wtorek, 29 maja 2018

Satyryczne lustro Leszka Kołakowskiego

       No nie wiem, czy się śmiać, czy... płakać, ale chyba tylko ze śmiechu. Rozbawił mnie, uwaga! uwaga! nie kto inny, tylko Leszek Kołakowski. Kto by pomyślał?! Sama bym się nie spodziewała. Wśród, jak często mi się zdarza, przypadkiem (aczkolwiek w świetle teorii opisanej w poprzednim poście, wcale nieprzypadkowo) nabytych książek, znalazło się "Wejście i wyjście oraz inne utwory ku przestrodze i dla zabawy".



      Jeśli ktoś kojarzy "Cicer cum caule" Tuwima, to może mieć mniej więcej rozeznanie, czego się spodziewać, z tym, że Kołakowski kumuluje w jednym tomie językowo-prześmiewczą inwencję Tuwima z absurdem "Zielonego Balonika" Gałczyńskiego i poczuciem humoru Sztaudyngera oraz Boya. Odwracałam kartki, przechodziłam do kolejnych dykteryjek, scenariuszy teatralnych i filmowych, wierszyków, parodii, autoparodii, groteski i nie mogłam powstrzymać śmiechu. Wszystko warte zacytowania, więc kłopot z wyborem ogromny!  Dlatego chce mi się płakać ;-) 
      Fantastyczne! Tytułowe "Wejście i wyjście" jest parodią "Czekając na Godota"; scenariusz filmowy "Wygnanie z raju" w dowcipny sposób, językiem godnym filmu gangsterskiego, przetwarza dzieje pierwszych ludzi i grzechu pierworodnego; scenariusz filmu rysunkowego "Rzeczy", ach! majstersztyk absurdu godny Buñuela co najmniej. Kołakowski był filozofem, to wiedzą wszyscy, ale że miał niesamowite wyczucie języka i pisał wiersze (tak! tak!) niekoniecznie powszechnie wiadomo. Debiutował jako nastolatek poezją. Miał kilka zeszytów zapisanych wierszami. Mówił o nich, że "ku niepowetowanemu bólowi ludzkości" poszły z dymem w Powstaniu Warszawskim, ale jeśli prawdą jest, że "rękopisy nie płoną", może jednak te zeszyty "kiedyś się, niestety, odnajdą".  Tymczasem w zebranym tomie czytamy to, co napisał później, np. dowcipne wierszowane laudacje urodzinowe na cześć Miłosza, Tischnera, "Tygodnika Powszechnego" "Znaku". 
      Iskrzące dowcipem i autoparodią felietony: "Pochwała  snobizmu", "Pochwała niepunktualności", "Pochwała cenzora", "Przyczynek do mowy parweniusza" każde z osobna zasługują na omówienie kończące się niezmiennym zdziwieniem: "Jakie one są aktualne!" "Klasyfikacja filozofów polskich" z kolei to zabawa wykorzystująca znaczenie nazwisk. Ingarden znalazł się na przykład w dziedzinie ogrodnictwa, a do meteorologii zaliczono Wiatr (Wiatra? skoro nazwisko?), Uziembłę i Gromską. Szczególnie liczne okazało się grono filozofów w dziedzinie botaniki: Bauman, Kłoskowska, Grzybowski, Tatarkiewicz, Chojnacki, Kwiatkowski, Sosnowski, Dąmbska. Moja wyobraźnia została poruszona i próbowałabym nawet wyodrębnić w tym gronie dziedzinę dendrologii ;-)
      Osobnym gatunkiem tekstów Kołakowskiego są autoparodie filozoficzne. Kto, jak nie wybitny filozof, mógłby tak prześmiewczo wyjaśnić różnice między współczesnymi kierunkami filozoficznymi, posługując się w tym celu ideą "nie-uprawiania ogrodu"? A już syntezę doskonałą współczesnej myśli filozoficznej i nauk politycznych oraz stanowisk ideowych zaprezentował w przezabawnej "Wielkiej Encyklopedii" mieszczącej się na czterech stronach. Z tego to "dzieła" kilka wybranych haseł, moim zdaniem, ujmujących istotę rzeczy w sposób jak dotąd najdoskonalszy;-)

MATERIALIZM: że wszystko jest mniej więcej takie, jak krzesło i cegła
LEIBNIZ: że lepiej niż jest, być nie może, bo pan Bóg już wie, co robi
ARYSTOTELES: że najlepiej środka się trzymaj, to nie zginiesz
POST-MODERNIZM: że wszystko wolno
DEKONSTRUKCJONIZM: że co by się nie mówiło, to i tak nic to nie znaczy
DEMOKRACJA: żeby każdy sobie wyobrażał, że rządzi, ale ciągle się skarżył, że za mało rządzi
ROUSSEAU: że coraz gorzej i gorzej, i co to będzie
HISTORYZM: że dziś to jest prawda, a jutro co innego
PLATON: że nie ma nic piekniejszego niż piękno, nic śmieszniejszego niż śmieszność, nic głupszego niż głupota itd.
EGZYSTENCJALIZM: że i ty możesz być postacią tragiczną
NIETZSCHE: że wszystko ze wszystkim się bije i tak już zawsze będzie, a sensu to żadnego nie ma
RELATYWIZM: że może być tak, a może być owak
HUME: że co widzisz, to widzisz, a co sobie myślisz, tego nigdy nie udowodnisz
SPRAWIEDLIWOŚĆ SPOŁECZNA: że ty masz o wiele za mało pieniędzy
TALES: że woda

      A że, jak pisał Książę Poetów, satyra prawdę mówi, także i w tych na pozór śmiesznostkach znaleźć można głęboką prawdę o nas samych, czego przykładem niech będzie fragment z "Pochwały cenzora":
"Uwielbiasz okazje do zgorszenia, słoneczko ty moje, ubóstwiasz wiadomości, które dają ci  możliwość oburzenia, potępienia i darcia szat. Uwielbiasz je i ubóstwiasz, bowiem, po pierwsze, wywyższają cię one we własnych oczach i stawiają na piedestale cnoty i czcigodności jako tego, który właśnie nie okradł kasy państwowej, nie porzucił żony z dziećmi w nędzy i nie usiłował otruć przyjaciółki, a jeśli okradł, porzucił i usiłował otruć, to było to już dawno i wszyscy o tym zapomnieli. Więc upajasz się i podniecasz i niesłychanej satysfakcji doznajesz, kiedy możesz się gorszyć i potępiać, bo przez to kontrastujesz się z przedmiotem twojego zgorszenia nieskalaną bielą własnego sumienia, które na tle codziennych drobnych niegodziwości i małych świństewek nie wyróżnia się niczym i w towarzystwie przystraja się do powszechnej miernoty. (...) A po trzecie, przyznaj, motylku, że miota tobą szalona zazdrość, jeśli ktoś zrobił coś, o czym ty marzysz, a na co się nie zdobędziesz z tchórzostwa. A ty również marzysz o tym, żeby zdefraudować pieniądze państwowe, porzucić żonę z trojgiem dzieci i otruć przyjaciółkę. Marzysz, ale tchórzysz, więc nie robisz tego; wobec tego wiadomość, że ktoś to właśnie usiłował zrobić i że mu się nie powiodło, jest dla ciebie źródłem rozkosznego zadowolenia, że on w ten sposób nie dopiął tego, czego i ty nie dopiąłeś. Takie to my, dzieci, jesteśmy. Więc skończmy z tym i nie mówmy więcej o tej sprawie. Zanotujmy sobie tylko, że wiadomości gorszące lubimy, kochamy, mlaskamy i cmokamy nad nimi, rozkoszne są dla nas i wspaniałe."

niedziela, 20 maja 2018

Między nigdy a koniecznością



       Wyobraźmy sobie siatkę zbudowaną z niewyobrażalnej liczby przecinających się linii. Linie są ścieżkami ewolucji Wszechświata, prawami fizyki funkcjonującymi w skomplikowanych strukturach matematycznych. Miejsca przecięcia się dwóch linii to fluktuacja - przypadkowe spotkanie, impuls, bodziec, który może, choć nie musi, zmienić bieg zdarzeń w ramach owych dwóch pierwotnych linii. Biegną więc sobie te linie według określonych praw fizyki i gdyby nie spotkanie, skrzyżowanie, ich biegu nic by nie zmąciło. Lecz pojawia się taka fluktuacja i zbija obie linie z pantałyku. Obie doznają zdziwienia i krzyczą: O, kurczę, jaki przypadek! Oczywiście owym przypadkiem jest spotkanie tej drugiej, ale ta druga myśli tak samo o pierwszej. Bo obie same w sobie mają prawo tu być - ich bieg, tor czy los, jakkolwiek nazwać, wyznaczają określone prawa fizyki, tak więc same w sobie przypadkowe nie są. Czy wobec tego fluktuacja jest przypadkowa? Bynajmniej! Deterministyczny ciąg zdarzeń jednej linii i deterministyczny ciąg drugiej linii kiedyś musiał ulec fluktuacji. Jeśli nie tej, to innej. To, co dla wąskiej linii jest przypadkiem na torze jej biegu, w skali całej siatki - nieskończenie wielkiej, tak wielkiej, że nie można jej zapisać ani namalować  -  jest prawidłem, zasadą, kolejnym prawem istnienia.
      Oczywiście Heller używa języka bardziej precyzyjnego i skomplikowanego, choć stara się upraszczać. Ale pojęcia siatki używa. Nazywa ją Wielką Matrycą. Jest ona znacznie bardziej skomplikowana i - powiem to, choć nigdy nie sądziłam, że to zrobię - piękna. Czy świat ujęty matematycznie może być piękny? Właśnie odkryłam, że może. Dwa pierwsze rozdziały o dziejach rozwoju rachunku prawdopodobieństwa, o sporach uczonych, miejscami anegdotyczne, miejscami przyprawiające o ból głowy natłokiem pojęć, wzorów, definicji, przenikaniem wymiarów mikro- i makroświata, doprowadziły do końcowej wizji. Bynajmniej nie ostatniej, skoro autor twierdzi, że wciąż czekamy na odkrycie ostatecznej odpowiedzi. Na szczęście ja już sobie tym głowy łamać nie będę. Wystarczy, że próbuję zrozumieć własne istnienie jako "nieliniowy, otwarty układ dynamiczny znajdujący się w stanach odległych od równowagi".  Brak równowagi jest tutaj istotny, dzięki niemu istnieję. Równowaga oznacza absolutną harmonię, równowagę właśnie, między - obrazowo mówiąc - mną, a otoczeniem, czyli np. wyrównanie ciepła. Co mamy w efekcie? Śmierć. A więc stan braku równowagi, czyli takie sobie wahania energii wte i wewte, miotanie się moich neutronów, elektronów, kwantów, kwarków i co tam jeszcze odkryto, przez bardziej widoczne miotanie się na poziomie cielesności, po całkiem frustrujące miotanie się w chaosie codzienności jest sine qua non istnienia w ogóle! Na nic na nic plany odpoczynku, na nic marzenia o spokoju!
        Chaos jest niezbędny do istnienia i rozwoju czegokolwiek. Został wpisany w strukturę Wszechświata. Przypadek nie jest wyłomem z racjonalnego porządku; jest elementem zaplanowanym, przewidzianym, niezbędnym. Oczywiście nie tak przewidywalnym, jak nam się na co dzień wydaje, ale... przypadki - w sensie nie wiadomo, co i skąd - nie istnieją. Co się zdarzy konkretnie - rzecz jasna - nie wiemy, ale co może się zdarzyć, czyli spektrum deterministycznych prawdopodobieństw można obliczyć ze stanu początkowego danego układu. I jeszcze jedno: to, co dla jednego układu jest rzekomo przypadkiem, to znaczy fluktuacją, zewnętrznym bodźcem, dla innego z kolei jest ściśle zdeterminowaną koniecznością wynikającą z praw fizyki. Weźmy przechodnia idącego wzdłuż budynku, z którego spada mu na głowę cegła. Mówimy, przypadek! Ależ w żadnej mierze nie było w tym nic przypadkowego. Uznajmy za układ początkowy losu owego przechodnia moment, w którym z jakichś sobie znanych powodów postanowił pójść tego dnia do lekarza. Szedł więc określoną ulicą, wzdłuż określonych domów, ponieważ  akurat tędy wiedzie trasa do przychodni, w której przyjmuje jego lekarz. Wszystko ściśle zdeterminowane, przewidywalne, zaplanowane. Z kolei za układ początkowy dla owej cegły uznajmy dzień, w którym ulewa wypłukała pierwsze drobinki zaprawy, która łączy ową cegłę z murem. Od tamtego dnia minęło wiele kolejnych dni, kolejnych ulew, które raz po raz wypłukiwały zaprawę. Proces erozji jest zjawiskiem ściśle fizycznym, przewidywalnym i jego tempo daje się obliczyć! W tym nie ma żadnego przypadku. WIADOMO, że cegła spadnie, gdy spoiwo utraci określoną objętość i ciężar cegły przeważy. Tak więc określonego dnia o określonej godzinie cegła spadnie; o określonej godzinie określonego dnia przechodzień będzie tamtędy szedł do lekarza. Nastąpi przecięcie się losów cegły i przechodnia, czyli fluktuacja.
       Jeśli mamy stan początkowy, stan końcowy nie jest nieoczekiwany i nieprzewidywalny. Oczywiście w skali kosmicznej rachunki są bardzo skomplikowane, ale kiedy Wszechświat istniał 3 minuty, ustalił się jego skład chemiczny: hel 3, hel 4, deuter, lit i wodór. To, co nastąpiło dalej, wymagało tylko czasu, bardzo długiego czasu. Tylko tyle i aż tyle. Czyż to nie piękne?

niedziela, 6 maja 2018

Łamanie głowy

       Jeśli nie wiemy, co się dzieje wokół, a tym bardziej co się zdarzy w przyszłości, to co robimy? Przewidujemy. Na ile trafnie przewidujemy? No cóż, to zależy. Co prawda, jak mi opowiadał znajomy matematyk, pewien student obliczając stopień prawdopodobieństwa pewnego zdarzenia losowego, podał ostateczny wynik 8/3, w wyniku czego zastanawiam się, co ów student j e s z c z e  robi na uczelni??? Z takimi zdolnościami powinien dawno puścić z torbami wszystkie kasyna w Monte Carlo ;-) Przeciętny jednak człowiek jako tako myślący zdaje sobie sprawę, że jego pewność to tylko domysły, a wszelkie domysły mają prawdopodobieństwo mniejsze niż 1. I chociaż Bernoulli uważał prawdopodobieństwo za stopień pewności, słuszniej byłoby za Gibbsem rzec, a Heller powtarza to kilkakrotnie, że jest ono raczej miarą ludzkiej niewiedzy o  zjawiskach świata. Stan obecny nie określa w sposób jednoznaczny, co się zdarzy, a jedynie determinuje zakres - dosyć szeroki - wielu możliwości. Mówiąc językiem fachowym:  "stan układu w chwili obecnej determinuje jedynie rozkład prawdopodobieństwa możliwych stanów w przyszłości".  Indywidualne poglądy człowieka to jedynie zbiór przekonań o różnym stopniu prawdopodobieństwa. Nigdy zaś pewność. Oczywiście nie każdy nosiciel/właściciel owych przekonań zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego w komunikacji międzyludzkiej tak wiele jest wygłaszanych pewników, a tak mało wątpliwości. Doszłam w tym momencie do fragmentów z wzorami, na których mój umysł się wywraca. Nie wykorzystam zapewne teorii prawdopodobieństwa do gier hazardowych, ale czyż samo życie nie jest grą o stawce najwyższej? Być może więc filozofia przypadku znajdzie zastosowanie także na poziomie zwyczajnej codzienności ;-) Czytam sobie w odcinkach przyswajalnych dla umysłu "Filozofię przypadku" Michała Hellera. Do filozofii jeszcze nie doszłam, na razie jest matematyka i fizyka, a raczej matematyka w fizyce: teoria prawdopodobieństwa w fizyce kwantowej.

wtorek, 24 kwietnia 2018

Jak Polacy tworzyli muzykę światową

    Tytuł nieco na wyrost. Jednak czytając świetną książkę Janusza Ekierta (patrz wpis TUTAJ), zwracałam uwagę na pojawiające się polskie nazwiska. Nie da się ukryć, że muzyka polska po II wojnie światowej za sprawą wybitnych kompozytorów należała do czołówki światowej awangardy. Najdobitniejszym przykładem jest Krzysztof Penderecki, któremu autor poświęca niemal w całości dwa rozdziały: "Monachium" i "Zamówienia".
      Monachium dlatego, że tamtejszy Bawarski Teatr Narodowy zamówił u polskiego kompozytora operę komiczną Król Ubu, której premiera w 6 lipca 1991 roku "stała się wydarzeniem całej festiwalowej Europy". Podobno przed teatrem tłumnie stali ludzie z transparentami "poszukuję biletu". Istotą muzyki Ubu Rexa jest żart, parodia, aluzja, pasticcio, synteza motywów znanych i rozpoznawalnych, w tym np. liczne tańce, ale swoiście przetworzone, skarykaturyzowane, przeobrażone i przybrane w błazeńską czapkę. Penderecki komediantem? Zaskoczenie było wielkie.
     W rozdziale "Zamówienia" mowa jest o fenomenie Pendereckiego jako światowego artysty tworzącego kompozycje na uczczenie wielkich jubileuszy: 700-lecia katedry w Munster, 25-lecia ONZ, 1200-lecia katedry w Salzburgu, 40. rocznicy zakończenia II wojny światowej, 200-lecia rewolucji francuskiej, 3000-lecia Jerozolimy, 850-lecia Moskwy, 1000-lecia Gdańska, 200-lecia  Stanów Zjednoczonych,  200-lecia urodzin Chopina,  200-lecia Musikverein w Wiedniu... a nie są to bynajmniej wszystkie. Tak samo nie umiałabym wypisać wszystkich doktoratów honorowych, orderów i odznaczeń, przyznawanych mu na całym świecie. "Gdy skomponował Anaklasis i Tren, mówiono, że jest jednym z najciekawszych talentów w muzyce naszych czasów. Po Pasji wg św. Łukasza wiedziano, że jest jednym z najwybitniejszych kompozytorów polskich. Po operach Raj utracony i Czarna maska, po Polskim Requiem nabrano pewności, że jest jednym z największych kompozytorów stulecia. Po Siedmiu bramach Jerozolimy, po Symfonii przemijania utrwala się opinia, że należy do najsławniejszych twórców w ciągu tysięcy lat rozwoju muzyki". Większość jego dzieł miała swoje premiery i prapremiery poza granicami Polski, np. Diabły z Loudun w Hamburgu, Czarna maska w Salzburgu, I Symfonia w Peterborough, Raj utracony w Chicago... i tak można by wymieniać jeszcze długo śledząc wędrówki jego muzyki kręcąc globusem dookoła.
      Ale Ekiert pisze i o innych fenomenach polskiej muzyki, a właściwe jej wybitnych twórcach. O Lutosławskim pisano, że jest Beethovenem naszych czasów. Zdzisława Donat, sopran, po Czarodziejskim flecie wystawionym w Salzburgu pod batutą Jamesa Levine`a została uznana za najlepszą Królową Nocy. Na próżno szukać informacji o sukcesie Manekinów Zbigniewa Rudzińskiego wystawionych w Wiesbaden (za kilka dni, 30 kwietnia rozpoczyna się edycja Maifestspiele 2018). Nawet na culture.pl nie znalazłam informacji o Wacławie Orlikowskim, dyrektorze baletu w Grazu, twórcy choreografii w wielu miastach Europy, od Bregencji, przez Berlin, Paryż, Rzym, po Weronę.
      Poza tym zatrzymuję się na ciekawostkach zgoła mniejszego kalibru. Niestety, nie znajdę już nieistniejącego hotelu "Pod Czarnym Rumakiem" w Pradze, gdzie mieszkał Chopin podczas trzydniowego pobytu w drodze z Wiednia do Warszawy. Ciekawe, czy obecny właściciel pałacu Hohenems (koło Bregencji)  również oprowadza gości prezentując między innymi rodzinne portrety Potockich, wyprzedawanych wraz z innymi zabytkami z dawnej kolekcji Łańcuta.
     A wiedział ktoś, że Beethoven skomponował melodie do dwóch polskich piosenek ludowych? Są to właściwie takie dwie przyśpiewki: Poszła baba po popiół i Oj, upiłem się w karczmie. Beethoven pracował nad skompletowaniem cyklu pieśni różnych narodów. W 1816 roku poprosił Franciszka Mireckiego, też kompozytora, którego poznał w Wiedniu u hrabiego Ossolińskiego, aby mu dostarczył jakieś teksty polskich ludowych pieśni. Mirecki dostarczył mu te właśnie dwie.
###
Poszła baba po popiół
i diabeł ją utopił,
ni popiołu, ni baby,
tylko z  baby dwa schaby.
###
Oj, upiłem się w karczmie,
wyspałem się w sieni,
a Żydki, psiajuchy,
kobiałkę mi wzieni.

Oj, oj, Żydki kanalije,
oddajcie kobiałkę
oj, czymże będę nosił
krupy na gorzałkę.


Tu są obie na samym początku.



Druga bardzo w rytmie krakowiaka. Słychać nie do końca polskie wymawianie słów, ale da się zrozumieć :-) Znalazłam jeszcze jedno wykonanie tylko "Baby":

wtorek, 17 kwietnia 2018

Nadstawną, Mostową, Morową...

 .... czyli idąc uliczkami dawnego Biłgoraja, chłonąc atmosferę prowincjonalnego miasteczka na południowo-wschodnich rubieżach, poznaję świat, który przestał istnieć. Siłą poetyckiego słowa wskrzesza go Jacek Żybura  w najnowszym - jeszcze pachnącym farbą -  tomiku "Biłgoraj ze "starych fotografii". Nadejdzie czas delektowania się obrazami, poszczególnymi frazami, wsłuchiwania się w wielogłosową symfonię życia, wpatrywania w wielobarwny ogród polsko-żydowskiej społeczności. 


Jeśli bowiem przyjąć, że literatura jest specyficznym rodzajem komunikacji, to „Biłgoraj ze starych fotografii” Jacka Żybury pełni tę funkcję w sposób szczególny: osadzony w konkretnej topografii miasta świat tych wierszy żyje kulturowym i obyczajowym bogactwem dawnych mieszkańców. Miejska przestrzeń, wyznaczona rogatkami, ulicami (których nazwy przetrwały częściowo do dzisiaj), młynem nad Ładą i dzwonnicami kościołów, zaludnia się wielokulturową społecznością modlących się Żydów, gromadnie wyruszającymi i powracającymi sitarzami, chłopami i babami z okolicznych wiosek przyjeżdżającymi na jarmark i żołnierzami kozackiej sotni.  Sceny codziennego małomiasteczkowego gwaru uderzają zmysłowymi opisami wielorakich dźwięków, zapachów i kolorów. Od ruchliwego targowego tłumu („Czwartek na biłgorajskim rynku”) przechodzimy do szabasowych żydowskich pieśni („W szabasowy wieczór”), od sielankowego dworskiego ogrodu do starego kirkutu, na którym „w fałdach czasu/ zamknięte w akrostych/ gasną powoli zatarte daty imiona …”
Czytelnik prowadzony przez uważnego kronikarza uczestniczy w odświętnych wydarzeniach organizujących rytm życia miejskiej gromady: jesiennym powitaniu i wiosennym pożegnaniu sitarzy, pielgrzymce wiernych na odpust do Puszczy Solskiej, żydowskim weselu, przygotowywaniu wigilijnej wieczerzy, koncercie kozackiej orkiestry. Na granicy miasta i wsi, w zaułkach i ogródkach czas płynie wolniej, nad kwietnymi zagonami słychać krowy, koguty, psy, a gdzieś daleko niesie się echo końskich kopyt na bruku. Ma się wrażenie, że ciekawski obserwator przeszedł wszystkimi ulicami, zajrzał do sitarskich zagród i żydowskich sklepików, wtopił się w tłum uważnie nasłuchując rozmów, śmiechu i płaczu, modlitw zza okien i wrzasków z nocnych spelunek.
Siłą poetyckich obrazów Jacka Żybury jest mnogość sensualistycznych doznań: zapachy ziół, chleba, świec, dźwięki dzwonów, skrzypiących wozów, okrzyki, kolory kwiatów, domów, ścian, kształty, kalejdoskop ludzkich gestów jak na filmowej taśmie: mężczyzn pracujących w tartaku, dzieci bawiących się w chowanego, krzątających się kobiet, fruwające motyle, kaczki, kury, indyki spacerujące  w obejściach; tylko staruszki drzemią nieruchomo na ławce.  Dominujący w opisach czas teraźniejszy, utrwalając przeszłość w wiecznym „teraz”, sprawia wrażenie, jakby świat  na moment tylko zastygł: „ktoś wyszedł z domu ogrodnika…” zdaje się, że tylko na chwilę… zaraz wróci i życie potoczy się dalej dawnym rytmem (za wjazdową kutą bramą…).
Najciekawszy efekt poetyckiej kreacji pojawia się w utworach, w których dynamika dnia wstającego po nocy lub przemiany dnia w zmierzch, gdy „maleją dachy rosną ścian pochyłe cienie” a blask księżyca oświetla nocny Rynek. Mgła spływająca „nocnym brokatem” z Ratusza, potęgując zapachy piekarni i kościelne dzwony, tworzy czechowiczowski klimat przestrzeni baśniowej („Rynek –nocny pejzaż z księżycem”). Symultaniczność zdarzeń i obrazów podkreślają paralelnie uszeregowane konstrukcje składniowe: a w saskim skwerku… a w lupanarze…, a słońce… oraz współrzędnie łączone spójnikiem „i”.
       Trafnie zastosowana w tytule tomiku analogia do fotografii znajduje potwierdzenie w postawie podmiotu mówiącego, który zdaje się zwracać do czytelnika słowami Mickiewicza: „widzę i opisuję” . Jest to jednak postać naszych czasów, ktoś z naszego świata, kto patrzy w przestrzeń nie tak odległą, a przecież minioną, poprzez obrazy poetyckie rozwijając nić porozumienia „między dawnymi i młodszymi laty”. Owa dawność kulturowa żydowsko-sitarskiego miasteczka na Lubelszczyźnie, wywoływana zasobem leksykalnym bogatym w archaizmy rzeczowe i słownictwo związane z obyczajowością żydowską, realizuje poetycki „głód konkretu” zdefiniowany przez Zbigniewa Chojnowskiego jako „antidotum na zagrożoną i rozmydlaną przez anomię, masowość, redukcję refleksji, inwazję kiczu, a nade wszystko wirtualizację rzeczywistości, podmiotową strukturę człowieka współczesnego…” Realizm szczegółów prowadzi do odkrywania w poetyckiej formie śladów ludzkiego bytowania, będących zapisem wspólnego losu wielokulturowej społeczności.

      Dopełnieniem tomiku są bogate przypisy wyjaśniające wiele zapomnianych dzisiaj obyczajów sitarskiej i żydowskiej społeczności. Wiele z nich odnosi się także do szczegółów topograficznych, rozmieszczenia ulic, zmiany ich nazwy czy lokalizacji budynków, o których mowa, a które dzisiaj nie istnieją. istotny wpływ na odbiór tomiku mają wykonane na zamówienie czarno-białe grafiki ściśle korespondujące z treścią utworów. całość została pomyślana i skomponowana jako jak najwierniejsze odtworzenie specyficznego ducha miasteczka [poprzez zaangażowanie wszystkich zmysłów i poruszenie wyobraźni, aby po lekturze idąc niedzielnym popołudniem usłyszeć echo pułkowej orkiestry Kozaków Dońskich, a przy figurze św. Jana Nepomucena zobaczyć odchodzących w świat sitarzy. 
      
Zdjęcie okładki pożyczyłam ze strony wydawnictwa Studio Suite 77
W notce zamieściłam fragment wstępu ""Biłgoraj w scenach widzenia Jacka Żybury"
Strona wydawnictwa z promocją książki:
http://studiosuite77.pl/produkt/bilgoraj-ze-starych-fotografii/


                                                                                                                                       

czwartek, 12 kwietnia 2018

Na królewskim dworze

     Kończąc wątek królewskiego mecenatu muzycznego w epoce stanisławowskiej - ponieważ dotarłam do końca książki - zapiszę ku pamięci intrygujące ciekawostki. Na przykład o harfie. Była już mowa o tym, że grą na harfie popisywał się Michał Kazimierz Ogiński. Być może był pierwszym harfistą w historii polskich wirtuozów tego instrumentu. Zagraniczni harfiści odwiedzali w tym czasie Warszawę i Kraków. W 1788 roku w Krakowie i w Warszawie wystąpił  Nimazico (lub Nimasico), a w 1792 roku w Warszawie harfistka o nazwisku Stockheim. Nic bliższego o tych dwojgu artystach nie wiadomo, za to bardziej znany był niemiecki wirtuoz  Ferdinand Horn również prezentujący się przed warszawska publicznością. Pierwszą harfę Stanisław August zakupił prawdopodobnie w 1782 roku dla śpiewaczki Caterini Bonafini, która zamierzała pobierać lekcje gry na tym instrumencie.
      Występy Cateriny Bonafini to całkiem osobna historia zresztą. Stanisław August namówił ją, aby pozostała na dłużej, gdy zawitała do Warszawy w 1776 roku zmierzając  do Petersburga. Ostatecznie spędziła tutaj sześć miesięcy, występując ze swoim scenicznym partnerem kastratem  Giuseppe Campagnuccim. Śpiewaną przez nią koronną partią, dzięki której zyskała sławę w Wenecji była Dydona w operze  Pasquale  Anfossiego. Bonafini wzbudziła zachwyt i podziw, a pozytywnej opinii nie szczędził jej nawet Bogusławski, który kierując Teatrem Narodowym nieustannie rywalizował z włoskimi i francuskimi zespołami teatralno-operowymi. Bonafini zawitała po raz drugi do stolicy, gdy po sześcioletnim kontrakcie wracała z Petersburga do Włoch w 1782 roku, pozostając jako artystka królewska prawie 10 miesięcy - do kwietnia 1783 roku. Król opłacał jej dom, konie do karety, stangreta, no i zakupił harfę, na której pobierała lekcje gry, również na koszt króla. Stylem i wystawnością życia wzbudzała zainteresowanie i bulwersowała opinię publiczną skandalami, na pokaz arogancji pozwalała sobie nawet w obecności króla. Ostatecznie po wyjeździe z Polski Bonafini zakończyła karierę, na co pozwalał jej ponoć olbrzymi majątek zgromadzony podczas pobytu na dworze carskim w Petersburgu, a dopełniony hojnym wynagrodzeniem Stanisława Augusta.
       Jednym z mocniej związanych repertuarowo z warszawską sceną muzyczną był kompozytor Giovanni Paisiello, który nawet ofiarował królowi - co prawda przez pośrednika - własną kompozycję do Te Deum laudamus. Utwór został wykonany w pierwszą rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Później jeszcze kilkakrotnie kompozytor ofiarowywał warszawskiemu dworowi swoje dzieła, a początek tych kontaktów został nawiązany w 1784 roku, kiedy Paisiello wracał po ośmioletnim kontrakcie z Petersburga do Włoch. W tym samym czasie przebywała w Warszawie wybitna portugalska śpiewaczka Luiza Todi, a ponieważ był to okres wielkopostny,  w teatrze zamkowym zaprezentowano po raz pierwszy oratorium Paisiella La passione di Gesu Cristo. 
No to posłuchajmy muzyki przeznaczonej dla królewskich uszu :-)))


     Przy tej okazji postawić wypada pytanie, skąd brano nuty, o ile nie zostały podarowane przez kompozytora. Najczęściej kupowano je gdzieś w krajach europejskich i przepisywano ręcznie, przywożąc kopie, gdyż nie było w Polsce żadnej drukarni, który by się publikowaniem takich specjalistycznych dzieł zajmowała. Toteż i taka adnotacja o "sponiewieraniu" nut mogła się znaleźć w spisie muzycznej biblioteki teatru publicznego: "Simphonie się z nayduią nie complet a to przez częste użiwanie są z poniewierane".
     A z kolei z innej relacji wynika, że na wiele lat przed Ravelem niejaki pan Fial (Fiala?) skomponował utwór, w którym zaczyna jeden instrument dęty, a potem dołączają kolejne. Mało tego, równie symetrycznie kompozycja się kończyła, gdy jeden po drugim instrumenty wyciszają się.  I wielce żałować należy, że nie zachowały się nuty tego eksperymentu ;-)

czwartek, 5 kwietnia 2018

Między tekstami

     Nadal jestem w trakcie czytania o muzyce w czasach stanisławowskich, a już przyszedł pocztą nowy numer Zeszytów Literackich, w których wyimki z korespondencji Gombrowicza z Czapskim. Przerzucam kartki rozdziału o pierwszym znanym polskim wirtuozie harfy, a był nim nie kto inny tylko Michał Kazimierz Ogiński, z rodu książąt Ogińskich, kuzyn Michała Kleofasa, autora poloneza "Pożegnanie ojczyzny". Michał Kazimierz, pan na Słonimiu, wielokrotnie dawał wyraz zainteresowaniom muzycznym, sam zresztą komponował i to na całkiem profesjonalnym poziomie. W swojej posiadłości utrzymywał orkiestrę, a w latach 1779-1780 jego dworska kapela wokalna liczyła 53 osoby! Sam hetman i wojewoda wileński Ogiński był zresztą multiinstrumentalistą: grał na skrzypcach i harfie, a podobno też na klarnecie. W 1765 roku hetman wielki litewski Michał Kazimierz Ogiński w swoim pałacu osobiście (w towarzystwie dwóch innych muzyków) grał na skrzypcach w koncercie z okazji urodzin Stanisława Augusta Poniatowskiego, a na pierwszą rocznicę koronacji w warszawskim teatrze wystawiono między innymi balet z jego muzyką. A skoro o polskich muzykach mowa, to warto sobie uprzytomnić, że ojciec polskiego teatru Wojciech Bogusławski był czynnym śpiewakiem (bas-baryton), występującym w operowym repertuarze do 1820 roku. Jego działalność teatralna polegała na tym, że prowadząc Teatr Narodowy przełożył na język polski libretta ponad czterdziestu oper włoskich, francuskich i niemieckich oraz napisał 6 oper oryginalnych, w tym pierwszą polską operę "Nędzę uszczęśliwioną", której libretto Bogusławski zaczerpnął i uzupełnił z kantaty Franciszka Bohomolca.
       Listy Gombrowicza i Czapskiego gwałtownie przenoszą mnie w czasy literatury współczesnej. Datowane są od 1949 do 1969 roku, ostatni z marca, pięć miesięcy przed śmiercią Gombrowicza. W pierwszym jeszcze z Argentyny prosi Czapskiego o pomoc w doprowadzeniu do francuskiego wydania "Ferdydurke".  Pojawiają się wątki tłumaczenia, odczytania utworów jednego i drugiego autora i wzajemne kurtuazje, wspomnienie pierwszego spotkania jeszcze przed wojną, a przy tym szczerość Czapskiego, który ujawnia ogromną ambiwalencję w ocenie twórczości Gombrowicza. Z jednej strony jest nią zafascynowany, a z drugiej zmaga się i wewnętrznie buntuje: "Nie mam narzędzia!, żeby z Panem dyskutować, nie tylko że nie jestem filozofem i nigdy poza dyletanckim skubaniem do tej dziedziny nie podszedłem, a chodzi mi w stosunku do pana o sprawy najważniejsze, o których Pan  w i e. Jak podejść do mojego zarzutu zasadniczego, przekonania, że Pan na pewne sprawy jest u m y ś l n i e  głuchy." A mimo to Gombrowicz prosi Czapskiego o napisanie o nim tekstu do jubileuszowego wydania "Cahiers de L`Herne", który ukazał się już po śmierci Gombrowicza w 1970 roku. Ostatecznie Czapski osobnego tekstu nie napisał, ale opublikowane zostały trzy jego listy, w których omawia, a właściwie wadzi się z twórczością autora "Kosmosu".
       I zaraz dalej, po tych ułamkach korespondencji, wzruszające wspomnienie Wojciecha Karpińskiego o Czapskim pisarzu, Czapskim malarzu, Czapskim świadku historii, o "autorze - znakomitych - migawek rzeczywistości, rysunków świata i siebie, portretów  układających  się w dynamiczny  autoportret. taki był w pisaniu, taki był w malowaniu i taki był w rozmowie".

Zadziwiające

       Kiedy zamykałam ten blog, było zaledwie kilka tysięcy odsłon. Wydawało się, że nie ma on jakiejś szerszej perspektywy na rozwój, bior...