sobota, 30 maja 2020

Mówi apatryda

Ktoś, kto znalazł się w samym środku międzynarodowej rywalizacji w powszechnej inwigilacji i walki o polityczną manipulację. 

      Idea, jakoby wielkie kraje i mocarstwa wymieniały się ludźmi bez poszanownaia ich praw jest oczywiście możliwa. Czy mam na to wpływ? Nie. Czy mogę ich przed tym powstrzymać? Nie. Czy zamierzam się tym przejmować? Nie. [...] Są rzeczy ważniejsze niż bezpieczeństwo.

      Prawo do wypowiedzi i to, czy zostaniemy potraktowani poważnie, zależy tylko od instytucji, które wykonują zadania i wpływają na rzeczy, z którymi nie zawsze się zgadzamy. 

O dezinformacji medialnej:
      Kiedy ludzie natrafiają na bardzo ciekawą historię, kóra mogłaby być całkiem zmyślona, chcą wierzyć, że jest prawdziwa, bo potwierdza ich przekonania. Przesyłają ją dalej, informują znajomych, członków grupy, że to rozumieją, że popierają, stoją po właściwej stronie. W ten sposób stają się bronią rękach polityków, ich żołnierzami.
     [...] Tytuły stały się ważniejsze niż same informacje. Dlaczego "clicbaity" istnieją? Dlaczego fałszywe newsy istnieją? Bo ludzie na tym zarabiają! Ich autorzy mogą pisać i publikować całkowicie zmyślone wiadomości, by zdobyć więcej kliknięć i komentarzy. Oburzenie się sprzedaje, prowokuje reakcję. 

Podsumowanie, dlaczego ludziom się nie chce:
      Posłuszeństwo wynika z wygody. Być może wygoda jest naszym największym wrogiem. 

Jego naprawdę dobrze się słucha i raz po raz człowiek łapie się na myśli: "Kurczę, on ma rację!"
Zagadka: kto jest autorem zacytowanych wypowiedzi? Bezpaństwowiec, ucieknier, szpieg... Dla jednych wróg publiczny numer jeden, dla innych bohater. Ogromną liczbę tajnych informacji zaszyfrowanych na kartach mini - i mokroSD wyniósł ukrywając je w kostce Rubika. Obecnie nadal się ukrywa, choć pod koniec ubiegłego roku opublikował książkę, w której  opowiada o swojej działalności. 

poniedziałek, 18 maja 2020

Księga natury

Życie i śmierć w maju


Przedzierałam się wzdłuż rzeki


Dwa żywioły


Prawie zatopiony


Majestat


Dziwoląg


Leżymy, nie ruszać!


Rakieta wylądowała


Jeszcze nie tonie 


Jest solidna kładka


Przejdę?  Muszę, bo po drugiej stronie jest ....


... taka kwietna łączka.

Zagadka - co to za kwiatki w środku tajemnego lasu? 

wtorek, 12 maja 2020

Między nami filozofami

      Gabriel Marcel przenicowuje moje myślenie.  "Być i mieć" to książka bez wyraźnego ciągłego wątku składająca się z szeregu datowanych notatek, w których pewne tematy się zaczynają, rozwijają, urywają, potem znowu wracają. Omawiane zagadnienia oscylują wokół problematyki bytu, czasu, wolności, decyzyjności, dyspozycyjności, posiadania, zobowiązania, wierności, aktu początkowego, transcendencji i wielu innych. Autor obraca je na wszystkie strony, przygląda się im z różnych punktów widzenia, analizuje implikacje przyjętych definicji, odrzuca to, co wydawałoby się najprostszym rozwiązaniem. I zdarza się, że dochodzi do ściany: "Dostrzegam cały zespół pojęć trudnych do rozwikłania: prawdziwy labirynt". Zdarza mu się skapitulować: "Dziś wieczór jestem zbyt zmęczony, by dłużej pisać" lub skonstatować swoją bezradność: "Muszę przerwać pisanie, bo nic nie przychodzi". Nie przychodzi do głowy rozwiązanie problemu, rozstrzygnięcie jakiejś kwestii. Stąd też częste zapowiedzi czy plany: "zbadać...", "wszystko to przemyśleć..", "pogłębić...", "zastanowić się...", "nad tym trzeba będzie skupić moje rozważania...", "należałoby wykazać jeszcze...".  Zdarzają się więc kontynuacje, nawroty, one z kolei prowadzą do następnych zawikłań i kwestii otwartych. Jest to dziennik myśli filozofa, który rozważa kwestie ontologiczne, rzuca na kartki ciągi wyjaśnień niekoniecznie ostatecznych i wciąż poszukuje satysfakcjonujących odpowiedzi, które przede wszystkim mają być dalekie od filozoficznego idealizmu. 
       Tematyka rozważań wpływa na język, który nasycony dyskursywnością wielokrotnie podważa potoczne rozumienie pojęć. Marcel odróżnia na przykład pojęcie "myślenia" od "myślenia o". O ile jestem w stanie idąc tropem jego rozumowania pojąć, że "myślenie o" zawsze powiązane jest z jakimś bytem, o tyle nie potrafię wyobrazić sobie myślenia samego w sobie. Ciekawe jest jednak, do jakich dochodzi wniosków. Myślenie o traktuje on jako negację przestrzeni. Myśląc o kimś likwidujemy przestrzeń między nami a kimś, o kim myślimy. Jeżeli odniesiemy to zjawisko do kwestii śmierci, to myślenie o kimś zmarłym będzie  w pewnym sensie negacją jego śmierci. Nie to jest, było jak dotąd, najbardziej szokujące. Marcel bowiem analizujac pojęcie wierności, przysięgi, obietnicy łączy je z pojęciem pychy. Otóż składając komuś jakąś obietnicę odsunietą w czasie zakładamy, że nasza sytuacja, emocjonalność, dyspoozycyjność, całe nasze jestestwo pozostanie w identycznym stanie, w jakim jest w momencie składania obietnicy. Złożenie obietnicy dzisiaj jest jakimś arbitralnym zadysponowaniem sobą w przyszłosci, przy czym kompletnie nie możemy wiedzieć ani przewidzieć, na ile nasza dzisiejsza dyspozycja do złożenia tejże obowietnicy, przyjęcia zobowiązania, bedzie zgodna z dyspozycyjnością naszego "ja" w przyszłości. Jest to więc jakaś uzurpacja będąca przejawem pychy, że oto "ja" dzisiejszy żądam od mojego "ja" przyszłego dotrzymania zobowiązania nie licząc się z tym, że przyszła sytuacja, cały splot wewnętrznych i zewnętrznych okoliczności może stać w sprzeczności  z owym zobowiązaniem z przeszłości. W skrajnym przypadku realizacja w przyszłości zobowiązania podjętego w przeszłości będzie zdradą samego siebie. Na tym nie kończą sie rozważania na ten temat. Marcel szeroko rozwija zagadnienie "dyspozycyjności" z tym związanej. Zadaje pytanie " czy może istnieć zobowiązanie , które nie byłoby zdradą?" Jak więc definiować wierność, żeby została umocowana jako wartość trwała i pozytywna? Czy można uzasadnienie wierności znaleźć w sobie samym tylko? Kilka stron rozważań pokazuje, że myślenie filozoficzne nie jest łatwe i nie zawsze prowadzi do oczywistych rozwiązań. 
       Kto bowiem rano wstając zadaje sobie pytanie: "czy jestem moim ciałem"? Idźmy dalej tropem tego pytania: "Moje ciało  pozbawione zdolności ruchu jest tylko moim trupem".  No ależ "mój trup to właśnie to, czym z samej mej istoty nie jestem...(to właśnie ma się na myśli mówiąc o zmarłym, że już go nie ma)".  I dalej następują trzy strony przypisków, w których Marcel rozróżnia poświęcenie życia jako rzeczywistego poświęcenia kierowanego nadzieją i poświęcenia fałszywego z powodu pychy. Oczywiście wszystko to zapowiedziane kolejnym "zbadać, jaka jest natura tej "nadziei dla siebie", aby po czterech kartkach skonstatować: "Nie należy się spodziewać, że znajdziemy tutaj  bodaj punkt zaczepienia dla czysto logicznego  zbicia tezy zwolenników samobójstwa". 
       Czy oznacza to, że Marcel dywaguje, rozważa i analizuje nie dochodząc do żadnych wniosków?  Zamieszczona w środku zapisków "Notatka na temat Rozprawy koherentnej Juliena Bendy" pokazuje, że jak najbardziej potrafi okazać się stanowczy, a nawet bezkompromisowy i dowcipny. Wchodzimy bowiem na poziom dyskusji między dwoma filozofami, czyli... wszystkie chwyty dozwolone. Na początku Marcel grzecznie zauważa, że Rozprawa Bendy jest dosyć interesująca, przyznaje jej status "eksperymentu intelektualnego". Stopniowo jednak wydobywa luki i niekonsekwencje w myśleniu autora, ostrzegając "nie dajmy się zwieść" i wyliczając sprzeczności w analizowanej koncepcji. Do zdecydowanego sprzeciwu prowokuje go nadanie przez Bendę wartości bytu pojęciu boskości, który jest przecież przymiotnikiem. Marcel grzmi: "czy ma się prawo mówić o istnieniu w  związku z czymś , co jest tylko p r z y m i o t n i k i e m. Rzecz zupełnie jasna, że tym, co tu istnieje, jest świat; powiedzieć, że boskość jako taka istnieje to nonsens." Nie zagłębiając się w szczegóły streszczania dalszej krytyki dodam tylko - dla zobrazowania inwencji językowej Gabriela Marcela -  że sprzeczności w omawianej rozprawie prowadzą według niego jej autora do "dialektycznego samobójstwa", aby zdobyć się na oryginalny sarkazm: "I tutaj myśl Bendy wygląda mi na wstydliwy irracjonalizm, który sam się do siebie nie przyznaje, i nie wiadomo, z  j a k i e j  s z a t n i  w y c i ą g a  s z a r e  i  b e z k s z t a ł t n e  s t r z ę p y   r o z u m u" (podkr. moje -notaria) Przyznaję, że w tym momencie przekonałam sie, że Gabriel Marcel to nie tylko filozof i myśliciel, ale i poeta. Kupił mnie całkowicie. Myślałby kto, że skoro już posunął się do takiej miażdżącej oceny, na tym ją zakończył? A skąd! Dalej jest jeszcze osiem stron krytyki, które kończą się refleksją, że w zasadzie Benda nie wie, co napisał ani po co.   

poniedziałek, 4 maja 2020

Taniec kontra taniec

Oglądam, oglądam i nie wiem, kto wygrywa w tej rywalizacji.

Ci mają szarawary jak chorągwie!



A ci mają czapy!



I nie tylko czapy!



Skrót z momentami w zwolnionym tempie: czy grawitacja istnieje dla każdego?



I znowu kontra:



No chyba ten taniec z kindżałami przebija wszystko:

niedziela, 26 kwietnia 2020

Czytane między wierszami

       Czasami lektura czegoś doprowadza do odkryć zgoła innej natury niż prezentowany przedmiot rozważań. "Jedność doświadczenia filozoficznego" Gilsona ma za przedmiot historię filozofii, a konkretnie opowieść o trzech klęskach filozoficznych: św. Augustyna., Kartezjusza i Kanta oraz tych, którzy towarzyszyli im w krętych ścieżkach prowadzących na manowce metafizyki. Mniejsza z tym, gdyż i tak niewiele po tych zwiłościach zostaje w pamięci. Niemniej samo śledzenie toku wywodów dostarcza intelektualnej i estetycznej przyjemności, ponieważ Gilson - jak to już prezentowałam poprzednio - ma dar. Dar pisania dowcipnie, choć całkiem serio. Wdzięczni bohaterowie jego rozważań, wielkie umysły kilkunastu stuleci rozwoju filozofii, przyciągają uwagę odwagą poszukiwań i uporem trwania w błędach. Jak wielki bowiem panował bałagan, niech świadczy przedziwny paradoks, że w dobie długiego sporu o uniwersalia wszystkie plemizujące strony przerzucaly się imieniem Arystotelesa, tworząc doktryny tak daleko odbiegające od nauk Stagiryty, że - jak zuważa Gilson - " Ockham był arystotelikiem - a był nim również  św. Tomasz z Akwinu, a może nawet sam Arystoteles".  
       Niemal każdy z polemistów podając nowe wyjaśnienia problemu twierdził, że głosi powrót do źródła, czyli myśli Arystotelesa, tymczasem prowadziło to do "konkluzji na drodze eliminacji z arystotelizmu samego Arystotelesa".  Bynajmniej nie jest to powód do wyśmiewania ich wysiłków, ani tym bardziej poczucia wyższości człowieka współczesnego, któremu mogłoby się wydawać, że jest o setki lat od tamtych błądzących mądrzejszy. Oni bowiem naprawdę byli uczonymi umysłami, a "uczeni mogą sobie pozwolić na takie błędy; opierając swe życie na wierze w naukę nie potrzebują rzeczywistości".  Chociaż oddajmy sprawiedliwość, był taki jeden, który autorytetu Arystotelesa nie poważał. Francesco Petrarca swojej wiedzy również nie przeceniał, o czym świadczy książka: "O mojej własnej niewiedzy oraz niewiedzy wielu innych". Jak zauważa jednak Gilson, "najsłynniejszym spośród tych innych był Arystoteles". Jednakże nawet własna niewiedza i niemożność rozwikłania zagadnienia może być powodem do chwały filozofa, jak np. Malebrancha, który utknąwszy w martwym punkcie poszukiwań dowodu na istnienie materii, "szczycił się tym,  że przynajmniej  dowiódł, że nie można tego dowieść". 
         Przy okazji  takich oto niuansów filzoficznej wiedzy i niewiedzy trafiają się odkrycia tyleż zadziwiające, co nieoczekiwane. O tym, że matemtyka jest królową nauk, nie trzeba dzisiaj nikomu przypominać, a sentencja ta funkcjonuje na zasadzie powszechnej mądrości ludowej przypisywanej przysłowiom. I chociaż już Pitagoras w liczbach widział sens istnienia świata, to dopiero Christoph Calvius (1538 -1612), jezuicki matematyk, we wstępie do swojej pięciotomowej "Opera mathematica" napisał: "nie ulega wątpliwości, że pierwsze miejsce wśród nauk należy przyznać matematyce". Czyż nie stąd pochodzi więc ostateczne przekonanie o królewskości nauk matematycznych? 
          A komu się wydaje, że ludowa mądrość jest odporna na wpływy wysublimowanych dysput filozoficznych, niech prześledzi przebieg rozważań o przyczynowości. Kiedy Kartezjusz swoim "myślę, więc jestem" całkowicie rozdzielił ludzki umysł od ciała, a jego uczeń Louis de Forge zauważył, że w żadnym wypadku umysł nie jest w stanie poruszyć żadnym ciałem, nawet własnym,  Geraud de Cordemoy postawił kropkę na "i" traktatem "O odrębności umysłu i ciała", w kórym ni mniej, ni więcej, tylko stwierdza, że żadne ciało nie posiada ruchu samo w sobie. Innymi słowy ruchu fizycznego jakiegokolwiek ciała nie da się z żaden sposób uzasadnić ani wpływem umysłu czy też decyzją umysłu, ani ruchem innego ciała, dajmy na to ręki. Gdzie jest więc przyczyna choćby wystrzelonej kuli? Może nią być tylko Bóg. W ten sposób doszliśmy do znanego przysłowia: człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi.  Kto by pomyślał, że w prostym przysłowiu znajdują się głębokie pokłady filozoficznych dociekań!
      
       

poniedziałek, 20 kwietnia 2020

O sztuce polemiki

    Jak grzecznie powiedzieć komuś, że nie ma racji. Umiejętność godna podziwu, ale bardzo rzadka, żeby nie powiedzieć deficytowa. Czasami uwielbiam słuchać dyskusji na antenie Dwójki w jakimś późnowieczornym paśmie, gdzie ścierają się znawcy pewnego szczegółowego zagadnienia. W ubiegłym roku przez kilka wieczorów trwała dyskusja o Platonie, o tym, co naprawdę w swoich dialogach napisał, a czego tam nie ma, choć powszechnie uważa się inaczej. Dyskutanci, których tutaj nazwisk nie pamiętam, niby mówili o tym samym, ale zdarzało się, że zdecydowanie się różnili, czego nie omieszkali wyartykułować. Zawsze kulturalnie, choć bywało, z odrobiną humoru i lekkiej, leciutkiej uszczypliwości, że czegoś tak oczywistego można nie zauważać. Nie dziwię się ani uszczypliwości ani ironii. Uważam, że ktoś, kto zęby zjadł (może bardziej adekwatne by było: wyślepił oczy?) na Platonie, ma do tego pełne prawo. Najbardziej bowiem irytujące jest, gdy ktoś ledwie liznął problem, przeczytał ( o ile przeczytał?!) jedną książkę i kreuje się na znawcę. Jak słusznie zauważył Erazm z Rotterdamu: Nie ma nic bardziej zarozumiałego od nieuctwa.  
     Sam Erazm zmuszony był stawać w szranki z krytykami, którzy niejednokrotnie zamiast wystąpić jawnie, pod cudzą maską grali własną rolę.  W imieniu nieokreślonych krytykantów wystąpił Marcin Bartłomiej van Dorp usiłujący wykazać niefortunność opublikowania przez Erazma "Pochwały głupoty".  Ani Dorp nie ucieka się do jawnie obraźliwych sformułowań, ani też Erazm nie obraża się na krytykę, jednakże swoje udowadnia w sposób bezkrompromisowy. Czytanie owej listownej polemiki jest prawdziwą ucztą dla ducha, wzbudza zachwyt finezją języka i podziw dla intelektualnego zacięcia dyskutantów.  Któż potrafi dzisiaj odparować zarzuty tak, że wychodzi z tego ironiczna pochwała własnego dzieła: ci sami, którym nie podoba się treść, uznają i pomysłowość, i uczoność, i wymowę, ale że razi ich zbytnio swobodna zjadliwość. W takim razie ci przyganiacze przyznają mi nawet więcej niż chciałbym. I dalej z pozorną pokorą, ale wielce uczoną skladnią Erazm wykłada to, co naprawdę myśli o swoich krytykach: nie zależy mi na takiej chwalbie, zwłaszcza gdy pochodzi od tych , których nie posądzam, aby posiadali geniusz i wykształcenie.  Przesadził? Niegrzecznie? Obraził? Wcale nie, bowiem krytykanci nie mając odwagi ujawnić swoich nazwisk, wykorzystali Dorpa, aby przemawiał w ich imieniu. Erazm i tak - uważam - odpowiada bardzo grzecznie. 
    Zaczęłam czytać "Jedność doświadczenia filozoficznego" Etienne`a Gilsona i już widzę, że będzie to tak samo wyzwanie intelektualne, jak uczta "językoznawstawa stosowanego". W pierwszym rozdziale filozof na każdej niemal stronie podkreśla, jak wielkim geniuszem był Abelard, ale krok po kroku, zdanie po zdaniu wykazuje, jak bardzo się mylił w próbie zastosowania logiki do rozstrzygania kwestii filozoficznych, w czym w zasadzie poniósł klęskę. Kultura Gilsona polega na tym, że oddaje szacunek człowiekowi sprzed tysiąca lat (Piotr Abelard 1079 - 1142), nie odmawiając mu geniuszu, wytyka błędy w myśleniu: Nie mam istotnej pewności, czy nawet logiczny geniusz Abelarda całkowicie usprawiedliwia jego błędy
       Istotą dyskusji jest rozważanie, a nie jednoznaczne rozstrzygnięcia, toteż maestria słowa współczesnego filozofa czasami zamyka się w konstatacjach, które nie są ani jednoznaczną pochwałą, ani krytyką: Abelard był jednym z najświetniejszych umysłów, jakie wydało średniowiecze; rozpoczyna od interpretownaia logiki przy pomocy gramatyki; następnie przechodzi do interpretowania filozofii przy pomocy logiki, a nie znajdując pozytywnej odpowiedzi na swe pytanie, w końcu zmuszony jest przyjąć rozwiązanie psychologiczne.  Przypomnijmy, że w czasach Abelarda nie istniała psychologia jako dziedzina naukowej wiedzy, toteż przejście od filozofii do psychologii oznacza właściwie zejście na manowce. Można by w powyższym zdaniu dopatrywać się ukrytej ironii, cóż to bowiem za geniusz, który nie znajduje satysfakcjonujących odpowiedzi na gruncie swojej własnej nauki!  Jednakże Gilson cały krytyczny wywód na temat błędów Abelarda rozpoczyna bardzo znamiennym zdaniem: Prawdziwa wielkość filozofa jest zawsze proporcjonalna do jego intelektualnej uczciwości; nic dziwnego, że  właśnie w obliczu największych trudności wielkość Abelarda ukazała się w całej pełni.  Jakie to piękne! Któż dzisiaj tak potrafi się wyrażać o kimś, z kim się nie zgadza? 
      Polemiczne zapędy niektorych prowadzą czasami do (nie?)zamierzonych efektów humorystycznych, jak w przypadku dysputy filozofów islamskich na początku XI wieku. Kiedy Al-Gazali zwalczając arystotelizm potępił w czmbuł filozofię w ogóle pisząc "Zniszczenie filozofów", Awerroes odpowiedział "Zniszczeniem zniszczenia".  I ogólnie wiadomo było, o co chodzi. (w innym tłumaczeniu podaje się odpowiednio jako "Rozproszenie filozofów" i "Rozproszenie rozproszenia", ale to nieco osłabia efekt humorystyczny, aczkolwiek sens jest ten sam)

     

wtorek, 7 kwietnia 2020

Poligloci mają lepiej

     Więcej rozumieją, więcej czytają, czasami nawet piszą. William Caxton z zawodu był angielskim kupcem bławatnym, a przy okazji zapalonym czytelnikiem literatury francuskiej, której zazdrościł kontynentalnemu narodowi. Postanowił więc - nie, nie, samodzielnie nie zaczął pisać - przetłumaczyć ulubione utwory dla rodaków nieznających obcych języków. Sam znał ich kilka: oprócz francuskiego także holenderski i niemiecki. Z powodzeniem połączył działalność translatorską z kupiecką, zakładając pierwszą w Anglii oficynę wydawniczą, kupując na jej potrzeby prasę drukarską, którą zachwycił się w Niemczech. Na początku praca tłumacza szła mu z wielkimi oporami, a gramatykę języka angielskiego poprawiała mu zaprzyjaźniona księżna Yorku Margaret, siostra króla Edwarda IV. Niemniej dzięki kilkunastoletniej działalności Caxton spopularyzował w Anglii wiele pozycji z literatury francuskiej, a jego drukarnia publikowała też książki autorów angielskich, jak np. "Opowieści kanterberyjskie" Chaucera.
      Kolejny etap rozwoju języka angielskiego był zasługą Williama Tyndalle`a (1494 - 1536), prawdziwego poligloty znającego co najmniej siedem języków: łacinę, grekę, niemiecki, francuski, hebrajski, hiszpański i włoski. W 1526 roku dokonał on tłumaczenia Nowego Testamentu na język angielski, korzystajac przy tym z oryginalnych źródeł greckich, a w tłumaczeniu odwoływał sie do żywej potocznej angielszczyzny.  Dokonując swojego dzieła wiedział, że wcześniej ze źródeł greckich korzystał Erazm z Rotterdamu.
      Upór Erazma z Rotterdamu, który samodzielnie nauczył się greckiego, zaowocował w 1516 roku nowym łacińskim przekładem Nowego Testamentu. Nowym, ponieważ Erazm zaznaczył w nim fragmenty, które zostały błędnie przetłumaczone przez św. Hieronima w obowiązującej wówczas Wulgacie. Humanista z Rotterdamu zadedykował swoją pracę papieżowi Leonowi X, ale nie uchroniło to od wpisania w 1559 r. wszystkich jego dzieł na indeks ksiąg zakazanych.
       Można też być poliglotą na tronie jak Maciej Korwin (1443 - 1490), wykształcony humanista na tronie węgierskim, znający sześć języków, właściciel największej humanistycznej biblioteki w Europie. Szacuje się, że biblioteka Macieja liczyła do dwóch i pół tysiąca woluminów. Dla porównania nawet najlepsze uniwersytety gromadziły zaledwie do tysiąca woluminów. Czytanie książek było podobno drugim, obok polityki, ulubionym zajęciem węgierskiego władcy.
       Należy przypuszczać, że Małgorzata z Nawarry (1492 - 1549) czytała włoski "Dekameron" Boccaccia, gdy zaczynała pisać swój "Heptameron". Chociaż to nie ona nadała tytuł, a  zrobił to wydawca, gdyż autorka zmarła nie dokończywszy dzieła.  Świetnie wykształcona, znająca łacinę, hiszpański i włoski, przez całe życie była wsparciem dla młodszego brata, Franciszka I, raczej nieudolnego króla Francji. Musiała go ratować z opresji, gdy po klęsce pod Pawią dostał się do cesarskiej niewoli Karola V. Niemniej to za jej namową Franciszek I ufundował Collegium Regium Galliarum, ktore później przeobraziło się w College de France. Wspomniany "Heptameron", zbiór siedemdziesięciu nowel,  nie jest jedynym dziełem Małgorzaty. Pisała także wiersze, sztuki i poematy. Pamięć o niej utrwaliła sława opiekunki humanistów, pisarzy i uczonych.
     
     

Zmiany

    Kończę pisanie na tym blogu. Prowadzenie równoległych blogów jest wyczerpujące. Zwłaszcza, że tematyka - szeroko pojęta kultura - jest p...