raz człowiek łapie się na myśli: "Kurczę, on ma rację!"
Zagadka: kto jest autorem zacytowanych wypowiedzi? Bezpaństwowiec, ucieknier, szpieg... Dla jednych wróg publiczny numer jeden, dla innych bohater. Ogromną liczbę tajnych informacji zaszyfrowanych na kartach mini - i mokroSD wyniósł ukrywając je w kostce Rubika. Obecnie nadal się ukrywa, choć pod koniec ubiegłego roku opublikował książkę, w której  opowiada o swojej działalności. 

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Elisiej daje koncerty

Na początek "W grocie Króla Gór" Griega:



A teraz bardzo serio coś - Bach:



Tu już urósł na tyle, że bez podpórki może korzystać z pedałów: Mozart



I nie, to nie pomyłka w podpisie pod filmikiem. Jest studentem Moskiewskiego Konserwatorium im. Piotra Czajkowskiego .
Elisiej nie pojawił się znikąd. Chopina grał już jako pięciolatek:


No więc, co dalej?... 

Och, ten Chopin bardzo już profesjonalny:

czwartek, 14 marca 2019

Homer, Platon i Dante na połoninach

   
       Homer Huculszczyzny, huculski Sokrates spisujący własne dialogi jak Platon i Dante uniwersalnego świata Hucułów, czyli Stanisław Vincenz (1888 - 1971) przywędrował do Lublina w postaci wystawy "Dialog  o losie i duszy".  Pomysłodawcą i autorem wystawy jest dr Jan Choroszy z Uniwersytetu Wrocławskiego od lat zajmujący się badaniem twórczości Vincenza, autor książki "Huculszczyzna w literaturze polskiej".  Podczas wernisażu dr Choroszy opowiadał o koncepcji wystawy, o trudnych losach Vincenza, a przedstawieniu jego twórczości poświęcił odrębny wykład w sali kinowej Centrum Kultury w Lublinie. 
       Stanisław Vincenz, nazywnay Homerem Huculszczyzny, zasługuje na nowe dokładniejsze odczytywanie i doczytywanie, ujawniające znacznie bardziej skomplikowane relacje między autorem a jego dziełem niż to się na pozór wydaje. Dr Choroszy mocno akcentował sokratejskość Vincenza, jego nastawienie na międzykulturowy i międzyludzki dialog. Z drugiej zaś strony wykazywał ową dantejskość polegającą na obecności kosmicznego ładu w Vincenzowskim obrazie Huculszczyzny. Z cytowanych zapisków Ireny Vincenz wynika, że sam autor nie do końca umiał określić czym w istocie "Połonina" jest. W każdym razie nie odżegnywał się od ujmowania jej w kategoriach uniwerslnych, przekraczających czas li tylko teraźniejszy i materialny wymiar istnienia. 
        Stanisław Vincenz, urodzony w Słobodzie Rungurskiej niedaleko Kołomyi, opuścił rodzinną krainę na zawsze w 1940 roku, kiedy po raz drugi i już ostatecznie wyruszył z rodziną na Węgry. Wcześniej zaś zaaresztowany przez Sowietów spędził parę miesięcy w stanisławowskim więzieniu. Po wojnie w 1946 roku Vincenzowie wyemigrowali najpierw do Niemiec, aby ostatecznie osiąść we Francji. Stanisław Vincenz został obywatelem Europy, jednkaże na zawsze pozostał tamtym dawnym piewcą Huculszczyzny. Będąc wiecznym wędrowcem, homo viator, jednocześnie pozostał Odyseuszem wiernym swojej ojczyźnie. A mimo to, jak pisał Czesław Miłosz: "Znikąd nie był wygnany. żaden anioł nie stał za nim w bramie  z obwieszczeniem, że  musimy wybrać albo zupełną bierność, albo ścigać Erę jak psy metalowego zająca. Dookoła rozpościerała się ziemia, dostateczna, bo wyposażona we wszystko, co nam jest potrzebne do codziennego podziwu" (Cz. Miłosz, "La Combe", 1958). Józef Wittlin zaś pisał w liście do Vincenza: "Myślę, że gdyby Pan, Stempowski, Czapski i jszcze paru takich ludzi było skupionych w jednym miejscu, w którym i mnie wolno byłoby przebywać, założylibyśmy wspólnie nowy naród, o zabarwieniu huculsko-chasydzkim, bo z istniejącymi już narodami jakoś trudno jest wytrzymać".
     Oddajmy głos samemu Vincenzowi: "Pieśń moja podobna Czeremoszowi, zbiera wszystkie rzeczki, strumienie, potoki i strugi z całej Wierchowiny. A choć płyniemy tu we własnym łożysku Czeremoszowym, choć rzeka przeważa nad każdym dopływem, żadnego się nie wypiera, bo wyschłaby prawie. Nadaje falom swoją barwę, glebę swoją im daje, wpólną głębię, wspólną moc".
Jeżeli zaś potoki, strumienie, rzeczki fale to... przecież i muzyka, muzyczne motywy, instrumenty, kapele huculskie, które dr Jakub Żmidziński z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu omawia w monograficznej pracy "Fłojera grała pierwsza. Muzyka w "Na wysokiej połoninie" Stanisława Vincenza a muzyka huculska": "Instrumenty u Vincenza, zgodnie z huculską tradycją, mają magiczną moc, szczególnie zaś wydobyte są aspekty mistyczne wydawanych przez nie dźwięków". Dlatego też skazany na śmierć huculski opryszek, wystrugawszy w noc przed egzekucją piszczałkę, na której zaczął wygrywać ostatnią tęskną pieśń, tak wzruszył sędziów, że został uwolniony - wymknął się śmierci niemal jak Orfeusz. 
       Wystawie towarzyszą zdjęcia Lidii Ciprianiego (1892 - 1962), włoskiego etnologa, który na zaproszenie Stanisława Vincenza przemierzył Karpaty Wschodnie rejestrując pejzaże i ludzi, wśród których żył Vincenz. Na fotografiach widzimy wspaniałe, majestatyczne i niemal mistyczne krajobrazy, etnograficzny zapis strojów, obyczajów, ale też samego Vincenza, jego przyjaciół i sąsiadów. Obok zdjęć znajdują się cytaty z dzieł Vincenza, wspomnienia o nim, jak choćby Miłosza, którym towarzyszy omówienie kolejnych etapów życia bohatera wystawy. Jeśli czegoś brakuje, to delikatnej muzyki huculskiej płynącej skądś, z zakamarków ścian. Podczas wykładu dr Choroszy uzupełnił ten brak nagraniami głosu Stanisława Vincenza, czytającego wiersze i tajemnicze opowieści z Wierchowiny. 
   
Wystawa "Dialog o losie i duszy. Stanisław Vincenz (1888 - 1971)". Centrum Kultury w Lublinie. Galeria OKNA Miejskiej Biblioteki Publicznej. 14 marca - 24 kwietnia 2019. 




sobota, 19 stycznia 2019

Rozwikłana zagadka

       Pewien polski kompozytor - porwany lub sprzedany do niewoli muzułmańskiej, przeszedł na islam. Dzięki niesmaowitym zdolnościom lingwistycznym posługiwał się siedemnastoma językami, dzięki czemu zrobił karierę tłumacza na dworze sułtana. Z czasem odzyskał wolność i rozwinął działalność dyplomatyczną. Przetłumaczył na turecki Nowy Testament. No i właśnie jego też kompozycje, zdaje się, że Psalmy również przetłumaczone na turecki, śpiewano na Festiwalu Pieśń Naszych Korzeni w Jarosławiu. Wtedy usłyszałam o nim po raz pierwszy. A w zasadzie, ponieważ jak zwykle było to słuchanie piąte przez dziesiąte, usłyszałam śpiew, a nie zarejestrowałam nazwiska. Musiałam więc doszperać, o kogo chodziło. Nazywał się Wojciech Bobowski, urodzony prawdopodobnie w Bobowej, chyba największy polski poliglota XVII wieku. A przy tym tłumacz, kompozytor, malarz, dyplomata - absolutnie międzykulturowy. 


Zmiany

    Kończę pisanie na tym blogu. Prowadzenie równoległych blogów jest wyczerpujące. Zwłaszcza, że tematyka - szeroko pojęta kultura - jest p...