wtorek, 16 października 2018

Tryumf wyobraźni czy "zemsta ręki śmiertelnej"?

       "Coż z tego, że umrzemy, skoro umarli przed nami Vermeer, Flaubert, Mahler?" - kto mógł napisać te słowa? Tylko jeden, jeden tylko erudyta, znawca literatury, eseista, a teraz okazalo się, że i pisarz w klasycznym rozumieniu, autor powieści oraz wcześniej już przeze mnie czytanych poruszających esejów "Ciemne skrzydła Ikara" - Jan Tomkowski. No właśnie. Nie wiedziałam, że pisał też powieści. Mało tego, nie wiedziałam, że jedną z nich mam w swojej biblioteczce. Stała tyle lat nieprzeczytana. Autor jakby to przewidział, gdy pisał: "Nieprzeczytane książki - ileż ich przybywa na świecie każdego dnia! A ile nie znajdzie nigdy domu ani przyjaznego czytelnika, ile pozostanie nie tkniętych! Lecz przecież istnieją i każda z nich będzie mieć swój czas - może jutro, a może za sto lat. Nie myślę tu o odkryciach, które staną się powszechnie znane, o przeoczeniach, z powodu których ganimy surowo obojętność dawnych krytyków i dziwimy się lenistwu ówczesnej publiczności. Chodzi przecież nie o spóźnione uznanie, lecz o tego jednego, który poświęci zapomnianej książce nieco uwagi i zechce ją przeczytać w całości, nie licząc, że odkryje tekst, który wypadnie uznać w przyszłości za arcydzieło, lecz pragnąc usłyszeć głos autora, którego daty urodzin i śmierci staną się w takiej chwili czymś więcej niż martwymi cyframi, bo pojawi się między nimi nowa wartość  - życie."
        Spełniła się przepowiednia: książka nietknięta przez niemal 30 lat właśnie została przeczytana. Na szczęście z dwóch dat wyznaczających życie autora ta druga jeszcze nie została zapisana. Zdążyłam przed nią. Przeczytałam "Opowieści Szeherezady", drugą powieść w dorobku Jana Tomkowskiego. Książeczka objętościowo niewielka, lecz zgodnie z sugestią tytułową, mikroopowieści w niej występujące skrzą się niespodziankami, nieoczekiwanymi zwrotami akcji, nałożonymi na siebie warstwami znaczeń, aluzji i kulturowych kodów. Trudno jest w krótkich słowach ująć sens zdarzeń rozgrywających się na granicy światów: jawy i snu, realizmu i fantastyki, dosłowności i groteski, teraźniejszości i wieczności. "... podejrzewałem, że z nieznanych przyczyn znaleźliśmy się w krainie otoczonej zewsząd rzeczywistością, choć w istocie nierealnej, gdzie stanęły zegary i dokonała się zemsta kalendarzy, z których od dawna nie zrywano kartek." 
        Można, bawiąc się w detektywa, tropić niezmierzone pokłady kryptocytatów, aluzji i stylizacji ukrytych zręcznie w groteskowo-onirycznej narracji. Natkniemy się wtedy na wędrówkę do Ziemi Obiecanej i na sto lat samotności, na pouczające przypowieści i baśnie Andersena, na Gombrowiczowską Formę i błądzenie w "życia wędrówce na połowie czasu", na Hamletyczną niepewność świata norm i robinsonadę. Tak samo bawił się motywami Stanisław Lem, ale Tomkowski idzie dalej, głębiej. Układanka tworzona jest już na poziomie języka. Czytając zdanie po zdaniu ma się wrażenie, że skądś je znamy, że już to czytaliśmy, ale ktoś poprzestawiał i podmienił niektóre słowa, towrząc nowy wzór. "...A ci, co pójdą na północ, staną się mieszkańcami ziemi skutej lodem.  I będą się tułać po śnieżnej pustyni, szukając się nawzajem. I zejdą w dół, do kopalń, a przykuci łańcuchami wydrążą długie chodniki. I zginą, lecz zostanie po nich dobra pamięć. A ci, co pójdą na zachód, znajdą wszystko, co potrzebne jest człowiekowi do życia. Ale siebie nie znajdą. Zatracą siebie i poniesie ich wielki wiatr. A ci, co pójdą na wschód, zobaczą światło, które ich porazi. Nie będą rozumieć, chociaż pomyślą, że zrozumieli. Będą głodni i żebrać będą o kawałek chleba, lecz siebie nie zatracą. Ich męka zmieni się w radość, a radość w mękę obróci."
       "Opowieści Szeherezady" przemawiają do czytelnika na kilku poziomach znaczeń. Sensacyjnie skonstruowana fabuła z często pokawałkowaną akcją, stopniuje napięcie dokładnie tak, jak baśnie tysiąca i jednej nocy - gwałtownymi zwrotami, nieoczekiwanymi rozwiązaniami lub ich brakiem i przeskokami. Autor nie odmówił sobie nawet wprowadzenia bohatera wierzącego w kosmitów, którzy mogliby swoim statkiem zabrać wszystkich w kosmos. Jenak to tylko zabawa, gra konwencjami i stylizacje, gdyż na końcu narrator niedwuznacznie ujawnia się jako autor parający się kształtowaniem słownej materii. "Zdecydowałem, że najwyższy czas, by zniszczyć tę historię, która nie chciała się skończyć. Rozdarłem papierowe dekoracje tworzące tło dla mojego romansu, otworzyłem okna, wpuściłem trochę świeżego powietrza. Mimo wszystko nie zamierzałem wyzbywać się jedynej władzy, jak mi pozostała. W państwie wymyślonych postaci umiera się i powraca do zdrowia tak łatwo - za sprawą jednej kropli atramentu. Tutaj nie ma Atropos przecinającej nożycami nici życia. Bohaterowie powieści giną, gdy ich stwórcy zabraknie konceptu, odchodzą posłusznie bez buntu."
        Są więc "Opowieści Szeherezady" powieścią o pisaniu powieści, o tworzeniu świata fikcyjnego z ułamków doświadczeń, z widoków i obrazów, z ulotnych spotkań i domysłów wzbogaconych wyobraźnią autora. Są autorefleksją pisarza, ale i erudyty zamieszkującego literackie światy równoległe. Za poetką można by rzec, że to przykład "zemsty ręki śmiertelnej" nad niepochwytnym światem wyobraźni. 

wtorek, 9 października 2018

Kobiety w świecie mężczyzn

       Czytając biografie niezwykłych kobiet w XV i XVI wieku, przyszło mi do głowy pytanie o ich odwagę. O odwagę kobiet w ogóle. Kiedy były odważniejsze: dzisiaj, kiedy w sukurs powszechnym dążeniom idą media i cywilizacyjne osiągnięcia, czy przed stuleciami, kiedy za obronę miały tylko swoją inteligencję, ambicję i zdolności dyplomatyczne. U początków renesansu, na przełomie XIV i XV wieku żyła Christine de Pizan (1364 - 1430), uznawana za pierwszą zawodową pisarkę. Kiedy w wieku 24 lat owdowiała, nie wybrała żadnej z dwóch ówcześnie zalecanych kobietom w jej sytuacji dróg: nie wstąpiła do klasztoru ani nie wyszła powtórnie za mąż. Zaczęła pisać ballady, ale jednocześnie dokształcała się w łacinie, historii, naukach ścisłych oraz klasycznej i współczesnej literaturze. Jej twórczość zyskiwała uznanie oraz zaczęła przynosic dochody, ona sama zaś stała się autorytetem w dziedzinie retoryki. Wzięła  między innymi udział w literackiej debacie na temat najsłynniejszego średniowiecznego poematu "Powieść o Róży", który błyskotliwie zinterpretowała jako wyraz mizoginistycznej postawy patriarchalnego społeczeństwa. Najsłynniejszym dziełem Pizan jest "Księga o mieście kobiet" i zastanawiam się, czy przypadkiem Fellini stamtąd nie zapożyczył tytułu do swojego filmu.
      Humanistyczne zainteresowania umysłowe przejawiała także Isotta Nogarola (1418 - 1466), zgłębiająca gramtykę, retorykę, literaturę i teologię. Jej erudycja w tradycyjnym społeczeństwie humianistycznych intelektualistów wzbudzała niejednokrotnie podejrzenia i krytykę, co spowodowało, że Isotta wycofała się na pewien czas z życia publicznego, pisząc do szuflady. Podobnie jednak jak Pizan nie wstąpiła do klasztoru ani nigdy nie wyszła za mąż, obierając świeckie życie intelektualistki, myślicielki i pisarki. Inicjowała kontakty ze światłymi umysłami swojej epoki, oczywiście w osobach mężczyzn, co niektórym nie mieściło się w głowie i uważano jej poczynania za bezczelność. Na przykład napisała list do uczonego badacza starożytnej greki Guarina Veronese, a kiedy ten nie raczył odpowiedzieć, wysłała drugi list, w którym kpi sobie z niego, że widocznie za nic ma nauki Cycerona, który zalecał traktowanie z szacunkiem osób o niższej pozycji. Tym razem Veronese odpowiedział, jak widać więc argumentacja Nogaroli trafiła w samo sedno ;-)
      Z kolei ambicjami sprawowania artystycznego mecenatu odznaczała się Isabella d`Este (1474 - 1539), w wieku 16. lat wydana za Francesca II Gonzagę, markiza Mantui. Spełniając obowiązek matki dziedziców wydała na świat dziewięcioro dzieci, jenocześnie całe życie i majątek poświęcając na stworzenie kulturalnego centrum wymiany myśli i patronowanie artystom. Co prawda między nią a zatrudnianymi artystami dochodziło czasami do spięć w kwestii ostatecznego efektu artystycznego, niemniej w chwili śmierci pozostawiła po sobie 2 tysiące obrazów wybitnych malarzy epoki.
      Na uwagę zasługuje też Vittoria Colonna (1490 - 1547), najwybitniejsza renesansowa poetka włoska. Przyjaźniła się z Michałem Aniołem, z którym przez 10 lat prowadziła korespondencję, wysyłała mu wiersze, a on naszkicował kilka jej portretów. Wierszami miłosnymi Colonny zachwycał się sam Ariosto. Tworzyła też tzw. sonety duchowe o tematyce refleksyjnej, których napisała ponad 200. Renesansową Safoną zaś nazywano Laurę Battiferri Ammannati (1523 - 1589) autorkę sonetów popularnych na dworach hiszpańskich i austriackich. Na portrecie Angelo Bronzino Laura przedstawiona została z księgą "Sonetów do Laury" Petrarki jako czytelną aluzją do jej twórczości a także zbieżności imion. 

Ilustracja 

      Skoro piszemy o pierwszych zawodowych europejskich pisarkach, czas na pierwszą malarkę, która była pochodząca z Cremony Sofonisba Anguissola (1532 - 1625). Jako kobieta nie mogła jawnie terminować w pracowni malarskiej, ale ojciec umieścił ją jako płatnego gościa u lokalnego malarza Bernardina Campiego, u którego uczyła się malowania portretów. I one właśnie stanowiły główne źródło jej artystycznej aktywności, a z czasem i zawodowej profesji. Ponieważ jako kobieta nie mogła korzystać z mężczyzn jako modeli ani tym samym tworzyć obrazów o tematyce antycznej czy mitologicznej z męskimi postaciami, sztukę portretu pogłębiała malując członków rodziny i siebie samą. Jej ojciec wysłał do Michała Anioła, wówczas już ponadosiemdziesięcioletniego, namalowany przez córkę szkic śmiejącej się kobiety, na co sędziwy artysta poprosił o portret płaczącego chłopca. Sofonisba miała taki obraz - był to portret jej braciszka, którego uszczypnął krab. Michał Anioł zachwycił się tym obrazem i zaczął wysyłać do młodej malarki swoje prace do kopiowania w ramach ćwiczeń. Wkrótce doszło też do ich spotkania w Rzymie, co zwróciło uwagę arystokratycznych mecenasów na młodą artystkę. Przez pewien czas Sofonisba była nadworoną portrecistką hiszpańskiego dworu w Madrycie. Prawie do końca długiego życia malowała autoportrety, w których doszła do mistrzostwa, pogłębiając umiejętność oddania psychologii postaci. Świadczą o tym ostatnie dzieła, jak autoportrety wykonane, gdy miała 78 lat i gdy dobiegała dziewięćdziesiątki. 
Autoportret Sofonisby w wieku 78 lat

Kobiety renesansu, kobiety sukcesu? Mimo wszystko tak, chociaż skrępowane nieraz ograniczeniami patriarchalnego społeczeństwa, innymi drogami niż mężczyźni dążyły do swoich celów i marzeń. Miały tej odwagi chyba znacznie więcej niż kobiety współczesne, nauczone działać w grupie, manifestując jedność. Tamte musiały iść pod prąd w pojedynkę, nie licząc na wsparcie mediów. Czasami tylko ułatwiał im drogę jeden czy drugi światlejszy ojciec, kształcący córkę wbrew obyczajom, jak ojciec Sofonisby czy niepiśmienny analfabeta Pierre Charly, który swojej Louise zapewnił takie samo wykształcenie jak synom, czyli znajomość łaciny, hiszpańskiego, włoskiego oraz jazdy konnej i fechtunku. Louise Labé (1520 - 1566) została autorką pięknych odważnych wierszy miłosnych, w których bynajmniej nie do męża zwraca się słowami: 

Pieść mnie i całuj, całuj ponownie,
Daj mi z całunków twych najupojniejsze,
Daj mi z całunków twych najnamiętniejsze,
Oddam ci cztery gorętsze nad głownie.

Tak życie, jak i poezja Louise jest przykładem odwrócenia sytuacji miłości dwornej, w której rycerz składa hołd pani swego serca. Przekazy i anegdoty, nie tak dalekie od prawdy, głoszą, że Louise Labé w męskim przebraniu wygrywała turnieje rycerskie, a jej sonety były pierwszym francuskim cyklem w stylu Petrarki. 
     To były, są - artystki, odważne kobiety renesansu, a jeszcze bywały wybitne damy działające w męskim świecie polityki. Chyba powrócę do tematu w następnym odcinku :-)

wtorek, 2 października 2018

143. numer ZL

      Marcin Sabiniewicz we wspomnieniach o "Zeszytach Literackich" napomyka, że Miłosz pisząc o poezji Zagajewskiego czasami zazdrościł mu kilku wersów, których sam chciałby być autorem. W najnowszym 143. numerze ZL znalazło się miejsce dla obu: Adam Zagajewski pisze o kondycji poety, kondycji pisania w ogóle, o rozróżnieniu między Dichtung a Liteartur;  fragment niegdyś nagranej rozmowy z Miłoszem publikuje natomiast Renata Gorczyńska. Nazwiska, wiersze, wersy i słowa przenikają się, przeplatają, łączą i rozlewają w korytach wspomnień. Zagajewski cytuje wiersz Tranströmera w tłumaczeniu Miłosza, Miłosza piszącego o Zagajewskim cytuje Sabiniewicz, Miłosz w rozmowie z Gorczyńską wspomina między innymi, jak podczas urlopu przyjechał z Nowego Jorku do Polski i nad ranem po jakiejś zakrapianej oficjalnej imprezie zobaczył wywożonych dżipami więźniów, co stało się impulsme do przewartościowania postawy i ostatecznej decyzji o pozostaniu na emigracji, o traktowaniu więźniów w Oświęcimiu opowiadają w relacji Sybille Bedford sądzeni we Franfurcie w 1963 i 1964 roku byli członkowie załogi obozu. Z każdym tekstem czytelnik coraz bardziej zapada się w otchłań niewiedzy, niepoznawalności istnienia, jego bezsensu czy tragizmu, ostatecznie na jedno wychodzi. I jeszcze raz, jak w numerach poprzednich, okruchy z Czapskiego. Wiersze znane i nieznane. Nieznane, bo nowe lub nieznane, bo odnalezione. Jeden nowy wiersz Tkaczyszyna-Dyckiego, jeden wierszowany list Ilga do Miłosza i teksty kilku innych autorów. Konglomerat wątków istnienia zapisany liniowo. Są tu zdania, wersy, metafory warte zapamiętania? Są, znalazłam zdanie, o którym jak Miłosz mogę powiedzieć, że chciałabym sama je napisać. Lecz ktoś mnie ubiegł. Pytanie, kto? 

Tutaj majestat statków jest złudzeniem - ale i nie jest nim - półświatło książyca ma swoje prawa i nie można mu ich odebrać w imię trywialnej jasności widzenia, którą reklamują salony optyków. 

środa, 19 września 2018

Tak dalekie, a jednak bliskie

        Co łączy zachodnioeuropejskie teorie estetyczne ze sztuką Indii? Umberto twierdzi, że niewiele, aczkolwiek pochylając się nad teoriami Guiseppe Tucciego przyznaje, że jednak coś by się znalazło. Tylko nie tak nachalnie. Nie tak dosłownie. W zasadzie analiza włoskiego semiologa i mediewisty dotyczy innej teorii, niejakiego Coomaraswamy`ego, który niemal zrównuje indyjskie zalecenia utożsamienia się z przedstawianym dziełem z sentencją Leonarda "Malarz maluje siebie samego".  Eco jest ostrożny, widzi więcej różnic niż podobieństw. Niemniej zestawia poglądy kilku indyjskich teoretyków, przybliża ciekawą klasyfikację stanów duchowych i ich skutków według Bharaty, analizuje skomplikowane pojęcie rasa (piękno idealne, aromat, istota dzieła sztuki?) by ostatecznie dojść do wniosku, że w "X wieku myśl indyjska szeroko rozwinęła świadomość natury dyskursu poetyckiego i artystycznej intuicji, tj. kwestii, które myśl zachodnia krytycznie przemyślała i usystematyzowała dopiero w ciągu ostatnich dwustu lat". Słowem, kulturowo to my jesteśmy co najmniej 800 lat zacofani ;-) 
      Czy dopiero współczesna myśl De Bruyne`a, Panofsky`ego, Pouillona - pyta Eco - pozwoliła spojrzeć na estetyczną i filozoficzną myśl europejskiego średniowiecza we właściwy sposób, dostrzegając w niej głębię naukowych dociekań i teoretycznych rozróżnień? Człowiek cywilizacji zachodniej jest skażony spojrzeniem ku przyszłości, zamknięty w czasie liniowym, dlatego lekceważy to, co było wcześniej, uznając proste, żeby nie powiedzieć "prostackie" prawidło o nieustannym postępie ludzkości. Dopiero co jakiś czas pojawiający się geniusze siłą swojego intelektu i przenikliwością spojrzenia, a czasem bezkompromisowym i krnąbrnym wręcz wietrzeniem stereotypów, potrafią ogłosić dawne odkrycia jako nowoczesne rozwiązania na miarę człowieka współczesnego. Pytanie tylko, czy musimy odkrywać dwa razy to samo? 

Umberto Eco: Sztuka. Tłumaczenie Piotr Salwa, Mateusz Salwa. Wydawnictwo M. Kraków 2008.

środa, 12 września 2018

Umberto Eco eseje o sztuce

      Czuję, że to będzie trudna lektura. Wzięłam na tapetę eseje o sztuce Umberto Eco. Antologia tekstów wcale nie najnowszych, z lat 1955 - 1963. Zapewne dzisiaj autor pisałby już nieco inaczej, ale może i w tych zachowało się jeszcze wiele uniwersalnych odkryć i punktów widzenia, które warto mieć na uwadze dyskutując o wartościach estetycznych w sztuce, o granicach interpretacji i sposobach funkcjonowania dzieła w przestrzeni międzyludzkiej. Idea formatywności Peyersona omawiana przez Eco jeszcze nie zadomowiła się w moim świecie pojęciowym. Mam problem z odczytaniem postawy autora: akceptuje jego stanowisko czy polemizuje z nim. Jedna rzecz jak dotąd nie budzi mojej wątpliwości, że odbiór dzieła sztuki jest zawsze aktywny, jest procesem, a nie statycznym oglądem. W szczegółach mowa jest o tym, że odbiorca patrząc na dzieło przeprowadza proces odwrotny do procesu jego tworzenia, aby dociec źródeł powstania dzieła, jego założeń, znaczenia, treści. Interpretator "staje u jego początków i stara się uchwycić je takim, jakim miało ono być". Może się okazać, że dzieło w formie materialnej jest rozbieżne z dziełem zaplanowanym, ale to już chyba inna historia. W każdym razie efektem  czy etapem końcowym jest kontemplacja, czyli ogląd pozainterpretacyjny. A więc uczciwość wymaga, by interpretator podjął próbę odczytania intencji artysty.  Niestety, może się zdarzyć, że temat i forma zdecydowanie przerastają talenty twórcy, dochodzi do rozczarowania. Nie wiem, czy Eco się zajął tym zagadnieniem, jeszcze do końca nie przeczytałam. 

wtorek, 4 września 2018

Wielki talent i gorzkie złudzenia

   "Skąpstwo zaczyna się tam, gdzie ubóstwo się kończy"
    "Ludzie szlachetni są złymi kupcami"
    "Uważał się za tęgiego gracza w dyplomacji, owej umiejętności tych, którzy nie posiadają żadnej  i którzy wydają  się tym głębsi przez swą próżnię. (...) Człowiekiem  najtęższym w tej sztuce  jest ten,  który pływa trzymając głowę ponad falą wypadków i zdając się nimi kierować: kwestia małego ciężaru gatunkowego"
     "Lucjan nie wiedział, z jakim artyzmem używa się w świecie słówka  t a k,  aby dojść do  n i e,  a  n i e  do sprowadzenia  t a k."
      "Szlachcic ów odznaczał się ubóstwem myśli wahającym się pomiędzy nieszkodliwą nicością, która jest jeszcze w stanie coś zrozumieć, a wyniosłą głupotą, która nie chce niczego uznać ani niczemu dać się przekonać."
      "Wśród różnych dziwactw społeczeństwa czyście nie zauważyli kaprysu jego jego sądów i szaleństwa wymagań? Są osoby, którym wszystko wolno; mogą robić rzeczy najniewłaściwsze; u tych wszystko jest w porządku; ludzie na wyprzódki usprawiedliwiają wszystkie ich występki. Ale są inne osoby, wobec których świat okazuje niewiarygodną surowość: te powinny czynić wszystko dobrze, nigdy się nie mylić, nie błądzić, nie popełniać nawet najlżejszego głupstwa; rzeklibyście: posągi otoczone podziwem, które ściąga się z piedestału , z chwilą gdy mróz odkruszył im palec lub koniec nosa; nie pozwala im się na nic ludzkiego, maja obowiązek być ciągle boskie i doskonałe."
      Jakkolwiek dawno napisano powyższe uwagi, a powstały 180 lat temu, pozostają zadziwiająco aktualne w ocenie człowieczej kondycji i odczytaniu prawideł życia społecznego. pod płaszczykiem nowoczesności i postępu w ludzkiej naturze nic się nie zmieniło. Jedyna różnica to taka, że kaprys sądów społeczeństwa, o którym wspomina autor, dawniej rozstrzygający w formie plotki przekazywanej z ust do ust, dzisiaj funkcjonuje o wiele silniej i trwalej jako internetowy hejt. Gdyby Honoriusz Balzac żył dzisiaj, pisałby to samo, odkłamując społeczne patologie w sferze relacji wirtualnych i autokreacji dominującej w społeczeństwie totalnej dezinformacji. Byłoby może bardziej nowocześnie, byłoby więcej o uciekaniu w pozorność życia towarzyskiego z w sieci, byłoby o uprzedmiotowieniu, utowarowieniu wszystkiego, nawet najbardziej intymnych przeżyć, doświadczeń wystawianych na sprzedaż na współczesnym ogólnoświatowym rynku handlowym, ale byłoby jednocześnie wszystko to samo, co zawarł w dziewięćdziesięciu sześciu tomach "Komedii ludzkiej".  Jak bardzo sam pisarz musiał doświadczyć niesprawiedliwości świata, żeby z tak gorzką przenikliwością odzierać swoich bohaterów ze złudzeń! 
      Wypisane fragmenty pochodzą z powieści "Dwaj poeci" rozpoczynającej cykl "Stracone złudzenia", których bohaterem jest Lucjan de Rubempré. Jak dalece Balzac korzystał z własnej biografii świadczy fakt, że opis wyglądu innego bohatera, Dawida Sêcharda, jest jego autoportretem, a dramatyczne losy drukarza o utrzymanie drukarni, walka z wierzycielami i nieuczciwą konkurencją - opisane w "Cierpieniach wynalazcy", trzecim tomie cyklu  -  są pokłosiem osobistych doświadczeń pisarza, który czteroletnią działalność drukarską zakończył bankructwem. Znając te dalsze losy Dawida, do których niemało przyczynił się beztroski styl życia jego szwagra, nie umiem wykrzesać z siebie żadnej iskry sympatii dla Lucjana. Czy zresztą Balzac w ogóle byłby w stanie stworzyć bohatera wzbudzającego sympatię? Wszystkie jego postacie, pokazane w drobiazgowych poruszeniach duszy, prędzej czy później ujawniają wady i śmiesznostki, jakieś skazy charakteru. Na tym tle być może Dawid Sêchard jakoś bardziej pozytywnie się odróżnia, niemniej jego naiwność i poetyckie bujanie w obłokach szaleństwa pracy nad wynalazkiem zaczyna irytować. Ale, jak zauważa Andre Maurois, Dawid jest autoportretem pisarza, być może dlatego jego losy kończą się pozytywnie, odzyskuje majątek i spokój ducha, choć za cenę rezygnacji z marzeń. Może to także jest najbardziej intymny rys autobiograficzny? 

środa, 22 sierpnia 2018

Afront artystyczny

      Uśmiałam się. Był to jednak śmiech z zaciśniętym gardłem. Czy to właściwa reakcja w teatrze? Na szczęście nikt nie widział, gdyż był to teatr radiowy. Słuchowisko Moniki Milewskiej "Dzień, w którym umarł Prokofiew" premierę miało w rocznicę śmierci tytułowego bohatera, 5 marca ubiegłego roku. Następnie zostało nagrodzone na Festiwalu Dwa Teatry 2018, a nagrodę za rolę drugoplanową otrzymał Szymon Kuśmider, odtwórca postaci Stalina. Pechowo się bowiem złożyło, że tego samego dnia zmarł także Stalin. Pechowo dla kompozytora oczywiście, co wykorzystuje autorka do skonstruowania fabuły słuchowiska, rolę narratora powierzając Dymitrowi Szostakowiczowi, który bezskutecznie próbuje kupić kwiaty na pogrzeb Prokofiewa. Niestety, jak mówi kwiaciarka, "wszystkie kwiaty dla niego", znaczy dla Stalina. Nie tylko w Moskwie. W całym kraju! Toteż dla Prokofiewa jedna z sąsiadek, przyjaciółka żony kompozytora po prostu ścięła swoje kwiaty doniczkowe. Nie wypadało przecież umrzeć w ten sam dzień, co "przywódca" narodu. Taki afront!
       Ta anegdotyczna warstwa mająca znamiona czarnego humoru, wpleciona została w historyczno-kulturowe tło dramatycznego losu Szostakowicza (Mariusz Bonaszewski), gdyż to on jest głównym bohaterem słuchowiska. Śledzimy zmienne koleje rywalizacji obu kompozytorów, tragiczne piętno niepochlebnych recenzji Stalina o "Lady Makbet mceńskiego powiatu" ("Chaos zamiast muzyki" - pisał Stalin), zmagania Szostakowicza ze strachem i poczuciem osaczenia z powodu utraty bliskich (pisał kolejną symfonię wiedząc, że jego siostra została aresztowana). Dzień pogrzebu Prokofiewa jest katalizatorem wspomnień Szostakowicza i impulsem do podsumowania jego własnych dramatycznych przeżyć. Słuchowisko chwyta za gardło, a interpretacje Bonaszewskiego i Kuśmidra wzbudzają podziw bogactwem i różnorodnością emocji. Mimo anegdotycznego początku rzecz cała mocno porusza i ściska za gardło, a ilustracja muzyczna podkreśla dramat kompozytora. Ze słuchowiska można się więcej dowiedzieć o systemie stalinowskim niż z niejednego historycznego źródła. 

Tryumf wyobraźni czy "zemsta ręki śmiertelnej"?

        "Coż z tego, że umrzemy, skoro umarli przed nami Vermeer, Flaubert, Mahler?" - kto mógł napisać te słowa? Tylko jeden, je...