poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Czas jarmarków - Gryczaki

       Mój pierwszy punkt sierpniowego programu (patrz wpis poprzedni) zrealizowany: Gryczaki, czyli festiwal kaszy w Janowie Lubelskim. Poza typowymi atrakcjami jarmarkowymi na festiwalu odbywają się pokazy gotowania, różne konkurencje: dla panów - dźwiganie worków z kaszą, dla wszystkich - ubijanie masła, konkursy kulinarne oraz koncerty. W tym roku jako atrakcję zapowiadano koncert zespołu Wilki, ale ja z rozpisanych na dwa dni propozycji wybrałam koncert The Polish Tenors oczywiście. Panowie Piotr Pastuszka, Łukasz Ratajczak i Sylwester Targosz-Szalonek zaśpiewali same przeboje. Operetkowe, Jana Kiepury, a nawet "Time to Say Goodbye" ("Con te partiro") rozsławione przez Bocellego w duecie z Sarah Brightman czy nieśmiertelny przebój Toma Jonesa "Delilah"  No ale do wspólnego śpiewania zachęcili publiczność arią z operetki "Baron cygański" - "Wielka sława to żart". 

       Mocne nagłośnienie estradowe pozwalało rozkoszować się słuchaniem śpiewu i jednocześnie spacerować od kramu do kramu, na których zachęcały regionalne potrawy: gryczaki (każda wioska, a nawet każda gospodyni ma swój własny przepis),  jagodzianki, słodkie wypieki, nalewki, miody, placki, babeczki... Były nawet sery i chleb ze smalcem.  I naprawdę nie rozumiem, zupełnie nie rozumiem, dlaczego najdłuższa kolejka stała po beznadziejnie nudne i przesiąknięte tłuszczem frytki. 

        Spróbowałam nalewki żurawinowej, oj, mocna była! I kupiłam kawałek ciasta z żurawinami. A poza tym kilka przedmiotów z serii rękodzieła na prezenty.  Pod wieczór drugiego dnia, czyli w niedzielę, rozstrzygnięto konkursy ogłoszone na początku na najlepszy gryczak janowski, najlepsze desery i najlepszą nalewkę żurawinową. Trzecie miejsce za gryczak otrzymała moja znajoma. Oczywiście nie proszę o przepis, bo jak wspomniałam wyżej, każda gospodyni ma własny i czasami są nie do powtórzenia, różnią się niuansami i wkładanym w recepturę sercem, zaangażowaniem, ale obiecane mam, że gdy upiecze ponownie według nagrodzonego przepisu, załapię się na poczęstunek. 

          Przy okazji tegorocznego festiwalu kaszy poznałam nową część Janowa Lubelskiego - ośrodek nad zalewem Zoom Natury.  Jest to park rekreacyjny z wieloma atrakcjami, w tym specjalne strefy dla dzieci. Oczywiście największą samą w sobie atrakcją jest zalew i możliwość korzystania z różnego rodzaju sprzętu wodnego.  Dość spory teren wokół otoczony jest lasem, co pozwala w razie upałów znaleźć cień i wytchnienie.  A tutaj w lesie słynny Kruczek, czyli uroczysko z kapliczką św. Antoniego, który według legendy miał tutaj wypoczywać. W Kruczku bije cudowne źródełko, ale ma to miejsce także znaczenie historyczne. Tutaj zbierali się partyzanci podczas II wojny światowej, tędy przerzucano broń i żywność.  Na pamiątkę walki i poświęcenia partyzantów znajduje się tutaj także Droga Krzyżowa. W scenach poszczególnych stacji oprawcy Jezusa mają hitlerowskie mundury. 

         Na zwiedzanie okolic i tajemnic lasu trzeba jednak wybrać inny termin. Na razie w uszach mam "O sole mio", a w ustach przysmaki. Tak refleksja przy okazji. Dwóch tenorów było młodych (przystojnych, a jakże), glosy mieli potężne, a jeszcze to nagłośnienie (nie, no, operowym głosem nie śpiewa się przez głośniki, ale cóż, taka impreza...) Jednak to ten trzeci, straszy już od kolegów, widać, że bardziej doświadczony scenicznie i głosowo, śpiewał najładniej, miał najlepszą technikę, która uwydatniała walory głosu, jego barwę. Lata praktyki mają znaczenie. Młody może mieć zapał, potencjał i energię, ale w uszach i pamięci pozostaje głos najpiękniejszy i technicznie doskonały. 

wtorek, 2 sierpnia 2022

I znowu sierpień - będzie się działo na prowincji

      ZAMOŚĆ JAZZ FESTIVAL 2022 _BLUES MEETING oraz 

      ZAMOŚĆ JAZZ FESTIVAL 2022_40 JAZZ NA KRESACH

5 i 6 sierpnia - godz. 20:00 w Jazz Club Kosz, godz. 20:00 (koncerty biletowane)

14 sierpnia - dwa koncerty o godz. 19:00 i 20:00 Rynek Wodny (wstęp wolny)

        Gryczaki - Festiwal Kaszy, Janów Lubelski

6 - 7 sierpnia, Zoom Natury nad zalewem

6 sierpnia od 15:30, 7 sierpnia od godz. 14:00

W programie kulinarne prezentacje, konkurs na potrawę regionalną i nalewkę żurawinową, pokazy gotowania, konkurs drwali "Siekierezada" oraz koncerty. Zapewne większość zainteresuje występ zespołu Wilki, ale ja celuję w The Polish Tenors. 

Będą stoiska regionalne, degustacje i fascynacje. 

       Festiwal Stolica Języka Polskiego Szczebrzeszyn

7 -13 sierpnia, Rynek Wodny w Zamościu pierwszego dnia, a kolejne w Szczebrzeszynie

W programie spotkania z językoznawcami, pisarzami, literaturoznawcami.... Jako goście wystąpią między innymi: Jerzy Bralczyk, Ryszard Koziołek, Halina Pelcowa, Magda Umer, Leszek Mądzik, Anda Rottenberg, Michał Książek, Anna Bikont i... wszystkich nie wymienię. 

Będzie o języku, literaturze, muzyce, Śląsku, oczywiście pojawi się temat Ukrainy,  ukraińskiej poezji. 

       Podkarpacki Festiwal Organowy - Klasyka na Podkarpaciu

Trwa od połowy lipca, koleje koncerty sierpniowe:

7 sierpnia - godz. 20:00 - Katedra NSPJ, Rzeszów

13 sierpnia - godz. 18:00 - Jarosław, Opactwo

14 sierpnia - godz. 16:00, Ropczyce Sanktuarium 

                      godz. 17:30 Chmielnik Rzeszowski, Sanktuarium

15 sierpnia - godz. 18:00 - Rzeszów-Zalesie, kościół Wniebowzięcie NMP

21 sierpnia - godz. 20, Rzeszów, Katedra NSPJ

        47. Międzynarodowe Koncerty Organowe - Krasnobród

Sanktuarium Maryjne w Krasnobrodzie

14 sierpnia - godz. 17:00 - Paweł Seligman (Cieszyn) - organy

28 sierpnia - godz. 17:00 - Agnieszka Gertner-Polak - sopran, Marek Kudlicki (Wiedeń) - organy

        Festiwal re;tradycja - Jarmark Jagielloński - Lublin

19 - 21 sierpnia 2022

klasyczny jarmark 20 i 21 sierpnia na Starym Mieście

poza tym: koncerty, warsztaty ludowego rękodzieła, potańcówki ludowe, spektakle dla dzieci, wystawy w tym wystawa fotografii Ukraina i Ukraińcy w Zaułku Hartwigów oraz malarstwo Ivana Prykhodki w Galerii Gardzienice, pokaz kolekcji ludowej biżuterii i inne

      49 Międzynarodowe Spotkania Wokalistów Jazzowych - Zamość Jazz Festival 2022

26 i 27 sierpnia - godz. 20:00 Jazz Club Kosz

      



wtorek, 26 lipca 2022

Dlaczego wspieram Ukrainę

         To może paradoks, że pisząc o Ukrainie i wsparciu Ukraińców w wojnie z Rosją, podpisuję post etykietą "Polonica".  No ale przecież nie dodam etykiety "wojna"! 

          Tytułowe "wspieram" zapewne jest na wyrost.  Po prostu daję, ile mogę, wpłacam tam, gdzie potrzebują, a przed wakacjami jak wiele Polek i Polaków udzielałam się w wolontariacie na rzecz uciekinierów z Ukrainy, pełniąc dyżury w ośrodku dla uchodźców, dostarczając potrzebne produkty, udzielając porad. Nic szczególnego na tle masowego zaangażowania polskiego społeczeństwa. Nie warto nawet wspominać. 

           Jakiś czas temu podczas pewnej audycji w radiowej Dwójce pytano słuchaczy o najpiękniejsze wakacje. I wtedy doznałam olśnienia, a właściwie przypomnienia czegoś, co tkwiąc przeżyciem i emocjami w pamięci sprawia, że wspieranie - namacalne, finansowe - walczących Ukraińców jest dla mnie oczywistością. Być może pacyfizm to szlachetna idea, ale właśnie - tylko idea. A prawdziwe życie jest brutalne i dopóki człowiek nie wykorzeni z siebie zła (a raczej się na to nie zanosi), tamę złu trzeba postawić siłą, wznieść barykady, bronić za ceną życia. 

           Wracając do audycji,...  zadzwoniłam i opowiedziałam o swoich wakacjach. Dawno temu to było, gdy Ukraina była Socjalistyczną Republiką Radziecką. Wakacyjna droga mojej rodziny przebiegała od granicy w Medyce przez Lwów, dalej na Tarnopol i Czerniowce. Na pokonanie trasy urzędowo dano nam maksymalnie półtorej doby, czy może dwie (nie pamiętam, gdyż jako dziecko nie bardzo się tym interesowałam wówczas),  bo Ukraina była tylko tranzytem w drodze do Bułgarii.  Niemniej wypadło nam znaleźć po drodze nocleg. Byliśmy przygotowani na rozbicie namiotu, cały biwakowy ekwipaż wieźliśmy ze sobą. I wykorzystaliśmy go, a jakże, dopiero w miejscu docelowym. Na polu kempingowym "Horyzont" (Къмпинг Хоризонт) nad Morzem Czarnym kilkadziesiąt kilometrów za Warną.  Zanim tam dojechaliśmy, potrzebowaliśmy noclegów po drodze, no i padło na jakąś małą miejscowość, jakieś Nowosiółki czy nieco dalej Jasionowce w rejonie złoczowskim. Chcieliśmy zapytać, gdzie tu można rozbić namiot. Mieszkańcy z połowy wsi zebrali się wokół i po wstępnym rozpoznaniu kim jesteśmy i skąd zaczęli deliberować, kto weźmie nas na nocleg do siebie do domu. Było wielu chętnych. Wybraliśmy wdowę samotnie wychowującą syna, ponieważ mogła u siebie pomieścić naszą pięcioosobową rodzinę. 

            Noc była bardzo krótka. Wiadomo, sierpień, lato, ale nie tylko.  Mieszkańcy zeszli się gromadnie na pogaduszki. Oni pytali nas jak żyje się w Polsce, my pytaliśmy o warunki życia w Związku Radzieckim. My mówiliśmy po polsku, oni po ukraińsku - zwłaszcza starsi, częściowo po rosyjsku (młodsze pokolenie), ale rozumieliśmy się doskonale. W razie trudności szukało się synonimów lub pomagało gestem.  Kiedy zobaczyli w naszym samochodzie obrazek z wizerunkiem Matki Boskiej Częstochowskiej, otworzyli się jeszcze bardziej, a gospodyni odsłoniła zakryte ikony na ścianach w pokoju, gdzie się wszyscy zgromadzili. Nasi rozmówcy i gospodarze nie obawiali się narzekać na przymusową "radzieckość" swojego narodu i co rusz podkreślali: "my nie Rosjanie, my Ukraińcy".  

          Innym razem, w niedługi czas później, również spotkała nas wielka gościnność ukraińskiej rodziny, która przenocowała nas w Czerniowcach. Tym razem w mieszkaniu w bloku, a jakie to były mieszkania! Takie jak u nas, czyli maleńkie pokoiki, zupełnie niefunkcjonalnie podzielone. Ale serce nasi gospodarze mieli wielkie, więc wszyscy zmieściliśmy się najpierw na wspólnej wystawnej kolacji, a później spaliśmy pokotem na podłodze na swoich materacach i śpiworach. Córka sąsiadów naszych gospodarzy oprowadziła mnie po mieście, pokazała, gdzie pracują jej rodzice, gdzie ona sama chodzi do szkoły. 

          Nie muszę chyba dodawać, że w obu przypadkach nasi gospodarze nie chcieli żadnej zapłaty.  Ale nie jechaliśmy z pustymi rękami i odwdzięczyliśmy się, czym się dało, co tylko mogło im się przydać. Pamiętam, że dla trzyletniej dziewczynki w Czerniowcach zostawiliśmy ubranka i zabawki. A ja mam do dzisiaj komplet malowanych matrioszek od jej rodziców i książkę: antologię wierszy Jesienina w oryginale. 

          Czy to wszystko? Nie, nie wszystko, ale wystarczająco, czyż nie?

Stąd takie zrzutki, jak na Bayraktara czy system Warmate dla walczącej Ukrainy, to dla mnie oczywiste, że powinnam się dorzucić.

Warmate

Na Bayraktara już pełną kwotę zebrano, ale zbiórka jeszcze trwa, a nadwyżka zostanie przekazana na fundusz Sił Zbrojnych Ukrainy.

Bayraktar

niedziela, 17 lipca 2022

Dla tych, którzy walczą - dopisek!

Na Bayraktara zebrano pełną kwotę z nawiązką!

Kto nie zdążył, może dołożyć się do zbiórki na drony polskiej produkcji WARMATE również z przeznaczeniem dla Ukrainy. Jeden system obrony WARMATE  to aż 10 dronów. 

poniżej link

Polskie drony Warmate do obrony Ukrainy! | zrzutka.pl


Polska zrzutka na Bayraktara dla Ukrainy

https://zrzutka.pl/bayraktar

Ja już wpłaciłam.

sobota, 2 lipca 2022

Portret pisarza

      Zdzisław Najder opracowując wybór korespondencji nadał jej tytuł "Conrad wśród swoich", ale uważam, że lepszy byłby inny: "Conrad w oczach swoich najbliższych".  Zbiór zawiera bowiem listy najbliższej rodziny, krewnych, przyjaciół Conrada oraz wspomnienia o nim. Nie ma listów samego Conrada.  Jedno jakieś pokwitowanie. Listy pisane do niego oraz do innych osób o Conradzie wspominające. W ten sposób patrzymy na  Conrada oczami autorów listów,  ich sposób widzenia i przede wszystkim emocje łączące ich z głównym adresatem, czyli najpierw małym Konradkiem, a później kapitanem statku i pisarzem osiadłym w Anglii i tam zdobywającym renomę. Wyjątek stanowią dwa teksty: krótki "memoriał Josepha Conrada-Korzeniowskiego w sprawie polskiej" oraz artykuł Elizy Orzeszkowej "Emigracja zdolności", w którym ostro ocenia fakt "ucieczki" Konrada od spraw polskich i pisania po angielsku. 

      Obszerna część pierwsza to przede wszystkim listu rodziców małego Konradka: Ewy z Bobrowskich Korzeniowskiej i Apolla Nałęcz Korzeniowskiego. Najpierw Ewa Korzeniowska ze swoich rodzinnych stron na Podolu pisze listy do męża, przebywającego w Warszawie. Apollonowi grozi aresztowanie, nie może wraca do domu, żona szykuje się do przeprowadzki do niego wraz z małym Konradkiem. Piękne słowa miłości, troski i ufności w przyszłość sprawiają, że listy są wzruszające. Dowiadujemy się z nich jak wyglądało życie Polaków pod zaborem rosyjskim, gdy powodem aresztowania mogło być śpiewanie pieśni patriotycznych w kościele. Po wyjeździe Ewy Korzeniewskiej z synem do męża do Warszawy nastąpiło dramatyczne aresztowanie Apollona, a następne skazanie obojga na przymusowe osiedleni w Permie u podnóża Uralu. Jednakże w międzyczasie decyzja zostaje zmieniona i zostają wysłani do Wołogdy.  Mały Konradek ma wtedy 4 lata. Tu rozpoczyna się kolejna pula listów, tym razem pianych przez Apollona Korzeniowskiego do krewnych i przyjaciół. Opisuje w nich warunki pobytu na zesłaniu,  problemy zdrowotne żony, która marła  Czernihowie, dokąd pozwolono Korzeniowskim się przenieść w 1863 r. Konrad traci matkę mając osiem lat, ojciec odtąd wiele uwagi w listach poświęca synowi, martwiąc się o jego kształcenie i przyszłość. Ciekawie się czyta fragmenty mówiące na przykład o metodzie ucznia syna języków obcych. Z domowej edukacji Konrad wyniósł świetną znajomość francuskiego. Wkrótce zostają rozdzieleni, gdyż ze względu na chorobę mały Konrad trafia pod opiekę krewnych i dopiero po powrocie Apollona z zesłania ojciec i syn znowu zamieszkują razem. Najpierw we Lwowie, później w |rakowi, gdzie schorowany Apollo umiera 23 maja 1869 r. Konrad Korzeniowski w wieku niespełna dwunastu lat zostaje sierotą. Odtąd opiekę nad nim sprawują krewni z rodziny matki - Bobrowskich, w tym szczególnie wuj Tadeusz Bobrowski.

       Listy Tadeusza Bobrowskiego naświetlają stosunki między nim a siostrzeńcem w dosyć burzliwym okresie, gdy młody Konrad postanawia zostać marynarzem. Początkowe kroki na tej drodze nie zadowalają Bobrowskiego, który zdobywa się na długą listowna tyradę, w której rozlicza Konrada z grzechów młodości, trwonienia pieniędzy, awantury i próbę samobójczą.  Grozi, że przestanie finansować jego fanaberie i spłacać długi. W innym liście jednak, do kogo innego pisanym przyznaje, że gdyby chodziło o jego własnego syna, to faktycznie tych długów by za niego nie płacił, ale do siostrzeńca ma jakiś inny szczególny stosunek i przez pamięć o swojej siostrze jest dla niego bardziej pobłażliwy.  Wspierał go do końca życia, z wielką radością i entuzjazmem przyjmuje wiadomość o zdaniu egzaminu na stopień kapitana brytyjskiej marynarki handlowej, cieszy się, gdy Konrad przyjeżdża po latach w odwiedziny. 

      Są jeszcze wspomnienia różnych osób,  przede wszystkim krewnych, jak Anieli Zagórskiej, tłumaczki jego powieści. We wspomnieniach tych Conrad jawi się jako człowiek nieco zagadkowy. Serdeczny, życzliwy, gościnny, ale też popadający w stany melancholii, niezbyt wylewny. Z jednej strony niezwykły gawędziarz, który fenomenalnie umiał opowiadać o swojej egzotycznej przeszłości, a z drugiej skrywający wiele tajemnic, których nie chciał zdradzać przed nikim. Nienawidził Rosjan do tego stopnia, że nie chciał podawać im ręki, z pewną redakcją zerwał współpracę, bo nie chciał współpracować z zatrudnionym w niej Rosjaninem. Był skrajnym pesymistą jeśli chodzi o wiarę w możliwość odzyskania przez Polskę niepodległości. Wyzwolenie się więc Polski spod zaborów i pojawienie się kraju ojczystego na mapie było zaskakujące i silnie wstrząsające. Podobno rozmyślał o przeprowadzeniu się na stałe do Polski. 

      W całej książce nie ma listów samego Conrada.  Jest to więc portret, a raczej szereg portretów,  od dzieciństwa począwszy, kreślonych przez osoby, które w różnych etapach życia miały na niego wpływ lub zetknęły się z nim już jako znanym pisarzem. Są to więc wizerunki bardzo subiektywne, ale szczere pod względem emocjonalnym. Jedyny negatywny obraz znajduje się w artykule Eliza Orzeszkowej "Emigracja zdolności", w którym pisarka uznaje angielskojęzyczną twórczość Conrada  wręcz za zdradę polskości. Ale Orzeszkowa Conrada nie znała osobiście. Nikt, kto go znał, nie czynił mu takich wyrzutów.  Niemniej opinia ta mocno Conrada wzburzyła i oburzyła, gdyż nawet nie zgodził się, żeby Aniela Zagórska podrzuciła mu do czytania "Nad Niemnem". 

      Refleksja poza tematem, jak pojawia się w trakcie lektury, dotyczy samej istoty epistolografii jako rodzaju komunikacji międzyludzkiej. Kiedyś ludzie po prostu umieli pisać listy. Osobiste, prywatne, życzliwe, pełne troski i zaufania. Z drugiej strony pisali - jak Bobrowski do młodego Konrada - w celach wychowawczych, stosując środki perswazji i dydaktyki. Patrząc na dzisiejszy zanik tej umiejętności, czuje się żal, że właściwie nie ma dzisiaj do kogo pisać prawdziwych listów. W smutnym żyjemy świecie, w którym nie ma ani okoliczności, ani adresata, do którego można by napisać: "Mój drogi, może i czasu Ci zabraknie na czytanie tego listu, a ja skończyć nie mogę. Jak oderwę się od Was, taki samotny zostanę, że nie miejcie mi za złe, iż bez granic gawędzę".

piątek, 24 czerwca 2022

Hrabia. Reaktywacja

      "Demokracja jest jak stare ubranie. Im dłużej się je nosi niezmieniane, tym bardziej śmierdzi" - mógłby napisać Ignacy w liście do pana Hrabiego w którymkolwiek ze słynnych monologów Krzysztofa Daukszewicza. Słowa te jednakże - czy nie bez inspiracji postacią Ignacego tłumaczącego Hrabiemu absurdy polskiej rzeczywistości  -  z namaszczeniem wypowiada Henryk, były służący hrabiego Tarnawskiego w spektaklu "Hrabia, czyli jak ukraść pół miasta"  Jacka Getnera.  

       W monologach Daukszewicza nieobecny fizycznie hrabia jest adresatem korespondencji od swojego dawnego służącego, który staje się specjalistą w objaśnianiu polskiego fenomenu dawnemu panu, a obecnie emigrantowi zainteresowanemu losem ojczyzny. Jacek Getner - zgodnie z duchem przemian prawno-społecznych - idzie dalej: jego hrabia, a właściwie potomek hrabiego, czyli dziedzic tytułu i odzyskanego majątku pojawia się na scenie. Rzecz w tym, że to dziedzic z nieprawego łoża, wymyślony z potrzeby chwili, podstawiony jako marionetka służąca zabezpieczeniu materialnych interesów pewnej partii, a w zasadzie kliki trzymającej władzę w miasteczku. Oczywiście "dziedzic" doskonale wie, ze żadnym dziedzicem nie jest, ale jak zeznawać w sądzie, żeby spełnić  pokładane w nim nadzieje partyjnych kumpli? Otóż pomaga mu jedyna osoba, która ewentualnie mogłaby wiedzieć, czy hrabia miał jakowychś spadkobierców, w  tym  z nieprawego łoża, czyli dawny sługa Henryk. A ten tak bardzo czuje się nadal sługą hrabiego i chciałby nim być nadal, że jego zeznania nie podważają sukcesji, a wręcz ją potwierdzają. "Na pytanie, czy matka pana znała pana hrabiego Tarnawskiego, odpowiedziałem, że owszem, znała. Bo wszyscy go znali. Tak więc na pytanie o to, czy pan może być nieślubnym synem hrabiego Tarnawskiego, nie mogę odpowiedzieć, że to wykluczone". 

       Hrabia, to znaczy domniemany potomek, powraca, odzyskuje dawny pałac, chłopi przychodzą do niego, aby "Jaśnie Pan" powstrzymał inwestycję szykowana przez władze samorządowe na górce co prawda należącej do hrabiego, ale która została im oddana do wykorzystywania.  Samorząd chce tam wpuścić dewelopera z nowoczesną wizją wielopiętrowych apartamentowców. Chłopi stracą dostęp do rzeczki, bo tamtędy rzeczka płynie. Nowy hrabia mówi, że się przyjrzy sprawie. A potem okazuje się, że to jego towarzysze partyjni chcą stawiać te apartamentowce.  "Hrab" Leszek czuje się nieswojo, dał chłopom słowo, obiecał. A tu każą mu się nie przejmować jakimiś chłopami, zatka im się roszczeniowe gęby odszkodowaniami z funduszy unijnych. Tylko że akurat w kwestii zasadności i braku zasadności odszkodowań to chłopi orientują się lepiej niż komisarz z Warszawy, dawny kumpel Leszka. 

      Gdy sprawa się zapętla, ujawniają się prywatne interesy wszystkich zamieszanych w przekręt osób, nagle Leszek naprawdę poczuł, że jest dziedzice u siebie i padaj sakramentalne słowa "Won mi stąd, bo psami poszczuję!" Sekretarz gminy, karierowicz i sybaryta, pachołek kolejnych władz samorządowych zdobywa się na hrabiowski gest. na wszelki wypadek jednak po wybuchu pyta skonfundowany służącego Henryka: "Czy my mamy psy".  Niestety...

       Scena jak wybór własnego losu i potwierdzenie wielkopańskich manier - czyżby jednak odziedziczonych? - powtarza się na końcu, gdy hrabia Leszek Tarnawski definitywnie zrywa z kumplami z dawnej partii o obliczu lewicująco-komunistycznym oraz z niedawnymi włodarzami miasta, którzy okazali się przyziemnymi karierowiczami i materialistami obsadzanymi na stanowiskach w wyniku układów i nepotyzmu, gdy jeszcze raz każe się wszystkim wynosić, grożąc poszczuciem psami. Tylko że tym razem służący Henryk wpada uszczęśliwiony: "Panie hrabio, spieszę donieść, że mamy psy!".

       Trzeba mieszkać i żyć w małym powiecie, żeby docenić realizm przedstawionych w sztuce stosunków, układów pomiędzy stanowiskami samorządowymi a lokalnym przedsiębiorcą budowlanym,  frustrację młodej aspirującej wiceburmistrz, która nie ma szans na wyjazd do Brukseli, bo jest za mądra i "w przeciwieństwie do nas zna języki, wiec się tam dogada" -  ostrzega komisarz z Warszawy lokalnego kumpla.  W każdym niemal zdaniu rysuje się gorzki obraz polskiej prowincji. A zarazem to portret właściwie społeczeństwa, bo skoro takie indywidua obejmują stanowiska, ktoś musiał dać pozwolenia, postawić ten plus w kratce przy nazwisku podczas wyborów. Czy reaktywacja hrabiego, nawet jeśli nie jest on prawdziwy, daje nadzieję na jakąkolwiek normalizację?

  

Jacek Getner - Hrabia, czyli jak ukraść pół miasta

Osoby:

Leszek - sekretarz, domniemany dziedzic hrabiego

Wiśniewski - burmistrz

Polkowska - wiceburmistrz

Wysmyk - przedsiębiorca budowlany

Sosnkowska - skarbnik

Henryk - były służący hrabiego

Pracławski - burmistrz elekt

Jaskrawska -wiceburmistrz  elekt

Sylwia Chuchała - sekretarz elekt

Komisarz z Warszawy - przejazdem

Wyrwa, Kurarz - miejscowi rolnicy

Teatr Poezji i Piosenki Biłgorajskiego Centrum Kultury

wtorek, 14 czerwca 2022

600 lat obecności - szmat historii

       Bazylika z bliska wywiera wrażenie. Ogromna i majestatyczna. Podczas ostatniego pobytu w Krakowie postanowiłam pomiędzy koncertami a wystawami zmieścić krótką wycieczkę do Bazyliki Bożego Ciała, a przy okazji potrenować jazdę tramwajami, bo wciąż krakowskie linie komunikacyjne stanowią dla mnie zagadkę.  Tym bardziej, że nocleg miałam w hostelu blisko przystanku. 

        O samej bazylice i jej organowym wnętrzu pisałam przy innej okazji, tym razem zresztą nikt na organach nie grał. Już na piętnastowiecznych mapach i ilustracjach ogromna budowla wyróżnia się na tle zabudowań Kazimierza ufundowanego w 1335 r. przez Kazimierza Wielkiego jako miasta w pobliżu Krakowa. Już wkrótce, pięć lat później tenże król ufundował także nową świątynię pod wezwaniem Bożego Ciała, która początkowo opiekowali się franciszkanie. W 1405 r. Władysław Jagiełło sprowadził i osadził na Kazimierzu Zakon Kanoników Regularnych Laterańskich, którzy urzędują tam do dzisiaj. 

       Sześćset lat obecności w wiekowych murach może przytłaczać. Historia wyziera z niemal każdego miejsca: z gotyckich witraży, siedemnastowiecznych obrazów Dolabelli i bogato zdobionych drewnianych stalli kanonickich w prezbiterium,  barokowego łuku tęczowego zwieńczonego przejmującym krucyfiksem, z osiemnastowiecznej ambony w kształcie łodzi unoszącej się na falach morza, na zewnątrz zaś z siedemnastowiecznego Ogrójca, przy którym odbywały się Misteria Pasyjne w czasie Wielkiego Tygodnia. Dwie toskańskie kolumienki po dwóch stronach portalu wejściowego do Ogrójca mają w zwieńczeniu wdzięczne dzbanuszki.

        Przede wszystkim zaś mury.... Wysokie, gotycko wzrastające w niebo, wydają się zahaczać o chmury. Z bliska widać harmonijne wzory cegieł w ciemniejszym kolorze, wkomponowanych schodkowo w przeważające czerwone ścian. Wzór to wznosi się, to opada, rozgałęzia i spiętrza ku dachowi. Obchodząc korpus bazyliki przechodzi się pod arkadą łączącą bazylikę z klasztorem. Niegdyś musiały tędy przechodzić olbrzymie procesje, niestety obecnie przejście między kruchtą kościoła a okalającym murem sprawia wrażenie zbyt wąskiego na przemarsz procesyjny, chociaż, jak pokazują różne zdjęcia archiwalne, procesje tędy się odbywają. 

       Obchodząc dookoła bazylikę myślałam o tych tysiącach stóp, które już tędy przeszły przez setki lat. O tym, że stulecia mijają, a niebotyczne gotyckie mury nadal zahaczają o chmury jakby chciały je zatrzymać na chwilę, mówiąc: "Wy płyniecie w nieskończoność, a ja tutaj trwam na tym samym miejscu, choć wokół tak bardzo zmienił się świat".

Czas jarmarków - Gryczaki

        Mój pierwszy punkt sierpniowego programu (patrz wpis poprzedni) zrealizowany: Gryczaki, czyli festiwal kaszy w Janowie Lubelskim. Po...