środa, 29 maja 2019

Syberiada XXI wieku

   
      Pośrodku dzikiej tajgi, w odległości 700 km od najbliższej osady, zamieszkują dwie rodziny: Braginowie i Kilinowie. Pewnego dnia Sasza Bragin osiadł z rodziną w głębi dzikiej natury, zrywając z cywilizacją. Dziś małżonkowie są już w starszym wieku, mając dookoła gromadę potomstwa, dorosłych i małych jeszcze dzieci. Dokumentalny film "Bragiuno" Clementa Cogitore`a przedstawia rodziny w narracji pierwszoosobowej seniorów rodu. Kamera zaś dopowiada zbliżeniami twarzy, oczu, kadrami gestów i codziennych czynności oraz przepięknymi pejzażami dzikiej natury, w której człowiek bywa znikomym elementem. Nie przeszkadza to jednak głównemu narratorowi, Saszy Braginowi zauważyć, że to człowiek jest w tajdze zwierzęciem najgroźniejszym. Zdanie to znajduje w dalszych scenach coraz smutniejsze potwierdzenie, o czym jeszcze będzie mowa.
     Bohaterem filmu jest bardziej rodzina Braginów, gdyż Kilinowie nie wypowiadają się wcale. O nich się tylko opowiada. Pojawili się w sercu tajgi później i osiedliwszy się obok Braginów stopniowo anektowali ich tereny łowieckie i życiową przestrzeń. Z opowieści wyłania się obraz narastającego konfliktu między rodzinami, jedni drugich podejrzewają o niecne zamiary. Niestety, poznajemy tylko wersję jednej strony. Dorośli członkowie obu rodzin unikają się i nie podejmują żadnej rozmowy. Jednakże na środku rzeki jest nieduża wyspa, na której codziennie bawią się dzieci jednych i drugich. Sa one na wyspę dowożone łódką, tam się bawią samodzielne, czasem wspólnie, a czasem podejrzliwie na siebie patrząc. W każdym razie wyspa jest takim przedszkolem, gdzie najmłodsi spędzają wspólnie czas, gdy dorośli pracują w tajdze lub w gospodarstwie. Dzieci są w różnym wieku i naprawdę trudno się zorientować, które są czyje, wyglądają bardzo podobnie, ale naliczyłam co najmniej ośmioro w jednej rodzinie i sześcioro w drugiej. Oczywiście to tylko te najmłodsze, powiedzmy od 4 do 10-11 lat. 
    Niespełna pięćdziesięciominutowy film nie zapowiada na początku zakończenia, które budzi w widzu gwałtowną niezgodę, wstyd za butę i arogancję naszej cywlizacji, poza którą już nie umielibyśmy żyć. Te dwie rodziny diametralnie z nią zerwały, mimo że posługują się jej zdobyczami, na przykład bronią. W sercu tajgi głównym źródłem pożywienia są polowania i zapewne jakieś owoce, może są hodowlane zwierzęta, ale ich nie widzimy. Główny bohater i narrator w filmie, senior Braginów opowiada o swoim stosunku do natury, lasu, zwierząt. Osiedleńcy korzystają z tajgi tyle, żeby nie głodować. Mówi na przykład, że nie warto polować więcej niż jest to konieczne, bo po co później wyrzucać, jeśli się czegoś nie zje, nie spożytkuje. Bohaterowie mają latarki, używają jakiegoś prymitywnego radia, które łapie dziwne trzaski i audycje nie wiadomo skąd, a kiedy idą do tajgi w różne strony, posługują się własnoręcznie skonstruowanym urządzeniem w rodzaju krótkofalówki. Po rzece pływają starymi motorówkami, a pod koniec mamy nawet telefon satelitarny, którym chcą się do kogoś dodzwonić, ale ten ktoś nie odbiera. 
      No właśnie, nie odbiera, a tymczasem życie Bragino - osady zagubionej w tajdze - jest zagrożone. Przyjeżdżają jacyś obcy ludzie, przylatują helikopterami, machają jakimis odgrzebanymi nie wiadomo skad papierami i mapkami, przybywają  z nowoczesną bronią i bagażami. Lądują swoim helikopterem na wyspie dzieci ubrani i wyposażeni jak psy wojny. Zawodowi myśliwi. Mieszkańcy tajgi pytają czego chcą, po co przylecieli, czego tu szukają. Tamci odzywają się arogancko, po chamsku, grożą pobiciem, ich buta i poczucie wyższości, zza której nawet przez kamerę widać i słychać szeleszczące grube pieniądze, wzbudzają protest. Tylko że nic nie można zrobić. A telefonu nikt nie odbiera, gdy Bragin próbuje się dodzwonić do kogoś ważnego i zapytać, co to za ludzie przylecieli, po co i na  jak długo. "Ja już nikomu nie wierzę" - mówi na koniec. 
      Bohaterowie filmu uciekli od zgiełku cywilizacji, a ona w postaci myśliwskiego lobby milionerów pokonała 700 km głuchej tajgi i pewnie doprowadzi do ich wyprowadzki. W filmie pojawia się bowiem motyw snu, w którym bohaterowie się wynoszą, wyprowadzają. Dokąd? Nie wiadomo. 
       Przypuszczam, że większość widzów zastanawiałaby się, jak można żyć w głuchej dziczy, zrezygnować ze sklepów, szkoły dla dzieci, cywilizacyjnych udogodnień. Zastanawiano by się, kręcono by głowami z niedowierzaniem, lekceważąco pukano by w czoło. Słowem, pojawiłaby się dyskusja oceniająca z przewagą negacji. Znalazłoby się kilka powodów dla współczesnego "cywilizowanego" człowieka, aby sam fakt osiedlenia się poza XXI wiekiem całej rodziny z dziećmi uznać za naganny. Tylko dlaczego bywamy tak strasznie zachłyśnięci naszymi zdobyczami? Te dzieci na filmie bywają mają chwilami bardzo dojrzałe, poważne, spojrzenie. Pomagają przygotowywać jedzenie - rodzina przecież duża, od małego uczą się przetrwać w świecie dzikiej natury. Przypuszczam, że są bardziej samodzielne i odporne niż większość ich cywilizowanych rówieśników. Dorośli mężczyźni nie boją się nawet niedźwiedzi. Właściwie naturalnym wrogiem dla nich jest tylko drugi człowiek. Ten przylatujący ze sztucerem i noktowizorem za grube pieniądze i ten zza płotu sąsiad, który podobno ich tam sprowadził. Jak zauważył na początku filmu głowny bohater: "Najgroźniejszym zwierzęciem w tajdze jest człowiek". 

Film obejrzałam na ARTE.  
Clement Coditore ma 35 lat i poza reżyserią zajmuje się też fotografią i sztuką współczesną. Wraz z filmem ukazał się album z fotosami "Braguino - społeczność niemożliwa" (2017). Obecnie reżyseruje operę baletową Rameau "Les Indes galantes", która zostanie wystawiona we wrześniu 2019 roku w Opera National w Paryżu. 

piątek, 10 maja 2019

Zreformowana komedia dell`arte dziś

     Najbardziej znaną komedią Carla Goldoniego (1707 - 1793) jest "Sługa dwóch panów".  Jednakże autor ma w dorobku ponad 200 utworów, komedii obyczajowych, a także librett, z których korzystali Haydn, Vivaldi, Salieri czy Mozart. Jego droga do teatralnego sukcesu, choć nie była łatwa, była mu pisana od dzieciństwa, gdyż pierwszą sztukę napisał  w wieku ośmiu lat, a od trzynastego roku życia występował w dziecięcym teatrzyku. Jak w wielu przypadkach losów aktorów ówczesnej epoki,  aby związać się ze sceną najpierw uciekł ze szkoły przystając do wędrownej trupy. Próbując spełnić oczekiwania mieszczańskich rodziców (ojciec był lekarzem), kończy studia prawnicze i podejmuje praktykę adwokacką. Duch teatru jednak zwycięża i Goldoni porzuca adwokaturę poświęcajac się pisaniu sztuk scenicznych o satyrycznym charakterze. Zasłynął jako odnowiciel włoskiej commedii dell`arte, przywracajac jej fabułę, wyraziste psychologiczne charaktery i obyczajowy realizm. Głośno i z zapałem zaczął realizować swój program odnowienia sztuki dramatycznej w literaturze włoskiej, podejmując współpracę z trupą komediową Girolamo Medebacha, a następnie z najstarszym teatrem w Wenecji, Teatro di San Luca należącym do arystokratycznego rodu Vendraminich. (Obecnie nosi nazwę od imienia swojego największego dramaturga Teatro Carlo Goldoni.) W szczytowym okresie współpracy Goldoni zobowiązuje się dostarczać co najmniej dziesięć sztuk w sezonie, a z czasem zwiększył liczbę do szesnastu. 
     Podobnie jak inne sztuki Goldoniego "Gbury" mają akcję osadzoną w Wenecji, gdzie Goldoni się urodził i mieszkał do 1762 roku zanim na zawsze wyjechał do Paryża. Język utworu nacechowany jest ludową gwarową stylizacją, a w wypowiedziach bohaterów wyraźnie widać związki z konstrukcją opery w kształcie kwartetowych dialogów. W zasadzie "Gbury", sztuka napisana dla Teatro di San Luca, mają charakter muzyczny. Można powiedzieć, że to komedia muzyczna po prostu ze śpiewanymi interludiami, duetami, kwartetami, czemu sprzyja zresztą karnawałowe tło obyczajowe. Taneczny korowód przebierańców ukrywających się pod weneckimi maskami współgra z motywem przemijania i poczuciem ulotności życia. Typowo barokowa przesada, kontrast euforycznej zabawy i początku postu buduje atmosferę "Piosenki karnawałowej":

Ścigajmy godziny, co jak gondole mkną,
bo z czasu nie wyrwiemy się matni,
naszego karnawału minęło już dni sto
a dziś jest dzień ostatni, ostatni.

     
Naczytałam się tych mądrości w celu przygotowania się do obejrzenia "Gburów" na żywo. Tekstu znikąd zdobyć! No trudno, pozostało iść w ciemno i się okazało, że piosenek żadnych nie było. Za tło muzyczne służyła muzyka z epoki a na zakończenie krótka choreografia w stylu tańca dworskiego. W głębi sceny wielka kurtyna z widokiem na kanały i gondole umiejscowiły akcję w Wenecji, niemniej wszystkie sceny rozgrywają się w dwóch wnętrzach weneckich kupców: Don Leonarda i Don Simona. Jaskrawe kolorystycznie stroje udawały barokową kolorowość i atmosferę karnawału, chociaż bohaterowie, zwłaszcza męska populacja, ze zgorszeniem krytykowali wszystko, co radosne i służące zabawie. 
      Prosta intryga wykorzystuje odwieczny damsko-męski konflikt i różnice w podejściu do świata. Mężczyźni to dusigrosze chcący trzymać żony i córki pod kluczem, kobiety chcą korzystać z życia, bawić się i pięknie wyglądać. Wyrafinowana kobieca estetyka, przejawiająca się w strojach, gestach, słowach, rozsadza proste i gburowate reguły męskiego świata.  Mężczyźni prowadzą negocjacje, pertraktacje, dokonują handlowych interesów przenosząc te formy działania na grunt prywatnych relacji w domu; kobiety podejmują grę, rozpisują sobie scenariusze postępowania, wchodzą w różne role w zależności od sytuacji budując skomplikowaną siatkę wzajemnych zależności. Zabawne, że efektem działań jednych i drugich jest  to samo: w przypadku sztuki "Gbury" szczęśliwe zakończenie polega na zaaranżowaniu małżeństwa Lucii i Filippe`a, którzy nigdy dotąd się nie spotkali. Ojców młodych bohaterów łaczą interesy handlowe, a małżeństwo ich dzieci ma być jeszcze jednym kontraktem. Kobiety zaś dążą również do pomyślnego skojarzenia młodej pary, ale młodych ma połączyć uczucie. Ukryte motywy działań kobiet są też bardziej osobiste: macocha Lucii chce pozbyć się pasierbicy z domu, a ciotka Filippe`a pomagając mu buntuje się przeciwko mężowi, wykazując emocjonalne związki z siostrzeńcem, którego Don Simone nie cierpi i nie życzy sobie gościć w swoim domu. 
      "Gbury" są komedią zbudowaną na jaskrawo narysowanych charakterach. Don Leonardo i Don Simone obrazują skrajne przypadki męskich aspiracji domowej tyranii - inna rzecz, że tyrania okazuje się nie całkiem skuteczna. Don Konstantino to pantoflarz, którego filozoficzna natura skłania do kapitulacji w imię świętego spokoju. Jego żona Donna Felicia ilustruje kobietę świadomą skuteczności metod, za pomocą których można rządzić mężczyznami. Jest jeszcze Hrabia Don Ricardo - wytwór salonowej konwencji, taki salonowy Don Kichot, a zarazem bawidamek. Tak czy inaczej wiele tu przedmolierowskich charakterów, którym trudno zerwać z utrwalonym wizerunkiem własnej śmieszności. 

środa, 1 maja 2019

Oglądam obrazki

     Oczywiste jest, że w muzeum najczęściej ogląda się obrazki. W Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego w Warszawie ogląda się obrazki szczególne - śmieszne. Dwie wystawy wchodzą w obrazkowy dialog, prowokując do ciekawych skojarzeń. W jednej sali są to "Rysunki z Belgii" - prezentacja dziewięciu najbardziej znanych i utytułowanych rysowników belgijskich, a w drugiej wystawa pokonkursowa XX Otwartego Międzynarodowego Konkursu na Rysunek Satyryczny pod hasłem "Światło", w którym to konkursie wśród uczestników pojawiają się także niektóre nazwiska z sali pierwszej. Naprawdę więc można uznać, że obie wystawy uzupełniają się, dając ciekawy przekrój tego, co dzieje się w rysunkowej satyrze. 
     "Rysunki z Belgii" postanowiłam obejrzeć, ponieważ kompletnie nie znam belgijskiej satyry rysunkowej. Chciałam sprawdzić, czy poczucie humoru można uznać za uniwersalne. Nie zaprzeczę, parę razy się uśmiechnęłam, ale też przed niektórymi rysunkami stałam próbując dociec "o co chodziło autorowi". A czasami, jak już zrozumiałam, o co chodziło, zastanawiałam się, gdzie jest humor. Aczkolwiek są schematy, skojarzenia, zjawiska wspólne nam czy też szerzej, naszej współczesnej kulturze, które nieodparcie sugerują, że świat jest mały i wszędzie ludzie borykają się z podobnymi problemami lub - co częstsze w satyrze - przejawiają te same śmiesznostki. czasem potrzeba przekłuć balon własnej wyjątkowości i przyznać, że łączą nas te same wady ;-)

Luc Vernimmen - Lodówka

Stefaan Provijn (Stef) - bez tytułu
Tony Houbrechts (Cartoni) - bez tytułu

Luc Vermeersch - Sztuka

Norbert Van Yperzeele - Pomysłowy

Może poprzestanę na tych kilku powyżej, żeby nie zdradzić za wiele. Ale jeszcze jednego nie mogę ominąć, ponieważ w pierwszej chwili przyszło mi na myśl, że autor tego rysunku zna chyba polskie dowcipy o Wąchocku. Jest jeden o autostradzie:
- Dlaczego w Wąchocku jest autostrada?
- Bo zaczęli budować z dwóch końców i się rozminęli!
No i czy rysunek nie pasuje idealnie do tej "wąchockiej" przypadłości?
Tony Houbrechts - bez tytułu

       Wystawa druga, będąca pokłosiem konkursu, składa się z większej liczby prac autorów z wielu krajów. Obok Polaków są rysunki z Niemiec, Holandii, Chorwacji, Rosji, Rumunii, Serbii, Izraela, Turcji, Iranu, Ukrainy, Włoch czy nawet Australii, Indonezji, Kazachstanu czy Japonii. Mamy więc prawdziwy przegląd technik, charakteru satyrycznej kreski właściwej dla różnych autorów, wielość odmian humoru, a wszystko spaja konkursowy temat światła. Są rysunki zabawne, autentycznie śmieszne, ale są refleksyjne, prowokujące do wcale niewesołych myśli na temat stosunku współczesnego człowieka do zasobów natury, do przyrody, do cywilizacji, wyobcowania jednych i zanurzenia innych po uszy w świecie technologii. Do smutnych refleksji prowokuje zdobywca Grand Prix Krzysztof Grzondziel swoim rysunkiem drwala:



Są też prace wywołujące wzruszenie, ewokujące nieuchwytną poetycką aurę:


Xiyue Zhou (Chiny)

Gennady Nazarov (Ukraina)

oraz zwyczajnie śmieszne jak z kreskówek dla dzieci o policjantach i złodziejach:
Mehdi Afradi (Iran)

Temat światła prowokuje do bardzo różnorodnych interpretacji, toteż satyry polityczne i społeczne też znalazły miejsce na wystawie. I chociaż w niektórych przypadkach stanęłam przed nierozwiązywalną zagadką "co autor miał na myśli", nie żałuję, że mój weekendowy program kulturalny zaprowadził mnie do Muzeum Karykatury akurat teraz. 


wtorek, 23 kwietnia 2019

Światowy Dzień Książki

     Od 1995 roku 23 kwietnia obchodzony jest jako Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Początkowo rozpatrywane były inne daty, ale tego dnia w 1616 roku zmarli dwaj wybitni pisarze: Miguel de Cervantes y Saavedra oraz - według kalendarza juliańskiego - William Shakespeare. Ponadto 23 kwietnia 1564 roku figuruje jako domniemana data urodzin autora "Hamleta".
     Pogrążeni w nieczytaniu Polacy zapewne nigdy nie uwierzą, że dla książki można poświęcić wiele, na przykład nieprzespaną noc. O takie doświadczenia zapytali słuchaczy redaktorzy radiowej Dwójki. A socjolog prof. Henryk Domański zauważył, że "książki hierarchizują społeczeństwo".  W dzisiejszym świecie powszechnych dążeń do wyrównywania szans, zrównywania statusu materialnego i pozycji spłecznej, umiejętność i chęć czytania książek stają się czynnością na wskroś elitarną. Czy nie paradoks w epoce powszechnej i obowiązkowej edukacji? 
     Ile było nieprzespanych nad książkami nocy? Nie pamiętam. Ale pamiętam pierwszą, gdy zaczęłam czytać wieczorem, a potem jeszcze jeden rozdział, jeszcze jeden i jeszcze jeden aż do rana i trzeba było iść do dziennych obowiązków. Ale doczytałam do ostatniej strony. Był to "Rękopis znaleziony w Saragossie" Jana Potockiego.  Kto czytał, ten wie, że tego nie da się przerwać w żadnym momencie. Szkatułkowa narracja  wciąga do samego końca. Więc gdybym zapragnęła stworzyć swój osobisty ranking - a nienawidzę rankingów - książek, dla kórych warto zarwać noc, na pierwszym miejscu, z powodów sentymentalnych, jak z powyższego wynika, byłby właśnie "Rękopis". Ale książek czytanych nocą było więcej, nie pamiętam wszystkich. Może więc postawmy sprawę inaczej: dla jakich książek można by było i warto poświęcić noc po raz drugi. 
      Całkiem subiektywny ranking książek, które zawsze mogę czytać nocą:
1. Jan Potocki: Rękopis znaleziony w Saragossie
2. Umberto Eco: Imię róży
3. Michał Bułhakow: Mistrz i Małgorzata
4. Hermann Broch: Śmierć Wergilego
5. Josif Brodski: Pochwała nudy (eseje i przemówienia)
6. Teodor Parnicki: cokolwiek ale może "Słowo i ciało"?... albo "I sam wyjdę bezbronny"?...
7. Jan Tomkowski: cokolwiek, może "Ciemne skrzydła Ikara"?... 
8. Stanisław Lem: cokolwiek, ale na przykład "Okamgnienie"...czyli raczej felietony niż powieści
9. Umberto Eco: Zapiski na pudełku od zapałek
10. Michał Heller: coś z jego kosmologicznych wizji, np. "Filozofia przypadku"

niedziela, 14 kwietnia 2019

Koligacje

      Obłożyłam się książkami o polskim baroku, więc przede wszystkim o ówczesnych powiązaniach między osobami będzie mowa. O ścisłych koligacjach świadczą chociażby nazwiska: Piotr Kochanowski,  niezrównany translator "Gofreda albo Jeruzalem wyzwolonej" Tassa oraz "Orlanda szalonego" Ariosta, był bratankiem autora "Trenów" i "Odprawy posłów greckich".  Ojciec tegoż Piotra, Mikołaj Kochanowski, był młodszym bratem poety Jana i również poezją się parał. Jego autorstwa są "Rotuły" - poetycki zbiór moraliów pisanych z myślą o swoich dziesięciorgu dzieciach.
      Prawdziwy klan literacki tworzyli Morsztynowie. Łączy ich rodowa miejscowość Raciborsko, pieczętując się herbem Leliwa. Najstarszy Hieronim Morsztyn (1581 - 1623) tak też się podpisywał: "z Raciborska". Najwybitniejszym dziełem, jaki pozostawił, jest obszerny poemat "Światowa rozkosz z ochmistrzem swoim i ze dwunastą swych służebnych  panien". Owych dwanaście panien nieprzypadkowo nawiązuje do "Piesni świętojańskiej o Sobótce" Jana Kochanowskiego. U Morsztyna jednak są to upersonifikowane przyjemności życia, jak Pompa, Kompanija, Dieta ( w znaczeniu pryzjemności jedzenia, a nie umartwiania się w znaczneiu współczesnym), Pijatyka, Uciecha, jest także Muzyka. Następni w rodzie, aczkolwiek rozszyfrowanie stopnia wzjemnych koligacji nie jest takie łatwe, byli: Jan Andrzej Morsztyn (1621 - 1693), Stanisław Morsztyn (po 1623 - 1725) spokrewniony z Janem Andrzejem przez ojca, pewne źródła podają, że był jego bratankiem oraz Zbigniew Morsztyn (1627 lub 28 - 1689), stryjeczny brat Stanisława. No i wszystkich łączy pozostawiona spuścizna literacka. 
        Najobszerniejsza i najbardziej znana Jana Andrzeja Morsztyna z kręgu barokowej poezji dworskiej w popularnych zbiorach "Lutnia", "Kanikuła" i "Fraszki" dowodzi sprawności pióra dorównującej modnemu wówczas marinizmowi, spopularyzowanemu przez włoskiego twórcę Giambattistę Marino. W twórczości Jana Andrzeja dominuje tematyka miłosna, ale kto wie, czy nie jest on pierwszym poetą, który zatrudnił swoje pióro - może w prześmiewczy nieco sposób - do napisania epitafium dla pieska w "Nagrobku Perlisi". Z kolei Stanisław Morsztyn, mimo że parał się poezją, bardziej zasłużył się jako tłumacz dramatów "Fedry" Seneki i "Andromachy" Racine`a. "Muza domowa" Zbigniewa Morsztyna zaś nawiązuje do renesansowych ziemiańskich wzorów, jednocześnie wyrażając w poetycki sposób pesymistyczną i pacyfistyczną postawę ukształtowaną na skutek doświadczeń wojennych, m.in. udziału w wojnie polsko-szwedzkiej. 
      Jednakże żeby nie tylko o poetach pisać, znajdziemy w interesującej nas epoce artystyczne klany w innych dziedzinach. W pierwszej połowie XVII wieku bracia Andrea i Antonio Castello (Castelli) pracowali nad wystrojem rzeźbarskim kaplicy św. Katarzyny Sieneńskiej w kościele dominikanów w Krakowie. Wiadomo nawet, że Antonio ożenił się z Polką Anną Boczkowską i miał dom na ul. Grodzkiej w Krakowie. Z kolei w latach 70. XVII wieku na terenie Wielkopolski działali również bracia Catenacci (Catenaci). Jan Jerzy i Andrzej Catenaci projektowali m.in. kościół Marii Panny w Gostyniu. Pierwszy z nich brał udział także w dokończeniu budowy kościoła Jezuitów w Poznaniu. Z nimi to w ogóle kłopot imienniczy się wytworzył, ponieważ jedne żródła podają, że nazywali się Jan i Jerzy, inne zaś, że Jan Jerzy to jeden z nich, a drugi miał na imię Andrzej. No jeśli historycy sztuki nie mogą w tym względzie dojść do porozumienia, to trudno orzec, czy w sumie było dwóch, czy nawet trzech braci ;-)
      I na koniec ród Fontanów, a właściwie dwa rody. Bo chociaż Paolo Antonio Fontana (1696 - 1765) nadworny architekt Sanguszków, działający na Lubelszczyźnie i Podlasiu, osiadł na stałe w Posce i tutaj się ożenił, jednak nie jest ojcem Jakuba Fontany (1710 - 1773), urodzonego już w Polsce architekta włoskiego pochodzenia, którego ojciec miał na imię Józef, skądinąd też architekt. Tak więc  z nazwiskim Fontanów ściśle związana jest architektura w postaci kilkudziesięciu co najmniej budowli, spośród których warto wymienić:
Paolo Antonia Fontany:
- kościół Rozesłania Świętych Apostołów w Chełmie
- pałac Sanguszków i kościół św. Anny w Lubartowie
- bazylika Narodzenia NMP w Chełmie
- Wielka Synagoga we Włodawie
- rzeźba Chrystusa Frasobliwego z kapliczki na ul. Peowiaków w Lublinie
Józefa Fontany:
- fasada koscioła pijarów w Warszawie
- pałac w Obroszynie
- pałac Bielińskich w Kozłówce
- prace przy budowie kościoła św. Krzyża, pałacu Czartoryskich i pałacu wilanowskiego w Warszawie
Jakuba Fontany:
- Collegium Nobilium w Warszawie
- kamienica Prażmowskich w Warszawie
- pałac Lubomirskich w Opolu Lubelskim
- kościół bernardynów w Górze Kalwarii

Paolo Antonio Fontana, Chrystyus Frasobliwy 

niedziela, 7 kwietnia 2019

Anglia, Rzym i Majorka

     Anglia z lat 20. i 30. XX wieku do początku lat 60., Rzym starożytny, imperialny, z avecezarem i gladiatorami, Majorka zaś ... Majorka widziana oczami Amerykanina, coś jak Amerykanin na Majorce zamiast w Paryżu. Kto nie czytał  powieści "Ja, Klaudiusz"? A jeśli nawet nie czytał, to zapewne oglądał serial z Derekiem Jacobim w roli głównej. Bardziej "wtajemniczonym" po nocach się śniły słynne opracowania kilkunastu wersji historii Orfeusza czy warianty przygód Heraklesa, czyli "Mity greckie" Roberta Gravesa, obowiązkowe do zaliczenia na kierunkach humanistycznych. Mimo wielkiej atencji dla erudycji autora koszmar był koszmarem i trudno sobie wyobrazić, że można polubić kogoś, kto utrudniał nam kiedyś egzamin ;-) A jednak to możliwe, choć minęło tyle czasu zanim odkryłam Gravesa humorystę, Gravesa fantastę, Gravesa ironistę, Gravesa kolekcjonera ludzkich osobliwości. A to za sprawą jego "Opowiadań" wygrzebanych ze sterty przecenionych książek w lokalnej księgarni. 
    Zbiór podzielony został na trzy części zasygnalizowane w tytule wpisu: opowiadania angielskie, choć akcja nie tylko w Anglii się rozgrywa na przestrzeni I połowy XX wieku, w tym trochę reminiscencji z I wojny światowej, w  której Robert Graves brał udział i został poważnie ranny w bitwie nad Sommą; opowiadania rzymskie przenoszą czytelnika do realiów antycznych, do Rzymu I wieku naszej ery, w tle pojawiają się postacie Klaudiusza, Nerona, Petroniusza, Seneki, Lukana; opowiadania majorkańskie rozgrywają się na Majorce, gdzie Graves zamieszkał od 1932 roku i gdzie zmarł w 1985 roku. Tak więc mamy trzy miejsca - umowne zresztą, ale z każdym wiąże się inny rodzaj postawy narracyjnej i to jest w całym zbiorze najciekawsze. 
      W opowiadaniach angielskich mieszają się ironiczny angielski dystans i szyk ("Obrazek z epoki"), iście ludowa fantastyka ("Wrzask", "Zaproszenie na sabat") i zwyczajność podszyta czarnym humorem ("Co ziemskie - ziemi", "Poszedł kupić alpakę"). Doprawdy trzeba mieć jakiś szósty zmysł epicki, żeby w krótkich opowiadaniach stworzyć taką panoramę niezwykłości, z których przebija naturalny humor istnienia. Z kolei w opowiadaniach rzymskich, trzech zaledwie, widać erudycję pisarza swobodnie żonglującego postaciami w publicznych łaźniach, na arenie gladiatorów, na targu rybnym, podczas wyścigu rydwanów i walki kogutów. Najbogatszy zbiór opowiadań majorkańskich daje przegląd obyczajowej specyfiki mieszkańców. Majorkańczycy to zgoła odmienny naród, kultura wciąż zaskakująca, zgoła nieprzewidywalna mimo długiego zamieszkiwania Gravesa, który po 25. latach otrzymuje wreszcie pozwolenie na stały pobyt. W cyklu tym mamy iście zawikłaną historię kradzionych rowerów, obrazek kłótni małżeńskiej sprowokowanej czającym się w tle nieuchronnym podatkiem wszechobecnego fiskusa, naiwnie ekscytującą relację jedenastolatki z walki byków, w której wszystkich matadorów zaaresztowano, następnie list matki szczęśliwego dzidziusia, które na skutek waśni rodzinnej zyskało pięciu ojców chrzestnych itp., itp. Słowem, zwykłe opowieści z niezwykłymi zakończeniami. 
       I to jest fascynujące: nigdy nie wiadomo, jak opowieść się zakończy.  Za każdym razem, gdy rzecz zmierzała do katastrofy, napięcie rozładowuje humor lub nieoczekiwana zmiana nastroju. Nawet w przypadku historii zdecydowanie ponurych, jak w "Ona wylądowała wczoraj", nie można brać wszystkiego na serio. Może właśnie cały urok polega na tym, że nie wiadomo, co traktować serio, a co jako ironiczny komentarz. Uwielbiam takie zbawy i gry narracyjne :-)


czwartek, 14 marca 2019

Homer, Platon i Dante na połoninach

   
       Homer Huculszczyzny, huculski Sokrates spisujący własne dialogi jak Platon i Dante uniwersalnego świata Hucułów, czyli Stanisław Vincenz (1888 - 1971) przywędrował do Lublina w postaci wystawy "Dialog  o losie i duszy".  Pomysłodawcą i autorem wystawy jest dr Jan Choroszy z Uniwersytetu Wrocławskiego od lat zajmujący się badaniem twórczości Vincenza, autor książki "Huculszczyzna w literaturze polskiej".  Podczas wernisażu dr Choroszy opowiadał o koncepcji wystawy, o trudnych losach Vincenza, a przedstawieniu jego twórczości poświęcił odrębny wykład w sali kinowej Centrum Kultury w Lublinie. 
       Stanisław Vincenz, nazywnay Homerem Huculszczyzny, zasługuje na nowe dokładniejsze odczytywanie i doczytywanie, ujawniające znacznie bardziej skomplikowane relacje między autorem a jego dziełem niż to się na pozór wydaje. Dr Choroszy mocno akcentował sokratejskość Vincenza, jego nastawienie na międzykulturowy i międzyludzki dialog. Z drugiej zaś strony wykazywał ową dantejskość polegającą na obecności kosmicznego ładu w Vincenzowskim obrazie Huculszczyzny. Z cytowanych zapisków Ireny Vincenz wynika, że sam autor nie do końca umiał określić czym w istocie "Połonina" jest. W każdym razie nie odżegnywał się od ujmowania jej w kategoriach uniwerslnych, przekraczających czas li tylko teraźniejszy i materialny wymiar istnienia. 
        Stanisław Vincenz, urodzony w Słobodzie Rungurskiej niedaleko Kołomyi, opuścił rodzinną krainę na zawsze w 1940 roku, kiedy po raz drugi i już ostatecznie wyruszył z rodziną na Węgry. Wcześniej zaś zaaresztowany przez Sowietów spędził parę miesięcy w stanisławowskim więzieniu. Po wojnie w 1946 roku Vincenzowie wyemigrowali najpierw do Niemiec, aby ostatecznie osiąść we Francji. Stanisław Vincenz został obywatelem Europy, jednkaże na zawsze pozostał tamtym dawnym piewcą Huculszczyzny. Będąc wiecznym wędrowcem, homo viator, jednocześnie pozostał Odyseuszem wiernym swojej ojczyźnie. A mimo to, jak pisał Czesław Miłosz: "Znikąd nie był wygnany. żaden anioł nie stał za nim w bramie  z obwieszczeniem, że  musimy wybrać albo zupełną bierność, albo ścigać Erę jak psy metalowego zająca. Dookoła rozpościerała się ziemia, dostateczna, bo wyposażona we wszystko, co nam jest potrzebne do codziennego podziwu" (Cz. Miłosz, "La Combe", 1958). Józef Wittlin zaś pisał w liście do Vincenza: "Myślę, że gdyby Pan, Stempowski, Czapski i jszcze paru takich ludzi było skupionych w jednym miejscu, w którym i mnie wolno byłoby przebywać, założylibyśmy wspólnie nowy naród, o zabarwieniu huculsko-chasydzkim, bo z istniejącymi już narodami jakoś trudno jest wytrzymać".
     Oddajmy głos samemu Vincenzowi: "Pieśń moja podobna Czeremoszowi, zbiera wszystkie rzeczki, strumienie, potoki i strugi z całej Wierchowiny. A choć płyniemy tu we własnym łożysku Czeremoszowym, choć rzeka przeważa nad każdym dopływem, żadnego się nie wypiera, bo wyschłaby prawie. Nadaje falom swoją barwę, glebę swoją im daje, wpólną głębię, wspólną moc".
Jeżeli zaś potoki, strumienie, rzeczki fale to... przecież i muzyka, muzyczne motywy, instrumenty, kapele huculskie, które dr Jakub Żmidziński z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu omawia w monograficznej pracy "Fłojera grała pierwsza. Muzyka w "Na wysokiej połoninie" Stanisława Vincenza a muzyka huculska": "Instrumenty u Vincenza, zgodnie z huculską tradycją, mają magiczną moc, szczególnie zaś wydobyte są aspekty mistyczne wydawanych przez nie dźwięków". Dlatego też skazany na śmierć huculski opryszek, wystrugawszy w noc przed egzekucją piszczałkę, na której zaczął wygrywać ostatnią tęskną pieśń, tak wzruszył sędziów, że został uwolniony - wymknął się śmierci niemal jak Orfeusz. 
       Wystawie towarzyszą zdjęcia Lidii Ciprianiego (1892 - 1962), włoskiego etnologa, który na zaproszenie Stanisława Vincenza przemierzył Karpaty Wschodnie rejestrując pejzaże i ludzi, wśród których żył Vincenz. Na fotografiach widzimy wspaniałe, majestatyczne i niemal mistyczne krajobrazy, etnograficzny zapis strojów, obyczajów, ale też samego Vincenza, jego przyjaciół i sąsiadów. Obok zdjęć znajdują się cytaty z dzieł Vincenza, wspomnienia o nim, jak choćby Miłosza, którym towarzyszy omówienie kolejnych etapów życia bohatera wystawy. Jeśli czegoś brakuje, to delikatnej muzyki huculskiej płynącej skądś, z zakamarków ścian. Podczas wykładu dr Choroszy uzupełnił ten brak nagraniami głosu Stanisława Vincenza, czytającego wiersze i tajemnicze opowieści z Wierchowiny. 
   
Wystawa "Dialog o losie i duszy. Stanisław Vincenz (1888 - 1971)". Centrum Kultury w Lublinie. Galeria OKNA Miejskiej Biblioteki Publicznej. 14 marca - 24 kwietnia 2019. 




Zmiany

    Kończę pisanie na tym blogu. Prowadzenie równoległych blogów jest wyczerpujące. Zwłaszcza, że tematyka - szeroko pojęta kultura - jest p...