poniedziałek, 28 września 2020

Naprawdę ciemne głębokie średniowiecze?

      Koronny przykład ciemnego średniowiecza - płonące stosy. A już płonące na nich czarownice to woda na młyn współczesnych "wiedźm", czyli postępowych coachów (coachinek???) od uwalniającej jogi, wzmacniającego oddechu, satysfakcjonującego seksu, celebrowania jedzenia i mistycyzmu doskonałego porządku w mieszkaniu. Dosyć upraszczające rozumienie wiedźmowatości sprowadzone do instrukcji trenerek personalnych uważających się za spadkobierczynie potępianych i palonych na stosach czarownic jako ofiar patriarchalnego społeczeństwa i opresyjnej religii. Niestety, ku rozczarowaniu pań, żadnej z nich w średniowieczu by nie spalono. Tak jak nie spalono żadnej czarownicy w IX, X, XI, XII, a nawet XIII wieku. 

     W czasach głębokiego średniowiecza, pod panowaniem Karola Wielkiego prawo longobardzkie nie przewidywało żadnej kary dla kobiety pomawianej o czary chociażby z tego powodu, że autorzy chrześcijańscy głosili, że żadne czary nie istnieją. Nie dosyć na tym, otóż w konforntacji dwóch stron to oskarżyciel musiał się nieźle bronić, bo jeśli dowiedziono, że kłamie i po prostu rzuca pomówienia na niewinną kobietę, a tym samym na jej rodzinę, musiał ponieść za to surową karę. Ponadto wiara w istnienie czarów uznawana była za inspirację diabelską. Stąd też kościelono-państwowe prawo karolińskie w zasadzie samego oskarżającego o czarnoksięstwo uznawało za podejrzanego o pogaństwo. 

     Źródło bizantyjskie przypisywane Janowi Damasceńskiemu (VII/VIII w.) wyjaśniając znaczenie nazwy "striga/strija" (absolutnie nie mające nic wspólnego ze słowiańską strzygą) co prawda zawiera opisy takich czynności jak latanie na miotle, przenikanie ciałem lub tylko duchem do zamkniętych pomieszczeń i inne tajemnicze umiejętności "czarownic", ale zarazem autor owego dzieła stanowczo oświadcza, że są to bzdury, w które prawdziwemu chrześcijaninowi nie wolno wierzyć. Biskup Wormacji Burchard  (X/XI w.) zdecydowanie zaprzecza istnieniu inkubów i sukkubów - męskich i żeńskich demonów, z którymi mogliby ludzie współżyć seksualnie. Przekonania te uważa za niezgodne z nauką Kościoła i chrześcijańską wiarą.  W tym samym czasie na Węgrzech Stefan I Święty zwalczając pogańsko-szamańskie pozostałości jeszcze uwzględnia w prawie możliwość sądzenia kobiet oskarżanych o czary, ale jak ten sąd wygląda???? Oskarżona zostaje odesłana do księdza, a ten nakazuje pokutę i każe jej iść do domu. To wszystko. Żadnych tortur, żadnego palenia na stosie. Jednakże już kolejny władca Koloman definitywnie stwierdza, że czarownicy nie istnieją, są to tylko rojenia i wymysły prostych, nieuczonch i pogańskich umysłów, dlatego to nie rzekomi czarownicy i czarownice będą sądzeni, lecz ich oskarżyciele.

       I Synod w Ostrzyhomiu (1100 r) zarządza, że to oskarżyciel musi ponieść karę, jeśli nie udowodni swego oskarżenia o czary rzuconego na kogoś. Z kolei podobnie jak za Stefana rzekomy czarownik jako karę po prostu odprawia nakazaną pokutę. Znajdujemy z różnych krajów i miejscowości opisy takiej pokuty. Np. wejście do kościoła z zapaloną świecą i posty w wigilie świąt  maryjnych.  W 1410 roku w Krakowie pewien czarownik Mikołaj został skazany na większą karę, bo zostaje wygnany z miasta. Nadal jednak nie zapłonął stos. Jeszcze w XIII wieku papież Aleksander IV przestrzega, żeby Inkwizycja za bardzo nie mieszała się do spraw związanych z czarami, bo to nie przystoi ani duchownym, ani chrześcijaństwu. A żeby postawić kropkę nad "i", trzeba pamiętać, że Heinrich Kramer, autor z lubością przywoływanego przez krytyków średniowiecza "Młota na czarownice" (1487 r.) przez wiele lat miał - mówiąc kolokwialnie - na pieńku z przedstawicielami kleru, duchowieństwa i biskupami. Oskarżony o szerzenie głupot został wezwany przed sąd biskupi w Bressanone, gdzie jego teorie o spółkowaniu rzekomych czarownic z diabłem zostały  wyśmiane, a biskup Georg Golser po prostu wygonił go z miasta. 

       Skąd więc te płonące stosy tak utrwalone w powszechnej świadomości i nierozerwalnie związane ze średniowieczem jako symbolem zacofania? Najczęściej z wyobraźni. Czasami - trzeba przyznać - stosy płonęły, tylko że karano tak heretyków, to po pierwsze. Nie tak jednak często jak przedstawia się to w popkulturze dla masowego odbiorcy łaknącego krwi. Po drugie, kara palenia na stosie jest znacznie starsza niż chrześcijaństwo i katolicyzym i w wielu cywilizacjach pojawiała się jako forma samosądu. Nawet więcej, w piśmiennictwie średniowiecznym była uznawana za sprzeczną z chrześcijaństwem, gdyż w prawie karolińskim sam fakt spalenia ciała czarownicy czy czarownika uznawany był za godny kary czyn pogański. A już palenie - na drodze samosądów - domniemanych czarowników było surowo ścigane i potępiane.  Podobnie jako samosądy traktowano pławienie w rzece jako rodzaj kary lub sprawdzian niewinności.

       I tu dochodzimy do zadziwiającej zawiłości historii i ludzkich wyobrażeń. W okresie tego dawnego ciemnego rzekomo średniowiecza zbudowanego na opresyjnej religii patriarchalnej nie sądy biskupie karały śmiercią, lecz sądy świeckie. A sądy świeckie szły po prostu za głosem ludu, który z pokładów niewiedzy i strachu dążył do zracjonalizowania zagrożeń świata zewnętrznego. Najłatwiej bowiem zrzucić winę na kogoś za swoją chorobę, za śmierć dziecka czy za to, że krowa nie daje mleka. W 2003 r. pod Krakowem pewien rolnik złożył pozew przeciwko sąsiadce, która rozgłaszała, że jest on czarownikiem i rzucaniem uroków odbiera krowom mleko, a w roku 2006 pewna kobieta  spod Augustowa oskarżyła inspektorów Sanepidu, że rzucili urok na jej krowę, która po ich wizycie zachorowała, przestała jeść i zdechła. Czy to także średniowiecze? Nie, to XXI wiek. 

      Ciemne średniowiecze stało się figurą retoryczną wyjaśniającą trudne do zaakceptowania zachowania. Rzecz w tym, że jest to określenie stereotypowe i stereotyp utrwalające. Płonące stosy i polowania na czarownice nie były bowiem domeną średniowecza, lecz epoki późniejszej, uważanej za bardziej postepową i oświeconą. Jak pokazuje przykład Kramera, w II poł. XV wieku hierarchowie kościelni nie tak łatwo ulegali jego retoryce. Popularność dzieła Kramera wynikła z podatnego gruntu powstałego na styku ruchów reformacyjnych. Dzieło to po prostu przemawiało do masowej wyobraźni. A władza i wprowadzenie stosów do oficjalnego prawa? Cóż, władza, jeśli chce rządzić, zawsze musi się liczyć z głosem ludu, unikając buntu i rewolty, dostarczać chleba i igrzysk. Stosy były zaś igrzyskiem widowiskowym. Można powiedzieć, że jak dzisiejsze horrory dostarczały widzom okazji do poczucia strachu i fascynacji złem. Chichot historii polega na tym, że palenie na stosie i pławienie oskarżanych o czary w średniowieczu traktowane i karane jako akty samosądów, na dobrą sprawę dopiero w epoce późniejszej, renesansowej stało się usankcjonowanym prawem państwowym, tymczasem odium spadło na niewłaściwe wieki.    

poniedziałek, 21 września 2020

Pod hetmańskim patronatem

     Był Jarmark Jagielloński, jest i Hetmański. Pierwszy w Lublinie, drugi w Zamościu. Ale że ten Hetmański był już 26. raz, w życiu bym nie pomyślała. Do tej pory nigdy na nim nie byłam. Sama nie wiem, jak to się stało i dlaczego. Wynika z tego, że Hetmański ma znacznie dłuższą tradycję, bo Jagielloński w tym roku w sierpniu odbył się po raz czternasty (dopiero!). Przypomniałam sobie, że kiedyś byłam na jakimś jarmarku w Zamościu, nawet sporym, ale miał nieco inny charakter, mniej było rękodzieła, więcej lokalnych produktów spożywczych. Katalizatorem wspomnienia - smakiem magdalenki! - jest kawa - znalazłam wtedy stoisko Palarni Kawy Galicya i po raz pierwszy piłam kawę z Salwadoru. Tym razem stoiska z kawą nie znalazłam, a na smaku w przyrynkowej restauracji się zawiodłam. 

      Była za to secesja: broszki, zapinki, pierścionki, wisiorki. Była broń palna (krócice, drewniane ozdobne oprawy) i jeden wielgachny miecz jak dla Podbipięty. Ktoś wystawiał nawet hełmy i inne zdekompletowane elementy uzbrojenia z różnych epok. Typowych bukinistów nie było, książki obok innych różności zaścielały płachty na Rynku. Winylowe płyty, kolekcje monet, klasery znaczków i nefrytowy wałeczek do masażu. Nie, coś mi się pomieszało, wałeczek na innym stoisku, razem ze szlachetnymi kamieniami. Zmiana asortymentu: na zewnątrz prostokąta ze starociami stoiska rękodzielnicze: mydło i powidło. Mydełko oczywiście z jakimiś ziołami, ekologiczne, obok pudełeczka pełne uzdrawiających maści. Ale, ale, na kamiennym trotuarze nad stosikami linorytów siedział sobie też artysta. I można było linoryt kupić. Podobnie jak drewniane rzeźby stąd - znaczy z okolic - i stamtąd - znaczy z dalszych okolic, np. spod Radomia. Świątki, anioły, kapliczki, żydowscy muzykanci, koszałki opałki... Obok torby, torebki, siatki i kapelusze plecione z papierowego sznurka. Podobno nieprzemakalne. Jak wszędzie na tego typu jarmarkach stoisko z ceramiką. Ale przyrzekłam sobie, że już nigdy więcej skorup kupować nie będę, bo nie mam gdzie stawiać. 

     Co więc pozostało? Tylko konsumpcja dosłowna: oscypki, sery kozie, chałwy w dziesięciu kombinacjach, sękacze i gryczane pierogi. Nie, nie kupiłam wszystkiego! Tylko chałwę i kozi serek. Miałam ochotę na deskę ze słonecznikami - to jest płaskorzeźbę - ale właściciel zapadł się pod ziemię i nie miał kto sprzedać, a sąsiad nie znał ceny. Pooglądałam jeszcze ciepło-kolorowe ciuszki z filcowymi dodatkami, ażurowe szale, kwietne kapelusze i ... żałuję, że nie kupiłam. Kapelusza oczywiście! Czyli za rok pojadę znowu. 

    

wtorek, 8 września 2020

Najlepszy nożownik w powiecie

       Zdobyłam, kupiłam i czytam książkę aktualnie nie do zdobycia.  Od wielu tygodni, ba, od miesięcy wyczerpany nakład dosłownie wszędzie.  Na szczęście w ostatniej niemal intuicyjnej próbie trafiłam jeszcze na egzemplarz papierowy. Obecnie na wielu stronach internetowych dostępne pozostały tylko e-booki.  A to żadna książka! To atrapa. Tę zaś trzeba smakować, rozczytywać z ołówkiem w ręce, powracać do przeczytanych fragmentów, rozdziałów, rozkoszować się własnym zdumieniem, nie dowierzając własnej ignorancji: "Więc to tak?! O to chodzi? Tak się sprawy mają?" Jan Tomkowski udowadnia, po raz kolejny (!), że humanistyka się nie skończyła. A wielka narodowa epopeja to wciąż dzieło niepoznane, wręcz nieznane, skrywające tysiące tajemnic. 

       Kto jest głównym bohaterem poematu? Mówi się bohater zbiorowy szlachta. Albo nawrócony awanturnik umierający w aureoli świętości Jacek Soplica. A może po prostu ta cała przyroda, przeszłość, wspomnienia i tęskonota? Nigdy nie zgadniecie. Głównym bohaterem jest "władca materii, pan przedmiotów, mistrz rzeczy uwięzionych w czasie", bezimienny Wojski Hreczecha! Jeżeli na 9700 wersów poematu ponad tysiąc dotyczy Wojskiego, to coś w tym musi być. Na kilkanaście istotnych postaci aż tyle miejsca poświęconego nieważnemu bohaterowi? Niemożliwe, aby to był przypadek. Toteż Wojski urasta w intepretacji Tomkowskiego do rangi Wielkiego Maga i Wielkiego Bibliotekarza, pana czasu, mieszkańca wieczności, mistrza skupiającego w swoim ręku wszystkie nici, a w swej pamięci skrywającego wszystkie tajemnice innych bohaterów. Szara eminencja społeczności zaklętej w kołowrocie zdarzeń i zdanej na łaskę losu. 

       On jeden wie, co się zdarzyło, co się dzieje i co się zdarzy w przyszłości. Na przykład taki niuans jak zniknięcie majora Płuta. Gerwazy oczywiście przyznaje się, że po prostu go zamordował rzekomo pro publico bono, w każdym razie wszyscy przyjmują to tłumaczenie jako usprawiedliwienie. Niemniej nikt nie wie, co się stało z ciałem Płuta. Gdzie Gerwazy je ukrył? Przecież od tego zależy bezpieczeństwo całej społeczności. Klucznikowi nie wolno puścić pary z gęby nie tylko dla własnego dobra. Niechby przypadkiem ktoś je znalazł i doniósł Moskalom!  Nikt nie wie? Nieprawda! "Wojski był w tajemnicy",  co znaczy wtajemniczony, a jednak "milczał jak zaklęty". Ten sam Wojski, który potrafił - jako jedyny - naprawdę Gerwazego przerazić podczas bijatyki sprowokowanej podczas biesiady w zamku. Różne są bowiem upodobania, śmiesznostki, atrybuty, rytuały czy natręctwa ludzi. Także bohaterowie Mickiewicza dlatego tak zapadają w pamięć, że kojarzymy ich z dziwactwami: Telimena trzyma w biurku plany Petersburga, Gerwazy wywija śmiercionośnym Scyzorykiem,  Jankielowi nikt nie dorównywał w grze na cymbałach, a Wojski? Śmiejemy się, że biegał z packą na muchy? Że muchmory zbierał? Ewentualnie podziwiamy za grę na rogu? To także, ale przecież Wojski nosi w rękawie ukryty nóż, którym nigdy nie chybia! I musi go nosić cały czas, bo kiedy trzeba, potrafi go użyć bynajmniej nie do ścinania owych muchomorów. Więc kiedy 

Wyciągnął z lekka na stół rękę, dłoń i palce,

Położył nóż na dłoni, trzonkiem do paznokcia

Indeksu, a żelazem zwrócony do łokcia, 

Potem reką w tył nieco wychyloną kiwał,

Niby bawiąc się, lecz się w Hrabiego wpatrywał.  

       .....Gerwazy jedyny raz w całym poemacie "uczuł w sercu trwogę" i zasłoniwszy Hrabiego ławą, umożliwił bezpieczne wycofanie się ze środka bijatyki.

     Drugi raz Wojski popisuje się swoimi umiejętnościami, gdy

.... zza stoła 

Machnął ręką na odlew; nóż w powietrzu świsnął

Między głowy i pierwej uderzył, niż błysnął.

Uderza w dno gitary, na wylot ją wierci, 

Schylił się na bok Ryków i tak uszedł śmierci.

      Czyżby Wojski spudłował? Bynajmniej. To było tylko ostrzeżenie. Bez słowa, bez wrzasków. Zauważmy, że inni bohaterowie zanim zaatakują, oznajmiają to wrzaskami. Dobrzyńscy kłócą się i gardłują zanim ruszą "hajże, na Soplicę!", wspomniany Ryków dwukrotnie krzyczy "bunt! bunt!" i wzywa jegrów, Gerwazy, mściwy pieniacz, żyjący przeszłością, skrzypi zardzewiałymi zegarami dobrze wiedząc, do czego to doprowadzi, nawet stary bitewny wyjadacz ksiądz Robak woła: "Pal, Tadeuszku, pal jak w jasną świecę", a wystarczyła sekunda, by w zgiełku jednak major uniknął śmiercionośnej kuli. Tymczasem Wojski zachowuje spokój:

... cicho siedzący z przymrużonym okiem,

Zdawał się pogrążony w dumaniu głębokiem;

(........................................................)

Zażył dwakroć tabaki i przetarł powieki,

(........................................................)

Przypatrywał się zatem z ciekawością walce,

       .... i uderza znienacka, jak grom z jasnego nieba. 

Co właściwie wiemy o Wojskim? Gdzie nauczył się nożowniczej sztuki? Ile razy jej użył i przeciwko komu? Czy chcielibyśmy to wiedzieć? Wolimy go widzieć w aureoli komizmu, a wcale komiczny nie jest. Muchy gania? Owszem, ale przecież za sprawą swojej teorii o muchach (muchy - atrybut szatana: Belzebub - znaczy władca much) Wojski jest w jakimś konflikcie z plebanem! Powiedzieć by można w konflikcie teologicznym. Podobnie astrologiczne zainteresowania bohatera prowadzą do różnicy zdań z bezimiennym tutaj plebanem. Rzecz niepojęta, Wojski nie rzuca się w oczy jako działający na pierwszym planie bohater, ale zna się na wszystkim, dowodzi polowaniem, popisuje się ukrytymi umiejętnościami, zna się na tajemnicach gwiazd, kieruje całą kuchenną sztuką przygotowując ucztę i jako jedyny potrafi objaśnić symbolikę arcyserwisu. 

       Kim jest Wojski? Magiem? Wielkim Astrologiem? Szamanem Czasu? Demiurgiem Wiecznego Trwania? Mistrzem Bawolego Rogu "w mrocznym pogańskim lesie, nad trupem zabitego niedźwiedzia"? 

        W szeregu pytań można zadać jeszcze jedno: dlaczego zbierał muchomory? Poemat tego nie wyjaśnia, ale w kontekście wszystkich działań bohatera musimy wziąć pod uwagę, że nie robił tego z niewiedzy. Wojski, znający tajemny język puszczańskiego matecznika, nie mógł nie znać się na grzybach. Aż strach dociekać, do czego mu te muchomory mogły być potrzebne!


Jan Tomkowski: Pan Tadeusz - poemat metafizyczny. Wydawnictwo Ossolineum. Wrocław 2019.

sobota, 29 sierpnia 2020

Supełki

    Książka zachęcała objętością - ok. 700 stron literatury. Jaume Cabré - pisarz kataloński, z samej Barcelony, a byłam niedawno w Katalonii i wciąż mam receptory nastawione na tamtą stronę świata. "Wyznaję"- to akurat jedna z późniejszych jego powieści, ale na język polski przetłumaczona jako pierwsza. Miała być lekturą na wiosenne pandemiczne zamknięcie i ewentualnie lato. Chyba się pomyliłam i będzie lekturą na lata. Bynajmniej nie dlatego, że chcę do niej wracać. Utknęłam gdzieś po setnej stronie. Owszem, eksperymenty narracyjne niesamowite. No bo gdy narrator zaczyna zdanie z perspektywy bohatera żyjącego na początku wieku XX, a kończy w wieku, powiedzmy, XVI to jest to ekwilibrystyka niespotykana. Już sam fakt, że akcja rozgrywa się w kilku równolegle prowadzonych planach czasowych w różnych epokach, bohaterowie zaś tych planów okazują się powiązani rodowo, losowo, fatalistycznie, analogicznie... Trudno byłoby streścić cokolwiek. Czytałam, czytałam i przestałam. W pewnym momencie okazało się, że w zasadzie w ogóle nie interesują mnie dalsze losy bohatera. Zainteresowanie się wyczerpało. Nawet praca w języku, owe karkołomne konstrukcje narracyjne na dłuższą metę stają się nużące. A chciałam wreszcie sięgnąć po jakiegoś współczesnego pisarza, po litearturę nową, świeżą, po coś, co wzbudza podobno jakoweś zainteresowanie współczesnych czytelników. No cóż, nadal pozostaję w kontrze do prozy współczesnej, niestety.  Swoją drogą, pytanie jest ciekawe: dlaczego ta proza dla mnie ciekawa nie jest? A przynajmniej nie na tyle, żeby dobrnąć do końca? Nadal jedynym wyjątkiem jest tutaj Orhan Pamuk. No właśnie, jak to jest, że gdy pisze Pamuk, to chce się wiedzieć, co będzie dalej, co z bohaterem, co ze światem, w jaką stronę potoczy się narracja? Inni nie potrafią wzbudzić tego zainteresowania. No więc na razie o współczesnym katalońskim pisarzu niczego sensownego napisać nie mogę. Jedyna nadzieja w skrzypcach. To nie człowiek bowiem będzie głównym bohaterem, lecz Storioni - unikatowy egzemplarz XVIII-wiecznych skrzypiec noszących imię Vial. Imię fatalistyczne, gdyż należało do mordercy, który zabił pierwszego właściciela skrzypiec.  Fatalizm imienia będzie oddziaływał na kolejnych posiadaczy instrumentu. Na razie wielki kolekcjoner staroci Feliks Ardevol w tajemniczych okolicznościach pozbawiony został głowy. Dosłownie mu ją precyzyjnie obcięto. Z powodu skrzypiec, ale... akurat w futerale ich nie było. To znaczy były, ale nie Storioni. W każdym razie skrzypce są naznaczone od samego początku, wzbudzają pożądanie i przynoszą śmierć. Jedyny interesujący wątek, reszta to tylko tło. 

piątek, 21 sierpnia 2020

Kolorowe jarmarki

    Jarmark Jagielloński się rozpoczął, mimo że w tym roku rękodzielników mniej (zaledwie setka) i tylko nasi rodzimi, nie ma gości z krajów Europy Środkowo-Wschodniej jak to bywało w latach ubiegłych. Indywidualne spotkania zwiedzających z mnóstwem różnorodnych form sztuki ludowej tak samo cieszą oko. Stragany rozstawione w ulicach Starego Miasta i na deptaku układają się w zawiły wzór.  Na szczęście kto ma trudności w orientacji przestrzennej, może zaopatrzyć się w mapę ze spisem form rękodzieła i numerami straganów. Niektóre odcinki przeszłam kilka razy.




      To już czternasty raz do Lublina przyjechali twórcy ludowi i pasjonaci rękodzieła z całej Polski. Tegorocznemu jarmarkowi patronuje hasło zielarstwa. Akurat niektóre zioła uprawiam sama, więc zadowoliłam się pachnącymi mydełkami i pamiątkową pocztówką polskich kwiatów.


Kwiaty fruwały nawet nad ulicami:


U wejścia w Bramie Krakowskiej ogromny pająk z ziół.


A na straganach małe pająki w dowolnych kolorach, jakie komu pasują. Akurat te wzory wykonali twórcy z Lubelszczyzny.



     Tylko jak takie cudo przewieźć do domu autobusem? Zdecydowałam się na coś łatwiejszego do zapakowania: łowickie wycinanki świąteczne. Czyli kartki świąteczne mam już zakupione.  Z autografem artystki w środku. 



      Przed każdym straganem rzeźby ludowej przeżywałam dylemat: kupić - nie kupić, a jak kupić, to gdzie postawić. Może następnym razem... Zauroczyły mnie małe domowe czy też ogrodowe kapliczki, bardzo swojskie, w stylistyce kapliczek przydrożnych. Cudo po prostu, tylko zapomniałam skąd.


I znowuż wybrnęłam z rozterki idąc na kompromis z kręgosłupem: kupiłam dwa niewielkie stworzenia domowe ze straganu obok. Prawda, że sympatyczne? Reprezentują rękodzieło ze Śląska. 


A poza tym byli muzykanci, kowale, wikliniarze, garncarze, hafciarki, pszczelarze, twórcy instrumentów muzycznych i żywności regionalnej. Na Szambelańskiej od tego roku w soboty odbywa się mały uliczny jarmark produktów lokalnych. Wąska uliczka nabrała życia i kolorów. Były więc pierogi lubelskie, lubelskie cebularze, janowski pieróg jaglany i biłgorajski pieróg gryczany.  Wszystkie te smaki znam, ale skusiłam się na pieróg gryczany na słodko. Jako nowość posmakowałam lodów z orzechami z Sandomierskiej Manufaktury Lodów. Nawet nie wiedziałam, że taka istnieje. A lody mają dobre, porcje ogromne.  
     No i przygotowuję się do zimy - kupiłam czapę tkaną z wełny według tradycyjnych wzorów Czarnych Górali z Piwnicznej. Czapy, rękawice (tak zwane furmanówki), chodaki tkane na specjalnych koromysłach. Do każdego rozmiaru rękawicy czy chodaka potrzeba innego koromysła. Kciuk robi się osobno i potem wszywa. Ale w takich rękawicach i czapie żadna zima niestraszna, nawet na biegunie byłoby ciepło. 
     Nie byłabym sobą, gdybym na koniec nie odwiedziła lubelskiego literata - Biernata z Lublina. Pierwszego tłumacza bajek Ezopowych i autora pierwszy książek drukowanych po polsku. Uchylam kapelusza i do następnego spotkania.


niedziela, 16 sierpnia 2020

Nelson Goerner po polsku na ChiJE

     Właściwie można powiedzieć, że jest stałym bywalcem polskiej sceny pianistycznej.  Był u nas niezliczoną ilość razy. To znaczy zapewne ktoś może policzyć, ale ja nie wiem, ile razy.  Był nawet jurorem XVII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w 2015 roku. Teraz też - 15 sierpnia rozpoczął recitalem 16 Festiwal Chopin i Jego Europa. Nic dziwnego, że muzyka Chopina to stały element repertuaru pianisty.  W recitalu inauguracyjnym nie mogło go oczywiście zabraknąć, choć na program złożyły się także kompozycje Beethovena i Liszta. Beethoven w ogóle patronuje bieżącemu rokowi, choć pandemia pokrzyżowała obchody 250. rocznicy urodzin kompozytora. A na bis! Na bis Goerner zagrał Nokturn B-dur, op. 16 nr 4 Ignacego Paderewskiego.  Żadna nowość w repertuarze - jest nagranie na płycie wydanej w ubiegłym roku przez NIFC. Ale przyznacie, że to wzruszające, gdy pianista tej miary po wyczerpującym recitalu z utworami takich tuzów muzyki jak Beethoven, Chopin, Liszt na pożegnanie z publicznością zgromadzoną na żywo oraz w streamingu na YouTube sięga na bis po utwór tak delikatny innego polskiego kompozytora niż Chopin. 

   

Festiwalowych koncertów słuchać można w Dwójce, a nawet oglądać na żywo na You Tube. Dzisiaj, dzisiaj występuje - już, już za moment - Belcea Quartet. Oglądam! Kilka lat temu słuchałam ich na żywo. Mistrzowie muzyki kameralnej. Niezapomniane przeżycie. 

sobota, 8 sierpnia 2020

Takie pudło

   

pudło


zawartość pudła


książka a`propos i dedykacja

Komu jak komu, ale poloniście i literaturoznawcy, profesorowi Koziołkowi mogłam się przyznać, że swój pseudonim zapożyczyłam od Teodora Parnickiego.
    
     Tegoroczna Stolica Języka Polskiego w Szczebrzeszynie kończy się dzisiaj.  Mnie się udało wysłuchać trzech spotkań, zakupić książki w festiwalowej księgarni - jak widać na załączonych zdjęciach - zdobyć dwa autografy (drugi podpisał Stefan Chwin), wypić kawę, spotkać kilkoro znajomych oraz przybyłych aż z Belgii nieznajomych, pod wpływem profesora Koziołka odświeżyć spojrzenie na twórczość Sienkiewicza i utwierdzić się w przekonaniu, że najlepszą polską powieścią jest "Lalka" Bolesława Prusa. (Ale i tak uważam, że Parnicki powinien był dostać Nobla, tylko jest zbyt idiomatyczny i nieprzetłumaczalny na obce języki). 

Zadziwiające

       Kiedy zamykałam ten blog, było zaledwie kilka tysięcy odsłon. Wydawało się, że nie ma on jakiejś szerszej perspektywy na rozwój, bior...