Tak, mam wieczne pióra. I piszę nimi. Kilka otrzymałam w prezencie, kilka kupiłam sama. Pierwszym moim pisadłem w szkole podczas nauki pisania było pióro zanurzane w kałamarzu. Teraz mam pióra na naboje, ale i takie do kałamarza też. Kwestia koloru atramentu, bo piszę także atramentem czerwonym, a takiego w nabojach nie widuję.
Pisanie piórem, jak każde pisanie ręczne, angażuje hipokamp, który jest odpowiedzialny za zapamiętywanie, przetwarzanie danych, analizę, syntezę i kreatywność. Słowem, chcesz mieć sprawniejszy mózg - pisz piórem. Piórem nie wypada bazgrolić, trzeba się postarać zachować czytelność, bo inaczej zrobi się kleks.
Zbiór "Listów" Boya pozostawia niedosyt. Zebrano wszystkie listy, które udało się odnaleźć, ale wiele zaginęło. Na szczęście i te zachowane, zebrane, odnalezione, przechowane przez adresatów, są lekturą ciekawą, dostarczają niezwykłych informacji, ujawniają oryginalne rysy osobowości Tadeusza Żeleńskiego Boya. Z biegiem lat zmienia się odautorska perspektywa, zanika osobisty emocjonalny ton, pojawia się więcej akcentów społecznych, organizacyjnych, informacji o zmaganiach wydawniczo-finansowych.
Napięty do granic ludzkiej możliwości terminaż tłumaczeń, wydań, korekt, wyjazdów z odczytami daje się we znaki, powodując chroniczny brak czasu i narastające zmęczenie. "Na razie łeb ma spuchnięty od roboty - cieszę się na odpoczynek w grobie" - pisze w maju 1928 - i dodaje żartobliwie: "Wolałbym w Krynicy". Natłok zadań wydawniczych i twórczych sprawił, że z czasem Boy zrezygnował z osobistego organizowania wyjazdów na odczyty, dochodząc do wniosku, że "to jest skomplikowana rzecz tournee odczytowe: a sam nie miałem pojęcia; kombinowanie miast w związku z sobą, a w zależności od dat i od tego, jak gdzie jest sala wolna; przekonałem się, że jedyna rzecz to odda się w ręce "handlarza żywym towarem" i dać się po prostu wozić jak paczkę".
Musiał też pojawić się wątek "zwalczania" Boya w prasie, zmasowanego ataku prowadzonego przez krytyków, recenzentów i publicystów. Czasami, w ostateczności, Boy reaguje, odpowiada, zamieszcza sprostowania. Słynne polemiki o "odbrązawianie" Mickiewicza odbijają się echem w korespondencji. Dotknięty do żywego szerzonymi nieścisłościami, przeinaczaniem jego myśli, odpowiada celnie, dowcipnie, nawet złośliwie. "Nie wiem, czy kto oprócz pana Lechonia doczyta się podobnie płaskiej bredni w kartach mojej przedmowy" - pisze do redakcji "Pamiętnika Warszawskiego", a to i tak dosyć kurtuazyjne sprostowanie. W liście do "Wiadomości Literackich" obszerniej i dosadniej zwalczał błędną informację podaną przez czasopismo "Prosto z mostu" jakoby to on, Boy, zgłosił kandydaturę Andrzejewskiego do nagrody młodych PAL. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że Boya na zebraniu, gdy głosowano nad nagrodą, nie było w ogóle, bo był chory. Boy kończy swoje sprostowanie ironicznym komentarzem, że stosunek tygodnika "Prosto z mostu" "do prawdy jest raczej chłodny".
Kilkoro wiernych przyjaciół martwiło się atakami, a wręcz nagonką na Boya tak za bezceremonialne podejście do narodowych mitów, jak i za jego działalność na rzecz kobiet, za propagowanie świadomego macierzyństwa, zakładanie poradni dla kobiet. Należała do tego grona Helena Staniewska z Kalisza, do której wiele listów zostało zamieszczonych w całym zbiorze. Żeleński uspokaja w nich adresatkę, że niezbyt przejmuje się całym zamieszaniem i krytyką. W podobny, aczkolwiek o wiele bardziej złośliwy i ironiczny sposób odpowiada Izabeli Moszczeńskiej, która zaatakowała go za recenzję sztuki Gabrieli Zapolskiej "Tamten". W odpowiedzi Boy pisze między innymi: "nie przejmuję się zbytnio obelgami. Przeciwnie, kiedy dłuższy czas upłynie, a nic na mnie nie spadnie, zaczynam się niepokoić, że się już zużyłem, że staję się narodowi niepotrzebny". Kiedy zaś Żeleński został przyjęty do Polskiej Akademii Umiejętności, pisze o sobie tak: "Dla mnie zmieniło się jedno to, że przedtem byłem wymyślany indywidualnie, a teraz także jako "Akademia".
Osobną kategorię stanowią listy do Jakuba Wojciechowskiego, człowieka bez literackiego wykształcenia, który zabłysnął autobiograficznym "Życiorysem własnym robotnika", za który otrzymał nagrodę w konkursie Polskiego Instytutu Socjologicznego. Boy żywo interesował się jego losem, wspierał finansowo, zachęcał do pisania, posyłał mu książki, zabiegał o publikację opowiadań Wojciechowskiego w różnych czasopismach. Z odpowiedzi Boya wynika, że Wojciechowski czytał przesyłane mu książki, a uzbierał ich z czasem pokaźną bibliotekę, dzieląc się uwagami na ich temat. Przydaje to dodatkowy rys osobowości Boya jako promotora twórczości chłopskiej.
Na marginesie wielkich bojów o prawdę literatury i prawdę życia pojawiają się w listach doprawdy niespodziewane smaczki i ciekawostki. Podczas dwumiesięcznego pobytu we Francji w 1928 r. mieszkał w Paryżu "bardzo klasycznie - jak pisał - bo Hotel Moliere, rue Moliere". Z obszernego listu do redakcji "Ilustrowanego Kuriera Codziennego" dowiadujemy się, że do jednego z obrazów "Macierzyństwo" Wyspiańskiego pozowała żona Boya, Zofia Żeleńska, z domu Pareńska, wraz z trzymiesięcznym wówczas ich synkiem Stanisławem. Obraz ten cały czas znajdował się w posiadaniu Żeleńskich. Stąd, gdy ktoś inny nadesłał taki sam obraz na wystawę do Zachęty, okazało się, że istnieje falsyfikat bardzo wiernie podrobiony.
Do szeregu polemicznych bojów toczonych w imię prawdy i rozsądku należy dodać jeszcze jeden temat: walkę o sensowne i logiczne stosowanie przecinków. Boy zżymał się, gdy mu w jego tekstach jakaś niezbyt rozgarnięta korekta poprawiała przecinki i zawsze interweniował, żeby ich nie ruszano. A kiedyś wyłapał pewien przecinkowy nonsens w artkule w "Wiadomościach Literackich": "W ustępie, który wylicza kochanków księżnej Radziwiłłowej, czytamy: "Kolejno względami jej cieszyli się między innymi car Aleksander, Orłow, Czernyszew, piękny jak młody bóg pogański, Artur Potocki, wreszcie głośny z sukcesów miłosnych adiutant". Zapytuję, jak przy tym sposobie przecinkowania zgadnąć, k t o b y ł p i ę k n y j a k m ł o d y b ó g p o g a ń s k i: Czernyszew czy Artur Potocki?"
Wpadły mi w ręce listy. W bibliotece wpadły. To znaczy właściwie wypadły z półki, dlatego wpadły w ręce. No dobrze, nie listy jako listy, lecz książkowe ich wydanie w układzie chronologicznym, czasami odtworzonym na podstawie stempli pocztowych lub wzmianek w ich treści pozwalających na określenie daty. Przyznaję, czytam i jestem zachwycona. Zwłaszcza tymi z lat krakowskich i początkowych warszawskich. Listy te, choć niekompletne, ujawniają część osobowości Boya, jego relacje z innymi, z krytykami, kobietami, adwersarzami polemik; zdradzają kolejność pracy nad tłumaczeniami literatury francuskiej (Biblioteka Boya), inspiracje do owych tłumaczeń. "Dzieje Tristana i Izoldy" są efektem znajomości - i zauroczenia! - z Anną Leszczyńską, także admiratorką literatury francuskiej, aktorką występującą pod pseudonimem Anna Belina. Ponad sześćdziesiąt listów do Niuśki, jak ją nazywał, to zapis emocjonalnego i duchowego porozumienia, wzajemnej fascynacji, chociaż czytamy listy tylko jednej strony. Boy bywa w nich liryczny, wspierający, współczujący, żartobliwy i melancholijny.
To jedna strona lektury. Drugą jest świat artystycznej krakowskiej bohemy, dowcipne i złośliwe nieraz uwagi pod adresem krytyków, praca nad przekładami, wznowieniami, walka o honoraria za wykorzystanie tekstów, ułamki dyskusji i polemik literackich, teatralnych, sprostowania, wyjaśnienia, wyjazdy z odczytami. Jak w kalejdoskopie rozwija się w nich barwny kulturalno-literacki tygiel międzywojennej epoki z bardzo subiektywnej - trzeba przyznać - perspektywy jednego z wybitnych luminarzy, który w tym tyglu potrafił czasami zdrowo namieszać. Na marginesie zaś anegdot i obyczajowo-towarzyskiej atmosfery wyłania się zasadniczy rys osobowości Boya - to był tytan pracy. Ubawiła mnie przypomniana w przypisach, a znana z innej książki Boya anegdota o Dzieduszyckim, który na skrót O. o. u. s. (O odpowiedź uprasza się) widniejący u dołu jakiegoś zaproszenia odpowiedział również skrótem: D. u. p. a. (Dziękuję uprzejmie, przybędę akuratnie).
100 tomów Biblioteki Boya, recenzje teatralne, odczyty o literaturze francuskiej, wstępy i opracowania do własnych tłumaczeń, analizy krytyczno-literackie, felietonistyka prasowa, a i własna twórczość poetycka i satyryczna (Zielony Balonik, poezja), a przecież to był zawodowy lekarz, pracujący najpierw w szpitalu, później prowadzący prywatną praktykę... Cokolwiek myśleć o kolorowym życiu artystycznej bohemy, w której Boy się obracał, zwłaszcza w krakowskim etapie życia, a i później, gdy ze szczerością przyznawał w liście do Emilii Makuszyńskiej: "urżnęliśmy się jak Świnie", był to człowiek lubiący pracę w ciszy i samotności: "ciągle sobie projektuję, jak po wojnie sobie ułożę życie, żeby móc tygodniami nie wychodzić z pokoju i ani najdrobniejszym kącikiem nie stykać się z niczym". Zaiste, tempo pracy miał niezrównane. W listopadzie 1916 roku pisze: "na dyżurach po trochu ściubię Manon Lescaut", a już 5 stycznia 1917 donosi, że oddał do druku. Boy pracował jednocześnie nad kilkoma książkami: jedną czy dwie tłumaczył, do trzeciej pisał wstęp, w czwartej robił korektę. Nic dziwnego, że zdarza mu się westchnąć: "żyję wyłącznie w świecie fikcji", a w innym miejscu zdradza ciekawe odczucia towarzyszące tłumaczowi, który zajmuje się dziełami z dawnych epok: "To jest dziwne uczcie, jak się tak na jakiś czas pożyczy swoją krew, żeby ożywić taką rzecz sprzed kilku wieków, to za to samego siebie i wszystko dokoła odczuwa się jak jakieś cienie bez teraźniejszości".
Kapitalne są odniesienia do polemik toczonych przez Boya z krytykami, recenzentami, profesorami. Od początku znajomości i wymiany lisów wyraźnie widać, że wysoko cenił i darzył estymą Wacława Borowego. Ale właśnie w liście do niego zdaje barwną relację z potyczki polemicznej z Ignacym Chrzanowskim, któremu zarzucił uprawianie "wiatrologii", punktując błędy i nieznajomość literatury francuskiej. W liście do Borowego tak podsumowuje Chrzanowskiego: "należy do tych historyków literatury, którzy w gruncie rzeczy mają antypatię do literatury: jest ona dla nich niby dość plugawy, ale konieczny nawóz, na którym dopiero wyrasta piękny kwiat, tj. katedra profesora literatury". Doprawdy, malowniczy obraz uniwersyteckiego zadęcia.
W ogóle, poza warstwą anegdotyczną, listy są przykładem sprawności stylistycznej Boya, o czym nigdy nie wątpiłam, biorąc pod uwagę działalność translatorską, ale tutaj niemal naocznie można zaobserwować, jak Boy pracował w języku. Do Cypriana Godebskiego zwraca się "Mon cher Cipa", a to dlatego, że zaraz w pierwszym zdaniu pisze: "Pozwalam sobie polecić Ci pana..." itd. Opisując nieudane zabiegi organizacyjne wokół wyjazdu z odczytem do Kalisza, z niesmakiem, a może i zdumieniem zdaje relację: "Zgłosiła się do mnie pani Szeleścina* z Warszawy (nieznajoma i przez telefon) z zapytaniem, czybym nie przyjechał", a wcześniej w poprzednim jeszcze liście: "nic w gruncie ścisłego nie wiem, bo nie widziałem nikogo na oczy, tylko jakiś głos telefonem ze mną rozmawiał, co nie jest wystarczające!" I tu się absolutnie zgadzam z Boyem - glos w telefonie nie jest wystarczającą formą kontaktu. Należy ubolewać nad zanikiem sztuki pisania listów. Tłumaczenia, jakoby przy współczesnym trybie życia brakuje na to czasu są chybione, gdy się weźmie pod uwagę, że przez wiele lat, zwłaszcza w okresie I wojny światowej Boy wysyłał listy przez okazje, osoby, które mogły list przewieźć, gdyż na regularną pocztę nie można było liczyć. Wiązało się to z dodatkowymi zabiegami, szukaniem kontaktów, a to zajmuje czas o wiele bardziej niż dzisiejsze przespacerowanie się na pocztę.
* Biorąc pod uwagę, że wszystkie nazwiska są opatrzone komentarzem od wydawcy, tej pani zaś nie, należy domniemywać, że jej nazwisko jest wymysłem Boya na określenie charakteru jej głosu w telefonie
Książka O wartościowaniu w badaniach literackich jest efektem sympozjum Wartościowanie i ocena w badaniach literackich zorganizowanego w dniach 19 - 21 października 1982 r. przez Katedrę Teorii Literatury Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. wzięli w nim udział luminarze polskiej humanistyki: literaturoznawcy (Henryk Markiewicz, Edward Balcerzan, Jerzy Jarzębski, Michał Głowiński), filozofowie (Józef Tishner), muzykolodzy (Bohdan Pociej), reżyserzy i znawcy sztuk plastycznych (Juliusz Burski, Krystyna Zwolińska) i inni. Zbiór wygłoszonych referatów pod redakcją Stefana Sawickiego i Władysława Panasa ukazał się w formie książkowej w roku 1986. Podaję daty sympozjum i wydania książki, gdyż wyjaśniają one obecność w kilku miejscach ingerencji cenzury, to znaczy usunięcie fragmentów tekstów opatrzone znaczkiem [----] i następującą po nim formułką [ustawa z dnia 31 VII 1981 r., O kontroli publikacji i widowisk, art. 2 pkt 2 ..] itd.
Z dzisiejszego punktu widzenia mam więc w bibliotece wręcz zabytek, z jednej strony literacki, a z drugiej rangi niemal historycznej. O tym, że Stanisław Lem wielbicielem komunizmu nie był, powszechnie wiadomo. Toteż nie dziwi, że w referacie Jerzego JarzębskiegoPrzypadek i wartości. O aksjologii Stanisława Lema cenzorzy doszukali się nieprawomyślności,co w zasadzie nie jest zaskoczeniem. Tym bardziej, że autor referatu zbyt "niebezpiecznie" zahaczył o temat uszczęśliwiania na siłę wbrew ludzkim dążeniom indywidualnym, a wreszcie wbrew własnym, wyjściowym przesłankom oraz zdrowemu rozsądkowi. Ingerencja cenzorska pojawiła się też w samym środku zdania referatu Bohdana Pocieja o muzyce. Tu z kolei niepokój wzbudziło dosłownie jedno słowo, które akurat z kontekstu bez problemu uważny czytelnik sobie zrekonstruuje: "inkwizytorzy" - jakich by barw nie używali - czarnych [----] [Ustawa....], czy brunatnych - "prawdę" utożsamiali z nie-prawdą. Rzeczą oczywistą jest, że wyciętym słowem jest "czerwonych".
Amputacji dokonano też na referacie Edwarda Balcerzana Przymusy aksjologiczne. Była to amputacja, gdyż usunięto całe zakończenie tekstu wraz z odnośnym przypisem. Tak więc mamy urwane zakończenie: Człowiek bez właściwości? Tak. [----] A już szczególnie podpadł Stefan Morawski, zgoła niepokorny filozof, który w swoim referacie W labiryncie aksjologicznym najpierw podaje w wątpliwość upaństwowioną organizację szczęścia (koncepcja ofiarowania ludziom optymalnego czy nawet maksymalnego szczęścia dzięki superorganizacji i superracjonalizacji życia pod patronatem wielkich państwowych struktur przyniosła rezultaty opłakane)i kiedy autor ośmiela się zestawiać amerykański sen od pucybuta do milionera z realiami społeczeństwa pod rządami komunistycznymi, wkracza cenzura z kreseczkami i Ustawą z dnia... O kontroli... Kilka stron dalej znowu filozofowi zabrakło (czy zabrakło?...) "wyczucia" języka, gdy pisze: Nie wystarczy jednak owa demaskacja, nie wystarczą również "marsze pokoju", niekiedy manipulowane [----] [Ustawa...] Ho, ho! Manipulowane marsze pokoju, no, no, pojechał nieźle. Przy czym nie mam ani cienia wątpliwości, że cenzor kompletnie nie miał pojęcia o czym był cały tekst. Wyłapywał po prostu słówka.
Natomiast zupełnie poza tematyką politycznej cenzury pojawia się jeszcze jeden aspekt unikatowości publikacji.. Otóż w spisie treści wystąpiła pomyłka w imieniu jednego z prelegentów. Zamiast Juliusza Burskiego jest Julian Burski. Książki mogą być unikatowe jak znaczki czy monety. Dodatkowa rysa czy brak jakiegoś elementu podnoszą historyczną wartość egzemplarza. Nie jest to może biały kruk, ale kuriozum - tak. Większą wartość materialną mają obecnie na pewno dawne powielaczowe wydania drugiego obiegu Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA, ale te trzymam zabezpieczone przed zniszczeniem i nie pożyczam nikomu. Ale to już materiał na inny wpis. Tymczasem bawię się w zgadywankę "co cenzor miał na myśli".
5 i 6 sierpnia - godz. 20:00 w Jazz Club Kosz, godz. 20:00 (koncerty biletowane)
14 sierpnia - dwa koncerty o godz. 19:00 i 20:00 Rynek Wodny (wstęp wolny)
Gryczaki - Festiwal Kaszy, Janów Lubelski
6 - 7 sierpnia, Zoom Natury nad zalewem
6 sierpnia od 15:30, 7 sierpnia od godz. 14:00
W programie kulinarne prezentacje, konkurs na potrawę regionalną i nalewkę żurawinową, pokazy gotowania, konkurs drwali "Siekierezada" oraz koncerty. Zapewne większość zainteresuje występ zespołu Wilki, ale ja celuję w The Polish Tenors.
Będą stoiska regionalne, degustacje i fascynacje.
Festiwal Stolica Języka Polskiego Szczebrzeszyn
7 -13 sierpnia, Rynek Wodny w Zamościu pierwszego dnia, a kolejne w Szczebrzeszynie
W programie spotkania z językoznawcami, pisarzami, literaturoznawcami.... Jako goście wystąpią między innymi: Jerzy Bralczyk, Ryszard Koziołek, Halina Pelcowa, Magda Umer, Leszek Mądzik, Anda Rottenberg, Michał Książek, Anna Bikont i... wszystkich nie wymienię.
Będzie o języku, literaturze, muzyce, Śląsku, oczywiście pojawi się temat Ukrainy, ukraińskiej poezji.
Podkarpacki Festiwal Organowy - Klasyka na Podkarpaciu
Trwa od połowy lipca, koleje koncerty sierpniowe:
7 sierpnia - godz. 20:00 - Katedra NSPJ, Rzeszów
13 sierpnia - godz. 18:00 - Jarosław, Opactwo
14 sierpnia - godz. 16:00, Ropczyce Sanktuarium
godz. 17:30 Chmielnik Rzeszowski, Sanktuarium
15 sierpnia - godz. 18:00 - Rzeszów-Zalesie, kościół Wniebowzięcie NMP
21 sierpnia - godz. 20, Rzeszów, Katedra NSPJ
47. Międzynarodowe Koncerty Organowe - Krasnobród
Sanktuarium Maryjne w Krasnobrodzie
14 sierpnia - godz. 17:00 - Paweł Seligman (Cieszyn) - organy
28 sierpnia - godz. 17:00 - Agnieszka Gertner-Polak - sopran, Marek Kudlicki (Wiedeń) - organy
Festiwal re;tradycja - Jarmark Jagielloński - Lublin
19 - 21 sierpnia 2022
klasyczny jarmark 20 i 21 sierpnia na Starym Mieście
poza tym: koncerty, warsztaty ludowego rękodzieła, potańcówki ludowe, spektakle dla dzieci, wystawy w tym wystawa fotografii Ukraina i Ukraińcy w Zaułku Hartwigów oraz malarstwo Ivana Prykhodki w Galerii Gardzienice, pokaz kolekcji ludowej biżuterii i inne
49 Międzynarodowe Spotkania Wokalistów Jazzowych - Zamość Jazz Festival 2022
Napisał tę powieść mając dwadzieścia lat. Ale gdy ktoś urodził się pod Berlinem, wychowywał w Moskwie, do polskiej szkoły chodził w Charbinie (dzisiaj: Harbin w Chinach), studiował jednocześnie anglistykę, polonistykę i orientalistykę, można przewidywać, że jest osobowością nieprzeciętną. Sam poliglota lekka ręką wyposaża swoich bohaterów w znajomość kilku języków: Mówię zaś mniej więcej jednakowo po francusku, angielsku i niemiecku, no i znam kilkaset wyrazów szwedzkich, a także trochę chińszczyzny - zdradza bohater, który niespodziewanie zostaje wplątany w aferę szpiegowską. Jego przyjaciel skromnie dorzuca znajomość polskiego: cztery lata mieszkałem, dzieckiem będąc, w Warszawie. Zupełnie na odwrót niż sam autor powieści: nie mieszkając w Polsce, sam, jako dziecko, nauczył się języka polskiego na emigracji, gdzieś pomiędzy Moskwą, Ufą, Omskiem, Charbinem i Władywostokiem.
Pierwsza powieść Teodora Parnickiego wprowadza w świat polityki międzynarodowej i rosyjsko-japońskiej szpiegowskiej afery. Na dodatek część akcji rozgrywa się w Chinach targanych, podobnie jak Rosja, rewolucyjnymi wstrząsami i wojną domową. Jest tu i wszechwładne GPU, i wątki romansowe, pościgi i bitwy, operowe wzruszenia muzyką Wagnera i podróże Koleją Wschodniochińską, cudowne ocalenia i tragiczne dzieje tych, którzy w ścieraniu się interesów wielkich imperiów, sami tracą życie zmiażdżeni kołami bezdusznej historii. Jeszcze narracja jest całkiem tradycyjna, jeszcze bohaterowie nie dyskutują o Autorze, jak dzieje się to w późniejszych powieściach Parnickiego. Ale już tutaj, w utworze dwudziestoletniego pisarza pojawia się specyficzna formuła dialogów, których dramatyzm okraszony zostaje absurdalnymi manierami jego uczestników.
- Panie pułkowniku! Czy pan zdaje sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką bierze na siebie...? Znamy wszyscy brzmienie rozkazu marszałka Czang-Tsun-Czanga: pod żadnym warunkiem nie cofać się za Chuan-Che!
- Kapitanie Lang-Tse-Żuj! Matka twoja była zaiste mądrą kobietą, a ojciec rozsądnym człowiekiem... Rada twoje jest dla mnie źródłem niewysłowionego szczęścia. Ale powiedz sam, kapitanie, czy wierzysz, że potrafimy z trzema tysiącami strudzonego żołnierza stawiać opór pięć razy liczniejszym południowcom...
- Wiem, że nie potrafimy, ale zmuszony jestem stwierdzić, że odwaga twoja, panie pułkowniku, aczkolwiek równie wielka jak twój rozum, w tym wypadku ulega zaciemnieniu...
- Panie Lang-Tse-Żuj! Zapomina pan, że nie siedzimy schyleni nad miseczką wonnej herbaty, ale jesteśmy na wojnie...
Kapitan skrzyżował ręce na piersiach i skłonił si pokornie.
- Cóż znaczy moja rada wobec twej władzy, panie pułkowniku... Pyłek i nic...
Chociaż scena była dramatyczna, nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, czytając. Za to właśnie uwielbiam pana P. I nawet ta pierwsza powieść, jeszcze nie tak wyrafinowana jak późniejsze, daje przedsmak cudownych językowych konstrukcji, którymi z taką łatwością si posługiwał.
Nowe wydanie Noir sur Blanc ma jeszcze jedną ogromną zaletę. Na końcu książki zamieszczone zostały autentyczne zdjęcia z epoki, ulice Charbina, rzeka Sungari, nad którą leży miasto, Dalny i Szanghaj, gdzie równie rozgrywają się niektóre wydarzenia, kolej Wschodniochińska z mapą trasy i plan miasta Charbin. Dodatek ten zatytułowano "Świat Trzech minut po trzeciej" i poniekąd jest właściwy. Patrzę jednak na ulice Charbina i wyobrażam sobie, że chodził nimi wówczas młody Teodor Parnicki, uczeń polskiego Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza, w którym jako nastolatek nauczył się języka polskiego. I wtedy właśnie, mając lat 15, postanowił, że zostanie polskim pisarzem.
Teodor Parnicki, Trzy minuty po trzeciej. Noir sur Blanc. 2015
- Taka pogoda była, jak w Irlandii byłem. Tak coś minus trzy do pięciu stopni, nieco śniegu, czyste niebo i piękne zachody słońca. A w tym samym czasie w Niemczech i u nas minus dwadzieścia, zawieje, zaspy...
- Dawno już zasp nie mieliśmy...
- Klimat się zmienia... Teraz to u nas jest jak siedem, osiem lat temu w Irlandii... Wiem, bo byłem tam przez rok.
- No wczoraj, tego Kusiora, co zawsze pijany jeździ, koło świętej Tekli...Teraz to nawet nie jechał, taki pijany był, tylko rower środkiem szosy prowadził, nieoświetlony... Zdaje się, że na śmierć....
- Aaaa, o tym to słyszałem! Wcale nie na śmierć, żyje, tylko połamany szpitalu leży. Taki to ma szczęście!...
W mroku rozświetlonym tylko świecami rozlega się najstarsza pieśń obu Kościołów - Akatyst ku czci Bogarodzicy. Przed ołtarzem unosiło się kadzidło. Stoimy trzymając w rękach świece. Kantor zaczyna pd Kontiakonu, po nim następuje pierwszy Ikos śpiewany przez chór. I tak na przemian dwanaście razy, aby zakończyć ostatnim trzynastym Kontiakonem. Stoimy, śpiewamy, świece się dopalają. Czas mija, ale nie czuje się zmęczenia. Na koniec umawiamy się na następny raz.
Tak było także wczoraj, można powiedzieć: tak się odbywa co roku 8 grudnia.
Zamieszczam to nagranie, bo najbardziej przypomina to, na którym byłam.
Ten sam Akatyst w języku staro-cerkiewno-słowiańskim
Język angielski od zawsze stanowił dla mnie kwintesencję bełkotu. Trudno, nic nie poradzę, nie lubię tego języka i za nic nie mogę się przekonać, że jest precyzyjnym odbiciem świata. Może po prostu nie trafiłam na właściwego użytkownika, który pokazałby mi całe piękno języka? Może... W każdym razie słyszę tylko bełkot, schematyzmy, widzę ubóstwo składniowych konstrukcji. Och, zapewne, skoro go nie znam, nie władam nim nawet w stopniu biernym, nie powinnam się wypowiadać ani ferować ocen. Być może. A jednak każdy język ma swoją specyficzną warstwę dźwiękową i po prostu jakoś brzmi. Nawet gdy się nie rozumie, słyszy się melodię języka, jego wyjątkową prozodię. A ta z kolei albo zachwyca, albo nie; albo ktoś umie wydobyć wszystkie smaczki dźwiękowe, albo je gubi, spłaszcza i tej melodii pozbawia. I nie jest to kwestia nieznajomości zasad gramatycznych czy słownictwa. Może to kwestia głosu? A raczej językowego słuchu?
W polszczyźnie mimo dominującego akcentu paroksytonicznego jest wiele słów z akcentem przesuniętym na trzecią czy czwartą sylabę od końca. I bardzo wielu Polaków nie potrafi go stosować, kładąc wszędzie i zawsze nacisk na sylabę drugą. Brzmi to okropnie. A raczej nie brzmi wcale, lecz boleśnie rani uszy. Tacy użytkownicy języka nie mają chyba słuchu, skoro nie odróżniają sylab i nie potrafią zastosować właściwego akcentu wyrazowego. Nawet gdy im zwrócić uwagę, na czym polega problem, nie potrafią zaakcentować poprawnie. Nie słyszą tego. Nazywam to językową głuchotą. Przecież nawet gdy nie umiem właściwie wyartykułować wyrazu w obcym języku, słyszę, gdy ktoś mówi inaczej, słyszę i widzę różnicę. Tymczasem ludzie, o których piszę, nie słyszą tego, nie potrafią dostrzec różnicy między swoją a cudzą wymową. A ponoć słuch mają doskonały.
Jest to więc kwestia słuchu i głosu. Umiejętności operowania własnym głosem, świadomego nim posługiwania się. Teoretycznie świadomość ta kształtuje się od narodzin, praktycznie uczą się jej na poziomie bardziej zaawansowanym aktorzy. Przynajmniej kiedyś tak było. Niestety, współczesne aktorstwo pod tym względem przedstawia wiele do życzenia. Dlatego przestałam oglądać polskie filmy, ponieważ ich nie da się słuchać. Ścieżka dialogowa często przypomina bełkot. A przecież to ma być polszczyzna, zrozumiała i czytelna. Niestety, nie jest. I chociaż rozumiem słowa, prozodia wypowiadanych tekstów jest nieczytelna, gwałci językową specyfikę polszczyzny, nie brzmi, nie ma melodii. Na przykład w filmie, aktualnie okrzyczanym, wychwalanym, reklamowanym jako polski kandydat do Oskara. Od razu się usprawiedliwię, że filmu w całości nie oglądałam, widziałam tylko urywki, fragmenty emitowane do znudzenia w spotach reklamowych, ale już one mnie całkowicie zniechęcają. Chodzi o "Boże Ciało". Takie mówienie, jakie tam słyszę, nazywam właśnie bełkotem. Mimo zrozumiałości poszczególnych słów, prozodia jest fatalna, a akcent zdaniowy groteskowy. Język filmu zamiast kierować uwagę na problematykę, wręcz śmieszy, a częściej irytuje.
Najpierw słuch czy najpierw głos? Chyba jednak słuch, bo głos można mieć ustawiony prawidłowo, a nie umieć się nim posługiwać. Aktorzy uczą się ustawienia głosu, ale czy nadal uczą się używać go w zgodzie z właściwościami języka, którym się w filmie posługują? Czy język wypowiedzi, language, nie powinien raczej zachęcać niż zniechęcać do słuchania? Mistrzowie mowy potrafią tak mówić, że nawet nie rozumiejąc, chcemy ich słuchać. Mój problem z angielskim wynika może z tego, że dotąd nie słyszałam nikogo, kto mówiłby w tym języku tak, że chciałabym go słuchać. Język francuski też jest dla mnie trudny, byłby nawet trudniejszy, gdybym chciała się go uczyć, ale podziwiam jego prozodię, gdy słucham np. piosenek w wykonaniu Mireille Mathieu. Nie pamiętam, czy ktoś jeszcze umiał mi tak pokazać piękno tego języka. Z kolei piękno języka niemieckiego zawsze podziwiałam w wypowiedziach Andreasa Scholla. Mimo że niemiecki ma opinię języka dosyć twardego, w rzeczywistości, właśnie za sprawą słuchania jak mówi Andreas Scholl, usłyszałam jego melodyjność i miękkość. To zaskoczenie, bo niemieckiego uczyłam się w czasach szkolnych i wówczas nie wydawał mi się tak atrakcyjny.
Angielski nie zachęcał nigdy. Bełkot i już. Do czasu. To znaczy nadal uważam, że gramatycznie i składniowo to prymitywny bełkot, ale.... można nim posługiwać się tak, że chce się słuchać. Człowiek, który mnie o tym przekonał, nazywał się Jeremy Brett. W jego mowie angielski ma akcent, ma melodię, ma frazę, ma rytm, ma wszystko, co stanowi o tym, że chciałoby się ten język poznać i się go nauczyć. Czy to kwestia językowego słuchu czy raczej głosu? Zapewne jednego i drugiego. W każdym razie nikt, tak jak on, nie pokazał mi, że w angielskim można się zasłuchać.
Jeremy Brett w wywiadzie
Jeremy Brett jako Sherlock Holmes - kilka scen filmowo-dialogowych w znakomitym wykonaniu
Od 2. do 23. października z jedno- i dwudniowymi przerwami po pierwszym, drugim i trzecim etapie. Ostanie trzy dni - 21 - 23 października to już sama radość słuchania: koncerty laureatów. Bo podczas przesłuchań finałowych się denerwowałam. Co innego, gdy się ma już duże doświadczenie występowania z orkiestrą, a co innego, gdy się takiego doświadczenia nie ma. Ale udało się wszystkim. Chyba...
Pierwszy, czwartkowy koncert po ogłoszeniu wyników jeszcze nie był taki, jak powinien. Laureaci byli zmęczeni. Bruce Liu, zdobywca I miejsca mówił, że spał tylko dwie godziny. Dopiero w drugim, a już najbardziej w trzecim, sobotnim koncercie niektórzy odstresowali się całkowicie i grali już zupełnie na luzie. Nawet lepiej niż podczas konkursu. Dopiero w sobotę doceniłam mistrzostwo mazurków w wykonaniu Kuszlika, a Aimi Kobayashi w interpretacji preludiów znowu zabrała wszystkich w jakąś niezwykłą, mistyczną kontemplacyjną przestrzeń. "Ona jest nie z tego świata" - napisał jakiś internauta. Bruce Liu w sobotę z Koncertu e-moll zrobił prawdziwe arcydzieło. I wreszcie z całym przekonaniem uznałam, że chciałabym mieć to nagranie na płycie.
Internauci jak zwykle nie zawiedli. Oczywiście, czasami lepiej jest słuchać, co mówią, co podpowiadają specjaliści. Na co zwrócić uwagę, co jest wyjątkowego w tej czy innej interpretacji. Przywiązywać się do ich opinii za bardzo nie należy, warto, wykazując się samodzielnością, spojrzeć czasami niezmąconym okiem i uchem. Ale to, co działo się na czacie podczas transmisji, też było ciekawe. Pominę zjawiska negatywne, bo i takie się pojawiły, niestety. Niemniej tylu braw, tylu zachwytów, tylu wyrazów uwielbienia to ja nigdzie nie widziałam. I tylu "frogs"!
Gorąca dyskusja wywiązała się zwłaszcza po ogłoszeniu dwunastki finalistów, gdy nie przeszli czyiś ulubieńcy. I się zaczęło: dlaczego nie ma tego, dlaczego tamtego, a dlaczego dwanaścioro, skoro regulamin mówi o dziesięciorgu finalistach? Gdyby jury czytało czat, nie wybrałoby nigdy nikogo a lista byłaby tak długa, jak niemal na samym początku przesłuchań. A tak mimo wszystko zamknęli definitywnie drzwi za dwunastką i wszyscy niezadowoleni mogli sobie z czystym sumieniem - że nie od nich to zależało - ponarzekać.
Jeszcze gorętsza dyskusja - czy raczej wylewanie łez i danie upust żalom - trwała do dziś. Obok zaś pełne euforycznego uwielbienia peany ze strony tych, których typowania się potwierdziły. Ponownie dużo "clapów", bukiecików, serduszek, całusów, nutek i "frogs". Najbardziej adekwatny komentarz do minionych trzech tygodni brzmiał: "Czy to już ostatni koncert. I co teraz będę robić wieczorami?" Też się nad tym zastanawiam. Cztery lata oczekiwania na następną edycję wydają dzisiaj wiecznością. Przedsmak wieczności zdarzył się juz teraz, w tej edycji konkursu, gdy Aimi Kobayashi grała preludia.
Tymczasem można zastanowić się nad kwestią mechanizmów uczenia się. Jak to się dzieje, że określone stany wyjściowe prowadzą do konkretnych efektów? Inteligencja, aspiracje, emocje, pamięć, osobowość i temperament każdego uczestnika w zetknięciu z materiałem muzycznym Chopina uczyniły z nich wirtuozów. Znowu odwołam się do wywiadu z Brucem Liu, który jest artystą bardzo świadomym i wciąż analizującym swoje umiejętności w perspektywie możliwości poprawienia, usprawnienia tego, co jest jego zdaniem niepełne, co nie odpowiada jego wyobrażeniu o muzyce. On właściwie nigdy nie jest w pełni z siebie zadowolony. Chyba nawet gdy gra, już myśli, co następnym razem zmienić, poprawić, udoskonalić.
W starym zeszycie z notatkami z psychologii znalazłam dwa wykresy krzywej uczenia się: jedna to wznosząca się łagodnie i sukcesywnie, a druga wznosząca się etapowo. Której odpowiada uczenie się utworów muzycznych? I co będzie kolejnym wyzwaniem dla Choziainowa, który ma w repertuarze wszystkie utwory Chopina? Mam nadzieję, że to nie będzie li tylko przechodzenie od nazwiska do nazwiska, jak w przypadku jarmarków w mieście, w którym na początku XVII w. były cztery jarmarki na cztery pory roku, a w niecałe sto lat później osiem w dni świętych patronów: na Trzech Króli, na św. Macieja, na św. Jerzego, na Boże Ciało, na św. Magdalenę, na Przemienienie Pańskie, na św. Wincentego i na św. Mikołaja. A dzisiaj odbywają się dwa razy w tygodniu.
Wśród 26 zawodów wymienianych przed pierwszą wojną światową był też zawód muzykanta: był nim dudarz. W okresie zaś międzywojennym wśród znaczących kupców pojawia się nazwisko "Rapaport". Mnie się ono kojarzy ze skeczem.
Znalazłam też dawne nazwy ulic i ich dzisiejsze odpowiedniki. Na przykład dawna Morowa to dzisiejsza 3-go Maja, a Radzięcka dziś nosi godną nazwę Stanisława Moniuszki, a główna biegnąca przez całe miasto i dzieląca je niemal na pół nosi miano Tadeusza Kościuszki. Tylko Szewska pozostała Szewską, chociaż szewców na niej od dawna nie ma.
Ho, ho, jakie cuda z niepamięci wydobywam ze starego zeszytu. Wiersz Zygmunta Rumla ku czci pracowników tajnych drukarni, program konferencji naukowej z 1992 r. w siedzibie MON w Warszawie (o matko jedyna, co ja miałam wspólnego z MON-em?!), a wśród prelegentów Jan Gozdawa-Gołębiowski (zm. w 2013 r.), Zbigniew Gnat-Wieteska. Z jeszcze dawniejszych dziejów (i zapisków) wyłania się postać Dymitra herbu Korczak, znany jako Gorajski. Ale Dymitr pochodził z Rusi Czerwonej. Korczakowie otrzymali olbrzymie nadania królewskie, dzięki którym zgromadzili w swoich rękach klucze: klecki, gorajski, kraśnicki, szczebrzeski i stojanicki. Posiadłościami podzielili się bracia Dymitr i Iwan.
Na koniec zagadka ze starego zeszytu. Pod notatkami znalazłam takie szyfrowane znaczki:
W 7399
EO 298990
EO 315095
B 104173
B 131478
A na koniec H IV
Czy ktoś starej daty (równie starej jak ja) będzie kojarzył, co to takiego. Że też ja to zapisałam! Toż to prawie dokument.
Równolegle ze słuchaniem uczestników 18. Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina utrwalam i porównuję własne odczucia z opiniami komentatorów. Niejednokrotnie zaskakują tak samo, a czasami nawet wzbudzają podziw elokwencją. Okazuje się, że muzycy mają równie głęboką wrażliwość muzyczną, jak i rozwiniętą wyobraźnię językową. Opanowanie skomplikowanych konstrukcji kompozycyjnych pomaga widać w tworzeniu precyzyjnych językowych odpowiedników myśli i emocji. Jestem zauroczona niektórymi określeniami, jakie padają z ust komentatorów. Zauważyć przy tym można, że o ile tzw. teoretycy posługują się często wysublimowanym językiem naszpikowanym określeniami trudnymi do zrozumienia przez laika, o tyle praktycy, a więc artyści czynnie muzykę uprawiający, potrafią to samo wyrazić w sposób plastyczny i lapidarny.
Na ostateczne wyniki konkursu nie mam wpływu, za to układam swój prywatny ranking najbardziej ciekawych i oryginalnych komentarzy, sformułowań i podsumowań. Do wyróżnionych metafor komentatorów zaliczyłam między innymi epitet z rozmachem kosmicznym "walc mgławicowy" oraz metaforycznie wyrażony efekt emocjonalnego zaangażowania pianisty: "niszczycielski huragan emocji". Z poetyckich obrazów oddających w sposób plastyczny emocje związane z wykonaniem utworu zapisałam do zapamiętania "nokturn snujący się jak całun nad nieboszczykiem" i "lodowa księżniczka". Jeden z jurorów, wirtuoz i laureat konkursu sprzed lat, poproszony o ocenę przygotowania uczestników tegorocznego konkursu pokusił się o rozbudowane podsumowanie: "w występach uczestników bywa często dużo teatru i ego tak wielkie, że nie widać kompozytora".
Na koniec absolutny numer jeden. Na zwycięzcę zmagań pianistycznych jeszcze poczekamy kilka dni, ale ja już dzisiaj przyznaję główną nagrodę za komentarz, który jest tak obrazowy i tak finezyjny, że należy się za niego jakaś literacka nagroda co najmniej. Otóż omawiając występ jednego z uczestników, któremu chyba nie wszystko wyszło jak należy, komentator skwitował owe niedoskonałości słowami: "diastema w hollywoodzkim uśmiechu". Genialne! Przyznaję za to Nobla, albo przynajmniej Nike.
Wszystkie zacytowane sformułowania mają oczywiście swoich autorów, nie są to wypisy z komentarzy anonimowych internautów. Mam je zapisane w swoich notatkach na pamiątkę. Komentarzy gremiów oceniających na bieżąco można posłuchać czy to w Dwójce Polskiego Radia, czy na TVP Kultura. W każdym razie nagrało się.
Śledzenie na czacie reakcji międzynarodowej publiczności podczas transmisji na YouTube wymaga z kolei refleksu i chwytania tekstu w kilku językach jednocześnie. Bo chociaż administratorzy z NIFC wciąż przypominają, żeby używać tylko angielskiego, internauci są bardzo niesubordynowani i piszą w różnych własnych językach: włoskim, rosyjskim, niemieckim, hiszpańskim, oczywiście także polskim. Co rusz też pojawiają się szlaczki, które identyfikuję jako język japoński lub koreański, no ale tego to już ni w ząb nie rozumiem. I tutaj także zdarzają się wpisy dowcipne i pomysłowe, chociaż nie tak może finezyjne jak cytowane wyżej. W trzecim etapie do wykonania jest między innymi wybrana sonata, w tym Sonata b-moll ze słynnym Marszem żałobnym. Kiedy po raz pierwszy w tym etapie zabrzmiały jego mroczne dźwięki, na czacie pojawiały się wpisy w stylu: "kto umarł?", "kogo opłakujemy?" i najczęstszy "RIP". A komu się pisać nie chciało, zamieszczał ikonki trumien lub czaszek. Współczesny popkulturowy danse macabre. Malownicze były też reakcje na Preludium Des-dur "Deszczowe": parasolki, chmurki z deszczem, kalosze....
W sumie pozytywne, że ludzie się przy muzyce Chopina bawią. Tym bardziej, że wśród obserwatorów i słuchaczy transmisji są naprawdę ludzie z całego świata, przy czym jak podano na stronie NIFC ok. 45 % to Japończycy. Wielu uczestników ujawnia kraje, skąd się łączą, dlatego wiem, że od dziesiątej codziennie podczas przesłuchań są nie tylko Japończycy. Pojawia się Korea Południowa, Tajwan, Rosja, Australia, Nowa Zelandia, Stany Zjednoczone, Kanada, Meksyk, mignęły mi jakieś kraje Półwyspu Bałkańskiego, oczywiście Włochy, bo w tym roku przyjechali silną grupą, jakieś wyspy były... Wielu Polaków łączy się z zagranicy, podają miasta, gdzie mieszkają. Powstaje prawdziwie międzynarodowa społeczność. Znakiem rozpoznawczym miłośników muzyki Chopina dosyć nieoczekiwanie i zagadkowo została ikonka żaby. "Frogs" pojawiają się często zamiast całego komentarza. A inni, przypadkowi goście, którzy na co dzień nie słuchają Chopina, zdezorientowani pytają co to znaczy i dlaczego "frogs". Polacy też nie wszyscy wiedzą. "Nie kminię tych żab" - skarżył się jeden. Ale to już zupełnie inna historia :-)
Słowo "polityka" zadomowiło się we wszystkich językach obrastając wieloma wyrazami pokrewnymi i tworząc rozliczne odgałęzienia olbrzymiej słowotwórczej rodziny. Większość europejskich języków wyrastając z pnia rodzimych dialektów, konsolidowała się pod silnym wpływem łaciny, pełniącej w średniowieczu rolę języka międzynarodowego, języka nauki i działalności politycznej. Tylko że wówczas punktem odniesienia był język grecki, z którego czerpano wzorce tak działalności politycznej, jak i języka, np. języka dyplomacji. Jedni czytali greckie oryginały, inni szukali w nich inspiracji, a jeszcze inni zaczynali, jak Petrarka tworzyć w ojczystych dialektach. Wilhelm z Moerbeke, (1215 - 1286) dominikanin, arcybiskup Koryntu, był jednym z największych tłumaczy swojej epoki. Przede wszystkim tłumaczył na łacinę Arystotelesa, niemniej pisał komentarze także do innych autorów greckich, jak Platona, Temistiusza, Aleksandra z Afrodyzji, Archimedesa, Ptolemeusza i innych. Walter Ullmann twierdzi, że to on właśnie, tłumacząc Arystotelesa, po raz pierwszy przełożył z greckiego na łacinę termin, którym posługujemy się dzisiaj powszechnie: politeuein (gr.) - politizare (łac.) - politykować.
Wilhelm z Moerbeke na pewno przetłumaczył Arystotelesowską "Fizykę", "Politykę", "Retorykę" i "Metafizykę". Współczesne analizy wykluczają aby przetłumaczył także "Etykę nikomachejską". Niemniej ranga Arystotelesa jako autorytetu we wszelkich dziedzinach naukowych dociekań od wieków średnich (XI - XIV) przejawiała się w nazywaniu go Filozofem bez podawania imienia. Wiedziano o kogo chodzi, a jego dzieła stanowiły probierz prawdy niemal ostatecznej, skoro Walter Wimborne z Cambridge głosił ex cathedra, że na Sądzie Ostatecznym Bóg będzie rozmawiał ze zbawionymi duszami o "Etyce nikomachejskiej".
Arystoteles mógł ogarniać umysłem całą dostępną wówczas ludzkości wiedzę, pozostawiając na wieki swoje opus magnum. Jeszcze w epoce renesansu pojawiały się wielkie wszechstronne umysły, jak Leonardo da Vinci. Postęp jednak rozszczepił naukę na szereg wąskich specjalności. Niemniej matematyka pozostała podstawą myślenia i jest uniwersalnym językiem także dla fizyki i nauk przyrodniczych. Jeśli zaś pozostać przy perspektywie transcendentnej, rodzi się pytanie, czy jest to także uniwersalny język istnienia. Tak jak franciszkanin z Cambridge, Wimborne, uznał, że "Etyka nikomachejska" jest tym uniwersalnym boskim językiem, w którym wyraża się Bóg, tak dziś np. Michał Heller (prezbiter, teolog, laureat Nagrody Templetona) w podobnym tonie twierdzi, że Bóg myśli matematycznie.
Bardziej niż dociekanie boskiego języka współczesnych ludzi zajmuje analiza ludzkiego postępowania. Nauki psychologiczne obwarowały człowieka murem zmiennych czynników decydujących o jego postępowaniu. W powszechnym codziennym życiu akceptujemy fakt, że wahania nastroju, nasze emocje, nieoczekiwane zachowania mogą być wynikiem zaburzonej gospodarki hormonalnej lub deficytów neurologicznych. Ale to Otton z Fryzyngi (1111 - 1158), także biskup zresztą, po raz pierwszy posłużył się medyczną wiedzą o człowieku w wyjaśnianiu jego postępowania z przeszłości. Rewolucyjnie jak na swoje czasy, postępowanie człowieka powiązał z jego fizjologią.
Późnośredniowieczne pochylenie się nad historią ludzkości zaowocowało nawet pierwszą koncepcją ewolucji form świata w połączeniu z ewolucją kondycji człowieka. Innymi słowy, fizyczna strona człowieka zmienia się pod wpływem świata, a ten z kolei decyduje o z mianach w otaczającym go świecie i tak dalej. Nieustannie toczy się koło wzajemnych zależności. Także zależności naszego myślenia i naszych czasów od wieków minionych. Nihil novi sub sole.
Internacjonalizmy są powszechnym zjawiskiem współczesnych języków. Występowały także dawniej, ale obecnie za sprawą globalnego rozwoju cywilizacji i masowego korzystania ze zdobyczy technologicznych ich udział w językach świata jest znacznie większy. Niektóre internacjonalizmy są tak stare, że nawet językoznawcy nie potrafią orzec, z jakiego pochodzą języka, np. polityka. Inne z kolei są tak stare, że w każdym języku uważane są za własne, jak kawa, caffe, kahve, koffie .... Współcześnie takim przyswojonym przez wszystkie języki słowem jest choćby komputer.
Język angielski stał się źródłem większości dzisiejszych internacjonalizmów w elektronice (skaner, aplikacja, spam, laptop), medycynie i tematyce zdrowotnej (lifting, jogging), ekonomii (obligacja, kompensacja, bonus, monitoring), socjologii (lider, singiel), mediach (medioznawstwie - research - risercz, target, ghostwhriter, tweet) oraz życiu obyczajowym czy politycznym (fitnes, lunch, lobby). I można popaść w przygnębienie, gdy się zważy, że wiele pięknych polskich słów popada w zapomnienie, wypieranych przez obcojęzyczne często - przyznajmy - potworki, jak shoping (shopping), tiszert (t-shirt). Te ostatnie świadczą raczej o stopniu zanglicyzowania polskiego społeczeństwa niż ekspansywności słów, niemniej słówka mają zasięg globalny.
Czyżby więc dla mniejszych języków nie było ratunku? Ostatnia podróż po ścianie wschodniej uświadomiła mi, że co prawda na mniejszą skalę, ale mamy swój polski internacjonalizm, którego nie da się niczym innym zastąpić. W pojeździe komunikacji zbiorowej siedziało za mną kilku Ukraińców jadących do Warszawy do pracy. Jechali i całą drogę gadali. Ukraiński to nie rosyjski, więc nie rozumiałam wszystkiego. Było coś, że roki prolitajut, budinok budujetsia, a brygadyr kricziaw, więc on (mówiący) win kinuw joho i wtedy wtraczieni dokumenti. Więc sklawpapieri na nowe, ale - i tu padło znajome polskie słowo - kurwa! - wsie szcze niemaje i cziekaw bezpapieriw i - kurwa! - wtratiw piwroku.
Przypomniało mi się, jak pewien reżyser, pracując z japońskimi aktorami mającymi wystąpić w Polsce ze spektaklem po polsku, musiał w krótkim czasie nauczyć ich charakterystycznego polskiego akcentu i wymowy głoski "r", której w języku japońskim nie ma. Kazał im więc przez kilka minut powtarzać coraz głośniej i szybciej kurwa, kurwa, kurwa. Występ ponoć okazał się rewelacyjny.
Na koniec podróży, gdy wjechaliśmy do miasta, na widok sklepu z zielonym szyldem, jeden z podróżnych inoziemców pięknie i dźwięcznie zawołał do kolegów: "Oo, żżżżabka!"
KOREKTA
Pamięć mi spłatała figla. Oczywiście, że to nie "r" nie ma w języku japońskim, tylko "l". Kiedy bowiem Loda Halama jechała na występy do Japonii, na afiszach pisano Roda Harama, bo właśnie z "l" był problem. Tak więc artykulacyjne ćwiczenie dla japońskich aktorów miało na celu poprawienie płynności wymowy i złapanie polskiego akcentu. Nasz polski internacjonalizm świetnie się do tego nadawał.
- To - wyjaśnił książę z nadzwyczajną radością i ożywieniem - własnoręczny podpis igumena Pafnutija według odbitki z czternastego wieku. Wszyscy nasi dawni igumeni i metropolici pysznie się podpisywali; i z jakim nieraz wykwintem, z jaką starannością! Potem napisałem tutaj innymi literami : jest to duże, okrągłe pismo francuskie z ubiegłego stulecia (niektóre litery nawet inaczej stawiano), pismo zwyczajne, pismo ulicznych przepisywaczy, zapożyczone z ich wzorów (miałem jeden) - przyzna pan, że nie jest ono bez zalet. Niech pan rzuci okiem na te okrągłe „d”, „a”. Nadałem francuski charakter pisma rosyjskim literom, co jest bardzo trudne, a wyszło nieźle. I jeszcze jedno piękne i oryginalne pismo, te słowa: „Gorliwością można wszystko przezwyciężyć.” To pismo rosyjskich pisarczyków albo, jeśli pan woli, wojskowych pisarczyków. Tak pisze się urzędowy papier do ważnej osobistości; pismo też okrągłe, znakomite czarne pismo; litery grubo pisane, ale z nadzwyczajnym smakiem. Kaligraf nie pozwoliłby sobie na te zakrętasy albo, ściślej mówiąc, próby zakrętasów, o, tych niedokończonych ogonków - widzi pan - ale w ogólności, niech pan spojrzy, to doprawdy ma charakter, wyziera stąd cała dusza pisarza wojskowego: i rozmachnąć by się chciało, i talent się domaga uzewnętrznienia, ale wojskowy kołnierz ciasno zapięty na haftkę, więc dyscyplina odbija się na kształcie liter; śliczna rzecz! Niedawno właśnie uderzył mnie taki jeden wzorek, znalazłem go przypadkiem, i to gdzie? - w Szwajcarii! A to znów proste, zwyczajne, najczystsze pismo angielskie: dalej już wykwint iść nie może, wszystko tu jest urocze, każda literka to istny paciorek, perła; wszystko idealnie wykończone. A tu ma pan odmianę znowu francuską; zapożyczyłem ją od pewnego francuskiego komiwojażera: to samo angielskie pismo, ale czarna linia odrobinkę czarniejsza i grubsza niż w angielskim, no i - proporcja światła naruszona. Niech się pan przyjrzy: owal zmieniony, troszkę okrąglejszy, i w dodatku - pełno zakrętasów, a zakrętasy to najniebezpieczniejsza rzecz! Zakrętas wymaga niezwykłego smaku; jeśli jednak uda się, jeśli nie naruszono proporcji, to pismo takie jest czymś niezrównanym, tak dalece, że można się w nim zakochać.
(Dostojewski, Idiota)
I gdzie dzisiaj szukać "duszy pisarza" i "pereł", skoro powszechnie pisze się jednakowo na klawiaturze bez "niezwykłego smaku zakrętasów"?
Komu jak komu, ale poloniście i literaturoznawcy, profesorowi Koziołkowi mogłam się przyznać, że swój pseudonim zapożyczyłam od Teodora Parnickiego.
Tegoroczna Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie kończy się dzisiaj. Mnie się udało wysłuchać trzech spotkań, zakupić książki w festiwalowej księgarni - jak widać na załączonych zdjęciach - zdobyć dwa autografy (drugi podpisał Stefan Chwin), wypić kawę, spotkać kilkoro znajomych oraz przybyłych aż z Belgii nieznajomych, pod wpływem profesora Koziołka odświeżyć spojrzenie na twórczość Sienkiewicza i utwierdzić się w przekonaniu, że najlepszą polską powieścią jest "Lalka" Bolesława Prusa. (Ale i tak uważam, że Parnicki powinien był dostać Nobla, tylko jest zbyt idiomatyczny i nieprzetłumaczalny na obce języki).
Krótko mówiąc, o wszystkim. Ale po kolei. "Książka twarzy", za którą Marek Bieńczyk otrzymał Nagrodę Nike w 2012 roku, jest zbiorem autobiograficznych, wspomnieniowych esejów pogrupowanych w tematyczne rozdziały przypisane niejako do sfer aktywności duchowo-emocjonalnej autora. Łacińskie tytuły rozdziałów odwołują się do klasycznej tradycji ujmowania życia jako wielowymiarowej całości, w której to, co zmysłowe, dotykalne, sensualistyczne łączy się z tym, co nieuchwytne, metafizyczne i egzystencjalne. Już wstępny rozdział "Vita brevis" trochę przekornie odsyłający do łacińskiej formuły ars longa, vita brevis podkreśla, że tematem książki jest po prostu życie, co prawda krótkie, ale intensywne i gęste w doświadczenia kształtujące osobowość. Zwłaszcza ludzie są istotni, co z kolei wynika z samego tytułu książki. Twarze to ludzie, którzy odcisnęli piętno na osobowości autora, od postaci ojca począwszy, który wprowadził go w świat sportu jako emocjonalnego doświadczenia wspólnotowego, przez znane postacie przewijające się w biografii autora, po postacie tak kultowe - słowo jest tutaj jak najbardziej uzasadnione - jak Humphrey Bogart w "Casablance", Boy jako tłumacz "Niebezpiecznych związków" Laclosa czy autor kryminałów Chandler, a po drodze subtelne rozważania o perypetiach paszportowych romantyków (Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego) będące przyczynkiem do porównań z doświadczeniem przekraczania granic w czasach współczesnych. Wydaje się, groch z kapustą. Miszmasz tematów, wątków, skojarzeń częściowo tylko ujętych w karby sugerowanych rozdziałów: "Initiatica", "Sportiva", "Melancholica", Sensualica", "Picturesca" itp. Tym, co łączy, zdawałoby się, sylwiczną strukturę książki, jest wyrazisty i osobniczy język wyrastający z osobistego doświadczenia biograficznego oraz refleksji natury metafizycznej czy wręcz mistycznej. Rozdział o spływach kajakowych jest więc powrotem do osobistych doświadczeń, wspomnieniem o początkach fascynacji i mody kajakowej w Polsce, jednakże towarzyszy im próba opisania pozasensualistycznych doznań, duchowego wymiaru odseparowania od cywilizacji i nieustannego wielogodzinnego kontaktu z przyrodą: "spływanie staje się coraz bardziej stateczne, nieśpieszne, mamy wrażenie, że wymiana między nami a rzeką jest w ten sposób większa i lepsza. Tworzymy wraz z nią opowieść, długą narrację, która musi mieć czas, by wypowiedzieć wszystko. (...) Rzeka nie jest z tego świata. Świat nam znany pozostaje na górze, na głowami." Im mocniej człowiek zagłębi się w intymny dialog z rzeką, ze szczegółami nabrzeża, zanurzy się w odczuwanie istotoności każdej rzeczy, tym trudniejszy później powrót do tzw. świata rzeczywistego: "Tym, co mnie najbardziej męczy po powrocie do domu, jest utrata uważności. Podczas spływu widzi się nadwyraziście i wszystko nabiera znaczenia. Menażka jest czymś więcej niż menażką, roślina czymś więcej niż rośliną. W domu rzeczy nagle tracą znaczenie, stają się na powrót podrzędne, nieistotne, pojawiają się inne skale wartości i przez pierwsze tygodnie jest to nieznośne, wręcz depresyjne." W narracji Bieńczyka najwaspanialsze są niespodziewane skojarzenia i obrazowanie odbiegające od prozy mówionej spotykanej na co dzień. Na tle współczesnej karłowatości języka, jego ubóstwa leksykalnego prezentowanego w popularnych mediach i słyszanego w ogólnospołecznym dyskursie, jest coś odświeżającego w od niechcenia wprowadzanych metaforach, porównaniach, oksymoronach korzystających z obszernego rezerwuaru klasycznych już dzisiaj (czy właśnie nie dlatego zapomnianych przez współczesnych użytkowników języka bardziej zafascynowanych wprowadzaniem skrótowców i anglicyzmów niż bogactwem tysiącletniej tradycji polszczyzny?) językowych związkach, a użytych w nieoczekiwanych kontekstach. "Adoracje sztucznych woni", " wcielona melancholia", "paszportowe litanie", "defilada czasowników", "[dzieło] jednolite jak stalowa kula".... przeplatają się z erudycyjnymi konstrukcjami licentia poetica: "iblowski dzwonnik zmartwychwstania", "figura tanatycznej hermeneutyki", "fenomenolog na dopalaczu" (to o Chandlerze), zatrzymują uwagę czytelnika na języku, jego możliwościach, niuansach i pozornej dosłowności. Dlatego, chociaż ani sport nie budzi we mnie aż takich emocji, ani nie podzielam Bieńczykowego podziwu dla Leo Beenhakkera, ani nie płynęłam kanoe rzekami Łotwy, z przyjemnością zanurzam się w świat coraz rzadziej spotykanego języka "Książki twarzy".
"Niemożność dyskutowania o tym, co najważniejsze zmusza nas do przyznania, że musimy zaryzykować posądzenie nas o szaleństwo." Piszą: Zajmij się tym, w czym możesz odnieść sukces. Jest wielu ludzi, którzy to robią. Potrzeba ludzi, którzy są gotowi na porażkę, bo tylko przegrywając mają szansę na rozwój dyskusji" Lawrence Lessig
Gabriel Marcel przenicowuje moje myślenie. "Być i mieć" to książka bez wyraźnego ciągłego wątku składająca się z szeregu datowanych notatek, w których pewne tematy się zaczynają, rozwijają, urywają, potem znowu wracają. Omawiane zagadnienia oscylują wokół problematyki bytu, czasu, wolności, decyzyjności, dyspozycyjności, posiadania, zobowiązania, wierności, aktu początkowego, transcendencji i wielu innych. Autor obraca je na wszystkie strony, przygląda się im z różnych punktów widzenia, analizuje implikacje przyjętych definicji, odrzuca to, co wydawałoby się najprostszym rozwiązaniem. I zdarza się, że dochodzi do ściany: "Dostrzegam cały zespół pojęć trudnych do rozwikłania: prawdziwy labirynt". Zdarza mu się skapitulować: "Dziś wieczór jestem zbyt zmęczony, by dłużej pisać" lub skonstatować swoją bezradność: "Muszę przerwać pisanie, bo nic nie przychodzi". Nie przychodzi do głowy rozwiązanie problemu, rozstrzygnięcie jakiejś kwestii. Stąd też częste zapowiedzi czy plany: "zbadać...", "wszystko to przemyśleć..", "pogłębić...", "zastanowić się...", "nad tym trzeba będzie skupić moje rozważania...", "należałoby wykazać jeszcze...". Zdarzają się więc kontynuacje, nawroty, one z kolei prowadzą do następnych zawikłań i kwestii otwartych. Jest to dziennik myśli filozofa, który rozważa kwestie ontologiczne, rzuca na kartki ciągi wyjaśnień niekoniecznie ostatecznych i wciąż poszukuje satysfakcjonujących odpowiedzi, które przede wszystkim mają być dalekie od filozoficznego idealizmu. Tematyka rozważań wpływa na język, który nasycony dyskursywnością wielokrotnie podważa potoczne rozumienie pojęć. Marcel odróżnia na przykład pojęcie "myślenia" od "myślenia o". O ile jestem w stanie idąc tropem jego rozumowania pojąć, że "myślenie o" zawsze powiązane jest z jakimś bytem, o tyle nie potrafię wyobrazić sobie myślenia samego w sobie. Ciekawe jest jednak, do jakich dochodzi wniosków. Myślenie o traktuje on jako negację przestrzeni. Myśląc o kimś likwidujemy przestrzeń między nami a kimś, o kim myślimy. Jeżeli odniesiemy to zjawisko do kwestii śmierci, to myślenie o kimś zmarłym będzie w pewnym sensie negacją jego śmierci. Nie to jest, było jak dotąd, najbardziej szokujące. Marcel bowiem analizujac pojęcie wierności, przysięgi, obietnicy łączy je z pojęciem pychy. Otóż składając komuś jakąś obietnicę odsunietą w czasie zakładamy, że nasza sytuacja, emocjonalność, dyspoozycyjność, całe nasze jestestwo pozostanie w identycznym stanie, w jakim jest w momencie składania obietnicy. Złożenie obietnicy dzisiaj jest jakimś arbitralnym zadysponowaniem sobą w przyszłosci, przy czym kompletnie nie możemy wiedzieć ani przewidzieć, na ile nasza dzisiejsza dyspozycja do złożenia tejże obowietnicy, przyjęcia zobowiązania, bedzie zgodna z dyspozycyjnością naszego "ja" w przyszłości. Jest to więc jakaś uzurpacja będąca przejawem pychy, że oto "ja" dzisiejszy żądam od mojego "ja" przyszłego dotrzymania zobowiązania nie licząc się z tym, że przyszła sytuacja, cały splot wewnętrznych i zewnętrznych okoliczności może stać w sprzeczności z owym zobowiązaniem z przeszłości. W skrajnym przypadku realizacja w przyszłości zobowiązania podjętego w przeszłości będzie zdradą samego siebie. Na tym nie kończą sie rozważania na ten temat. Marcel szeroko rozwija zagadnienie "dyspozycyjności" z tym związanej. Zadaje pytanie " czy może istnieć zobowiązanie , które nie byłoby zdradą?" Jak więc definiować wierność, żeby została umocowana jako wartość trwała i pozytywna? Czy można uzasadnienie wierności znaleźć w sobie samym tylko? Kilka stron rozważań pokazuje, że myślenie filozoficzne nie jest łatwe i nie zawsze prowadzi do oczywistych rozwiązań. Kto bowiem rano wstając zadaje sobie pytanie: "czy jestem moim ciałem"? Idźmy dalej tropem tego pytania: "Moje ciało pozbawione zdolności ruchu jest tylko moim trupem". No ależ "mój trup to właśnie to, czym z samej mej istoty nie jestem...(to właśnie ma się na myśli mówiąc o zmarłym, że już go nie ma)". I dalej następują trzy strony przypisków, w których Marcel rozróżnia poświęcenie życia jako rzeczywistego poświęcenia kierowanego nadzieją i poświęcenia fałszywego z powodu pychy. Oczywiście wszystko to zapowiedziane kolejnym "zbadać, jaka jest natura tej "nadziei dla siebie", aby po czterech kartkach skonstatować: "Nie należy się spodziewać, że znajdziemy tutaj bodaj punkt zaczepienia dla czysto logicznego zbicia tezy zwolenników samobójstwa". Czy oznacza to, że Marcel dywaguje, rozważa i analizuje nie dochodząc do żadnych wniosków? Zamieszczona w środku zapisków "Notatka na temat Rozprawy koherentnej Juliena Bendy" pokazuje, że jak najbardziej potrafi okazać się stanowczy, a nawet bezkompromisowy i dowcipny. Wchodzimy bowiem na poziom dyskusji między dwoma filozofami, czyli... wszystkie chwyty dozwolone. Na początku Marcel grzecznie zauważa, że Rozprawa Bendy jest dosyć interesująca, przyznaje jej status "eksperymentu intelektualnego". Stopniowo jednak wydobywa luki i niekonsekwencje w myśleniu autora, ostrzegając "nie dajmy się zwieść" i wyliczając sprzeczności w analizowanej koncepcji. Do zdecydowanego sprzeciwu prowokuje go nadanie przez Bendę wartości bytu pojęciu boskości, który jest przecież przymiotnikiem. Marcel grzmi: "czy ma się prawo mówić o istnieniu w związku z czymś , co jest tylko p r z y m i o t n i k i e m. Rzecz zupełnie jasna, że tym, co tu istnieje, jest świat; powiedzieć, że boskość jako taka istnieje to nonsens." Nie zagłębiając się w szczegóły streszczania dalszej krytyki dodam tylko - dla zobrazowania inwencji językowej Gabriela Marcela - że sprzeczności w omawianej rozprawie prowadzą według niego jej autora do "dialektycznego samobójstwa", aby zdobyć się na oryginalny sarkazm: "I tutaj myśl Bendy wygląda mi na wstydliwy irracjonalizm, który sam się do siebie nie przyznaje, i nie wiadomo, z j a k i e j s z a t n i w y c i ą g a s z a r e i b e z k s z t a ł t n e s t r z ę p y r o z u m u" (podkr. moje -notaria) Przyznaję, że w tym momencie przekonałam sie, że Gabriel Marcel to nie tylko filozof i myśliciel, ale i poeta. Kupił mnie całkowicie. Myślałby kto, że skoro już posunął się do takiej miażdżącej oceny, na tym ją zakończył? A skąd! Dalej jest jeszcze osiem stron krytyki, które kończą się refleksją, że w zasadzie Benda nie wie, co napisał ani po co.