czwartek, 14 marca 2019

Homer, Platon i Dante na połoninach

   
       Homer Huculszczyzny, huculski Sokrates spisujący własne dialogi jak Platon i Dante uniwersalnego świata Hucułów, czyli Stanisław Vincenz (1888 - 1971) przywędrował do Lublina w postaci wystawy "Dialog  o losie i duszy".  Pomysłodawcą i autorem wystawy jest dr Jan Choroszy z Uniwersytetu Wrocławskiego od lat zajmujący się badaniem twórczości Vincenza, autor książki "Huculszczyzna w literaturze polskiej".  Podczas wernisażu dr Choroszy opowiadał o koncepcji wystawy, o trudnych losach Vincenza, a przedstawieniu jego twórczości poświęcił odrębny wykład w sali kinowej Centrum Kultury w Lublinie. 
       Stanisław Vincenz, nazywnay Homerem Huculszczyzny, zasługuje na nowe dokładniejsze odczytywanie i doczytywanie, ujawniające znacznie bardziej skomplikowane relacje między autorem a jego dziełem niż to się na pozór wydaje. Dr Choroszy mocno akcentował sokratejskość Vincenza, jego nastawienie na międzykulturowy i międzyludzki dialog. Z drugiej zaś strony wykazywał ową dantejskość polegającą na obecności kosmicznego ładu w Vincenzowskim obrazie Huculszczyzny. Z cytowanych zapisków Ireny Vincenz wynika, że sam autor nie do końca umiał określić czym w istocie "Połonina" jest. W każdym razie nie odżegnywał się od ujmowania jej w kategoriach uniwerslnych, przekraczających czas li tylko teraźniejszy i materialny wymiar istnienia. 
        Stanisław Vincenz, urodzony w Słobodzie Rungurskiej niedaleko Kołomyi, opuścił rodzinną krainę na zawsze w 1940 roku, kiedy po raz drugi i już ostatecznie wyruszył z rodziną na Węgry. Wcześniej zaś zaaresztowany przez Sowietów spędził parę miesięcy w stanisławowskim więzieniu. Po wojnie w 1946 roku Vincenzowie wyemigrowali najpierw do Niemiec, aby ostatecznie osiąść we Francji. Stanisław Vincenz został obywatelem Europy, jednkaże na zawsze pozostał tamtym dawnym piewcą Huculszczyzny. Będąc wiecznym wędrowcem, homo viator, jednocześnie pozostał Odyseuszem wiernym swojej ojczyźnie. A mimo to, jak pisał Czesław Miłosz: "Znikąd nie był wygnany. żaden anioł nie stał za nim w bramie  z obwieszczeniem, że  musimy wybrać albo zupełną bierność, albo ścigać Erę jak psy metalowego zająca. Dookoła rozpościerała się ziemia, dostateczna, bo wyposażona we wszystko, co nam jest potrzebne do codziennego podziwu" (Cz. Miłosz, "La Combe", 1958). Józef Wittlin zaś pisał w liście do Vincenza: "Myślę, że gdyby Pan, Stempowski, Czapski i jszcze paru takich ludzi było skupionych w jednym miejscu, w którym i mnie wolno byłoby przebywać, założylibyśmy wspólnie nowy naród, o zabarwieniu huculsko-chasydzkim, bo z istniejącymi już narodami jakoś trudno jest wytrzymać".
     Oddajmy głos samemu Vincenzowi: "Pieśń moja podobna Czeremoszowi, zbiera wszystkie rzeczki, strumienie, potoki i strugi z całej Wierchowiny. A choć płyniemy tu we własnym łożysku Czeremoszowym, choć rzeka przeważa nad każdym dopływem, żadnego się nie wypiera, bo wyschłaby prawie. Nadaje falom swoją barwę, glebę swoją im daje, wpólną głębię, wspólną moc".
Jeżeli zaś potoki, strumienie, rzeczki fale to... przecież i muzyka, muzyczne motywy, instrumenty, kapele huculskie, które dr Jakub Żmidziński z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu omawia w monograficznej pracy "Fłojera grała pierwsza. Muzyka w "Na wysokiej połoninie" Stanisława Vincenza a muzyka huculska": "Instrumenty u Vincenza, zgodnie z huculską tradycją, mają magiczną moc, szczególnie zaś wydobyte są aspekty mistyczne wydawanych przez nie dźwięków". Dlatego też skazany na śmierć huculski opryszek, wystrugawszy w noc przed egzekucją piszczałkę, na której zaczął wygrywać ostatnią tęskną pieśń, tak wzruszył sędziów, że został uwolniony - wymknął się śmierci niemal jak Orfeusz. 
       Wystawie towarzyszą zdjęcia Lidii Ciprianiego (1892 - 1962), włoskiego etnologa, który na zaproszenie Stanisława Vincenza przemierzył Karpaty Wschodnie rejestrując pejzaże i ludzi, wśród których żył Vincenz. Na fotografiach widzimy wspaniałe, majestatyczne i niemal mistyczne krajobrazy, etnograficzny zapis strojów, obyczajów, ale też samego Vincenza, jego przyjaciół i sąsiadów. Obok zdjęć znajdują się cytaty z dzieł Vincenza, wspomnienia o nim, jak choćby Miłosza, którym towarzyszy omówienie kolejnych etapów życia bohatera wystawy. Jeśli czegoś brakuje, to delikatnej muzyki huculskiej płynącej skądś, z zakamarków ścian. Podczas wykładu dr Choroszy uzupełnił ten brak nagraniami głosu Stanisława Vincenza, czytającego wiersze i tajemnicze opowieści z Wierchowiny. 
   
Wystawa "Dialog o losie i duszy. Stanisław Vincenz (1888 - 1971)". Centrum Kultury w Lublinie. Galeria OKNA Miejskiej Biblioteki Publicznej. 14 marca - 24 kwietnia 2019. 




poniedziałek, 11 marca 2019

Prowincja teatralna

     Napisaną w 1826 roku komedię "Gwałtu, co się dzieje" po raz pierwszy wystawił na swojej scenie Kraków w roku 1832.  Skrajne reakcje i nieporozumienia krytyki sprawiły odesłanie utworu do lamusa na lat 30, skąd wyciągnięto ją w 1866. Trzyaktowa komedia pisana prozą nie należy co prawda do kanonu najświetniejszych utworów Aleksandra Fredry, jednakże zawiera  charakraktrystyczne dla niego rysy, które rozwiną się w pełnej krasie w następnych tekstach.
       Klasyczny motyw "świata na opak" przyjmuje tutaj wymiar odwiecznej rywalizacji między kobietami a mężczyznami. Fredro wykorzystał także popularną anegdotę o ślusarzu powieszonym za przewinienie kowala. Wielokrotne wzmianki o "sprawiedliwości jak w Osieku", gdzie miało się to zdarzyć, sprawiły, że nazwa Osieka przez wieki obrosła popularnością, której dopiero współczensy Wąchock dorównał. Toteż Fredro nie szukając nigdzie indziej również akcję tamże osadził, uzupełniając jeszcze topografię o wspominiany w zakończeniu Sandomierz. Dwa te przeplatające się wątki budują nieskomplikowaną komediową akcję, w której zaburzony porządek świata zostaje na koniec przywrócony, aczkolwiek z pewnym jawnie sformułowanym morałem. Spiritus movens intrygi, towarzysz pancerny Doręba, chociaż niecnota i dawniej nicdobrego, nieoczekiwanie zdobywa się na wychowawczą diagnozę utraty władzy przez mężczyzn, którzy nadużywajac jej i nie doceniając kobiet, sami doprowadzili do tego, że wzięły one sprawy w swoje ręce.  
      Prosta akcja i język zbudowany na zabawnych antytezach oraz pełna gagów przebieranka mężczyzn za kobiety i kobiet za mężczyzn sprawiają, że do dzisiaj po komedię z równym zainteresownaiem sięgają zawodowe, jak i amatorskie zespoły aktorskie. Przy okazji widać, jak zmienia się znaczenie kulturowe strojów czy też frazeologia, bowiem tekst Fredrowski bywa uwspółcześniany z przyczyn obiektywnych - po prostu pewne zwroty i zachowania byłyby absolutnie niezrozumiałe. W oryginalnej komedii przybyły wojak Bekiesz woła: "Na koń, kto czapkę nosi", co zostało zamienione na: "Na koń, kto spodnie nosi". I czapka i spodnie jako elementy stroju tylko męskiego są dzisiaj anachroniczne, jednakże o rewolucji założenia tych drugich przez kobiety wciąż jeszcze się pamięta, natomiast czapka już tak w pamięci zbiorowej nie funkcjonuje. O ile spódnica i sukienka nadal zachowują pewien wyznacznik kobiecości, o tyle chustka na głowie kojarzy się nie tyle z kobiecością, co zacofaniem przypisanym środowisku wiejskiemu i to już tylko w najstarszym pokoleniu. 
      Amatorski teatr sięgający po utwory Fredry nadal ma się dobrze w małych miasteczkach i występuje przy pełnej sali. Bilety rozeszły się w kilka dni, a nawet zabrakło. Widownia wiekowo zróżnicowana pozwala przypuszczać, że skoro czytanie klasyków, a już na pewno czytanie tekstów dramatycznych nie jest zajęciem zbyt popularnym, to powracamy do czasów, gdy dramat był z założenia przeznaczony tylko na scenę a nie do czytania w domowym zaciszu. Dzięki temu, nie czytając, publiczność małego miasteczka poznała już naocznie całkiem sporo: "Śluby panieńskie", "Damy i huzary",  "Gwałtu, co się dzieje" Aleksandra Fredry,  "Moralność pani Dulskiej" Zapolskiej, "Ożenek" Gogola, "Uczone białogłowy" Moliera oraz "Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna" Ivona Brešana. Całkiem porządny repertuar.

niedziela, 24 lutego 2019

Znawca ludzkiej psychiki

     Znając najciemniejsze zakamarki ludzkiej psychiki trudno zachować o człowieku dobre zdanie. U podstaw wszelkich poczynań będą się czaić tajone przed innymi i przed samym sobą wstydliwe impulsy. I nie ma żadnego znaczenia fakt, że wielu ludzi przekonanych o własnej szczerości twierdzi, że nie mają nic do ukrycia. Owszem, mają, tylko nie zawsze są tego świadomi. Ci najbardziej samoświadomi przynajmniej wiedzą, że się maskują, grają różne role, udają przed światem, przed ludźmi, przed sobą nawet, z rzadka przyzwalając na uczciwe spojrzenie sobie w oczy. Na ogół niosą swoją Gombrowiczowską gębę przed sobą jak lustro, w którym przeglądać się mają inni. Świadomość własnej "gęby" nie jest przyjemna, może nawet wcale nie wyzwalająca. Bywa jeszcze jedną przygnębiającą okolicznością towarzyszącą ludzkiej nikczemności. I chyba dlatego właśnie  czytanie Antoniego Czechowa tak mało sprawia emocjonalnej przyjemności. Zachwyca  sprawnością języka i wyrafinowaną narracją, doceniamy przenikliwość charakterologiczną, podziwiamy pełnokrwistość postaci, ale czytać do poduszki się tego nie da.
     "Dramat na polowaniu" sam autor traktował lekceważąco, próbując niemal "zapomnieć", że to napisał. Wczesna powieść młodego 23-letniego autora wylądowała w odcinkach w pogardzanych za schlebianie niewybrednym gustom czytelników "Nowościach Dnia" złośliwie przemianowanych w prywatnej korespondencji Czechowa na "Plugastwa Dnia". Niemniej powieść została tam wydrukowana, a młodszy brat Czechowa, Michał, z osobistego upoważnienia autora nachodził redakcję próbując odzyskać obiecaną za publikację gażę. Zamiast pieniędzy otrzymywał czasem darmowy bilet do teatru lub zamówienie u krawca na nowe spodnie. Dla ubogiego studenta prawa i to się liczyło. Sam Antoni Czechow w roku opublikowania "Dramatu na polowaniu" ukończył studia medyczne, a chociaż praktyka lekarska go nie interesowała, poświęcał dużo czasu na studiowanie publikacji o psychiatrii. Wrażenie analizowania medycznych przypadków nieustannie towarzyszy lekturze jego utworów czy to prozatorskich, czy dramatów. Nic dziwnego więc, że wujaszek Wania w interpretacji Wojciecha Malajkata ze spektaklu w reżyserii Andrzeja Bubienia w Teatrze 6.piętro (premiera 21 listopada 2015) cierpi na natręctwa właściwe dla osobowości autystycznej.
      "Dramat na polowaniu" to jedyna powieść w dorobku Czechowa, napisana prawdopodobnie z właściwym dla literackiej postawy autora zamiarem parodystycznym, tak częstym w wielu późniejszych opowiadaniach. Pierwsze skojarzenia kierują uwagę czytelnika na popularne w owym czasie w Rosji powieści kryminalne. W narracji pojawiają się nazwiska uzasadniające ten trop, jak choćby Lecoq, postać detektywa z powieści francuskiego pisarza Gaboriau. I chociaż spora część krytyków, a poniekąd i sam autor, traktowali "Dramat na polowaniu" li tylko jako prześmiewczą parodię kryminału podszytego wątkiem romansowym, nie można pozbyć się wrażenia, że jest to świetna proza obyczajowo-psychologiczna. Mało tego, jeśli szukać jakichś inspiracji czy podobieństw, prędzej znaleźć je można u Dostojewskiego niż w czytadłach z bulwarowej prasy. Niemal dwadzieścia lat wcześniej opublikowana "Zbrodnia i kara" porusza wnikliwą analizą zbrodniczej osobowości bohatera. Mimo dusznej atmosfery patologicznego społeczeństwa Petersburga i karkołomnej koncepcji dopuszczalności zbrodni w imię większego dobra, powieść Dostojewskiego daje nadzieję, ponieważ zbrodniarz zostaje nie tylko ukarany. Raskolnikow doświadcza ekspiacji, która przywraca jego duszy harmonię. Czechow nie jest aż tak optymistyczny. Jego bohater popełnił zbrodnię doskonałą, za którą został skazany człowiek niewinny. Kamyszew nie odczuwa wyrzutów sumienia, jedynie pogardę wobec wszystkich wokół, że nikt się  n i e  d o m y ś l a, kto zabił. Żadne przyznanie się do winy nie wchodzi w grę: "To nie moja wina, że oni.... są głupcami!" To, co doskwiera mordercy, nie są wyrzuty sumienia, nie oczekiwanie na przebaczenie, lecz chęć wykrzyczenia wszystkim w oczy swojej tajemnicy: "Zapragnąłem nagle zwierzyć się komuś, plunąć wszystkim w  oczy..."
      Jeśli "Dramat na polowaniu" miałby być parodią, to jest to parodia mistycznego religijnego moralizatorstwa Dostojewskiego. Czechowicz zagląda w głąb duszy człowieka i widzi atawistyczne odruchy, których żadna racjonalna refleksja nie jest w stanie powstrzymać. Rozumność jest powierzchownym nabytkiem cywilizacji i jako taka nie stanowi o człowieczeństwie, jedynie stwarza pozory. Prawdziwe człowieczeństwo (w sensie istoty bycia człowiekiem, nie zaś moralności) jest ciemnością, mroczną namiętnością, popędem, atawistyczną rywalizacją ze wszystkimi o wszystko, jest ambicją, pragnieniem, dumą i pogardą, pożądliwością i nienawiścią. W szeregu bohaterów nie ma ani jednej poztywnej postaci. Jest co prawda Paweł Iwanowicz Wozniesieński, powiatowy lekarz, któremu nie można przypisać żadnej wady, wykreowany niemalże na świetego, ale już sama jego wierna przyjaźń z narratorem i bohaterem w jednej osobie, Kamyszewem, człowiekiem pod wieloma względami nikczemnym właśnie, zakrawa albo na kpinę, albo na... głupotę. Ta ostatnia zaś jest równoznaczna z pewnego rodzaju zaślepieniem, niewrażliwością na zło. Nie, nie można tej postaci uznać za jednoznacznie pozytywną. 
      Pomijając wątek sensacyjny, trzeba przyznać, że Czechow napisał wspaniałą powieść obyczajową, w której postacie są tak wielostronnie sportretowane, tak dogłębnie przeanalizowane, jak mógłby to zrobić entomolog z egzotycznymi okazami motyli nabitymi na szpilki w gablotach wystawowych. Jednakże powieściowe postacie nie są ani trochę egzotyczne. Przeciwnie, to powszechne odrażające typy prowincjonalnej olbrzymiej Rosji. Fenomenalny portret hrabiego Karniejewa od początku do końca przykuwa uwagę tym, że nigdy o nim nie powiedziano wszystkiego. Za każdym razem jego pojawienie się ujawnia nowy rys tej postaci i za każdym razem jest to kolejny rys negatywny, wzbudzający zdumienie, że ktoś może być aż tak amoralny. 
     Na osobną analizę zasługuje szkatułkowa konstrukcja narracji oraz prowadzenie głównej opowieści z perspektywy mordercy, co zresztą wyjaśnia się dopiero w zakończeniu. Ile znam takich utworów?  "Wściekłość i wrzask" Faulknera, "Noc i ciemność" czy "Zabójstwo Rogera Acroyda" Agathy Christie. Ta ostatnia wzbudziła niemałą sensację właśnie tym, że autorka złamała niepisaną zasadę zakazującą utożsamiania mordercy z narratorem i detektywem. Trzeba więc uznać, że Antoni Czechow zrobił to ponad 40 lat wcześniej, w dodatku narrator, detektyw i morderca to jedna i ta sama osoba. Mamy co prawda drugiego narratora pierwszoosobowego, który oddaje głos narratorowi głównemu jako autorowi powieści, jednakże jego rola ogranicza się do przedstawienia Kamyszewa, a w zakończeniu jako alter ego pisarza ujawnia proceder szatkowania utworu przeznaczonego do prasowej publikacji w odcinkach, co można odczytywać jako autentyczne świadectwo osobistych perypetii Czechowa z redakcją "Nowości Dnia". 
     Obecne wydanie "Dramatu na polowaniu" w nowym tłumaczeniu różni od poprzedniego kompletność. Nie znam tłumaczenia pierwszego, więc nie mam porównania. Z noty redakcyjnej wynika, że poprzednie tlumaczenie jeszcze przedwojenne było niepełne, opuszczono wiele fragmentów, między innymi opisów przyrody odgrywających istotną rolę w budowaniu nastroju, zmiennej aury emocjonalnej i grozy. 

Antoni Czechow: Dramat na polowaniu. Z notatek sędziego śledczego. Przeł. Rene Śliwowski. Zysk i S-ka. Poznań 



środa, 13 lutego 2019

Opowiadania bizarne

      Najpierw trzeba wytłumaczyć, co to znaczy bizarne. Notka na okładce podaje, że francuskie "bizarre" znaczy dziwne, ale też śmieszne i niezwykłe. Opowiadania stawiają więc pytania o poczucie dziwności, o to, czym dziwność jest i gdzie jest. Czy jest cechą świata, czy może nosimy ją w sobie? I gdyby na tym wyjaśnieniu poprzestać, książkę można by polecać jako zbiór współczesnych baśni w typie Andersena. Nie ma co prawda księżniczek, nie ma magicznych stolików, grzebyków, nie ma latających dywanów. Ale są dziwne przypadki bohaterów, którym przytrafiają się niewytłumaczalne zdarzenia. Niewytłumaczalne w sposób racjonalny. Pozornie niewytłumaczalny, no może z wyjątkiem Zielonych Dzieci, bo ta historia zahacza z jednej strony o jakieś XVII-wieczne fantasy, z drugiej nawiązuje do toposu utopii, a z trzeciej wykorzystuje motyw flecisty z Hameln, który wyprowadza wszystkie dzieci z miasta. Tutaj zamiast grajka mamy Zieloną Dziewczynkę, która swoimi opowieściami o szczęśliwej krainie Zielonych Ludzi mieszkających poza cywilizacją wzbudza fascynację i pewnego dnia znika wraz ze wszystkimi dziećmi z okolicy. Więc baśniowość jak najbardziej, ale bardziej w rodzaju braci Grimm niż Andersena. Baśniowość podszyta grozą, momentami przerażająca. 
       Bo są to baśnie dla dorosłych. W dodatku baśnie cywilizacyjne, opowiadajace na przykład o dziwnych przypadkach człowieka, któremu przeszczepiono serce i pojawia się w nim, w jego umyśle jakieś nowe "chcę", czyjeś inne, może tej anonimowej osoby, której serce nosi. Idzie za tym "chcę" wyruszając w podróż do Chin, usiłuje dotrzeć do źródła. Na granicy technologii przyszłości, a dokładniej genetyki i klonowania człowieka rozgrywa się opowiadanie "Góra Wszystkich Świętych".  Prawie klasyczne science fiction w opowiadaniu ostatnim "Kalendarz ludzkich świąt" wprowadza czytelnika w daleką przyszłość za jakieś trzysta lat. Już dzisiaj przeczytać można w różnych doniesieniach o próbach wyhodowania bakterii, które będą sie żywiły plastikiem. Nauka musi przyjść z pomocą, jeśli chcemy przetrwać i uratować planetę. Akcja opowiadania rozgrywa się w rzeczywistości, w której udało się skutecznie taką bakterię wyhodować, ale rozmnożyła się ona tak bardzo, że z całej kuli ziemskiej plastik zniknął i ludzkość wróciła do epoki żelaza. Sedno jednak leży gdzie indziej, w potwornym obyczaju, dzięki któremu ów świat utrzymuje się w ryzach, a życie w określonych ramach kultury. Potrzebna jest do tego istota z innego świata, którą ludzkość bezpardonowo wykorzystuje do ustalenia i utrzymywania porządku codziennego życia - kalendarza.
      Chociaż tego typu pomysły można uznać za fantastykę, nie wiem czy tak naprawdę są aż tak nierealne. W 1996 roku sklonowano owcę Dolly, a dziś prowadzi się eksperymenty genetyczne na ludziach. Klonowanie ludzi jest jak najbardziej w zasięgu ręki współczesnej technologii, a jutro być może stanie się rzeczywistością. Przed pójściem na całość powstrzymują niektórych jeszcze względy etyczne. Pytanie: jak długo? Na razie mamy rozwijający się trend daleko posuniętych modyfikacji ciała. Nie, nie chodzi o zwykłą medycynę estetyczną, ale o poważną ingerencję, dzięki której człowiek upodabnia się do... czasami do zwierzęcia, a czasmi do nikogo. Pokrywanie całego ciała tatuażami, wypychnaie silikonem piersi i pośladków, wycinanie żeber to za mało dla  poszukiwaczy wrażeń, którzy rozcinają sobie język, żeby przypominał taki, jakie mają węże, implantują na czole rogi i obwarzanki, przekłuwają na wylot nogi i noszą w niej metalowe pręty dla ozdoby, wszczepiają poniżej wargi kółeczko, przez które widać ich zęby nawet, gdy mają zamknięte usta, modyfikują uszy, żeby przypominały kocie, psie lub królicze. To tylko niektóre, wcale nie najbardziej ekstremalne pomysły, toteż wcale nie wydaje się niemożliwe, że kiedyś ludzie zechcą całkowicie przeobrażać się w zwierzęta. Robi to bohaterka opowiadania "Transfugium", w którym funkcjonuje po prostu specjalistyczna klinika do tego celu założona. 
      Czy opowieści Olgi Tokarczuk są dziwne? Kilkanaście lat temu redakcja "Nowej Fantastyki" ogłosiła konkurs na najbardziej przerażajace opowiadanie. Tekst, który został nagrodzony pierwszym miejscem moim zdaniem absolutnie straszny nie był. Był prymitywnie groteskowy, a nie przerażąjący. Natomiast opowiadania Tokarczuk jak najbardziej są przerażające. Nie grozą opisów, dialogów, scenerii, lecz poprzez uświadomienie, że cała groza świata jest wynikiem działań i postępowania człowieka. Absurd splotu wydarzeń w "Prawdziwej historii" jak z "Procesu" Kafki wzbudza grozę bezradnością bohatera stopniowo wtrącanego w coraz bardziej niewiarygodną i beznadziejną sytuację, niewidoczne sieci inwigilacji społeczeństwa w "Kalendarzu ludzkich świąt" momentami przypominały mi obrazy totalitarnego świata z "Roku 1984" Orwella, a skojarzenia te nie mają absolutnie na celu negatywnej oceny opowiadań Tokarczuk, pokazują tylko, że wciąż jesteśmy na tym samym etapie, wciąż grożą nam jako ludzkości, te same wynaturzenia. 
      Układ opowiadań wydaje mi się nieprzypadkowy. Zaczyna się  "niewinnie" od groteski, jakiej Mrożek by się nie powstydził. Można nawet się uśmiechnąć mimo tragicznego końca głównego bohatera. Stopniowo kolejne opowiadania wprowadzają wyższe stopnie grozy a śmiech zamiera, bo naprawdę nie ma się z czego śmiać. I chyba rzeczywiście ostatnie jest najbardziej przerażające. Człowiek jest straszny po prostu. 



Nie każdemu polecam ;-)

wtorek, 5 lutego 2019

Polska wersja Mozarta

W "Weselu Figara" (1786) Cherubin śpiewa  tęskną piosnkę, romancę, w której zawiera rozterki niespełnionej miłości, z której tylko śmierć może go wybawić tym bardziej, że właśnie ma iść do wojska i najpewniej czeka go śmierć gdzieś na polu walki. Chyba że wcześniej umrze z rozpaczy i tęsknoty.




PIOSNKA CHERUBINA

Hej, z wiatrami w przegony
(Jakże serce, jak serce ukoić!)
— byle rzucić te strony —
nieś mnie koniu daleko.

Nieś mnie koniu daleko!
— Przy gaiku nad rzeką,
tam mię żal mój dogonił,
(Jakże serce, jak serce ukoić!)
bym rzewliwe łzy ronił,
myśląc o mej jedynej.

Myśląc o mej jedynej
w cieniu młodej brzeziny —
drogie imię — mój Boże —
(Jakże serce, jak serce ukoić!)
ostrzem ryłem na korze
— Król przejeżdżał tamtędy —

Król przejeżdżał tamtędy —
— dwór — rycerze w dwa rzędy —
— Paziu! — rzecze królowa —
(Jakże serce, jak serce ukoić!)
skąd ta łezka perłowa?
Czemu smutkiem twarz blada?

Czemu smutkiem twarz blada?
Może znajdzie się rada.
— Każesz — wyznać ci muszę,
(Jakże serce, jak serce ukoić!)
dałbym życie i duszę
dla mej pani przesłodkiej.

Dla mej pani przesłodkiej,
więdnę, niby kwiat wiotki.
— Nie płacz, piękne me dziecię!
(Jakże serce, jak serce ukoić!)
pań jest więcej na świecie —
posłuchaj rady zdrowej.

Posłuchaj rady zdrowej —
będziesz paziem królowej.
— Helena, moja dworka
(Jakże serce, jak serce ukoić!)
przyhołubi amorka
— spłynie łaska kościoła.

Spłynie łaska kościoła —
Nic twa rada nie zdoła.
Wolę umrzeć z rozpaczy
(Jakże serce, jak serce ukoić!)
gdy nie można inaczej
kochać mego anioła.
                                                                              (Tłumaczenie Tadeusz Boy-Żeleński)

W 1971 roku do arii - z oryginalnego tekstu Pierre`a Beumarchais`go, którego sztuka posłużyła za podstawę libretta opery - przetłumaczonej przez Stanisława Hebanowskiego muzykę skomponował  Andrzej Kurylewicz i dał do zaśpiewania Wandzie Warskiej i Czesławowi Niemenowi. Ukazała się na płycie "Muzyka teatralna i telewizyjna". Wanda Warska faktycznie śpiewa tekst, a Niemen robi wokalizę w tle. Treść nieco odbiega od oryginału, choć jest i koń, i dziewczyna, i miłość, i śmierć pocieszycielka.


Pojechał w obce strony
Paź na koniku wronym.
O, jak ciężkie od smutku ma serce!
Koń niesie go, gdzie zechce.
Zatrzymał się u źródła -
Jak z tym smutkiem na sercu żyć trudno.

Na jesionowej korze
Wyrył jej imię nożem
O, jak ciężko się rozstać z dziewczyną
Po twarzy łzy mu płyną.
Gdy król u źródła staje,
Smutek ciąży na sercu jak kamień.

Pyta królowa pani,
Kto go tak w serce zranił?
Po rozłące kto smutek wypowie,
Będziesz paziem królowej,
Potem z dworką wesele.
Jedno serce, a smutku tak wiele.

Pojechał w obce strony
Paź na koniku wronym.
O, jak ciężkie od smutku ma serce!
Koń niesie go, gdzie zechce.
Zatrzymał się u źródła -
Jak z tym smutkiem na sercu żyć trudno.

Czarnych myśli zaniechaj -
Królu racz sam odjechać,
W śmierci moja jedyna pociecha!

środa, 23 stycznia 2019

Obserwacja, dystans i humor

      Agatha Mallowan - mówi to komu coś? Oczywiście! To nazwisko Królowej Kryminału po drugim mężu, Maksie Mallowanie, który był archeologiem, prowadzącym pionierskie badania w Syrii. Nic dziwnego, że kilka słynnych kryminałów Agathy Christie rozgrywa się w scenerii Bliskiego Wschodu, Mezopotamii czy Egiptu. Miłośnikom jej twórczości rzecz dobrze znana. Tymczasem pod nazwiskiem Mallowan napisała także rzecz zgoła niefikcyjną, wspomnienia z pracy na stanowiskach archeologicznych. Mając męża archeologa, nie mogła porzecież nie skorzystać z takiej okazji, żeby nie przyjrzeć się, jak to wygląda z bliska. Na jej miejscu też bym pojechała ;-) Co prawda także tam woziła swoją maszynę do pisania, na której wymyślała kolejne kryminalne zgadki do rozwiązania przez Herculesa Poirota lub pannę Marple. W końcu jednak pod wpływem namowy przyjaciół napisała wspomnienia "Opowiedz, jak tam żyjecie". Tam, czyli w Tell Arbid, w Tell Arpaczija, Czagar Bazar i Tell Brak, gdzie Max Mallowan kierował wykopaliskami, prowadząc między innymi badania kultury Halaf. A żona mu w tam towarzyszyła. I nie tylko podziwiała. Agatha Christie Mallowan dysponuje bowiem tak samo sprawnym piórem jak autorka kryminałów. Dodatkowo wzbogacając relację o spory dystans wobec siebie, ogromne pokłady humoru i celne obserwacje obyczajowości i różnic osobowości członków ekipy badawczej. Chwilami nie wiadomo, czy bardziej podziwiamy sprawność pióra autorki, czy zdumiewamy się zaskakującymi obyczajami i mentalnością przedstawicieli różnych plemion arabskich, Kurdów i Ormian, których oryginalne osobniki poznajemy na kartach książki. Wspaniałe portrety charakterologiczne są niezwykłym rezerwuarem ciepłego humoru, w którym odbija się także dystans autorki wobec samej siebie. Umie przy tym szczerze przyznać się, że w pewnym momencie zrobiła mężowi w nocy histeryczną awanturę, gdy okazało się, że w wynajętym na czas pobytu przy wykopaliskach domu zaczęły po niej chodzić myszy, po ścianach rozlazły się karaluchy a z sufitu zaczęły zjeżdżać pająki.
              Nieoczekiwanych i na pozór dramatycznych wydarzeń jest wiele, na szczęście większość z nich kończy się dobrze. Ze wspomnień Agathy Christie dowiadujemy się przy okazji, jak wyglądała od kuchni organizacja pracy na stanowiskach archeologicznych, jak wyszukiwano miejsca, jak organizowano pracę zatrudnianym miejscowym pomocnikom. Pisarka pomogała w wielu zajęciach, a ostatecznie jej głównym zadaniem było robienie zdjęć znaleziskom. Poświęca więc kilka zdań opisu swojej ciemni fotograficznej. Do książki zaś dołączonych jest kilkanaście fotografii ludzi, o których opowiada i miejsc, w których pracowano. Zdjęcia te odkryłam dopiero po przeczytaniu całości! Nie zauważyłam ich wcześniej, tak wciągnęła mnie lektura :-) Nie można w zasadzie streścić żadnej sceny, żadnej z opisanych historii, nie tracąc przy tym wiele z niesamowitej atmosfery i skrzącego się humoru, którego próbkę daje autorka już na samym początku, gdy opisuje przygotowania do wyjazdu:

"Gdy pakują się archeolodzy, jedno wiadomo na pewno - ich bagaż wypełnią głównie książki. Niektóre trzeba, a inne można zabrać, niektóre się zmieszczą, a inne (niestety!) muszą zostać. Jestem święcie przekonana, że wszyscy archeolodzy pakują się w następujący sposób: najpierw ustalają, ile maksymalnie walizek anielsko cierpliwa Wagon Lit Company pozwoli im wnieść do pociągu. Następnie wypełniają je po brzegi książkami. Dopiero wtedy, z niechęcią , wyjmują kilka woluminów, by zrobić miejsce na koszulę, piżamę, skarpety i tak dalej. 
      Zaglądając do pokoju Maxa, odnoszę wrażenie, że całą dostępną przestrzeń wypełniają książki. W luce między stosami książek dostrzegam jego strapioną twarz.
- Myślisz, że wszystkie się zmieszczą? - pyta.
Odpowiedź oczywiście brzmi "nie", ale powiedzenie tego wprost byłoby zbyt okrutne.
     O wpół do piątej po południu przychodzi do mojego pokoju i pyta z nadzieją w głosie:
- Masz jeszcze trochę luzu w swoich walizkach?
Wieloletnie doświadczenie powinno mnie było nauczyć, by stanowczo zaprzeczyć, ale gdy na moment się waham, Max przechodzi do ofensywy.
- Gdybyś mogła gdzieś wcisnąć jedną albo dwie rzeczy...
- Ale nie książki?
Max spogląda na mnie z niedowierzaniem i mówi:
- Oczywiście, że książki. A niby co innego?
Podchodzi do mojej walizki i ładuje do środka dwa opasłe tomiska... (...) Głośno protestuję, ale jest już za późno.
- Nonsens - oświadcza Max. - Masz jeszcze mnóstwo miejsca! - następnie dociska klapę walizki, która wcale nie chce się zamknąć. - Nawet teraz  jeszcze nie jest pełna - stwierdza optymistycznie.
(...) Teraz, jak stwierdza, pozostaje mu już tylko "ogarnąć szpargały".
O jedenastej kładę się do łóżka. Max dalej ślęczy przy biurku... (...) O czwartej nad ranem mój mąż wpada do sypialni z kubkiem herbatyw  dłoni, niezmienrie podekscytowany, by mi oznajmić, że w końcu znalazł ten bardzo interesujacy artykuł o znaleziskach w Anatolii, który zapodział się gdzieś zeszłego lipca. Pyta rozbrajająco, czy aby mnie nie obudził. 
     Odpowiadam, że jak najbardziej, więc niech lepiej i dla mnie przyniesie kubek herbaty!
Max wraca z herbatą i mówi, że przy okazji znalazł mnóstwo rachunków, co do których miał przekonanie, że już je zapłacił.
(...) O dziewiątej rano wzywa mnie do siebie, żebym usiadła na jego trzeszczących w szwach walizkach i swoim ciężarem pomogła je domknąć.
- Jeśli ty nie dasz rady - stwierdza z rozbrajającą szczerością - to nikt inny tego nie dokona!
Moja figura czyni cuda i walizki się domykają." 

      Nie zacytuję tutaj innego fragmentu,w  którym autorka kupowała kapelusz na syryjskie wiatry i upały, wprowadzając sprzedawców w stan permanentnego zdumienia. W każdym razie teraz nie widzę nic zdumiewającego w tym, że Hercules Poirot w końcu także zawędrował pomiędzy syryjskie telle i musiał rozwiązywać zagadkę "morderstwa w Mezopotamii":-)

niedziela, 20 stycznia 2019

Literatura i architektura z muzyką w tle

     Szłam sobie powoli z nadzieją na spotkanie. Wystarczyło zwolnić i od razu zrobiło się bardziej niż zwykle poetycko, literacko i świątecznie. Sama byłam zaskoczona, że jeden prosty spacer, bez szczególnych zamierzeń turystycznych, tyle dostarczył wrażeń. Minimalny ruch uliczny nie rozparszał, niczego nie zasłaniał i nie zagłuszał. Gdy się wyrusza w trasę, trzeba mieć przewodnika. Znalazł się szybko, zaraz za Bramą Grodzką - Andrzej Kot, zmarły w 2015 roku grafik, twórca exlibrisów i grafik o kociej naturze. Sam o sobie mówił "Kot? Zwierzę ogoniaste, czasami kanciaste" lub "Kot psot z Lublina to takie zwierzę, mieszka na Grodzkiej, a mnoży się na papierze". Grafiki Kota i jego dowcipna autocharakterystyka znalazła swoje stałe miejsce na Grodzkiej 17, gdzie artysta mieszkał. Sgraffito upamiętniające najbardziej dowcipnego lubelskiego "kota" odsłonięto w 2017 roku.


A więc idźmy kocimi ścieżkami poezji i sztuki. Poetyckość zapraszała pod swoje skrzydła w Zaczarowanej Dorożce, która widać jeździ po różnych polskich miastach, tylko trzeba mieć uszy wyczulone na delikatny stukot końskich kopyt.


Dorożka wiezie w odległe czasy, dawniejsze niż tomik Zielonego Konstantego i jego Srebrnej Natalii, bo tuż niedaleko w bliskim sąsiedztwie, na Grodzkiej 7 tablica informująca, że tu właśnie "w tym domu w dniu 20 kwietnia 1807 r. urodził się Wincenty Pol, autor PIEŚNI O ZIEMI NASZEJ".


Zaczyna się spacer w przeszłość. Jak na zawołanie widać starodawne przejście, podobno to najwęża ulica w mieście: ulica Ku Farze. Przez kilka wieków była zamurowana i dopiero w połowie XX wieku przejście zostało odkryte i przywrócone. To tutaj kręcono sceny do filmu "Czarne chmury".


Nadal idziemy w przeszłość. Tym razem w czasy renesansu. Od samego Biernata z Lublina począwszy, którego popiersie na "kamienicy literatów" widnieje obok Jana Kochanowskiego, Sebastiana Klonowica i wspomnianego wyżej Wincentego Pola. Czterech poetów związanych z Lublinem patronuje Rynkowi Starego Miasta z fasady kamienicy nr 2, niegdyś należącej do teścia Klonowica, toteż w tradycji często była nazywana kamienicą Klonowica. 


Prawdopodobnie tutaj zmarł nagle Jan Kochanowski podczas ostatniego pobytu w Lublinie, dokąd udał się, aby interweniować u króla Stefana Batorego w sprawie ukarania winnych śmierci szwagra Jakuba Podlodowskiego zamordowanego w Turcji, dokąd został wysłany przez tegoż Stefana Batorego. Istnieje kilka sprzecznych relacji mówiących o miejscu śmierci Kochanowskiego, jedna z nich  wspomina o tejże kamienicy, aczkolwiek  fasadowym sgraffito ze scenami z życia Jana z Czarnolasu i jego całą postacią poszczycić się może kamienica przy Rynku nr 19.



Nieopodal brzmi w uszach skrzypcowa nuta. Nic dziwnego, Rynek 17 z dumą ogłasza, że tu właśnie urodził się Henryk Wieniawski. XVI-wieczna kamienica po wielu skomplikowanych kolejach losu w 1834 roku została kupiona przez Tadeusza Wieniawskiego, ojca późniejszych kompozytorów Henryka i  Józefa. 


Lublin gra Wieniawskim w wielu miejscach. Nic dziwnego, że jego postać zaprasza także do Filharmonii Lubelskiej. Ale to będzie mój ostatni przystanek.


Tak, tak, przyznaję - to był punkt docelowy mojego spaceru. Ale nie uprzedzajmy wypadków ;-) Jestem nadal na Rynku Starego Miasta, w którego zimową ciszę napływają stłumiony gwar i dziwnie pomieszane melodie. Z jednej strony z Restauracji Armeńskiej muzyka gór Kaukazu, a z drugiej klezmerska nuta z żydowskiej Mandragory. Jak na zawołanie pojawia się przed oczami okrągły kuszący kształt pryzpominający płytę. Szyld sklepu z winylami pod jakże wdzięcznym hasłem "Święty spokój" :-)


Idąc jak najbardziej spokojnym spacerkiem podziwiałam wciąż wiszące nad starymi ulicami "betlejemskie" gwiazdy nanizane na rozciągnięte od ściany do ściany liny. Zaiste "kocie" pomysły:-)

 




        Czas opuścić Stare Miasto, za Bramą Krakowską towarzyszy mi przez chwilę południowy hejnał z balkonu Ratusza. Deptak szeroko otwiera się na przedziwną podróż po mapie tradycji mieszającej się z nowoczesnością. Jeszcze jeden literacki przystanek -  Krakowskie Przedmieście 38 - miejsce urodzenia Andrzeja Struga. Kolejny lubelski pisarz. Za wiele o jego życiorysie nie wiem, ale "Pokolenie Marka Świdy" czytałam. 

       Uciekam od nowoczesnych elewacji banków i fastfoodowych jadłodajni. Natomiast urzekają tęsknotą za czasem "przeszłym niezapomianym" wnętrza Sklepu Cynamonowego, Starej Mydlarni, Zielarni, Dobranocki i benedyktyńskich specjałów z sześciu kontynentów (chociaż nie wiem, czemu benedyktyńskie, skoro sklep jest w budynku należącym do franciszkanów). Tutaj kupuję ciemną pitną czekoladę Cortez w puszce do samodzielnego przyrządzania w domu. Mijam ślady tzw. lubelskiej secesji. Napisano już parę książek na ten temat, mogę więc z niejakim rozeznaniem podziwiać wymyślne stiukowe ornamenty, pionowe kolumienki, ozdobne fryzy i attyki w stylu polskiego renesansu wieńczące kamienice - pomysł lubelskich architektów na utrzymanie narodowego charakteru architektonicznego. Na prześledzenie lubelskiej secesji potrzeba odrębnej marszruty, toteż bliżej przyglądam się tylko kamienicy łączącej w oryginalną całość elementy secesyjne, Art Nouveau i ducha młodopolskiej chłopomanii - Krakowskie Przedmieście 57.


     Wiem, że niewiele tu widać, ale na najwyższej kondygnacji z prawej strony na rogu i symetrycznie po lewej za trzecim oknem są postacie męska (z prawej) i kobieca (z lewej) ubrane w stroje ludowe. Kamienica powstała w latach 1909 - 1911, w okresie najbardziej ożywionej działalności architektonicznej wprowadzającej nowe secesyjne trendy. Z jednej strony mamy tu właściwe dla tego stylu ornamenty roślinne, pionizujące pilastry na najwyższej kondygnacji, z drugiej zaś osłaniająca dach attyka w stylu renesansowym. Niemniej nawet ona ma cechy Art Nouveau w formie głów zwierzęcych podobnych do lwów, z ktorych pysków wysuwają się girlandy form roślinnych. Kamienica jest czteropiętrowa, więc trudno z poziomu chodnika dojrzeć szczegóły, ale postacie w strojach ludowych rzucają się w oczy i prowokują do skojarzeń. Obecnie budynek wpisany jest do rejestru zabytków.
    Stąd już tylko kilka kroków w gości do Henryka Wieniawskiego w Lubelskiej Filharmonii, ale czego tam słuchałam, napiszę gdzie indziej :-)

Zmiany

    Kończę pisanie na tym blogu. Prowadzenie równoległych blogów jest wyczerpujące. Zwłaszcza, że tematyka - szeroko pojęta kultura - jest p...