sobota, 11 stycznia 2020

Czy Mistrz Chórów śpiewał w chórze?

     Autor późnogotyckich scen na skrzydłach ołtarzowego tryptyku Świętej Trójcy na Wawelu był anonimowym malarzem utożsamianym przez niekórych badaczy z Jakubem z Nowego Sącza. Wśród ośmiu scen na skrzydłach ołtarza cztery przedstawiają chóry: Chór apostołów, Chór świętych męczenników, Chór proroków i Chór dziewic. I właśnie one stały się znakiem rozpoznawczym oraz niejako nadanym przez badaczy pseudonimem gotyckiego malarza.

 

Chór apostołów


Chór męczenników


Chór proroków


Chór dziewic

      Obszerną analizę działalności i stylu Jakuba z Nowego Sącza przeprowadziła Ewa Trajdos przypisując mu także autorstwo ołtarza św. Idziego w Bardiowie i ołtarza w samym Nowym Sączu oraz kilku innych dzieł w różnych miejscach. W pierwszym okresie Jakub nazywany jest Jakubem z Krakowa, a kiedy działalność prowadzi w okolicach Nowego Sącza, w dokumentach pojawia się określenie "de Sendecz". Udokumentowana wytwórczość Jakuba rozpoczyna się w roku 1445. W 1460 roku "pictor de Nowa Sendecz" otrzymał zamówienie od Jana Długosza. Wspomniany ołtarz z Bardiowa nie zachował się, ale badacze zauważają podobieństwo postaci Madonny bardiowskiej (obecnie w Muzeum Sztuk Pięknych w Budapeszcie) do postaci z Chóru dziewic z ołtarza wawelskiego, co ma potwierdzać tożsamość Jakuba z Sącza z Mistrzem Chórów.  Dowodem tej samej ręki autora obu dzieł mogą być takie cechy, jak niesymetryczne twarze, długie nosy, cofnięte podbródki, szeroko rozstawione migdałowe oczy czy smukłe giętkie palce. 
       Do kręgu warsztatu z Nowego Sącza badacze zaliczali między innymi także ołtarz z Kasiny Wielkiej i tryptyk Rozesłania Apostołów z Mikuszowic. Szerokie analizy porównawcze prowadzone przez wybitnych znawców malarstwa średniowiecznego (Michał Walicki, Miklos Csanky) prowadzą w rozległe geograficznie strony, od wpływów austriackich, nadreńskich, niderlandzkich po węgierskie. Jedni uważali, że faktycznie Mistrz Chórów i Jakub z Sącza to ten sam artysta, inni podważali to stanowisko. Nie rozstrzygając sporów pomiędzy znawcami, możemy tylko zauważyć, że jeżeli nawet Mistrz Chórów nie śpiewał osobiście, to na wstęgach nad głowami postaci napisał słowa śpiewanego hymnu "Te Deum".  

Uzupełnienie:
dla porównania Madonna z Bardiowa, której podobieństwo do postaci z wawelskich chórów sugerowałoby, że obrazy wykonał ten sam malarz


 Obecnie znajduje się w Galerii Narodowej w Budapeszcie

Bibliografia:
Długie nosy w obrazach anonimowego krakowskiego artysty z XV wieku. Audycja Radia Kraków Wielka Sztuka Małopolski, 26 październiak 2017. 
Zoltan Gyalokay: Malarstwo tablicowe około połowy XV wieku na pograniczu Królestwa Polskiego i Węgierskiego. Stan i perspektywy badań. w: Sztuka pograniczy pod red. Lechosława Lameńskiego, Lublin 2018, str. 159 -177. [dostęp pdf 11 stycznia 2020]
Jakub z Nowego Sącza, Internetowy polski słownik biograficzny [dostęp 10 stycznia 2020]
Michał Rożek: Z dziejów sztuki polskiej. X - XVIII wiek. Wydawnictwo WAM, Kraków 2015.
Ewa Trajdos: Śladem Mistrza warsztatu Ołtarza św. Trójcy na Wawelu  (Z problematyki twórczości Jakuba z Sącza) w: "Nasza Przeszłość", tom 25, Kraków 1966, str. 111 - 153 [dostęp pdf 10 stycznia 2020]


niedziela, 5 stycznia 2020

Ars auro gemmisque prior, czyli o czytaniu architektury

      Może niekoniecznie tylko architektury. Jednakże w czasach, gdy pełniła ona funkcję laicorum litteratura (literatura laików) czy też illitterati litteratura (literatura niepiśmiennych), każdy jej detal miał przypisaną treść dydaktyczną (teologiczną). Tytułowy napis ars auro gemmisque prior (sztuka cenniejsza od złota i drogich kamieni), spopularyzowany w tytule książki Jana Białostockiego "Sztuka cenniejsza niż złoto", pochodzi z ołtarza Henryka z Blois (1096 - 1171), biskupa Winchesteru. Zgodnie z dydaktyczną funkcją całej sztuki podporządkowanej teologii (ars est ancilla theologiae) nic nie jest tylko takie, jak wygląda powierzchownie. Architektura, rzeźba i malarstwo niosły treści symboliczne, z czego wynikało rozumienie artysty jako magister lapidis vivi (mistrz żywego kamienia).
     Już założenia architektoniczne niosły urkyte znaczenia. Klasztory miały obrazować civitas Dei in terra (państwo Boże na ziemi), toteż przyklasztorne ogrody (hortus conclusus) zakładane za wysokimi murami były nie tylko miejscem uprawiania sztuki ogrodniczej, ale symbolizowały ogród duchowego doskonalenia się. Orientowanie świątyń według linea sacra przyjęto zgodnie z biblijnym i teologicznym uzasadnieniem, zgodnie z którym Chrystus ponownie pojawi się ze wschodu (Lux ex Oriente), tak jak Jego narodziny zwiastowała  gwiazda ze wschodu (stellam eius in Oriente). Ponadto wszystko zgodnie z naturalnym prawem pojawiania się słońca od strony wschodniej, bo przecież Chrystus to Sol salutis (słońce zbawienia). 
     Świątynia romańska jako Domus Dei et porta Coeli (Dom Boży i brama niebios) oddzielała sferę sacrum od sfery profanum. Wprowadzała wiernego w przestrzeń sakralną już od samego portalu (wejścia) słowami: Ianua sum vitae per me quimque venite (Jestem bramą żywota, niech każdy przez mnie przechodzi), zgodnie z autodefinicją Jezusa z Ewangelii św. Jana: Ego sum ostium (Ja jestem bramą). Z kolei wielcy fundatorzy, często za życia także wielcy grzesznicy, umieszczali swoje szczątki na posadzce zaraz za portalem z napisami: Hi conculari querunt, ut in astra levari possint pariter... (Ci pragną być deptani, aby mogli wznieść się ku gwiazdom). Hetman Michał Kazimierz Pac, fundator barokowego kościoła św.św. Piotra i Pawła w Wilnie na Antokolu kazał się pogrzebać przy wejściu przykryty płytą z napisem Hic iacet peccator (tu leży grzesznik), jednakże nie omieszkał umieścić swojego nazwiska znacznie wyżej, na fasadzie świątyni w napisie: Regina Pacis funda nos in pace (Królowo Pokoju, zachowaj nas w pokoju). 
      Właściwie każdy rodzaj sztuki, od architektury, przez rzeźbę, malarstwo po obrzędowość, był swoistym theatrum sacrum czytelnym dla jego niepiśmiennych uczestników, a jeżeli nieczytelnym, to przecież objaśnianym i objaśniającym ziemską rzeczywistość w odniesieniu do rzeczywistości metafizycznej. Jednym z przykładów są Kalwarie sytuowane w naturalnej przestrzeni. Via Dolorosa składała się z dwu etapów:Via Captivitatis (Drogi Pojmania) oraz Via Crucis (Drogi Krzyża). Najsłynniejszym przykładem jest znana Kalwaria Zebrzydowska, ale wiele miejscowości posiada podobne Drogi Krzyżowe (np. prowadząca do pustelni św. Jana z Dukli, Kalwaria Pacławska składająca się aż z 28 stacji, bardzo prosta Droga Krzyżowa wzdłuż leśnej ścieżki w Iwoniczu, stacje wokół kaplicy św. Antoniego na Kruczku w Lasach Janowskich i wiele, wiele innych). 
     Osobnym wątkim byłoby prześledzenie napisów na kościelnych dzwonach, które za pomocą sentencji i inskrypcji (najczęściej zaczerpniętych z Pisma Świętego) wpisywały się w ideę soli Deo gloria. Zarówno sztuka ludwisarska, jak i wznoszenie Dróg Krzyżowych (w tym dróżek Maryjnych nawiązujących do tajemnic różańca) nadal się rozwijają, tylko może tej łaciny jest znacznie mniej ;-) 


niedziela, 29 grudnia 2019

Komik ze skrzypcami

    Najsłynniejszym numerem Grocka, słynnego szwajcarskiego komika (naprawdę nazywał się Charles Adrien Wettach, 1880 - 1959) , była historia skrzypka, który próbuje grać na swoim mikroskopijnym instrumencie wydobywanym z ogromnej walizki. Przy okazji doświadcza różnych przygód i nie znajduje zrozumienia u scenicznego partnera, również muzyka, z którym zamierza koncertować. Stworzył typ klauna fatalisty, któremu zawsze coś niespodziewanego się przydarza. A to z krzesła spadnie, a to siedzenie w tymże krześle się pod nim załamie, a to stołek od fortepianu wyrzuci go w powietrze, a klawiatura przytrzaśnie mu palce. Ale cóż, geniusze mają zawsze pod górkę. W rzeczywistości był Wettach multiinstrumentalistą (podobno grał na dwudziestu czterech instrumentach), co wykorzystuje w długim występie, prezentując grę na wszystkim, co mu wpadnie w ręce przy okazji tańcząc, żonglując i śpiewając. Ostatecznie zaś siada na pożyczonych od członka orkiestry skrzypcach skutecznie je roztrzaskując. Nie dajmy się jednak zwieść klownadzie. Wettach był płodnym kompozytorem i komponował  dla siebie i dla innych wykonawców. Z powodzeniem sprzedawał swoje partytury podpisane scenicznym pseudonimem Grocka. Znając zaś kilka języków, mógł nawiązywać nić porozumienia z widownią kraju, w którym występował: w Anglii i Stanach Zjednocoznych po angielsku, we Francji po francusku, w Niemczech oczywiście po niemiecku (nie pamiętam czy przypadkiem i hiszpańskiego nie znał). Jego słynne kwestie weszły do języka potocznego: "Dlaczeeegooo?", "Bez żaaartów!"

poniedziałek, 9 grudnia 2019

Znacie? To posłuchajcie

     Na opery nie chodzi się po to, żeby poznać akcję, fabułę, perypetie bohaterów. Właściwie trzeba to wszystko znać dosyć dobrze, żeby się nie pogubić i skoncentrować na muzyce i śpiewie. Co innego książki. Niewiele jest takich, do których się wraca enty raz i obeznanie z treścią nic a nic nie przeszkadza. Teatr jest gdzieś pośrodku. Z jednej strony idziemy nie wiedząc, co zobaczymy, a z drugiej idzie się przecież na znane i wystawiane od wieków nieraz dzieła, żeby zobaczyć, co nowego można z nimi zrobić. Czasem te nowości, koncepcje intrepretacyjne, zwłaszcza uwspółcześniające, przerażają i zapewne nawet sam autor mógłby zapytać "co reżyser miał na myśli".  Pomińmy nieudane eksperymenty. Są utwory nieśmiertelne i niereformowalne  - na szczęście - które radują w każdej postaci. Takim jest "Zemsta" Aleksandra Fredry. Kto nie zna?? Wszyscy znają chociażby z powodu szkolnego obowiązku. I można by mieć wątpliwości, czym może zaskoczyć obejrzenie jej na scenie. Nie idziemy jednak wcale dać się zaskoczyć. Idziemy posłuchać Fredrowskiej mowy, idziemy pośmiać się z dobrze znanych dowcipów, idziemy przypomnieć sobie nasz sarmacki mit pieniacki, który dlatego nie złości, że dobrze się kończy. "Zemsta" jest jak nieśmiertelny mit o dawnych czasach, w których wszystko się dopiero rozstrzygało po raz pierwszy.
     Zastanawiałam się, czy będzie mi się chciało iść za Fredrowskim tekstem ze świeżością jaka towarzyszy pierwszej lekturze. Na szczęście okazało się, że przedstawienie poszło klasycznie, w stronę humorystycznego języka i wyrazistych charakterów. Czasem przerysowanych? Być może, jak w scenie artystycznego popisu Papkina grającego na gitarze i zaciągającego jak marcowe koty. Jednakże zmierzenie się z klasycznym utworem obrosłym legendarnymi interpretacjami przez zespół amatorski zasługuje na podziw. Nawet więcej, zespół poradził sobie świetnie i z Fredrowskim tekstem i z legendą. Widownia oczekiwała znanych scen, jak słynnego dyktowania listu Dyndalskiemu. I właściwie nie ma tu żadnego zaskoczenia przebiegiem zdarzeń, wszak wszyscy to znamy. Napięcie rośnie za sprawą oczekiwania, jak zagra aktor, jak wypowie "B, jaśnie panie", jak zareaguje na "mocium panie opuść wszędzie",  patrząc na rozrzucone po scenie podarte kawałki. 
      Śmiano się. Tak, śmiano się, klaskano po niektórych spektakularnych scenach, śmiano się z żałosnego tchórza Papkina, gdy "otruty" pisał testament, śmiano się, gdy Cześnik wypadł z szablą za wrogiem zza muru, śmiano się z zeznań mularzy szukających na sobie zadraśnień, czyli skaleczeń, śmiano się z Wacława, gdy wpadł w sidła dawnego romansu z Podstoliną. Warto więc wystawiać znane utwory nie po to, żeby zapoznawać z tekstem, ale tak jak mity. Wszyscy znamy historię, ale co zrobią z tym aktorzy? Nigdy nie wiadomo. 
      

czwartek, 28 listopada 2019

Pokrewieństwa nieoczywiste

      Chciałabym czasami, aby dzień trwał nieco dłużej. Całe stulecie? Niekoniecznie. Stuletni dzień opisał już Czingiz Ajtmatow, ale zajrzę tam za jakiś czas. Tymczasem przypomniałam sobie "Łaciatego psa biegnącego brzegiem morza". Kompletnie zapomniałam, o czym to jest. Teraz, po latach, dostrzegam podobieństwo do Hemingwayowskiego "Starego człowieka i morze".  Na pozór opowieści różne, ale jak to w literaturze, tylko na pozór. Tu i tam mamy postać starego rybaka, weterana morskich łowisk. Tu i tam stary rybak jest mistrzem dla chłopca uczącego się dopiero rybackiego fachu. Tu i tam morze to coś więcej niż fale, ryby i przestrzeń. Dla Santiaga morze jest żywicielem, ale i przeciwnikiem; dla Organa ostatecznym celem życia: to w morzu czeka na niego Kobieta-Ryba, o której śnił całe życie. 
       "Łaciaty pies" jest  tak samo opowieścią o męstwie.  Bezkresne morze sprzyja rozmyślaniom bohaterów o rzeczach najważniejszych. W konfrontacji z morzem ostatecznie objawia się charakter człowieka: jego odwaga, wytrwałość, cierpliwość, duma i pokora. Santiago umrze niepokonany, powróciwszy ze swojego być może ostatniego połowu. Organ nie wróci już nigdy poświęcając życie dla ratowania Kiriska, swojego wnuka, który po raz pierwszy wypłynął na połów. Nie tylko on, także dwóch jeszcze dorosłych rybaków: ojciec chłopca i jego stryj zrobili to samo, co stary Organ. Opuścili łódź na środku morza, aby resztka wody została tylko dla chłopca i umożliwiła mu powrót do domu. Łaciaty Pies - z daleka widoczny skalny cypel nie okazał się jednakowo łaskawy dla wszystkich. Z czterech członków załogi rybackiej łodzi tylko chłopiec ujrzał go z powrotem. 
      Ajtmatow był pisarzem kirgiskim, pochodził z kraju bez dostepu do morza. Jednakże jak u Josepha Conrada świat ludzi morza  znajduje w jego twórczości wyraz najdoskonalszy. Obyczaje, legendy, twardy etos rybaków z plemienia Niwchów zamieszkujących na Dalekim Wschodzie u ujścia rzeki Amur stanowią uniwersalną przypowieść o ludzkim przeznaczeniu. 
      Conrad przypomniał mi się jeszcze za sprawą obejrzanego filmu o Salmanie Rushdiem.  Kiedy ukrywał się po ogłoszeniu fatwy przez Chomeiniego, musiał zmienić nazwisko, wyrobić nowe dokumenty, funkcjonować jako całkiem inna osoba. Przyjął wtedy pseudonim Joseph Anton - pożyczając imiona od dwóch ulubionych pisarzy: Josepha Conrada i Antoniego Czechowa. A później po latach napisał autobiografię pod dwoma nazwiskami: prawdziwym - Rushdie i przybranym.  Takie to kręte bywają wędrówki imion. 

wtorek, 12 listopada 2019

Budrys, Litwin, Polak, czyli Francuz

    Prosper Mérimée (1803 - 1870) odnosił sukcesy na niwie literackiej i politycznej (jeżeli za sukces uznać senatorowanie pod rządami Napoleona III i bycie powiernikiem cesarzowej Eugenii). Koneksje miał znakomite, znajomości w wyższych sferach znaczące, przyjaźnie w kręgach artystycznych burzliwe, a oceny kolegów po piórze formułował cięte. Hugo według niego szafuje w twórczości frazesami, a Flaubert marnuje talent. (Hugo zresztą nie  pozostał mu dłużny, rozgłaszając, że Mérimée jest z natury człowiekiem nikczemnym) Jednakże były wyjątki. Przez długie lata przyjaźnił się ze Stendhalem i wysoko cenił pisarzy rosyjskich: Turgieniewa,  Puszkina, Gogola, których utwory tłumaczył na francuski. W tym celu zresztą nauczył się języka rosyjskiego, biorąc lekcje u Madame de Lagrené *, rosyjskiej emigrantki. 
     W ten sposób wyjaśnia się sprawa fascynacji literaturą rosyjską, a jest ona kluczowa dla zrozumienia perypetii profesora Wittembacha, bohatera opowiadania "Lokis".  Mérimée czyni go nawet poliglotą znającym język litewski oraz żmudzki! Ambicją profesora jest bowiem dokonanie tłumaczenia na żmudzki Biblii. W tym celu jedzie na Żmudź zbierać materiały językowe, poszukując cennych zabytków. 
      Sam Mérimée języka litewskiego ani żmudzkiego nie znał. Tym bardziej zaś nie znał polskiego. I z owej nieznajomości wynika intryga twórcza i fabularna zarazem. Pisząc pracę historyczną o Dymitrach Samozwańcach Mérimée zacytował Puszkina, tymczasem okazało się, że ów cytat jest Puszkinowskim tłumaczeniem fragmentu ballady "Trzech Budrysów" Mickiewicza. Pomyłka okazała się płodna twórczo i Mérimée zastosował ją w opowiadaniu, każąc profesorowi Wittembachowi zachwycać się żmudzką bajką o trzech Budrysach, którą czyta on później jako autentyczną. Słuchacz, litewski hrabia Szemiot, wyprowadza go z błędu ujawniając, że padł ofiarą oszustwa czy raczej żartu, a utwór jest tłumaczeniem na żmudzki ballady polskiego poety Adama Mickiewicza. I tym oto sposobem mamy literacki wątek polski w opowiadaniu francuskiego pisarza, który nie znał ani polskiego, ani  litewskiego, ani żmudzkiego, ani twórczości samego Mickiewicza. 
      Jednakże w opowiadaniu znajduje się nie tylko stary Budrys z trzema synami. Mamy też litewskie knieje rodem z "Pana Tadeusza", a dokładniej legendę o królestwie zwierząt. Jako się rzekło, Mérimée raczej Mickiewicza nie czytał, jednakże znał, czytał teksty Charlesa Edmonda, czyli Edmunda Chojeckiego# publikującego we francuskiej prasie teksty o kulturze, literaturze, obyczajach polskich i litewskich, twórcy kilkunastu powieści i dramatów pisanych po francusku, założyciela "Le Temps" (pierwowzoru "Le Monde"). Dzieło Edmonda "Polska w niewoli" Mérimée cytuje nawet w przypisach do opowiadania jako źródło, z którego zaczerpnął opis litewskiej kniei, a  z kolei Chojecki cytuje w nim we własnym tłumaczeniu na francuski "Pana Tadeusza". 
     "Lokis" jest opowiadaniem typu fantastycznej grozy z pogranicza ludzko-zwierzęcych światów. Podobnie jak w innych tekstach, podziwiać wypada nie tyle fabułę, co dbałość o szczegóły, lokalny koloryt, zwięzłość narracji, prostotę dialogów. Niewątpliwie jest Prosper Mérimée mistrzem krótkiej formy. A że przy okazji prowokuje do zbawy w śledztwo natury literackiej, tylko dodaje uroku lekturze. 

*w celu zidentyfikowania osoby musiałam przypomnieć sobie grażdankę; angielska Wikipedia podaje błędnie nazwisko "Langrené", jednakże we francuskiej wersji i rosyjskiej jest prawidłowe Lagrene; Barbara Iwanowna Dubienskaja (1812 - 1901) była dwórką Wielkiej Księżnej Marii, najstarszej córki cara Mikołaja I,  w 1834 r.  poślubiła francuskiego dyplomatę Teodora de Lagrené 
#postać i dorobek Edmunda Chojeckiego zasługuje na osobną obszerną notatkę, która i tak nie wyczerpie jego zasług opisywanych w trzytomowej biografii przez Emanuela Desurvire`a

Bibliografia
Jacques Chaplain: [rec.] EMMANUEL DESURVIRE , „KAROL EDMUND CHOJECKI , POLSKI PATRIOTA, PODRÓŻNIK, ŻOŁNIERZ, POETA, DRAMATURG, POWIEŚCIOPISARZ, PUBLICYSTA, BIBLIOTEKARZ…” Prace Polonistyczne. Seria LXVIII 2013. Str 189 - 204. 
Edmund Chojecki https://pl.wikipedia.org/wiki/Edmund_Chojecki_(pisarz)
Barbara Iwanowna Lagrene https://ru-wiki.ru/wiki/Лагрене,_Варвара_Ивановна
Lokis. Rękopis profesora Wittembacha
 https://pl.wikipedia.org/wiki/Lokis._R%C4%99kopis_profesora_Wittembacha_(nowela)
Wojciech Łocheński: Edmund Chojecki z Wisek vel Charles Edmond. [https://www.tygodnikpodlaski.pl/wydarzenia/edmund-chojecki-z-wisek-vel-charles-edmond-pnews-6609html
Prosper Mérimée: Wenus z Ille (opowiadania), przeł. Zofia Jachimecka i Zofia Krajewska. Książka i Wiedza. Warszawa 1996.
Prosper Mérimée https://pl.wikipedia.org/wiki/Prosper_M%C3%A9rim%C3%A9e
Prosper Mérimée https://en.wikipedia.org/wiki/Prosper_Mérimée 
Prosper Mérimée: Le Chambre bleue: Djoumane: Le manuscrit du Wittembach Louis: Il viccolo di Madame Lucrezia. Introductions et notes Leon Le Monnier. Paris 1920. [dostęp w formie zdigitalizowanej https://archive.org/details/lechambrebleuedj00mr/page/n4]

piątek, 8 listopada 2019

Czytelnicze porażki

     Nic nie działa. Ani magia nazwiska, ani renoma, ani czyjaś rekomendacja. Tym bardziej okrzyknięcie tytułu (wątpliwym w dzisiejszych realiach komercyjnego rynku wydawniczego) "bestsellerem wszech czasów".  Na "bestseller" reaguję alergicznie, niemniej pewne nazwiska raczej zawodzić nie powinny. Jestem trudnym przypadkiem czytelnika - o, przepraszam, się zmaskulinizowałam - czytelniczki wybrzydzającej. Na dodatek sama siebie zaskakuję, gdy książka, po którą sięgnęłam z własnej nieporzymuszonej woli, ląduje ad acta. Pisałam dotąd o fascynacjach i zauroczeniach, odkryciach i niespodziankach. Tym razem inaczej. Oto moje czytelnicze klęski - książki niedokończone, niedoczytane, przerwane. Książki, które mnie w jakiś sposób rozczarowały. 
     Kiedy po raz pierwszy przeczytałam "Śmierć Wergilego" Brocha, nie wiedziałam, że jest autorem "Lunatyków", którym w wielu literaturoznawczych źródłach poświęcono bardzo pochlebne opinie. Czy ktoś, kto napisał genialną książkę, może napisać drugą tak nudną, że nie da się jej skończyć? Owszem, może. Tak właśnie się stało. Usilnie czytałam tych "Lunatyków" strona po stronie i coraz trudniej mi szło. Jałowe życie bohaterów, którzy nie wiedzą, czego chcą, obijają się od dnia do dnia, życie za nich toczy się samo. Ileż można? Mnie wystarczyło cierpliwości na niespełna sto stron, raczej na osiemdziesiąt, jak dobrze pamiętam. A pamiętam niezbyt dokładnie, bo dawno się książki pozbyłam. 
     Niestety, ten sam los spotkał "Traktat o łuskaniu fasoli". I to jest bardzo, bardzo dziwne, ponieważ na początku proza Myśliwskiego mnie zafascynowała. Czytało mi się naprawdę lekko i przyjemnie. Narracja wciągała w menadry losów bohatera, dając swobodę tempa lektury. Do czasu. Utknąwszy w pewnym momencie gdzieś na sto dwudziestej stronie, ani rusz nie mogłam zmusić się do dalszego czytania. Po prostu dla mnie historia się zakończyła. Po co więc czytać dalej? Oddałam książkę do biblioteki. 
      Od ponad trzydziestu lat, czyli od chwili, gdy po raz pierwszy ukazała się po polsku, kocham "Imię róży".  Czytałam ją co najmniej dziesięć razy. Podobnie jak "Zapiski na pudełku od zapałek",  "Diariusz najmniejszy", "Semiologię życia codziennego", "Sześć przechadzek po lesie fikcji" i co tam wpadło mi w ręce. Umberto Eco nigdy mnie nie zawiódł, czasem bywał trudny, jak w naukowych książkach o estetyce średniowiecza. Do czasu. Kiedy bowiem wpadł mi w ręce "Tajemniczy płomień królowej Loany",  przyznaję ze skruchą,  trzecią część przebiegłam wzrokiem byle prędzej dobrnąć do końca. Fantastyczny początek! Powolna, z nieoczekiwanymi napięciami narracja prowadząca w przeszłość bohatera. Stopniowe odkrywanie tajemnych znaczeń i przeżyć. I wszystko to kompletnie zniszczone kiczowatym kalejdoskopem bez ładu i składu. Wiem, nie znam się. Są obszary kultury, które do mnie nie przemawiają. Należą do nich kulturowy kolaż, wodewil z pawimi piórami, rewia i niektóre odmiany kabaretu. No trudno, nie można znać się na wszystkim. Więc ta ostatnia część mnie po prostu znudziła. I rozczarowała. 
      O perypetiach z czytaniem Tokarczuk pisałam już kilka razy.  Zmusiłam się do przeczytania kilku pozycji, żeby mieć pojęcie. Na pewno nie przekonuje mnie żaden realizm magiczny, patronujący chociażby "Prawiekowi".  Podziwiam wyobraźnię twórczą i konstrukcję fabularną, rzeczywiście mistrzowskie. Ale to nie jest książka, do której chciałoby się wracać. Bo po co? Jeśli już miałabym ustanowić jakąś hierarchię, to wyżej postawiłabym opowiadania, choćby z tomu "Opowiadania bizarne". Bo z kolei "Gra na wielu bębenkach" jest nierówna. Z jednej strony doskonały pastisz kryminału a`la Agatha Christie w otwierającym zbiór "Otwórz oczy, już nie żyjesz", a z drugiej banalna historia wyidealizowanego romansu z wyidealizowanym pisarzem w "Spotkaniu autorskim".  Podobnie banalnie toczy się opowieść w "Szkockim miesiącu", na szczęście trochę żartu i wisielczego humoru wprowadza "Profesor Andrews w Warszawie". Zupełnie odlotowe, choć realne "Wróżenie z fasoli" i prosto spod wiejskiego sklepu "Żurek".  To akurat mocne atuty. Dlatego uważam, że zbiór nierówny, ale da się obronić. 
      Nie można nie natknąć się dzisiaj na kilka flagowych nazwisk, którymi zachłystuje się tak zwany masowy czytelnik. Nie w tym sensie, że skoro masowy, to gorszy. Chodzi o masowość tytułow i nakładów trafiających do czytelniczych rąk. Jednym z takich nazwisk jest Mróz. Jedni uwielbiają, inni wytykają nadproduktywność kosztem wartości literackich. W każdym razie jest czytany masowo. No więc przełamałam się i zajrzałam. Padło na "Hashtag", bo akurat stało na półce w bibliotece. No cóż, padłam na sześćdziesiątej drugiej stronie. Uważam, że i tak wytrwałam całkiem sporo. Na razie wystarczy i książkę zwrócę. 
      Moje czytelnicze porażki. Kiedyś sądziłam, że porzucanie książki w trakcie czytania jest oznaką niedojrzałości. Wypada doczytać do końca, żeby nie żałować, a nuż najważniejsze pojawi się na ostatniej stronie. Dzisiaj uważam, że za krótko żyjemy, aby poświęcać czas na czytanie rzeczy, które pod jakimś względem, z jakiegoś powodu nie zachwycają. Czy to niecieprliwość już mną tak zawładnęła, czy przesyt literaturą, czy coś jeszcze innego, nie wiem. Ale przecież na pewno nie znudzenie, bo "Imię róży" mogę zacząć czytać choćby jeszcze dziś. Po raz jedenasty. I "Mistrza i Małgorzatę". Po raz piętnasty. Więc dlaczego dzisiaj już tak nie piszą? 

Czy Mistrz Chórów śpiewał w chórze?

      Autor późnogotyckich scen na skrzydłach ołtarzowego tryptyku Świętej Trójcy na Wawelu był anonimowym malarzem utożsamianym przez niekó...