czwartek, 26 maja 2011 21:14
Rzecz cała mogłaby się zaczynać tak:
Wróciłem z dalekiej podróży. Objechałem dookoła świat. Byłem wszędzie, no, prawie wszędzie: równo w 104 miejscach. Ominąłem galaktykę Andromedy, planetę Saturn, a także Mount Everest, Rów Mariański, krater Wezuwiusza, Dolinę Śmierci, Saharę i parę innych punktów czy też zakątków Ziemi ekstremalnie przepaścistych, skrajnie zapadniętych w martwocie, nieprzystępności, głębi. Obejrzałem krajobrazy bardziej swojskie, przyjazne. I miałem takie wrażenia, jakbym cały czas siedział sobie w domu, bo choć coraz spotykała mnie na tej trasie jakaś niespodzianka, to czułem się jakoś dziwnie bezpiecznie i ani przez chwilę nie opuszczała mnie myśl, ze świat jest wszędzie taki sam.
Czyżby rzecz o podróżach? W pewnym sensie tak, jeśli się zechce wraz z autorem przemierzyć te same ścieżki zapisane w 104 symfoniach Haydna.
A mogłaby się zaczynać też inaczej:
Nikt nie przegapi wilgi. Jej glos to sopran koloraturowy. Jej sygnał to esoflores gęsty od zwrotów, zakrętów, zawijasów. Wyskakuje z ciszy niespodziewanie. Jest gwałtowny, natarczywy, wręcz wytrącający z równowagi. Z daleka brzmi jak przeszycie ciszy pojedynczym, ostrym dźwiękiem. Z bliska zdaje się apelem wymownym, osobistym, skierowanym do pojedynczej pary uszu. Masz wrażenie, że przyleciała, aby ci pilnie powiedzieć coś ważnego.
Czyżby książka ornitologiczna? Jeśli kompozytorów porównać do rajskich ptaków, to tak – jest to książka o najniezwyklejszych okazach muzycznego świata.
Erudycja i finezja; prostota i dowcip; prowokacja i intymność; patos i rubaszność; odkrywczość i retrospekcja; esoflores słowny na tematy okołomuzyczne Piotra Wierzbickiego w Muzykalnym Kosmosie. Trzystustronicowy zbiór felietonów w trzygodzinnej lekturze. Że za szybko? Pobieżnie? Niedokładnie? Pewnie, że tak. Bo jak już się rozpędziłam, nie mogłam się zatrzymać, a moja niecierpliwość nie pozwoliła mi przerwać ani zwolnić. Przebiegłam, przefrunęłam, żeby wracać.
W siedmiu rozdziałach (Preludia i etiudy, Górą Haydn, Opus 111, Chichot i płacz, Ręce pianisty, Symfonia klasyczna, Stary Bach przyjechał) pogrupowane felietony publikowane w GW Wierzbicki snuje rozważania o tajemnicy muzycznej materii, chwilami nawet bawiąc się w detektywa. Przyznając się zresztą w tym dociekaniu do porażki, jak w tekście Listy, gdzie zestawiając stylistykę epistolarną Mozarta i Chopina, próbuje bezskutecznie dociec źródła ich geniuszu muzycznego. W innym miejscu zaś porównując Chopina z Szymanowskim, wysnuwa wniosek, że obaj spadli z nieba, nie sposób pojąć, jakim cudem zjawili się na tym świecie, w tym właśnie kraju, bez żadnego przygotowania, bez żadnej zapowiedzi, bez żadnych poprzedników. Jedyna między nimi różnica leży bardziej po stronie odbiorców, słuchaczy: Chopin był zbyt wielki, zbyt trudny, natomiast Szymanowski był wielki, ale nie aż tak, aby go wypadało nie rozumieć.
Piotr Wierzbicki prezentuje nie tylko wiedzę i osłuchanie, dzieli się doświadczeniem i wrażeniami z osobistych fascynacji muzycznymi dziełami. Interesująco i dowcipnie portretuje największe osobowości kompozytorskiego atlasu, traktując je jak dobrych znajomych.
Chopin
Introwertyczny neurastenik chowający się za fortepianem. Jest wyskokiem, kuriozum, odmieńcem. Bezceremonialnie Wierzbicki krytykuje niezrealizowany pomysł napisania trzeciego koncertu fortepianowego, po którym pozostała część pierwsza jako Allegro de concert, rzecz nieudana, wręcz nieporadna, anachroniczna. W zestawieniu z nią Koncert a-moll Schumanna wychodzi na arcydzieło, co autor dowcipnie puentuje: Wątpliwe, aby Chopin miał kiedyś w rekach Koncert a-moll. Jeśli jednak coś takiego się zdarzyło, chciałbym wtedy wiedzieć jego minę.
Mozart
Nie kochał ani Boga, tak jak Bach, ani ludzkości, tak jak Beethoven, ani własnej rodziny, tak jak Chopin. (…) Nie był wielkim człowiekiem. Ludzkie nie zaciążyło na jego muzyce. Jest wszakże boska.
Beethoven
Gigant ducha, tytan pracy, muzyczny geniusz, a według Wierzbickiego puknięty do tego stopnia, że pisał te ostatnie kwartety nie przeciw komukolwiek, nie w imię jakiejś idei, szkoły, doktryny, nie po to, by olśnić, zgorszyć, zbić z tropu. Kipiała w nim furia wolności. Zadrwił ze świata? Uczynił więcej: olał go. Był wtedy Beethoven już całkiem głuchy, na próbach nie słyszał swojej muzyki, śledził ruchy palców i smyczków orkiestry. Nic dziwnego, że nie przejmował się tym, „co też ludzie powiedzą”. Zdumiewające, że jednak znaleźli się ludzie, którzy zechcieli za te dzieła płacić, że nie zabrakło także muzykantów, którzy nie tylko się ich porządnie nauczyli, ale nawet potrafili coś tam twórcy w ich przedmiocie doradzić, że znalazła się w Wiedniu publika, która chciała ich słuchać i biła brawo.
Bach
Bach pojawia się wielokrotnie, podobnie zresztą jak inni wybitni. O Bachu Wierzbicki pisze z jednej strony językiem bardziej abstrakcyjnym, a drugiej konkretnym i obrazowym. Bach jako konieczność. Bach musiał się narodzić, Bach musiał się pojawić. Bach jako punkt odniesienia. Bach jako pomnik. Bach jako duch gdzieś ponad szybujący albo Bóg. A na dalszych stronach: Bach jest dobry na każdą porę życia. Jak powietrze, woda i chleb. Ostatecznie zaś Bach ogromnieje, potężnieje na podobieństwo swoich organowych fug: Bach jako świat. (…) powiedziawszy światu, co o nim myśli, nie chce od niego już nic. Sam jest światem.(…) Nie zna zawiści ani zazdrości. Zazdrości nie budzi więc u innych. Odszedł tak daleko i wysoko, że jego osąd nie zaboli już nikogo.
Są u Wierzbickiego jednozdaniowe pointy, sentencje z jednej strony celnie podsumowujące kolejne felietony, a z drugiej będące trafną charakterystyką opisywanych postaci. Na przykład: Paderewski nie był królem pianistów. Ale pięknie grał na fortepianie. Albo o Szostakowiczu: tylko człowiek smutny potrafi się cieszyć prawdziwie. I prawdziwie poetycka definicja (to akurat jest zdanie otwierające jeden z felietonów): Nokturny Chopina to utwory napisane w czasie przeszłym.
Są wśród portretowanych jeszcze inni: Strauss, Mahler, Haydn, Rachmaninow, obok nich zaś genialni wirtuozi: Rubinstein, Richter, Lipatti… Warto wracać, czytać, delektować się słowem i czasami uśmiechnąć się nad opisem Hofmanna, który wchodził na estradę krokiem jegomościa, co to w rannych pantoflach i szlafroku człapie sobie z wolna ku śniadanku.
Ostatni rozdział, Muzyka i Wszechświat Wierzbicki napisał specjalnie do książkowego wydania swoich felietonów. Jest to rodzaj filozofującego eseju, choć jeśli nas teraz słucha Chopin, racjonalista, dowcipniś, przeciwnik mądrych dywagacji, to się pewnie właśnie puknął w czoło.
Muzyka to język na tyle uniwersalny, a może i nieludzki, nie z tego świata, że jest jedynym sposobem kontaktu z Bogiem. Muzyka daje Bogu szansę. Muzyka może zaciekawić Boga. Niczym innym chyba Go nie zainteresujemy, tak zapełniliśmy swój świat jazgotem słów, zdań, faktów, wniosków oraz wniosków z wniosków. (…) Mowa dźwięków to rzeczywistości od pierwszego wejrzenia objawienie. (…) W mowie dźwięków pobrzękuje jakimś cudem pierwiastek boski.
We współczesnym świecie Boga nie ma już nigdzie. Wszystko zawłaszczył człowiek i przerobił na własna modłę i podług swojego nędznego ludzkiego wyobrażenia. Może tylko w muzyce można usłyszeć Jego głos? Bo skąd inaczej wziąłby się Bach, Beethoven, Mozart i Chopin? Tylko jedno jest wytłumaczenie: spadli z nieba.
Piotr Wierzbicki: Muzykalny Kosmos, Świat Książki, Warszawa 2010 - książka nominowana do nagrody Nike
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz