środa, 1 maja 2019

Oglądam obrazki

     Oczywiste jest, że w muzeum najczęściej ogląda się obrazki. W Muzeum Karykatury im. Eryka Lipińskiego w Warszawie ogląda się obrazki szczególne - śmieszne. Dwie wystawy wchodzą w obrazkowy dialog, prowokując do ciekawych skojarzeń. W jednej sali są to "Rysunki z Belgii" - prezentacja dziewięciu najbardziej znanych i utytułowanych rysowników belgijskich, a w drugiej wystawa pokonkursowa XX Otwartego Międzynarodowego Konkursu na Rysunek Satyryczny pod hasłem "Światło", w którym to konkursie wśród uczestników pojawiają się także niektóre nazwiska z sali pierwszej. Naprawdę więc można uznać, że obie wystawy uzupełniają się, dając ciekawy przekrój tego, co dzieje się w rysunkowej satyrze. 
     "Rysunki z Belgii" postanowiłam obejrzeć, ponieważ kompletnie nie znam belgijskiej satyry rysunkowej. Chciałam sprawdzić, czy poczucie humoru można uznać za uniwersalne. Nie zaprzeczę, parę razy się uśmiechnęłam, ale też przed niektórymi rysunkami stałam próbując dociec "o co chodziło autorowi". A czasami, jak już zrozumiałam, o co chodziło, zastanawiałam się, gdzie jest humor. Aczkolwiek są schematy, skojarzenia, zjawiska wspólne nam czy też szerzej, naszej współczesnej kulturze, które nieodparcie sugerują, że świat jest mały i wszędzie ludzie borykają się z podobnymi problemami lub - co częstsze w satyrze - przejawiają te same śmiesznostki. czasem potrzeba przekłuć balon własnej wyjątkowości i przyznać, że łączą nas te same wady ;-)

Luc Vernimmen - Lodówka

Stefaan Provijn (Stef) - bez tytułu
Tony Houbrechts (Cartoni) - bez tytułu

Luc Vermeersch - Sztuka

Norbert Van Yperzeele - Pomysłowy

Może poprzestanę na tych kilku powyżej, żeby nie zdradzić za wiele. Ale jeszcze jednego nie mogę ominąć, ponieważ w pierwszej chwili przyszło mi na myśl, że autor tego rysunku zna chyba polskie dowcipy o Wąchocku. Jest jeden o autostradzie:
- Dlaczego w Wąchocku jest autostrada?
- Bo zaczęli budować z dwóch końców i się rozminęli!
No i czy rysunek nie pasuje idealnie do tej "wąchockiej" przypadłości?
Tony Houbrechts - bez tytułu

       Wystawa druga, będąca pokłosiem konkursu, składa się z większej liczby prac autorów z wielu krajów. Obok Polaków są rysunki z Niemiec, Holandii, Chorwacji, Rosji, Rumunii, Serbii, Izraela, Turcji, Iranu, Ukrainy, Włoch czy nawet Australii, Indonezji, Kazachstanu czy Japonii. Mamy więc prawdziwy przegląd technik, charakteru satyrycznej kreski właściwej dla różnych autorów, wielość odmian humoru, a wszystko spaja konkursowy temat światła. Są rysunki zabawne, autentycznie śmieszne, ale są refleksyjne, prowokujące do wcale niewesołych myśli na temat stosunku współczesnego człowieka do zasobów natury, do przyrody, do cywilizacji, wyobcowania jednych i zanurzenia innych po uszy w świecie technologii. Do smutnych refleksji prowokuje zdobywca Grand Prix Krzysztof Grzondziel swoim rysunkiem drwala:



Są też prace wywołujące wzruszenie, ewokujące nieuchwytną poetycką aurę:


Xiyue Zhou (Chiny)

Gennady Nazarov (Ukraina)

oraz zwyczajnie śmieszne jak z kreskówek dla dzieci o policjantach i złodziejach:
Mehdi Afradi (Iran)

Temat światła prowokuje do bardzo różnorodnych interpretacji, toteż satyry polityczne i społeczne też znalazły miejsce na wystawie. I chociaż w niektórych przypadkach stanęłam przed nierozwiązywalną zagadką "co autor miał na myśli", nie żałuję, że mój weekendowy program kulturalny zaprowadził mnie do Muzeum Karykatury akurat teraz. 


wtorek, 23 kwietnia 2019

Światowy Dzień Książki

     Od 1995 roku 23 kwietnia obchodzony jest jako Światowy Dzień Książki i Praw Autorskich. Początkowo rozpatrywane były inne daty, ale tego dnia w 1616 roku zmarli dwaj wybitni pisarze: Miguel de Cervantes y Saavedra oraz - według kalendarza juliańskiego - William Shakespeare. Ponadto 23 kwietnia 1564 roku figuruje jako domniemana data urodzin autora "Hamleta".
     Pogrążeni w nieczytaniu Polacy zapewne nigdy nie uwierzą, że dla książki można poświęcić wiele, na przykład nieprzespaną noc. O takie doświadczenia zapytali słuchaczy redaktorzy radiowej Dwójki. A socjolog prof. Henryk Domański zauważył, że "książki hierarchizują społeczeństwo".  W dzisiejszym świecie powszechnych dążeń do wyrównywania szans, zrównywania statusu materialnego i pozycji spłecznej, umiejętność i chęć czytania książek stają się czynnością na wskroś elitarną. Czy nie paradoks w epoce powszechnej i obowiązkowej edukacji? 
     Ile było nieprzespanych nad książkami nocy? Nie pamiętam. Ale pamiętam pierwszą, gdy zaczęłam czytać wieczorem, a potem jeszcze jeden rozdział, jeszcze jeden i jeszcze jeden aż do rana i trzeba było iść do dziennych obowiązków. Ale doczytałam do ostatniej strony. Był to "Rękopis znaleziony w Saragossie" Jana Potockiego.  Kto czytał, ten wie, że tego nie da się przerwać w żadnym momencie. Szkatułkowa narracja  wciąga do samego końca. Więc gdybym zapragnęła stworzyć swój osobisty ranking - a nienawidzę rankingów - książek, dla kórych warto zarwać noc, na pierwszym miejscu, z powodów sentymentalnych, jak z powyższego wynika, byłby właśnie "Rękopis". Ale książek czytanych nocą było więcej, nie pamiętam wszystkich. Może więc postawmy sprawę inaczej: dla jakich książek można by było i warto poświęcić noc po raz drugi. 
      Całkiem subiektywny ranking książek, które zawsze mogę czytać nocą:
1. Jan Potocki: Rękopis znaleziony w Saragossie
2. Umberto Eco: Imię róży
3. Michał Bułhakow: Mistrz i Małgorzata
4. Hermann Broch: Śmierć Wergilego
5. Josif Brodski: Pochwała nudy (eseje i przemówienia)
6. Teodor Parnicki: cokolwiek ale może "Słowo i ciało"?... albo "I sam wyjdę bezbronny"?...
7. Jan Tomkowski: cokolwiek, może "Ciemne skrzydła Ikara"?... 
8. Stanisław Lem: cokolwiek, ale na przykład "Okamgnienie"...czyli raczej felietony niż powieści
9. Umberto Eco: Zapiski na pudełku od zapałek
10. Michał Heller: coś z jego kosmologicznych wizji, np. "Filozofia przypadku"

niedziela, 14 kwietnia 2019

Koligacje

      Obłożyłam się książkami o polskim baroku, więc przede wszystkim o ówczesnych powiązaniach między osobami będzie mowa. O ścisłych koligacjach świadczą chociażby nazwiska: Piotr Kochanowski,  niezrównany translator "Gofreda albo Jeruzalem wyzwolonej" Tassa oraz "Orlanda szalonego" Ariosta, był bratankiem autora "Trenów" i "Odprawy posłów greckich".  Ojciec tegoż Piotra, Mikołaj Kochanowski, był młodszym bratem poety Jana i również poezją się parał. Jego autorstwa są "Rotuły" - poetycki zbiór moraliów pisanych z myślą o swoich dziesięciorgu dzieciach.
      Prawdziwy klan literacki tworzyli Morsztynowie. Łączy ich rodowa miejscowość Raciborsko, pieczętując się herbem Leliwa. Najstarszy Hieronim Morsztyn (1581 - 1623) tak też się podpisywał: "z Raciborska". Najwybitniejszym dziełem, jaki pozostawił, jest obszerny poemat "Światowa rozkosz z ochmistrzem swoim i ze dwunastą swych służebnych  panien". Owych dwanaście panien nieprzypadkowo nawiązuje do "Piesni świętojańskiej o Sobótce" Jana Kochanowskiego. U Morsztyna jednak są to upersonifikowane przyjemności życia, jak Pompa, Kompanija, Dieta ( w znaczeniu pryzjemności jedzenia, a nie umartwiania się w znaczneiu współczesnym), Pijatyka, Uciecha, jest także Muzyka. Następni w rodzie, aczkolwiek rozszyfrowanie stopnia wzjemnych koligacji nie jest takie łatwe, byli: Jan Andrzej Morsztyn (1621 - 1693), Stanisław Morsztyn (po 1623 - 1725) spokrewniony z Janem Andrzejem przez ojca, pewne źródła podają, że był jego bratankiem oraz Zbigniew Morsztyn (1627 lub 28 - 1689), stryjeczny brat Stanisława. No i wszystkich łączy pozostawiona spuścizna literacka. 
        Najobszerniejsza i najbardziej znana Jana Andrzeja Morsztyna z kręgu barokowej poezji dworskiej w popularnych zbiorach "Lutnia", "Kanikuła" i "Fraszki" dowodzi sprawności pióra dorównującej modnemu wówczas marinizmowi, spopularyzowanemu przez włoskiego twórcę Giambattistę Marino. W twórczości Jana Andrzeja dominuje tematyka miłosna, ale kto wie, czy nie jest on pierwszym poetą, który zatrudnił swoje pióro - może w prześmiewczy nieco sposób - do napisania epitafium dla pieska w "Nagrobku Perlisi". Z kolei Stanisław Morsztyn, mimo że parał się poezją, bardziej zasłużył się jako tłumacz dramatów "Fedry" Seneki i "Andromachy" Racine`a. "Muza domowa" Zbigniewa Morsztyna zaś nawiązuje do renesansowych ziemiańskich wzorów, jednocześnie wyrażając w poetycki sposób pesymistyczną i pacyfistyczną postawę ukształtowaną na skutek doświadczeń wojennych, m.in. udziału w wojnie polsko-szwedzkiej. 
      Jednakże żeby nie tylko o poetach pisać, znajdziemy w interesującej nas epoce artystyczne klany w innych dziedzinach. W pierwszej połowie XVII wieku bracia Andrea i Antonio Castello (Castelli) pracowali nad wystrojem rzeźbarskim kaplicy św. Katarzyny Sieneńskiej w kościele dominikanów w Krakowie. Wiadomo nawet, że Antonio ożenił się z Polką Anną Boczkowską i miał dom na ul. Grodzkiej w Krakowie. Z kolei w latach 70. XVII wieku na terenie Wielkopolski działali również bracia Catenacci (Catenaci). Jan Jerzy i Andrzej Catenaci projektowali m.in. kościół Marii Panny w Gostyniu. Pierwszy z nich brał udział także w dokończeniu budowy kościoła Jezuitów w Poznaniu. Z nimi to w ogóle kłopot imienniczy się wytworzył, ponieważ jedne żródła podają, że nazywali się Jan i Jerzy, inne zaś, że Jan Jerzy to jeden z nich, a drugi miał na imię Andrzej. No jeśli historycy sztuki nie mogą w tym względzie dojść do porozumienia, to trudno orzec, czy w sumie było dwóch, czy nawet trzech braci ;-)
      I na koniec ród Fontanów, a właściwie dwa rody. Bo chociaż Paolo Antonio Fontana (1696 - 1765) nadworny architekt Sanguszków, działający na Lubelszczyźnie i Podlasiu, osiadł na stałe w Posce i tutaj się ożenił, jednak nie jest ojcem Jakuba Fontany (1710 - 1773), urodzonego już w Polsce architekta włoskiego pochodzenia, którego ojciec miał na imię Józef, skądinąd też architekt. Tak więc  z nazwiskim Fontanów ściśle związana jest architektura w postaci kilkudziesięciu co najmniej budowli, spośród których warto wymienić:
Paolo Antonia Fontany:
- kościół Rozesłania Świętych Apostołów w Chełmie
- pałac Sanguszków i kościół św. Anny w Lubartowie
- bazylika Narodzenia NMP w Chełmie
- Wielka Synagoga we Włodawie
- rzeźba Chrystusa Frasobliwego z kapliczki na ul. Peowiaków w Lublinie
Józefa Fontany:
- fasada koscioła pijarów w Warszawie
- pałac w Obroszynie
- pałac Bielińskich w Kozłówce
- prace przy budowie kościoła św. Krzyża, pałacu Czartoryskich i pałacu wilanowskiego w Warszawie
Jakuba Fontany:
- Collegium Nobilium w Warszawie
- kamienica Prażmowskich w Warszawie
- pałac Lubomirskich w Opolu Lubelskim
- kościół bernardynów w Górze Kalwarii

Paolo Antonio Fontana, Chrystyus Frasobliwy 

niedziela, 7 kwietnia 2019

Anglia, Rzym i Majorka

     Anglia z lat 20. i 30. XX wieku do początku lat 60., Rzym starożytny, imperialny, z avecezarem i gladiatorami, Majorka zaś ... Majorka widziana oczami Amerykanina, coś jak Amerykanin na Majorce zamiast w Paryżu. Kto nie czytał  powieści "Ja, Klaudiusz"? A jeśli nawet nie czytał, to zapewne oglądał serial z Derekiem Jacobim w roli głównej. Bardziej "wtajemniczonym" po nocach się śniły słynne opracowania kilkunastu wersji historii Orfeusza czy warianty przygód Heraklesa, czyli "Mity greckie" Roberta Gravesa, obowiązkowe do zaliczenia na kierunkach humanistycznych. Mimo wielkiej atencji dla erudycji autora koszmar był koszmarem i trudno sobie wyobrazić, że można polubić kogoś, kto utrudniał nam kiedyś egzamin ;-) A jednak to możliwe, choć minęło tyle czasu zanim odkryłam Gravesa humorystę, Gravesa fantastę, Gravesa ironistę, Gravesa kolekcjonera ludzkich osobliwości. A to za sprawą jego "Opowiadań" wygrzebanych ze sterty przecenionych książek w lokalnej księgarni. 
    Zbiór podzielony został na trzy części zasygnalizowane w tytule wpisu: opowiadania angielskie, choć akcja nie tylko w Anglii się rozgrywa na przestrzeni I połowy XX wieku, w tym trochę reminiscencji z I wojny światowej, w  której Robert Graves brał udział i został poważnie ranny w bitwie nad Sommą; opowiadania rzymskie przenoszą czytelnika do realiów antycznych, do Rzymu I wieku naszej ery, w tle pojawiają się postacie Klaudiusza, Nerona, Petroniusza, Seneki, Lukana; opowiadania majorkańskie rozgrywają się na Majorce, gdzie Graves zamieszkał od 1932 roku i gdzie zmarł w 1985 roku. Tak więc mamy trzy miejsca - umowne zresztą, ale z każdym wiąże się inny rodzaj postawy narracyjnej i to jest w całym zbiorze najciekawsze. 
      W opowiadaniach angielskich mieszają się ironiczny angielski dystans i szyk ("Obrazek z epoki"), iście ludowa fantastyka ("Wrzask", "Zaproszenie na sabat") i zwyczajność podszyta czarnym humorem ("Co ziemskie - ziemi", "Poszedł kupić alpakę"). Doprawdy trzeba mieć jakiś szósty zmysł epicki, żeby w krótkich opowiadaniach stworzyć taką panoramę niezwykłości, z których przebija naturalny humor istnienia. Z kolei w opowiadaniach rzymskich, trzech zaledwie, widać erudycję pisarza swobodnie żonglującego postaciami w publicznych łaźniach, na arenie gladiatorów, na targu rybnym, podczas wyścigu rydwanów i walki kogutów. Najbogatszy zbiór opowiadań majorkańskich daje przegląd obyczajowej specyfiki mieszkańców. Majorkańczycy to zgoła odmienny naród, kultura wciąż zaskakująca, zgoła nieprzewidywalna mimo długiego zamieszkiwania Gravesa, który po 25. latach otrzymuje wreszcie pozwolenie na stały pobyt. W cyklu tym mamy iście zawikłaną historię kradzionych rowerów, obrazek kłótni małżeńskiej sprowokowanej czającym się w tle nieuchronnym podatkiem wszechobecnego fiskusa, naiwnie ekscytującą relację jedenastolatki z walki byków, w której wszystkich matadorów zaaresztowano, następnie list matki szczęśliwego dzidziusia, które na skutek waśni rodzinnej zyskało pięciu ojców chrzestnych itp., itp. Słowem, zwykłe opowieści z niezwykłymi zakończeniami. 
       I to jest fascynujące: nigdy nie wiadomo, jak opowieść się zakończy.  Za każdym razem, gdy rzecz zmierzała do katastrofy, napięcie rozładowuje humor lub nieoczekiwana zmiana nastroju. Nawet w przypadku historii zdecydowanie ponurych, jak w "Ona wylądowała wczoraj", nie można brać wszystkiego na serio. Może właśnie cały urok polega na tym, że nie wiadomo, co traktować serio, a co jako ironiczny komentarz. Uwielbiam takie zbawy i gry narracyjne :-)


czwartek, 14 marca 2019

Homer, Platon i Dante na połoninach

   
       Homer Huculszczyzny, huculski Sokrates spisujący własne dialogi jak Platon i Dante uniwersalnego świata Hucułów, czyli Stanisław Vincenz (1888 - 1971) przywędrował do Lublina w postaci wystawy "Dialog  o losie i duszy".  Pomysłodawcą i autorem wystawy jest dr Jan Choroszy z Uniwersytetu Wrocławskiego od lat zajmujący się badaniem twórczości Vincenza, autor książki "Huculszczyzna w literaturze polskiej".  Podczas wernisażu dr Choroszy opowiadał o koncepcji wystawy, o trudnych losach Vincenza, a przedstawieniu jego twórczości poświęcił odrębny wykład w sali kinowej Centrum Kultury w Lublinie. 
       Stanisław Vincenz, nazywnay Homerem Huculszczyzny, zasługuje na nowe dokładniejsze odczytywanie i doczytywanie, ujawniające znacznie bardziej skomplikowane relacje między autorem a jego dziełem niż to się na pozór wydaje. Dr Choroszy mocno akcentował sokratejskość Vincenza, jego nastawienie na międzykulturowy i międzyludzki dialog. Z drugiej zaś strony wykazywał ową dantejskość polegającą na obecności kosmicznego ładu w Vincenzowskim obrazie Huculszczyzny. Z cytowanych zapisków Ireny Vincenz wynika, że sam autor nie do końca umiał określić czym w istocie "Połonina" jest. W każdym razie nie odżegnywał się od ujmowania jej w kategoriach uniwerslnych, przekraczających czas li tylko teraźniejszy i materialny wymiar istnienia. 
        Stanisław Vincenz, urodzony w Słobodzie Rungurskiej niedaleko Kołomyi, opuścił rodzinną krainę na zawsze w 1940 roku, kiedy po raz drugi i już ostatecznie wyruszył z rodziną na Węgry. Wcześniej zaś zaaresztowany przez Sowietów spędził parę miesięcy w stanisławowskim więzieniu. Po wojnie w 1946 roku Vincenzowie wyemigrowali najpierw do Niemiec, aby ostatecznie osiąść we Francji. Stanisław Vincenz został obywatelem Europy, jednkaże na zawsze pozostał tamtym dawnym piewcą Huculszczyzny. Będąc wiecznym wędrowcem, homo viator, jednocześnie pozostał Odyseuszem wiernym swojej ojczyźnie. A mimo to, jak pisał Czesław Miłosz: "Znikąd nie był wygnany. żaden anioł nie stał za nim w bramie  z obwieszczeniem, że  musimy wybrać albo zupełną bierność, albo ścigać Erę jak psy metalowego zająca. Dookoła rozpościerała się ziemia, dostateczna, bo wyposażona we wszystko, co nam jest potrzebne do codziennego podziwu" (Cz. Miłosz, "La Combe", 1958). Józef Wittlin zaś pisał w liście do Vincenza: "Myślę, że gdyby Pan, Stempowski, Czapski i jszcze paru takich ludzi było skupionych w jednym miejscu, w którym i mnie wolno byłoby przebywać, założylibyśmy wspólnie nowy naród, o zabarwieniu huculsko-chasydzkim, bo z istniejącymi już narodami jakoś trudno jest wytrzymać".
     Oddajmy głos samemu Vincenzowi: "Pieśń moja podobna Czeremoszowi, zbiera wszystkie rzeczki, strumienie, potoki i strugi z całej Wierchowiny. A choć płyniemy tu we własnym łożysku Czeremoszowym, choć rzeka przeważa nad każdym dopływem, żadnego się nie wypiera, bo wyschłaby prawie. Nadaje falom swoją barwę, glebę swoją im daje, wpólną głębię, wspólną moc".
Jeżeli zaś potoki, strumienie, rzeczki fale to... przecież i muzyka, muzyczne motywy, instrumenty, kapele huculskie, które dr Jakub Żmidziński z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu omawia w monograficznej pracy "Fłojera grała pierwsza. Muzyka w "Na wysokiej połoninie" Stanisława Vincenza a muzyka huculska": "Instrumenty u Vincenza, zgodnie z huculską tradycją, mają magiczną moc, szczególnie zaś wydobyte są aspekty mistyczne wydawanych przez nie dźwięków". Dlatego też skazany na śmierć huculski opryszek, wystrugawszy w noc przed egzekucją piszczałkę, na której zaczął wygrywać ostatnią tęskną pieśń, tak wzruszył sędziów, że został uwolniony - wymknął się śmierci niemal jak Orfeusz. 
       Wystawie towarzyszą zdjęcia Lidii Ciprianiego (1892 - 1962), włoskiego etnologa, który na zaproszenie Stanisława Vincenza przemierzył Karpaty Wschodnie rejestrując pejzaże i ludzi, wśród których żył Vincenz. Na fotografiach widzimy wspaniałe, majestatyczne i niemal mistyczne krajobrazy, etnograficzny zapis strojów, obyczajów, ale też samego Vincenza, jego przyjaciół i sąsiadów. Obok zdjęć znajdują się cytaty z dzieł Vincenza, wspomnienia o nim, jak choćby Miłosza, którym towarzyszy omówienie kolejnych etapów życia bohatera wystawy. Jeśli czegoś brakuje, to delikatnej muzyki huculskiej płynącej skądś, z zakamarków ścian. Podczas wykładu dr Choroszy uzupełnił ten brak nagraniami głosu Stanisława Vincenza, czytającego wiersze i tajemnicze opowieści z Wierchowiny. 
   
Wystawa "Dialog o losie i duszy. Stanisław Vincenz (1888 - 1971)". Centrum Kultury w Lublinie. Galeria OKNA Miejskiej Biblioteki Publicznej. 14 marca - 24 kwietnia 2019. 




poniedziałek, 11 marca 2019

Prowincja teatralna

     Napisaną w 1826 roku komedię "Gwałtu, co się dzieje" po raz pierwszy wystawił na swojej scenie Kraków w roku 1832.  Skrajne reakcje i nieporozumienia krytyki sprawiły odesłanie utworu do lamusa na lat 30, skąd wyciągnięto ją w 1866. Trzyaktowa komedia pisana prozą nie należy co prawda do kanonu najświetniejszych utworów Aleksandra Fredry, jednakże zawiera  charakraktrystyczne dla niego rysy, które rozwiną się w pełnej krasie w następnych tekstach.
       Klasyczny motyw "świata na opak" przyjmuje tutaj wymiar odwiecznej rywalizacji między kobietami a mężczyznami. Fredro wykorzystał także popularną anegdotę o ślusarzu powieszonym za przewinienie kowala. Wielokrotne wzmianki o "sprawiedliwości jak w Osieku", gdzie miało się to zdarzyć, sprawiły, że nazwa Osieka przez wieki obrosła popularnością, której dopiero współczensy Wąchock dorównał. Toteż Fredro nie szukając nigdzie indziej również akcję tamże osadził, uzupełniając jeszcze topografię o wspominiany w zakończeniu Sandomierz. Dwa te przeplatające się wątki budują nieskomplikowaną komediową akcję, w której zaburzony porządek świata zostaje na koniec przywrócony, aczkolwiek z pewnym jawnie sformułowanym morałem. Spiritus movens intrygi, towarzysz pancerny Doręba, chociaż niecnota i dawniej nicdobrego, nieoczekiwanie zdobywa się na wychowawczą diagnozę utraty władzy przez mężczyzn, którzy nadużywajac jej i nie doceniając kobiet, sami doprowadzili do tego, że wzięły one sprawy w swoje ręce.  
      Prosta akcja i język zbudowany na zabawnych antytezach oraz pełna gagów przebieranka mężczyzn za kobiety i kobiet za mężczyzn sprawiają, że do dzisiaj po komedię z równym zainteresownaiem sięgają zawodowe, jak i amatorskie zespoły aktorskie. Przy okazji widać, jak zmienia się znaczenie kulturowe strojów czy też frazeologia, bowiem tekst Fredrowski bywa uwspółcześniany z przyczyn obiektywnych - po prostu pewne zwroty i zachowania byłyby absolutnie niezrozumiałe. W oryginalnej komedii przybyły wojak Bekiesz woła: "Na koń, kto czapkę nosi", co zostało zamienione na: "Na koń, kto spodnie nosi". I czapka i spodnie jako elementy stroju tylko męskiego są dzisiaj anachroniczne, jednakże o rewolucji założenia tych drugich przez kobiety wciąż jeszcze się pamięta, natomiast czapka już tak w pamięci zbiorowej nie funkcjonuje. O ile spódnica i sukienka nadal zachowują pewien wyznacznik kobiecości, o tyle chustka na głowie kojarzy się nie tyle z kobiecością, co zacofaniem przypisanym środowisku wiejskiemu i to już tylko w najstarszym pokoleniu. 
      Amatorski teatr sięgający po utwory Fredry nadal ma się dobrze w małych miasteczkach i występuje przy pełnej sali. Bilety rozeszły się w kilka dni, a nawet zabrakło. Widownia wiekowo zróżnicowana pozwala przypuszczać, że skoro czytanie klasyków, a już na pewno czytanie tekstów dramatycznych nie jest zajęciem zbyt popularnym, to powracamy do czasów, gdy dramat był z założenia przeznaczony tylko na scenę a nie do czytania w domowym zaciszu. Dzięki temu, nie czytając, publiczność małego miasteczka poznała już naocznie całkiem sporo: "Śluby panieńskie", "Damy i huzary",  "Gwałtu, co się dzieje" Aleksandra Fredry,  "Moralność pani Dulskiej" Zapolskiej, "Ożenek" Gogola, "Uczone białogłowy" Moliera oraz "Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna" Ivona Brešana. Całkiem porządny repertuar.

niedziela, 24 lutego 2019

Znawca ludzkiej psychiki

     Znając najciemniejsze zakamarki ludzkiej psychiki trudno zachować o człowieku dobre zdanie. U podstaw wszelkich poczynań będą się czaić tajone przed innymi i przed samym sobą wstydliwe impulsy. I nie ma żadnego znaczenia fakt, że wielu ludzi przekonanych o własnej szczerości twierdzi, że nie mają nic do ukrycia. Owszem, mają, tylko nie zawsze są tego świadomi. Ci najbardziej samoświadomi przynajmniej wiedzą, że się maskują, grają różne role, udają przed światem, przed ludźmi, przed sobą nawet, z rzadka przyzwalając na uczciwe spojrzenie sobie w oczy. Na ogół niosą swoją Gombrowiczowską gębę przed sobą jak lustro, w którym przeglądać się mają inni. Świadomość własnej "gęby" nie jest przyjemna, może nawet wcale nie wyzwalająca. Bywa jeszcze jedną przygnębiającą okolicznością towarzyszącą ludzkiej nikczemności. I chyba dlatego właśnie  czytanie Antoniego Czechowa tak mało sprawia emocjonalnej przyjemności. Zachwyca  sprawnością języka i wyrafinowaną narracją, doceniamy przenikliwość charakterologiczną, podziwiamy pełnokrwistość postaci, ale czytać do poduszki się tego nie da.
     "Dramat na polowaniu" sam autor traktował lekceważąco, próbując niemal "zapomnieć", że to napisał. Wczesna powieść młodego 23-letniego autora wylądowała w odcinkach w pogardzanych za schlebianie niewybrednym gustom czytelników "Nowościach Dnia" złośliwie przemianowanych w prywatnej korespondencji Czechowa na "Plugastwa Dnia". Niemniej powieść została tam wydrukowana, a młodszy brat Czechowa, Michał, z osobistego upoważnienia autora nachodził redakcję próbując odzyskać obiecaną za publikację gażę. Zamiast pieniędzy otrzymywał czasem darmowy bilet do teatru lub zamówienie u krawca na nowe spodnie. Dla ubogiego studenta prawa i to się liczyło. Sam Antoni Czechow w roku opublikowania "Dramatu na polowaniu" ukończył studia medyczne, a chociaż praktyka lekarska go nie interesowała, poświęcał dużo czasu na studiowanie publikacji o psychiatrii. Wrażenie analizowania medycznych przypadków nieustannie towarzyszy lekturze jego utworów czy to prozatorskich, czy dramatów. Nic dziwnego więc, że wujaszek Wania w interpretacji Wojciecha Malajkata ze spektaklu w reżyserii Andrzeja Bubienia w Teatrze 6.piętro (premiera 21 listopada 2015) cierpi na natręctwa właściwe dla osobowości autystycznej.
      "Dramat na polowaniu" to jedyna powieść w dorobku Czechowa, napisana prawdopodobnie z właściwym dla literackiej postawy autora zamiarem parodystycznym, tak częstym w wielu późniejszych opowiadaniach. Pierwsze skojarzenia kierują uwagę czytelnika na popularne w owym czasie w Rosji powieści kryminalne. W narracji pojawiają się nazwiska uzasadniające ten trop, jak choćby Lecoq, postać detektywa z powieści francuskiego pisarza Gaboriau. I chociaż spora część krytyków, a poniekąd i sam autor, traktowali "Dramat na polowaniu" li tylko jako prześmiewczą parodię kryminału podszytego wątkiem romansowym, nie można pozbyć się wrażenia, że jest to świetna proza obyczajowo-psychologiczna. Mało tego, jeśli szukać jakichś inspiracji czy podobieństw, prędzej znaleźć je można u Dostojewskiego niż w czytadłach z bulwarowej prasy. Niemal dwadzieścia lat wcześniej opublikowana "Zbrodnia i kara" porusza wnikliwą analizą zbrodniczej osobowości bohatera. Mimo dusznej atmosfery patologicznego społeczeństwa Petersburga i karkołomnej koncepcji dopuszczalności zbrodni w imię większego dobra, powieść Dostojewskiego daje nadzieję, ponieważ zbrodniarz zostaje nie tylko ukarany. Raskolnikow doświadcza ekspiacji, która przywraca jego duszy harmonię. Czechow nie jest aż tak optymistyczny. Jego bohater popełnił zbrodnię doskonałą, za którą został skazany człowiek niewinny. Kamyszew nie odczuwa wyrzutów sumienia, jedynie pogardę wobec wszystkich wokół, że nikt się  n i e  d o m y ś l a, kto zabił. Żadne przyznanie się do winy nie wchodzi w grę: "To nie moja wina, że oni.... są głupcami!" To, co doskwiera mordercy, nie są wyrzuty sumienia, nie oczekiwanie na przebaczenie, lecz chęć wykrzyczenia wszystkim w oczy swojej tajemnicy: "Zapragnąłem nagle zwierzyć się komuś, plunąć wszystkim w  oczy..."
      Jeśli "Dramat na polowaniu" miałby być parodią, to jest to parodia mistycznego religijnego moralizatorstwa Dostojewskiego. Czechowicz zagląda w głąb duszy człowieka i widzi atawistyczne odruchy, których żadna racjonalna refleksja nie jest w stanie powstrzymać. Rozumność jest powierzchownym nabytkiem cywilizacji i jako taka nie stanowi o człowieczeństwie, jedynie stwarza pozory. Prawdziwe człowieczeństwo (w sensie istoty bycia człowiekiem, nie zaś moralności) jest ciemnością, mroczną namiętnością, popędem, atawistyczną rywalizacją ze wszystkimi o wszystko, jest ambicją, pragnieniem, dumą i pogardą, pożądliwością i nienawiścią. W szeregu bohaterów nie ma ani jednej poztywnej postaci. Jest co prawda Paweł Iwanowicz Wozniesieński, powiatowy lekarz, któremu nie można przypisać żadnej wady, wykreowany niemalże na świetego, ale już sama jego wierna przyjaźń z narratorem i bohaterem w jednej osobie, Kamyszewem, człowiekiem pod wieloma względami nikczemnym właśnie, zakrawa albo na kpinę, albo na... głupotę. Ta ostatnia zaś jest równoznaczna z pewnego rodzaju zaślepieniem, niewrażliwością na zło. Nie, nie można tej postaci uznać za jednoznacznie pozytywną. 
      Pomijając wątek sensacyjny, trzeba przyznać, że Czechow napisał wspaniałą powieść obyczajową, w której postacie są tak wielostronnie sportretowane, tak dogłębnie przeanalizowane, jak mógłby to zrobić entomolog z egzotycznymi okazami motyli nabitymi na szpilki w gablotach wystawowych. Jednakże powieściowe postacie nie są ani trochę egzotyczne. Przeciwnie, to powszechne odrażające typy prowincjonalnej olbrzymiej Rosji. Fenomenalny portret hrabiego Karniejewa od początku do końca przykuwa uwagę tym, że nigdy o nim nie powiedziano wszystkiego. Za każdym razem jego pojawienie się ujawnia nowy rys tej postaci i za każdym razem jest to kolejny rys negatywny, wzbudzający zdumienie, że ktoś może być aż tak amoralny. 
     Na osobną analizę zasługuje szkatułkowa konstrukcja narracji oraz prowadzenie głównej opowieści z perspektywy mordercy, co zresztą wyjaśnia się dopiero w zakończeniu. Ile znam takich utworów?  "Wściekłość i wrzask" Faulknera, "Noc i ciemność" czy "Zabójstwo Rogera Acroyda" Agathy Christie. Ta ostatnia wzbudziła niemałą sensację właśnie tym, że autorka złamała niepisaną zasadę zakazującą utożsamiania mordercy z narratorem i detektywem. Trzeba więc uznać, że Antoni Czechow zrobił to ponad 40 lat wcześniej, w dodatku narrator, detektyw i morderca to jedna i ta sama osoba. Mamy co prawda drugiego narratora pierwszoosobowego, który oddaje głos narratorowi głównemu jako autorowi powieści, jednakże jego rola ogranicza się do przedstawienia Kamyszewa, a w zakończeniu jako alter ego pisarza ujawnia proceder szatkowania utworu przeznaczonego do prasowej publikacji w odcinkach, co można odczytywać jako autentyczne świadectwo osobistych perypetii Czechowa z redakcją "Nowości Dnia". 
     Obecne wydanie "Dramatu na polowaniu" w nowym tłumaczeniu różni od poprzedniego kompletność. Nie znam tłumaczenia pierwszego, więc nie mam porównania. Z noty redakcyjnej wynika, że poprzednie tlumaczenie jeszcze przedwojenne było niepełne, opuszczono wiele fragmentów, między innymi opisów przyrody odgrywających istotną rolę w budowaniu nastroju, zmiennej aury emocjonalnej i grozy. 

Antoni Czechow: Dramat na polowaniu. Z notatek sędziego śledczego. Przeł. Rene Śliwowski. Zysk i S-ka. Poznań 



Zmiany

    Kończę pisanie na tym blogu. Prowadzenie równoległych blogów jest wyczerpujące. Zwłaszcza, że tematyka - szeroko pojęta kultura - jest p...