poniedziałek, 24 października 2022

Nie ma wojen wygranych, wszystkie są przegrane

        Całkiem niedawno, 13 października w Teatrze Kępa miała miejsce prapremiera monodramu "Prime Time" w wykonaniu Sławomira Grzymkowskiego. Wiesławę Sujkowską, autorkę monodramu zainspirowała historia Waldemara Milewicza, korespondenta wojennego, który zginął w Iraku 7 maja 2004 r. 

        Istotą monodramu jest historia opowiadana przez jedną postać. Patrzmy na światowy teatr wojenny oczami człowieka, w którego zawodzie "im gorzej, tym lepiej. Bo miejsce dziennikarza jest tam, gdzie coś się dzieje".  A dzieją się rzeczy bardzo złe: ludobójstwo Rwandzie,  gwałty kobiet i dzieci podczas konfliktów zbrojnych w Srebrenicy, torturowanie więźniów,  palenie żywcem ludzi ukrytych w piwnicach i schronach...  Bohater, autentyczny przecież człowiek, korespondent wojenny, wracając do domu nie może uwolnić się od obrazów widzianych na różnych frontach skąd zdawał relacje. Patrzy na innych ludzi, zajętych zwykłą codziennością, jak na osobniki z innej planety. "Bo nie można żyć w dwóch różnych światach" - stwierdza. 

       W młodości wierzył, że wystarczy opowiedzieć, jak wygląda wojna, żeby coś w tym świecie zmienić.  Niestety, nic się nie zmienia, a okrucieństwo pozostało okrucieństwem i nie ma go ani odrobinę mniej. Dosadnie opowiedziane sceny, doświadczenia pojedynczych osób dotkniętych złem wojny, zapadają w pamięć widza. Czy są w stanie zmienić myślenie na dłużej?  Trwale?  Uzmysłowić całą grozę rodzącej się nienawiści? 

       Centralna część monodramu obudowana została aluzjami i cytatami z literatury etycznej różnych ludów: Biblii, mitologii starożytnych Babilończyków,  afrykańskich wierzeń ludowych. Na początku i końcu bohater cytuje Psalm 23, zwany psalmem ufności: "Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego. Pozwala mi leżeć na zielonych pastwiskach. Prowadzi mnie nad wody, gdzie mogę odpocząć".  Odpoczynek korespondenta wojennego oznacza w sensie dosłownym jego śmierć, tak jak stało się to w tragicznej biografii bohatera, Waldemara Milewicza. 

        A inni, zwykli ludzie, my wszyscy? Jak można martwić się o zapasowe kąpielówki na plażę, wiedząc, że tuż obok nas, sto km od nas, pięćset, tysiąc trzysta ludzie uciekają przed bombami, chowają się w piwnicach i nie mają co jeść? A bezdomne, osierocone dzieci obserwują, gdzie szczury chowają dla siebie zapasy żywności, ziarna i resztki, rozgrzebują te spiżarnie i podkradają tym szczurom jedzenie. 

------------------------------------

Słówko o muzyce: na scenie na żywo muzykę wykonuje Robert Siwak.  Jego instrumentarium składa się z kilku ciekawych, oryginalnie brzmiących instrumentów perkusyjnych dających niesamowite wrażenie egzotyczności scenerii (na scenie rozsypany piasek, spod którego bohater wygrzebuje ubranie). Słychać szelesty, dudnienie, brzęczenie, warkot. Całość tworzy nastrój niepokoju, strachu. Strachu, którego wykładnię niemal fizjologiczną oddaje tekst monodramu. 

Prime Time

Tekst: Wiesława Sujkowska

Reżyseria: Anna Sroka-Hryń

Występuje: Sławomir Grzymkowski

Muzyka: Robert Siwak


czwartek, 13 października 2022

Boyowe potyczki listowe

        Zbiór "Listów" Boya pozostawia niedosyt. Zebrano wszystkie listy, które udało się odnaleźć, ale wiele zaginęło.  Na szczęście i te zachowane, zebrane, odnalezione, przechowane przez adresatów, są lekturą ciekawą, dostarczają niezwykłych informacji, ujawniają oryginalne rysy osobowości Tadeusza Żeleńskiego Boya. Z biegiem lat zmienia się odautorska perspektywa, zanika osobisty emocjonalny ton, pojawia się więcej akcentów społecznych, organizacyjnych, informacji o zmaganiach wydawniczo-finansowych. 

       Napięty do granic ludzkiej możliwości terminaż tłumaczeń, wydań, korekt, wyjazdów z odczytami daje się we znaki, powodując chroniczny brak czasu i narastające zmęczenie. "Na razie łeb ma spuchnięty od roboty - cieszę się na odpoczynek w grobie" - pisze w maju 1928 - i dodaje żartobliwie: "Wolałbym w Krynicy".  Natłok zadań wydawniczych i twórczych sprawił, że z czasem Boy zrezygnował z osobistego organizowania wyjazdów na odczyty, dochodząc do wniosku, że "to jest skomplikowana rzecz tournee odczytowe: a sam nie miałem pojęcia; kombinowanie miast w związku z sobą, a w zależności od dat i od tego, jak gdzie jest sala wolna; przekonałem się, że jedyna rzecz to odda się w ręce "handlarza żywym towarem" i dać się po prostu wozić jak paczkę".

      Musiał też pojawić się wątek "zwalczania" Boya w prasie, zmasowanego ataku prowadzonego przez krytyków, recenzentów i publicystów. Czasami, w ostateczności, Boy reaguje, odpowiada, zamieszcza sprostowania. Słynne polemiki o "odbrązawianie" Mickiewicza odbijają się echem w korespondencji. Dotknięty do żywego szerzonymi nieścisłościami, przeinaczaniem jego myśli, odpowiada celnie, dowcipnie, nawet złośliwie. "Nie wiem, czy kto oprócz pana Lechonia doczyta się podobnie płaskiej bredni w kartach mojej przedmowy" - pisze do  redakcji "Pamiętnika Warszawskiego", a to i tak dosyć kurtuazyjne sprostowanie. W liście do "Wiadomości Literackich" obszerniej i dosadniej zwalczał błędną informację podaną przez czasopismo "Prosto z mostu" jakoby to on, Boy, zgłosił kandydaturę Andrzejewskiego do nagrody młodych PAL. Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że Boya na zebraniu, gdy głosowano nad nagrodą, nie było w ogóle, bo był chory. Boy kończy swoje sprostowanie ironicznym komentarzem, że stosunek tygodnika "Prosto z mostu" "do prawdy jest raczej chłodny"

       Kilkoro wiernych przyjaciół martwiło się atakami, a wręcz nagonką na Boya tak za bezceremonialne podejście do narodowych mitów, jak i za jego działalność na rzecz kobiet, za propagowanie świadomego macierzyństwa, zakładanie poradni dla kobiet. Należała do tego grona Helena Staniewska z Kalisza, do której wiele listów zostało zamieszczonych w całym zbiorze. Żeleński uspokaja w nich adresatkę, że niezbyt przejmuje się całym zamieszaniem i krytyką. W podobny, aczkolwiek o wiele bardziej złośliwy i ironiczny sposób odpowiada Izabeli Moszczeńskiej, która zaatakowała go za recenzję sztuki Gabrieli Zapolskiej "Tamten". W odpowiedzi Boy pisze między innymi: "nie przejmuję się zbytnio obelgami. Przeciwnie, kiedy dłuższy czas upłynie, a nic na mnie nie spadnie, zaczynam się niepokoić, że się już zużyłem, że staję się narodowi niepotrzebny". Kiedy zaś Żeleński został przyjęty do Polskiej Akademii Umiejętności, pisze o sobie tak: "Dla mnie zmieniło się jedno to, że przedtem byłem wymyślany indywidualnie, a teraz także jako "Akademia".

       Osobną kategorię stanowią listy do Jakuba Wojciechowskiego, człowieka bez literackiego wykształcenia, który zabłysnął autobiograficznym "Życiorysem własnym robotnika", za który otrzymał nagrodę w konkursie Polskiego Instytutu Socjologicznego.  Boy żywo interesował się jego losem, wspierał finansowo, zachęcał do pisania, posyłał mu książki, zabiegał o publikację opowiadań Wojciechowskiego w różnych czasopismach. Z odpowiedzi Boya wynika, że Wojciechowski czytał przesyłane mu książki, a uzbierał ich z czasem pokaźną bibliotekę, dzieląc się uwagami na ich temat. Przydaje to dodatkowy rys osobowości Boya jako promotora twórczości chłopskiej. 

      Na marginesie wielkich bojów o prawdę literatury i prawdę życia pojawiają się w listach doprawdy niespodziewane smaczki i ciekawostki. Podczas dwumiesięcznego pobytu we Francji w 1928 r. mieszkał w Paryżu "bardzo klasycznie - jak pisał - bo Hotel Moliere, rue Moliere".  Z obszernego listu do redakcji "Ilustrowanego Kuriera Codziennego" dowiadujemy się, że do jednego z obrazów "Macierzyństwo" Wyspiańskiego pozowała żona Boya, Zofia Żeleńska, z domu Pareńska, wraz z trzymiesięcznym wówczas ich synkiem Stanisławem. Obraz ten cały czas znajdował się w posiadaniu Żeleńskich. Stąd, gdy ktoś inny nadesłał taki sam obraz na wystawę do Zachęty, okazało się, że istnieje falsyfikat bardzo wiernie podrobiony. 

      Do szeregu polemicznych bojów toczonych w imię prawdy i rozsądku należy dodać jeszcze jeden temat: walkę o sensowne i logiczne stosowanie przecinków. Boy zżymał się, gdy mu w jego tekstach jakaś niezbyt rozgarnięta korekta poprawiała przecinki i zawsze interweniował, żeby ich nie ruszano. A kiedyś wyłapał pewien przecinkowy nonsens w artkule w "Wiadomościach Literackich": "W ustępie, który wylicza kochanków księżnej Radziwiłłowej, czytamy: "Kolejno względami jej cieszyli się między innymi car Aleksander, Orłow, Czernyszew, piękny jak młody bóg pogański, Artur Potocki, wreszcie głośny z sukcesów miłosnych adiutant". Zapytuję, jak przy tym sposobie przecinkowania zgadnąć, k t o   b y ł  p i ę k n y  j a k  m ł o d y  b ó g  p o g a ń s k i: Czernyszew czy Artur Potocki?"

      Przyznaję, że ja też tego nie wiem. 

      

wtorek, 4 października 2022

Listy Tadeusza Żeleńskiego Boya

        Wpadły mi w ręce listy.  W bibliotece wpadły. To znaczy właściwie wypadły z półki, dlatego wpadły w ręce.  No dobrze, nie listy jako listy, lecz książkowe ich wydanie w układzie chronologicznym, czasami odtworzonym na podstawie stempli pocztowych lub wzmianek w ich treści pozwalających na określenie daty. Przyznaję, czytam i jestem zachwycona. Zwłaszcza tymi z lat krakowskich i początkowych warszawskich. Listy te, choć niekompletne, ujawniają część osobowości Boya, jego relacje z innymi, z krytykami, kobietami, adwersarzami polemik; zdradzają kolejność pracy nad tłumaczeniami literatury francuskiej (Biblioteka Boya), inspiracje do owych tłumaczeń. "Dzieje Tristana i Izoldy" są efektem znajomości - i zauroczenia! - z Anną Leszczyńską, także admiratorką literatury francuskiej, aktorką występującą pod pseudonimem Anna Belina. Ponad sześćdziesiąt listów do Niuśki, jak ją nazywał, to zapis emocjonalnego i duchowego porozumienia, wzajemnej fascynacji, chociaż czytamy listy tylko jednej strony. Boy bywa w nich liryczny, wspierający, współczujący, żartobliwy i melancholijny.

         To jedna strona lektury. Drugą jest świat artystycznej krakowskiej bohemy, dowcipne i złośliwe nieraz uwagi pod adresem krytyków, praca nad przekładami, wznowieniami, walka o honoraria za wykorzystanie tekstów, ułamki dyskusji i polemik literackich, teatralnych, sprostowania, wyjaśnienia, wyjazdy z odczytami. Jak w kalejdoskopie rozwija się w nich barwny kulturalno-literacki tygiel międzywojennej epoki z bardzo subiektywnej - trzeba przyznać - perspektywy jednego z wybitnych luminarzy, który w tym tyglu potrafił czasami zdrowo namieszać. Na marginesie zaś anegdot i obyczajowo-towarzyskiej atmosfery wyłania się zasadniczy rys osobowości Boya - to był tytan pracy.  Ubawiła mnie przypomniana w przypisach, a znana z innej książki Boya anegdota o Dzieduszyckim, który na skrót O. o. u. s. (O odpowiedź uprasza się) widniejący u dołu jakiegoś zaproszenia odpowiedział również skrótem: D. u. p. a. (Dziękuję uprzejmie, przybędę akuratnie).

         100 tomów Biblioteki Boya, recenzje teatralne, odczyty o literaturze francuskiej, wstępy i opracowania do własnych tłumaczeń, analizy krytyczno-literackie, felietonistyka prasowa, a i własna twórczość poetycka i satyryczna (Zielony Balonik, poezja), a przecież to był zawodowy lekarz, pracujący najpierw w szpitalu, później prowadzący prywatną praktykę... Cokolwiek myśleć o kolorowym życiu artystycznej bohemy,  w której Boy się obracał,  zwłaszcza w krakowskim etapie życia,  a i później, gdy ze szczerością przyznawał w liście do Emilii Makuszyńskiej: "urżnęliśmy się jak Świnie",  był to człowiek lubiący pracę w ciszy i samotności: "ciągle sobie projektuję, jak po wojnie sobie ułożę życie, żeby móc tygodniami nie wychodzić z pokoju i ani najdrobniejszym kącikiem nie stykać się z niczym".  Zaiste, tempo pracy miał niezrównane. W listopadzie 1916 roku pisze: "na dyżurach po trochu ściubię Manon Lescaut", a już 5 stycznia 1917 donosi, że oddał do druku. Boy pracował jednocześnie nad kilkoma książkami: jedną czy dwie tłumaczył, do trzeciej pisał wstęp, w czwartej robił korektę.  Nic dziwnego, że zdarza mu się westchnąć: "żyję wyłącznie w świecie fikcji", a w innym miejscu zdradza ciekawe odczucia towarzyszące tłumaczowi, który zajmuje się dziełami z dawnych epok: "To jest dziwne uczcie, jak się tak na jakiś czas pożyczy swoją krew, żeby ożywić taką rzecz sprzed kilku wieków, to za to samego siebie i wszystko dokoła odczuwa się jak jakieś cienie bez teraźniejszości".

          Kapitalne są odniesienia do polemik toczonych przez Boya z krytykami, recenzentami, profesorami. Od początku znajomości i wymiany lisów wyraźnie widać, że wysoko cenił i darzył estymą Wacława Borowego. Ale właśnie w liście do niego zdaje barwną relację z potyczki polemicznej z Ignacym Chrzanowskim, któremu zarzucił uprawianie "wiatrologii", punktując błędy i nieznajomość literatury francuskiej. W liście do Borowego tak podsumowuje Chrzanowskiego: "należy do tych historyków literatury, którzy w gruncie rzeczy mają antypatię do literatury: jest ona dla nich niby dość plugawy, ale konieczny nawóz, na którym dopiero wyrasta piękny kwiat, tj. katedra profesora literatury". Doprawdy, malowniczy obraz uniwersyteckiego zadęcia. 

         W ogóle, poza warstwą anegdotyczną, listy są przykładem sprawności stylistycznej Boya, o czym nigdy nie wątpiłam, biorąc pod uwagę działalność translatorską, ale tutaj niemal naocznie można zaobserwować, jak Boy pracował w języku.  Do Cypriana Godebskiego zwraca się "Mon cher Cipa", a to dlatego, że zaraz w pierwszym zdaniu pisze: "Pozwalam sobie polecić Ci pana..." itd.  Opisując nieudane zabiegi organizacyjne wokół wyjazdu z odczytem do Kalisza, z niesmakiem, a może i zdumieniem zdaje relację: "Zgłosiła się do mnie pani Szeleścina* z Warszawy (nieznajoma i przez telefon) z zapytaniem, czybym nie przyjechał", a wcześniej w poprzednim jeszcze liście: "nic w gruncie ścisłego nie wiem, bo nie widziałem nikogo na oczy, tylko jakiś głos telefonem ze mną rozmawiał, co nie jest wystarczające!" I tu się absolutnie zgadzam z Boyem - glos w telefonie nie jest wystarczającą formą kontaktu. Należy ubolewać nad zanikiem sztuki pisania listów. Tłumaczenia, jakoby przy współczesnym trybie życia brakuje na to czasu są chybione, gdy się weźmie pod uwagę, że przez wiele lat, zwłaszcza w okresie I wojny światowej Boy wysyłał listy przez okazje, osoby, które mogły list przewieźć, gdyż na regularną pocztę nie można było liczyć. Wiązało się to z dodatkowymi zabiegami, szukaniem kontaktów, a to zajmuje czas o wiele bardziej niż dzisiejsze przespacerowanie się na pocztę. 

* Biorąc pod uwagę, że wszystkie nazwiska są opatrzone komentarzem od wydawcy, tej pani zaś nie, należy domniemywać, że jej nazwisko jest wymysłem Boya na określenie charakteru jej głosu w telefonie

sobota, 24 września 2022

W rocznicę urodzin

     24 września 1821 r. urodził się Cyprian Norwid, jeden z najważniejszych polskich poetów, którego oddziaływanie na polską poezję, estetykę, koncepcję sztuki nadal jest obecne i widoczne.  Biografia Norwida obfituje w przypadkowe wydarzenia, które później okazały się istotne dla twórczości poety. Być może nie było bowiem Norwidowskiej koncepcji sztuki zawartej w "Promethidionie", gdyby nie kontakty Norwida z mazowieckim i krakowskim folklorem. 

I stąd największym prosty lud poetą,
Co nuci z dłońmi ziemią brązowemi,
A wieszcz periodem pieśni i profetą,
Odlatującym z pieśniami od ziemi.
I stąd największym prosty lud muzykiem,
Lecz muzyk jego płomiennym językiem.

    Oskar Kolberg znał rodzinę Norwidów, zwłaszcza starszego brata Cypriana, którego odwiedzał "w słomianym dworcu pana Ludwika Norwida".  W czasach warszawskich Cyprian Norwid wraz z bratem należeli do grupy warszawskiej cyganerii artystycznej. Pod wpływem Kolberga Norwid w grupie innych artystów zainteresował się mazowieckim folklorem.  Miał z nim zresztą do czynienia od dzieciństwa, wychowując się najpierw w Laskowo-Głuchach, a później wielokrotnie przebywając u krewnych w mazowieckich miejscowościach: Łochowie, Wszeborach, Niegowie,  Strachówce, Dąbrówce, Dębinkach, Wólce Kozłowskiej, Korytnicy, Postoliskach. W Łochowie mieszkał na przykład wuj Cypriana, Józef Hornowski; w Dębinkach zaś po śmierci rodziców mieszkał przez jakiś czas u krewnych; w Postoliskach natomiast mieszkał dziadek Ksawery Dybowski. 
    W okresie jeszcze warszawskim poznał Władysława Wężyka i to z nim w 1942 r. wyruszył na wyprawę do Krakowa. Spędził tam i w okolicach ponad trzy tygodnie, poznając krakowski folklor, legendy i baśnie. Literackim efektem owych doświadczeń i inspirację będą dramaty "Wanda" i "Krakus. Książę nieznany". Na bieżąco zaś, jeszcze w czerwcu 1842 r. na łamach "Biblioteki Warszawskiej" opublikował relację z pobytu w Krakowie. Opisał w niej np. procesję Bożego Ciała czy Lajkonika. Badacze zauważają, ze opis Norwida jest etnograficznie cenny, gdyż wiernie przedstawia obyczaje, obrzędy i atmosferę obserwowanych zjawisk. Do wielu talentów Norwida, tak literackich, jak plastycznych można wiec dodać, że był także uważnym etnografem, badaczem kultury ludowej. 

240

środa, 7 września 2022

Saga tureckiej rodziny

       Miałam zatytułować "Tureccy Buddenbrookowie", ale czy to nie byłoby deprecjonowanie literackiego pisarstwa Orhana Pamuka? Dlaczego mam odczytywać powieść Pamuka przez analogię do powieści Manna? Kiedy ukazali się "Buddenbrookowie", Mann miał 26 lat, Pamuk w momencie publikacji "Cevdeta Beja i synów" miał lat 30. Saga Buddenbrooków obejmuje trzy pokolenia przez ponad 40 lat, saga Cevdeta i jego synów, a nawet wnuków trwa dłużej, bo prawie lat 70.  Obaj pisarze rozpisali życie swoich bohaterów na tle ważnych wydarzeń historycznych, prowadzących do przemian politycznych i społecznych opisywanego kraju: Niemic i Turcji. No i w obu przypadkach tytułowe rody są związane z handlem, są to rodziny kupieckie. Czy w obu przypadkach powieści stały się probierzem talentu i zaprowadziły pisarzy do Nagrody Nobla? Być może ...

       Nie lubię jednak wysnuwać aż tak daleko idących analogii. "Buddenbroków" pamiętam bardziej z serialu z 1979 r. niż lektury. "Cevdeta Beja"  Pamuka czyta się doskonale, zanurzając się w nieco w egzotykę tureckich przemian I połowy XX wieku.  Ponad siedemset stron dziejów rodziny i zarazem historii miasta, społeczeństwa, państwa, zawirowań politycznych i gospodarczych. Tytułowy Bohater zakłada sklep żelazny, dorabia się, handluje cukrem w czasie wojny i dość szybko umiera, pozostawiając schedę synom. Osman i Refik mają różne charaktery. Starszy Osman szybko staje się człowiekiem interesów, schematycznym, przywiązanym do obyczajowej tradycji, rozbudowującym rodzinną firmę.  Refik zaś wkrótce okazuje inną naturę, bardziej refleksyjną, poszukującą, znudzoną codzienną rutyną. Podejmuje więc wyprawę w poszukiwaniu siebie, jakiejś idei, która nadałby jego życiu sens. Czyta europejską literaturę, pod wpływem Rousseau zaczyna pisać dziennik, w którym przezywa klasyczny dylemat każdego pisarza: nieprzystawalność słowa pisanego do rzeczywistych uczuć i przeżyć.  Obaj funkcjonują na tle środowiska i przede wszystkim wielopokoleniowej rodziny zamieszkującej w jednym rodzinnym domu, co z czasem zaczyna niektórym ciążyć. To właśnie Refik z żoną i córeczką jako pierwsi wyprowadzają się wyłamując się z wiekowej tureckiej tradycji. Żyje jeszcze ich matka, żona Cevdeta Beja, która boleśnie przeżywa wyprowadzkę syna. 

       Świat i przemiany społeczno-polityczne czytelnik poznaje na przemian z perspektywy różnych bohaterów. Refik i jego dwaj najbliżsi przyjaciele ze szkoły i studiów poszli odmiennymi drogami.  Co jakiś czas spotykają się na nowo przewartościowując swoje życiowe postawy.  Najbardziej buntowniczym był Muhittin, piszący mroczną poezję wzorowaną na Baudelairze i planujący samobójstwo w razie, gdyby do trzydziestego roku życia nie został znanym poetą. Ömer chce być zdobywcą na wzór Rastignaca. Refik najbardziej ugodowy, najmniej buntowniczy, najwcześniej z nich trzech się ożenił i założył rodzinę.  Paradoksalnie to on okazał się burzycielem starego porządku.  Muhittin z czasem porzucił poezję, samobójstwa oczywiście nie popełnił, zajął się propagowaniem idei tureckości. Ömer podjął pracę jako inżynier budujący drogi i koleje, a ostatecznie po okresie buntu i planów zdobycia świata zaszył się gdzieś na dalekiej prowincji unikając ludzi. 

        Innym punktem widzenia jest perspektywa kobieca.  Tutaj mamy z jednej strony żonę Cevdeta Beja, Nigân Hanym, która po śmierci męża stara się trzymać rodzinę w całości, kontynuować tradycję,  scalać to, co na jej oczach się rozpada.  I jest młode pokolenie dziewcząt, jak Ayşe, najmłodsza córka Cevdeta i Nigân, która próbuje wyrwać się spod kontroli matki i starszego brata, ale z czasem akceptuje tradycyjne wartości i ulega dawnym obyczajom. Perihan, młoda żona Refika okazuje się najbardziej lojalna, a zarazem akceptująca niespodziewane pomysły męża. Interesującym aspektem śledzenia losów poszczególnych postaci jest śledzenie ich wewnętrznej przemiany.  Niektórzy zamykają się w sobie jak ślimak w skorupie, obrastają w przywary i nieznośne nawyki, inni odnajdują w sobie siłę do wprowadzenia zmian.  Jeszcze inni docierają do głębi swojej duszy i nie są zbyt zadowoleni z tego, co tam odnajdują.

       Ostatnie 30 lat losów rodziny zostało wycięte. Bohaterowie pozostawieni w momencie, gdy właśnie podjęli życiowe decyzje, zostają przeniesieni  do lat siedemdziesiątych XX wieku. Refik nie żyje, jego młodszy syn, Ahmet, ma 30 lat, jest początkującym malarzem i na jego barkach spoczywa niejako ostatni rodzinny rytuał: pożegnanie i pogrzeb babci, Nigân Hanym, która dożyła późnej starości. 

       Tytuł ostatniego rozdziału powieści, "Pochwała upływającego czasu" zawiera pogodzenie się z przemianami, których doświadcza każda jednostka w każdym społeczeństwie.  Może jest w tym nieco - także literackiej - przekory wobec Proustowskiego poszukiwania utraconego czasu przeszłego?

Zmiany

    Kończę pisanie na tym blogu. Prowadzenie równoległych blogów jest wyczerpujące. Zwłaszcza, że tematyka - szeroko pojęta kultura - jest p...