czwartek, 14 czerwca 2018

W głąb rosyjskiej duszy

      Jewgienij Wodołazkin nazywa się tak, jakby sam był bohaterem powieści Dostojewskiego, jakimś kolejnym starcem Zosimą. Tymczasem jest to człowiek stosunkowo młody, rocznik 1964, urodzony w Kijowie rosyjski literaturoznawca, doktor habilitowany nauk filologicznych. Na marginesie działalności naukowej zaczyna nie tylko badać literaturę, ale i tworzyć ją osobiście. "Laur" jest drugą jego powieścią, która zyskała ogromne uznanie i kilka nagród. Osadzenie akcji w średniowiecznej Rosji, nasycenie fabuły wątkami metafizycznymi i filozoficznymi, a może i same losy pisarza a zarazem badacza literatury i naukowca sprawiły, że nazwano go "rosyjskim Umberto Eco".
      Zaczyna się zwyczajnie, jak powieść obyczajowa. W roku 1440 przychodzi na świat chłopczyk o imieniu Arsenij. Powieść jest historią jego życia, ale Arsenij stanie się człowiekiem niezwykłym. W pierwszej części "Poznanie" na jego losy składają się wydarzenia, które pozwalają mu osiągnąć emocjonalną i intelektualną dojrzałość. Po śmierci rodziców wychowuje go dziadek Christofor, który jest wiejskim zielarzem. Uczy go rozpoznawać i zbierać zioła, przygotowywać mikstury, rozpoznawać choroby. Dziadek umiera, gdy chłopiec ma 15 lat i zostaje sam. Kontynuuje tradycję i stopniowo okoliczni ludzie zaczynają go traktować jak zaufanego medyka. Arsenij przeżywa w tym czasie pierwszą miłość i doświadcza kolejnej tragedii, gdy jego ukochana umiera podczas porodu wydając na świat martwe dziecko. W tym momencie zaczyna się część druga, o wiele ciekawsza.
      Arsenij przytłoczony poczuciem winy za śmierć Ustiny i nieochrzczonego, pozbawionego imienia chłopca, swojego syna, wyrusza w świat, próbując odpokutować grzechy. Najpierw idzie w siedliska dżumy uzdrawiać chorych. On sam na dżumę jest w cudowny sposób uodporniony. Z biegiem lat spotykają go różne dramatyczne przygody, zostaje pobity, ograbiony, porzucony. Błąka się po Rosji, dociera do Pskowa, gdzie przez 14 lat mieszka pod murem klasztoru jak św. Aleksy w nędzy pod schodami swojego domu. Traci poczucie czasu, przestaje mówić, staje się jurodiwym. Jego czyny, zachowania przysparzają mu kłopotów, ale uznany za człowieka Bożego zyskuje uznanie jako uzdrowiciel. Ta część powieści pod tytułem "Księga wyrzeczenia" poprzez opis losów Arsenija jako pokutnika daje niesamowitą opowieść o mentalności Rosjan XV wieku. Realizm miesza się tu z mistycyzmem i fantastyką. Trudno rozpoznać, które przygody Arsenija są prawdziwe, a które rozgrywają się jakby w jego umyśle, kiedy leży chory, pozbawiony świadomości lub po prostu błąka się po ulicach miasta jako szalony. Po czternastu latach w Pskowie dochodzi do morderstwa, piekarz morduje innego jurodiwego Karpa, który codziennie kradł mu ze straganu kołacze. Wydarzenie to dziwnym trafem kończy etap szaleństwa Arsenija. Odzyskuje świadomość i mowę.
      W tym momencie autor przenosi nas nagle do włoskiego Magnano, gdzie z kolei mieszka Ambrogio Flekkia, można powiedzieć - jasnowidz. Młody jeszcze człowiek, który nie czując powołania do przejęcia rodzinnej tradycji winiarskiej, postanawia studiować, aby z czasem odkryć największą tajemnicę istnienia - datę końca świata. Ambrogio ma dar przewidywania przyszłości. Czasem przyszłości tak dalekiej, że jemu współcześni zapominają o sensie przepowiedni lub ich zgoła nie rozumieją. Bo co ludzie II połowy XV wieku mogli zrozumieć z zapowiedzi pieców krematoryjnych w Oświęcimiu w wieku XX? Tak właśnie, "Księga drogi" bowiem prowadzi Ambrogia najpierw z Włoch do Pskowa, gdzie poznaje Arsenija, a stamtąd obaj wyruszają w podróż po Europie i do Ziemi Świętej. Otrzymujemy dokładną mapę podróży przez ziemie litewskie, Królestwo Polskie (Lwów, Jarosław, Rzeszów, Tarnów, Bochnia, Kraków), następnie przez Wiedeń i Alpy dotarli do Wenecji. Podróżowali nie sami, lecz całą karawaną kupiecką. Napadają ich zbójcy, spadają lawiny, Arsenij gubi się nocą w Wenecji. Ale nie to jest najciekawsze. Podróż i pojawianie się nowych postaci, towarzyszy w drodze, stanowi pretekst do snucia przez autora wielotorowej opowieści o przenikaniu się czasów, np. wtedy gdy Ambrogio korzystając ze swojego daru widzenia przyszłości ujawnia niczego nierozumiejącym rozmówcom dziwne sprawy przyszłości: śmierć Puszkina w pojedynku, odkrycie warstw Troi przez kogoś pochodzenia niemieckiego, a jeszcze wcześniej, gdy przebywał na studiach we Florencji przewidział odkrycie Ameryki przez Kolumba i wyprawy Ameriga Vespucciego, z którym się zaprzyjaźnił. Przed opuszczeniem Florencji uprzedził mieszkańców, że 4 listopada 1966 roku miasto nawiedzi straszna powódź, ale rzecz jasna nikt do tej przestrogi nie przywiązywał wówczas uwagi.
       Jeśli w opiniach niektórych krytyków pojawia się porównanie Jewgienija Wodołazkina do Umberto Eco, to staje się ono prawomocne dopiero w części drugiej i trzeciej powieści, gdzie rozwój fabuły jest niejako pretekstem do wielowątkowej refleksji o naturze czasu, pamięci, historii i świata. Szczególnie czas nieustannie stoi w centrum zainteresowania rozmyślań i rozmów bohaterów, zwłaszcza Arsenija i Ambrogia. Nawet kiedy obaj milczą, ich myśli skierowane są ku tajemnicy czasu, jego ciągłości i przewidywalności lub nieprzewidywalności, granicy między czasem realnym a wiecznością, a więc granicy między życiem a śmiercią. 
        W ostatniej części powieści ("Księga spokoju") życie bohatera zatacza koło. Powróciwszy z pielgrzymki, podczas której tragicznie zginął jego wierny przyjaciel i towarzysz rozmów Ambrogio, Arsenij ostatkiem sił pomaga po raz kolejny mieszkańcom Pskowa uporać się z nawrotem dżumy, co przypominało mu początki długiej drogi odkupienia: "Czas naprawdę się cofał. Nie zdołał pomieścić przeznaczonych mu wydarzeń, tak wielkie i przejmujące były te wydarzenia. czas rozszedł się w szwach jak torba wędrowca i teraz ukazywał wędrowcowi swoją zawartość, a on oglądał ją jakby po raz pierwszy". Następnie Arsenij zostaje zakonnikiem Ambrożym w monasterze Świętego Cyryla, który kiedyś odwiedził ze swoim dziadkiem Christoforem. Zajmował się tam najcięższą pracą w kuchni, a potem został kopistą. Jednocześnie nadal uzdrawiał, a sława jego mocy ściągała do monasteru coraz większe tłumy chorych. Przeszedłszy czas przeznaczony na przygotowanie do schimy, został uroczyście wyświęcony na mnicha o imieniu Laur. Było to czwarte, ostatnie już imię, oznaczające kolejny etap życia. Arsenijem był w dzieciństwie i latach zdobywania doświadczenia i wiedzy. Jako jurodiwyj, szaleniec Boży nazwał się Ustinem, dopóki nie odzyskawszy poczucia czasu i swojego losu znowu mógł powrócić do pierwotnego imienia.  Lata życia w klasztorze spędził jako Ambroży. I etap ostatni spędził jako pustelnik Laur, gdyż wkrótce po przyjęciu święceń wyprowadził się do leśnej pustelni, zyskując opinię świętego męża. 
        Jak się okazało, pustelnia znajdowała się w okolicach wioski jego dzieciństwa. Życie zatoczyło koło nie tylko geograficznie. Ostatnią czynnością, którą ostatecznie odkupił winę za śmierć ukochanej Ustiny i jej dziecka, było uratowanie przed zemstą społeczeństwa uwiedzionej Anastazji, której udzielił w swojej pustelni schronienia, zgadzając się nawet na podejrzenia, że dziecko jest jego. Stracił w ten sposób opinię świętego męża i swoją moc uzdrawiania: "Każde uzdrowienie rodzi się głownie z wiary w nie (..) Oni już mi nie wierzą..." Ale Anastazja szczęśliwie rodzi zdrowego chłopca, poród przyjmuje Laur, jak wtedy przed laty, gdy rodziła i umierała jego ukochana Ustina. Życie zatoczyło koło: Laur umiera z noworodkiem w rękach. Ale po jego śmierci prawda zostaje ujawniona, a na pogrzeb przybywa 183 tysiące ludzi.
       Był czas, kiedy bohater szukał sensu swojego życia i wydawało mu się, że "przypomina mozaikę i rozpada się na kawałki".  Poszukiwanie spoiwa łączącego poszczególne kawałeczki jest głównym tematem powieści i zarazem dążeniem bohatera. Długie, osiemdziesięcioletnie życie Laura (1440 - 1520) jest podróżą w wymiarze geograficznym, kulturowym i czasowym. Chwile zwątpienia i poszukiwań prowadzą go od koncepcji czasu kolistego po wyobrażenie czasu jako wznoszącej spirali, która unosi człowieka wzwyż i go doskonali. Ideowe tło powieści jest bardzo rosyjskie i bardzo prawosławne. Stąd ogromna rola wiary, pokory, nauk świętych mnichów, którzy przemawiają nawet spoza granicy życia: Nikandra czy Innokientija. Z drugiej strony tak charakterystyczne dla kultury rosyjskiej postacie jurodiwych, których w powieści jest aż trzech: Foma, Karp i przez pewien czas Arsenij. Kiedy Arsenij milczy, jego niejasne postępki często mieszkańcom Pskowa, ale i nam, czytelnikom, tłumaczy właśnie Foma. Wszyscy trzej "szaleńcy Boży" mają specjalne względy, ale i wzbudzają śmiech, drwiny czy gniew. Te i podobne wątki wprowadzają w głąb rosyjskiego XV-wiecznego prawosławia, pełnego realizmu, ale i baśniowości, dosadności i brutalnego zła, ale i wzruszeń. Przy wszelkich podobieństwach, jakie mogą się nasuwać między "Laurem" a twórczością Umberto Eco, zwłaszcza "Imieniem róży", jest jedna zasadnicza różnica: nad powieścią Włocha nie płakałam.

Jewgienij Wodołazkin: Laur. Tłum. Ewa Skórska. Poznań 2015.




poniedziałek, 11 czerwca 2018

Czapski, ciąg dalszy dociekań

     Dociekania wykonali za mnie inni, Ja tylko doczytuję. Część pierwsza zaistniała przy okazji ostatniego numeru "Zeszytów Literackich" - TUTAJ Teraz ponownie sięgnęłam po "Nitkę Ariadny" Barbary Toruńczyk i wiem już, jak z tymi "Wyrwanymi stronami" było. Czapski przez całe niemal życie pisał dzienniki. Były jednak tak wielowątkowe, tak poprzeplatane odskoczniami myśli, wrażeń, komentarzy, rysunkami, że nigdy nie zdecydował się na opublikowanie ich w oryginalnym zapisie. Kilkakrotnie jednak na sugestie czytelników i wydawców przygotowywał do publikacji wybrane kawałki: wyrwane strony właśnie. W dodatku mieszał zapiski, przestawiał po nowemu, układał od nowa, dopisywał, rozwijał niejasności, uzupełniał... Ostateczne wersje są więc dalekie od rękopisów. Taki był zamiar i tego się trzymał. Jeszcze nawet na pierwszych maszynopisach i wydrukach nanosił poprawki. Jest tych części, zdaje się, czternaście. W każdym razie "Wyrwane strony" są rzeczywiście wyrwane i ułożone niejako tematycznie według wagi spraw, które uważał za istotne dla swojego rozwoju, swojego widzenia świata i sztuki, w tym szczególnie malarstwa. Nigdy jednak nie pisze, nie wyjaśnia genezy i procesu twórczego malarstwa własnego. Nie ma w "Wyrwanych stronach" jego rysunków, choć w rękopisie dzienników (274 kajety!) znajduje się ich mnóstwo. Rękopisy znajdują się w Muzeum Narodowym w Krakowie i wątpliwe, aby kiedykolwiek w całości zostały opublikowane, skoro Czapski sobie tego nie życzył. Zresztą, byłoby niezwykle trudne. Pismo Czapskiego jest bowiem hieroglificzne, często nieczytelne, na tekście głównym i wokół niego znajdują się dopiski, pisane nieraz wianuszkiem np. wokół rysunków. Poza tym są tam po prostu urywki myśli, cytaty we wszystkich językach, którymi się posługiwał (polski, niemiecki, rosyjski, francuski), których słownictwo mieszał w jednym zdaniu czy wypowiedzi.
      Dla samego autora pisanie dziennika było naturalną czynnością dnia, sposobem ratowania się przed "rozkładem duszy". Życiowy zapis duchowego dojrzewania, kształtowania etycznych i estetycznych poglądów, wnikliwa autorefleksja i - jak pisze w liście do Jeleńskiego - "stop tej horreur de la vie [zgrozy życia] z tym, co w życiu najdrogocenniejsze". Ogrom systematycznej pracy włożonej w prowadzenie dziennika wprost poraża zwykłego człowieka. Zaczął pisać w czasach młodości, te pierwsze zapiski spłonęły w czasie wojny. Pierwsze wspomnienia z pobytu w Hiszpanii opublikował w 1930 roku. A pisał do końca życia - zmarł 12 stycznia 1993 roku w wieku 97 lat. Gigantyczne opus magnum około sześćdziesięciu lat życia nawet odliczając zeszyty zapisane w czasach przedwojennych. Nic dziwnego, że sam autor uważał dzienniki za najwspanialsze swoje dzieło.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Z archiwum drewnianej szafy

       W moim domowym archiwum mam stare numery "Literatury na świecie". Kiedyś, gdy rynek księgarski nie był tak jak dziś zawalony błyszczącymi okładkami krzykliwych tytułów, a poważne wydawnictwa wydawały poważne książki z opóźnieniem, był to miesięcznik, w którym zapoznawałam się z tym, co się pisze  na świecie. Kiedy nie było jeszcze Internetu w "Literaturze na świecie" czytałam Jaroslava Seiferta i Wole Soyinkę zanim dostali Nagrody Nobla. Miesięcznik miał format kieszonkowy, lecz pokaźnej grubości, właściwie wyglądał jak mała książeczka. Każdy numer miał temat przewodni, a to literatura koreańska, a to Octavio Paz (z nim też po raz pierwszy zetknęłam się właśnie na łamach tego miesięcznika), a to Miłosz, a to dzieje herezji i tekstów z tym związanych. Po latach stwierdziłam, że już niewiele pamiętam z tamtych lektur. A są poukładane na jednej z półek w głębokiej szafie, nie, nie pancernej, drewnianej ;-) I sięgnęłam po kilka numerów. Odkrywam na nowo dawno odkryte ;-) No cóż, taki los książek? Pisarzy? Czytelnika? 
       Akurat otworzyłam numer z marca 1991 roku poświęcony literaturze słowackiej, choć nie tylko. Na samym początku wiersze - sonety! - Hviezdoslava, czyli Pavola Orszagha (1849 - 1921). I przejmujący esej o nim Józefa Waczkówa zatytułowany "Prometeusz z Tatr". Czytam jakby po raz pierwszy, choć sam Hviezdoslav gdzieś się tam o ściany pamięci obijał. Ze względu na rolę w literaturze słowackiej porównywany przez autora z naszym Adamem Mickiewiczem życie miał dramatyczne i przejmująco smutne na tle degradacji słowackiej literatury w ogóle. Gigantyczny dorobek przypominać może dokonania Victora Hugo, lecz nie dane mu było zyskać podobnej sławy i odegrać podobną rolę. W egzaltowanych z punktu widzenia dzisiejszej estetyki wierszach przypomina mi nieco Kasprowicza. Ale też dramat duszy rozgrywający się w ukryciu, niewypowiedziany na głos, wyzwalał równie silne emocje. W wieku trzydziestu lat zaszył się w prowincjonalnym Namestovie prowadząc działalność adwokacką, jednocześnie pisząc i rozprawiając się ze zmorami współczesności. Waczków pięknie pisze, że w epoce, kiedy Słowacy nie mieli w zasadzie duchowej stolicy literatury, on sam stał się dla siebie centrum kultury i narodowego ducha. Jego Namestovo jak Weimar Goethego stał się literackim centrum ze względu na swojego mieszkańca.
       W tym samym numerze "Literatury na świecie" znajduję przejmujące świadectwo życia pisarza skazanego przez władze na zapomnienie za życia - Dominika Tatarki (1913 - 1989). Był pierwszym słowackim pisarzem, który podpisał Kartę 77. Od tego czasu został urzędowo całkowicie usunięty ze słowackiej literatury: jego twórczość objęto całkowitym zakazem druku, nie wolno było nawet wspominać jego nazwiska w żadnej pracy, a książki wycofano ze wszystkich bibliotek w kraju! Z fragmentu wspomnień Bernarda Noëla wyłania się postać człowieka pogrążonego w dziesięcioletniej samotniczej depresji. Stopniowo tracił przyjaciół, znajomych, jego korespondencja była cenzurowana, a często w ogóle nie docierała, lądując w archiwach czechosłowackiej bezpieki, telefon na podsłuchu, zrywane połączenia lub głuche telefony, regularne wezwania na przesłuchania, utrata kontaktów z zagranicznymi ośrodkami (Tatarka studiował między innymi na Sorbonie): "Chodzą za mną wszędzie - powiedział. Nie ma miejsca, gdzie mógłbym się schronić. nagle dzwoni telefon, i nikt się nie odzywa. Wychodzę się przejść, a tu robią mi znienacka zdjęcia. Wolę już więc nie wychodzić. Z kolei w domu nie czuję się u siebie: jestem odcięty". Z reportażu wyłania się postać człowieka permanentnie inwigilowanego i całkowicie osamotnionego. 
       Czy dzisiaj, kiedy można napisać i wydrukować wszystko, nawet największą bzdurę i największy bełkot, współcześni pisarze zdają sobie sprawę, w jak luksusowych warunkach przyszło im żyć i tworzyć? 

wtorek, 29 maja 2018

Satyryczne lustro Leszka Kołakowskiego

       No nie wiem, czy się śmiać, czy... płakać, ale chyba tylko ze śmiechu. Rozbawił mnie, uwaga! uwaga! nie kto inny, tylko Leszek Kołakowski. Kto by pomyślał?! Sama bym się nie spodziewała. Wśród, jak często mi się zdarza, przypadkiem (aczkolwiek w świetle teorii opisanej w poprzednim poście, wcale nieprzypadkowo) nabytych książek, znalazło się "Wejście i wyjście oraz inne utwory ku przestrodze i dla zabawy".



      Jeśli ktoś kojarzy "Cicer cum caule" Tuwima, to może mieć mniej więcej rozeznanie, czego się spodziewać, z tym, że Kołakowski kumuluje w jednym tomie językowo-prześmiewczą inwencję Tuwima z absurdem "Zielonego Balonika" Gałczyńskiego i poczuciem humoru Sztaudyngera oraz Boya. Odwracałam kartki, przechodziłam do kolejnych dykteryjek, scenariuszy teatralnych i filmowych, wierszyków, parodii, autoparodii, groteski i nie mogłam powstrzymać śmiechu. Wszystko warte zacytowania, więc kłopot z wyborem ogromny!  Dlatego chce mi się płakać ;-) 
      Fantastyczne! Tytułowe "Wejście i wyjście" jest parodią "Czekając na Godota"; scenariusz filmowy "Wygnanie z raju" w dowcipny sposób, językiem godnym filmu gangsterskiego, przetwarza dzieje pierwszych ludzi i grzechu pierworodnego; scenariusz filmu rysunkowego "Rzeczy", ach! majstersztyk absurdu godny Buñuela co najmniej. Kołakowski był filozofem, to wiedzą wszyscy, ale że miał niesamowite wyczucie języka i pisał wiersze (tak! tak!) niekoniecznie powszechnie wiadomo. Debiutował jako nastolatek poezją. Miał kilka zeszytów zapisanych wierszami. Mówił o nich, że "ku niepowetowanemu bólowi ludzkości" poszły z dymem w Powstaniu Warszawskim, ale jeśli prawdą jest, że "rękopisy nie płoną", może jednak te zeszyty "kiedyś się, niestety, odnajdą".  Tymczasem w zebranym tomie czytamy to, co napisał później, np. dowcipne wierszowane laudacje urodzinowe na cześć Miłosza, Tischnera, "Tygodnika Powszechnego" "Znaku". 
      Iskrzące dowcipem i autoparodią felietony: "Pochwała  snobizmu", "Pochwała niepunktualności", "Pochwała cenzora", "Przyczynek do mowy parweniusza" każde z osobna zasługują na omówienie kończące się niezmiennym zdziwieniem: "Jakie one są aktualne!" "Klasyfikacja filozofów polskich" z kolei to zabawa wykorzystująca znaczenie nazwisk. Ingarden znalazł się na przykład w dziedzinie ogrodnictwa, a do meteorologii zaliczono Wiatr (Wiatra? skoro nazwisko?), Uziembłę i Gromską. Szczególnie liczne okazało się grono filozofów w dziedzinie botaniki: Bauman, Kłoskowska, Grzybowski, Tatarkiewicz, Chojnacki, Kwiatkowski, Sosnowski, Dąmbska. Moja wyobraźnia została poruszona i próbowałabym nawet wyodrębnić w tym gronie dziedzinę dendrologii ;-)
      Osobnym gatunkiem tekstów Kołakowskiego są autoparodie filozoficzne. Kto, jak nie wybitny filozof, mógłby tak prześmiewczo wyjaśnić różnice między współczesnymi kierunkami filozoficznymi, posługując się w tym celu ideą "nie-uprawiania ogrodu"? A już syntezę doskonałą współczesnej myśli filozoficznej i nauk politycznych oraz stanowisk ideowych zaprezentował w przezabawnej "Wielkiej Encyklopedii" mieszczącej się na czterech stronach. Z tego to "dzieła" kilka wybranych haseł, moim zdaniem, ujmujących istotę rzeczy w sposób jak dotąd najdoskonalszy;-)

MATERIALIZM: że wszystko jest mniej więcej takie, jak krzesło i cegła
LEIBNIZ: że lepiej niż jest, być nie może, bo pan Bóg już wie, co robi
ARYSTOTELES: że najlepiej środka się trzymaj, to nie zginiesz
POST-MODERNIZM: że wszystko wolno
DEKONSTRUKCJONIZM: że co by się nie mówiło, to i tak nic to nie znaczy
DEMOKRACJA: żeby każdy sobie wyobrażał, że rządzi, ale ciągle się skarżył, że za mało rządzi
ROUSSEAU: że coraz gorzej i gorzej, i co to będzie
HISTORYZM: że dziś to jest prawda, a jutro co innego
PLATON: że nie ma nic piekniejszego niż piękno, nic śmieszniejszego niż śmieszność, nic głupszego niż głupota itd.
EGZYSTENCJALIZM: że i ty możesz być postacią tragiczną
NIETZSCHE: że wszystko ze wszystkim się bije i tak już zawsze będzie, a sensu to żadnego nie ma
RELATYWIZM: że może być tak, a może być owak
HUME: że co widzisz, to widzisz, a co sobie myślisz, tego nigdy nie udowodnisz
SPRAWIEDLIWOŚĆ SPOŁECZNA: że ty masz o wiele za mało pieniędzy
TALES: że woda

      A że, jak pisał Książę Poetów, satyra prawdę mówi, także i w tych na pozór śmiesznostkach znaleźć można głęboką prawdę o nas samych, czego przykładem niech będzie fragment z "Pochwały cenzora":
"Uwielbiasz okazje do zgorszenia, słoneczko ty moje, ubóstwiasz wiadomości, które dają ci  możliwość oburzenia, potępienia i darcia szat. Uwielbiasz je i ubóstwiasz, bowiem, po pierwsze, wywyższają cię one we własnych oczach i stawiają na piedestale cnoty i czcigodności jako tego, który właśnie nie okradł kasy państwowej, nie porzucił żony z dziećmi w nędzy i nie usiłował otruć przyjaciółki, a jeśli okradł, porzucił i usiłował otruć, to było to już dawno i wszyscy o tym zapomnieli. Więc upajasz się i podniecasz i niesłychanej satysfakcji doznajesz, kiedy możesz się gorszyć i potępiać, bo przez to kontrastujesz się z przedmiotem twojego zgorszenia nieskalaną bielą własnego sumienia, które na tle codziennych drobnych niegodziwości i małych świństewek nie wyróżnia się niczym i w towarzystwie przystraja się do powszechnej miernoty. (...) A po trzecie, przyznaj, motylku, że miota tobą szalona zazdrość, jeśli ktoś zrobił coś, o czym ty marzysz, a na co się nie zdobędziesz z tchórzostwa. A ty również marzysz o tym, żeby zdefraudować pieniądze państwowe, porzucić żonę z trojgiem dzieci i otruć przyjaciółkę. Marzysz, ale tchórzysz, więc nie robisz tego; wobec tego wiadomość, że ktoś to właśnie usiłował zrobić i że mu się nie powiodło, jest dla ciebie źródłem rozkosznego zadowolenia, że on w ten sposób nie dopiął tego, czego i ty nie dopiąłeś. Takie to my, dzieci, jesteśmy. Więc skończmy z tym i nie mówmy więcej o tej sprawie. Zanotujmy sobie tylko, że wiadomości gorszące lubimy, kochamy, mlaskamy i cmokamy nad nimi, rozkoszne są dla nas i wspaniałe."

niedziela, 20 maja 2018

Między nigdy a koniecznością



       Wyobraźmy sobie siatkę zbudowaną z niewyobrażalnej liczby przecinających się linii. Linie są ścieżkami ewolucji Wszechświata, prawami fizyki funkcjonującymi w skomplikowanych strukturach matematycznych. Miejsca przecięcia się dwóch linii to fluktuacja - przypadkowe spotkanie, impuls, bodziec, który może, choć nie musi, zmienić bieg zdarzeń w ramach owych dwóch pierwotnych linii. Biegną więc sobie te linie według określonych praw fizyki i gdyby nie spotkanie, skrzyżowanie, ich biegu nic by nie zmąciło. Lecz pojawia się taka fluktuacja i zbija obie linie z pantałyku. Obie doznają zdziwienia i krzyczą: O, kurczę, jaki przypadek! Oczywiście owym przypadkiem jest spotkanie tej drugiej, ale ta druga myśli tak samo o pierwszej. Bo obie same w sobie mają prawo tu być - ich bieg, tor czy los, jakkolwiek nazwać, wyznaczają określone prawa fizyki, tak więc same w sobie przypadkowe nie są. Czy wobec tego fluktuacja jest przypadkowa? Bynajmniej! Deterministyczny ciąg zdarzeń jednej linii i deterministyczny ciąg drugiej linii kiedyś musiał ulec fluktuacji. Jeśli nie tej, to innej. To, co dla wąskiej linii jest przypadkiem na torze jej biegu, w skali całej siatki - nieskończenie wielkiej, tak wielkiej, że nie można jej zapisać ani namalować  -  jest prawidłem, zasadą, kolejnym prawem istnienia.
      Oczywiście Heller używa języka bardziej precyzyjnego i skomplikowanego, choć stara się upraszczać. Ale pojęcia siatki używa. Nazywa ją Wielką Matrycą. Jest ona znacznie bardziej skomplikowana i - powiem to, choć nigdy nie sądziłam, że to zrobię - piękna. Czy świat ujęty matematycznie może być piękny? Właśnie odkryłam, że może. Dwa pierwsze rozdziały o dziejach rozwoju rachunku prawdopodobieństwa, o sporach uczonych, miejscami anegdotyczne, miejscami przyprawiające o ból głowy natłokiem pojęć, wzorów, definicji, przenikaniem wymiarów mikro- i makroświata, doprowadziły do końcowej wizji. Bynajmniej nie ostatniej, skoro autor twierdzi, że wciąż czekamy na odkrycie ostatecznej odpowiedzi. Na szczęście ja już sobie tym głowy łamać nie będę. Wystarczy, że próbuję zrozumieć własne istnienie jako "nieliniowy, otwarty układ dynamiczny znajdujący się w stanach odległych od równowagi".  Brak równowagi jest tutaj istotny, dzięki niemu istnieję. Równowaga oznacza absolutną harmonię, równowagę właśnie, między - obrazowo mówiąc - mną, a otoczeniem, czyli np. wyrównanie ciepła. Co mamy w efekcie? Śmierć. A więc stan braku równowagi, czyli takie sobie wahania energii wte i wewte, miotanie się moich neutronów, elektronów, kwantów, kwarków i co tam jeszcze odkryto, przez bardziej widoczne miotanie się na poziomie cielesności, po całkiem frustrujące miotanie się w chaosie codzienności jest sine qua non istnienia w ogóle! Na nic na nic plany odpoczynku, na nic marzenia o spokoju!
        Chaos jest niezbędny do istnienia i rozwoju czegokolwiek. Został wpisany w strukturę Wszechświata. Przypadek nie jest wyłomem z racjonalnego porządku; jest elementem zaplanowanym, przewidzianym, niezbędnym. Oczywiście nie tak przewidywalnym, jak nam się na co dzień wydaje, ale... przypadki - w sensie nie wiadomo, co i skąd - nie istnieją. Co się zdarzy konkretnie - rzecz jasna - nie wiemy, ale co może się zdarzyć, czyli spektrum deterministycznych prawdopodobieństw można obliczyć ze stanu początkowego danego układu. I jeszcze jedno: to, co dla jednego układu jest rzekomo przypadkiem, to znaczy fluktuacją, zewnętrznym bodźcem, dla innego z kolei jest ściśle zdeterminowaną koniecznością wynikającą z praw fizyki. Weźmy przechodnia idącego wzdłuż budynku, z którego spada mu na głowę cegła. Mówimy, przypadek! Ależ w żadnej mierze nie było w tym nic przypadkowego. Uznajmy za układ początkowy losu owego przechodnia moment, w którym z jakichś sobie znanych powodów postanowił pójść tego dnia do lekarza. Szedł więc określoną ulicą, wzdłuż określonych domów, ponieważ  akurat tędy wiedzie trasa do przychodni, w której przyjmuje jego lekarz. Wszystko ściśle zdeterminowane, przewidywalne, zaplanowane. Z kolei za układ początkowy dla owej cegły uznajmy dzień, w którym ulewa wypłukała pierwsze drobinki zaprawy, która łączy ową cegłę z murem. Od tamtego dnia minęło wiele kolejnych dni, kolejnych ulew, które raz po raz wypłukiwały zaprawę. Proces erozji jest zjawiskiem ściśle fizycznym, przewidywalnym i jego tempo daje się obliczyć! W tym nie ma żadnego przypadku. WIADOMO, że cegła spadnie, gdy spoiwo utraci określoną objętość i ciężar cegły przeważy. Tak więc określonego dnia o określonej godzinie cegła spadnie; o określonej godzinie określonego dnia przechodzień będzie tamtędy szedł do lekarza. Nastąpi przecięcie się losów cegły i przechodnia, czyli fluktuacja.
       Jeśli mamy stan początkowy, stan końcowy nie jest nieoczekiwany i nieprzewidywalny. Oczywiście w skali kosmicznej rachunki są bardzo skomplikowane, ale kiedy Wszechświat istniał 3 minuty, ustalił się jego skład chemiczny: hel 3, hel 4, deuter, lit i wodór. To, co nastąpiło dalej, wymagało tylko czasu, bardzo długiego czasu. Tylko tyle i aż tyle. Czyż to nie piękne?

niedziela, 6 maja 2018

Łamanie głowy

       Jeśli nie wiemy, co się dzieje wokół, a tym bardziej co się zdarzy w przyszłości, to co robimy? Przewidujemy. Na ile trafnie przewidujemy? No cóż, to zależy. Co prawda, jak mi opowiadał znajomy matematyk, pewien student obliczając stopień prawdopodobieństwa pewnego zdarzenia losowego, podał ostateczny wynik 8/3, w wyniku czego zastanawiam się, co ów student j e s z c z e  robi na uczelni??? Z takimi zdolnościami powinien dawno puścić z torbami wszystkie kasyna w Monte Carlo ;-) Przeciętny jednak człowiek jako tako myślący zdaje sobie sprawę, że jego pewność to tylko domysły, a wszelkie domysły mają prawdopodobieństwo mniejsze niż 1. I chociaż Bernoulli uważał prawdopodobieństwo za stopień pewności, słuszniej byłoby za Gibbsem rzec, a Heller powtarza to kilkakrotnie, że jest ono raczej miarą ludzkiej niewiedzy o  zjawiskach świata. Stan obecny nie określa w sposób jednoznaczny, co się zdarzy, a jedynie determinuje zakres - dosyć szeroki - wielu możliwości. Mówiąc językiem fachowym:  "stan układu w chwili obecnej determinuje jedynie rozkład prawdopodobieństwa możliwych stanów w przyszłości".  Indywidualne poglądy człowieka to jedynie zbiór przekonań o różnym stopniu prawdopodobieństwa. Nigdy zaś pewność. Oczywiście nie każdy nosiciel/właściciel owych przekonań zdaje sobie z tego sprawę. Dlatego w komunikacji międzyludzkiej tak wiele jest wygłaszanych pewników, a tak mało wątpliwości. Doszłam w tym momencie do fragmentów z wzorami, na których mój umysł się wywraca. Nie wykorzystam zapewne teorii prawdopodobieństwa do gier hazardowych, ale czyż samo życie nie jest grą o stawce najwyższej? Być może więc filozofia przypadku znajdzie zastosowanie także na poziomie zwyczajnej codzienności ;-) Czytam sobie w odcinkach przyswajalnych dla umysłu "Filozofię przypadku" Michała Hellera. Do filozofii jeszcze nie doszłam, na razie jest matematyka i fizyka, a raczej matematyka w fizyce: teoria prawdopodobieństwa w fizyce kwantowej.

wtorek, 24 kwietnia 2018

Jak Polacy tworzyli muzykę światową

    Tytuł nieco na wyrost. Jednak czytając świetną książkę Janusza Ekierta (patrz wpis TUTAJ), zwracałam uwagę na pojawiające się polskie nazwiska. Nie da się ukryć, że muzyka polska po II wojnie światowej za sprawą wybitnych kompozytorów należała do czołówki światowej awangardy. Najdobitniejszym przykładem jest Krzysztof Penderecki, któremu autor poświęca niemal w całości dwa rozdziały: "Monachium" i "Zamówienia".
      Monachium dlatego, że tamtejszy Bawarski Teatr Narodowy zamówił u polskiego kompozytora operę komiczną Król Ubu, której premiera w 6 lipca 1991 roku "stała się wydarzeniem całej festiwalowej Europy". Podobno przed teatrem tłumnie stali ludzie z transparentami "poszukuję biletu". Istotą muzyki Ubu Rexa jest żart, parodia, aluzja, pasticcio, synteza motywów znanych i rozpoznawalnych, w tym np. liczne tańce, ale swoiście przetworzone, skarykaturyzowane, przeobrażone i przybrane w błazeńską czapkę. Penderecki komediantem? Zaskoczenie było wielkie.
     W rozdziale "Zamówienia" mowa jest o fenomenie Pendereckiego jako światowego artysty tworzącego kompozycje na uczczenie wielkich jubileuszy: 700-lecia katedry w Munster, 25-lecia ONZ, 1200-lecia katedry w Salzburgu, 40. rocznicy zakończenia II wojny światowej, 200-lecia rewolucji francuskiej, 3000-lecia Jerozolimy, 850-lecia Moskwy, 1000-lecia Gdańska, 200-lecia  Stanów Zjednoczonych,  200-lecia urodzin Chopina,  200-lecia Musikverein w Wiedniu... a nie są to bynajmniej wszystkie. Tak samo nie umiałabym wypisać wszystkich doktoratów honorowych, orderów i odznaczeń, przyznawanych mu na całym świecie. "Gdy skomponował Anaklasis i Tren, mówiono, że jest jednym z najciekawszych talentów w muzyce naszych czasów. Po Pasji wg św. Łukasza wiedziano, że jest jednym z najwybitniejszych kompozytorów polskich. Po operach Raj utracony i Czarna maska, po Polskim Requiem nabrano pewności, że jest jednym z największych kompozytorów stulecia. Po Siedmiu bramach Jerozolimy, po Symfonii przemijania utrwala się opinia, że należy do najsławniejszych twórców w ciągu tysięcy lat rozwoju muzyki". Większość jego dzieł miała swoje premiery i prapremiery poza granicami Polski, np. Diabły z Loudun w Hamburgu, Czarna maska w Salzburgu, I Symfonia w Peterborough, Raj utracony w Chicago... i tak można by wymieniać jeszcze długo śledząc wędrówki jego muzyki kręcąc globusem dookoła.
      Ale Ekiert pisze i o innych fenomenach polskiej muzyki, a właściwe jej wybitnych twórcach. O Lutosławskim pisano, że jest Beethovenem naszych czasów. Zdzisława Donat, sopran, po Czarodziejskim flecie wystawionym w Salzburgu pod batutą Jamesa Levine`a została uznana za najlepszą Królową Nocy. Na próżno szukać informacji o sukcesie Manekinów Zbigniewa Rudzińskiego wystawionych w Wiesbaden (za kilka dni, 30 kwietnia rozpoczyna się edycja Maifestspiele 2018). Nawet na culture.pl nie znalazłam informacji o Wacławie Orlikowskim, dyrektorze baletu w Grazu, twórcy choreografii w wielu miastach Europy, od Bregencji, przez Berlin, Paryż, Rzym, po Weronę.
      Poza tym zatrzymuję się na ciekawostkach zgoła mniejszego kalibru. Niestety, nie znajdę już nieistniejącego hotelu "Pod Czarnym Rumakiem" w Pradze, gdzie mieszkał Chopin podczas trzydniowego pobytu w drodze z Wiednia do Warszawy. Ciekawe, czy obecny właściciel pałacu Hohenems (koło Bregencji)  również oprowadza gości prezentując między innymi rodzinne portrety Potockich, wyprzedawanych wraz z innymi zabytkami z dawnej kolekcji Łańcuta.
     A wiedział ktoś, że Beethoven skomponował melodie do dwóch polskich piosenek ludowych? Są to właściwie takie dwie przyśpiewki: Poszła baba po popiół i Oj, upiłem się w karczmie. Beethoven pracował nad skompletowaniem cyklu pieśni różnych narodów. W 1816 roku poprosił Franciszka Mireckiego, też kompozytora, którego poznał w Wiedniu u hrabiego Ossolińskiego, aby mu dostarczył jakieś teksty polskich ludowych pieśni. Mirecki dostarczył mu te właśnie dwie.
###
Poszła baba po popiół
i diabeł ją utopił,
ni popiołu, ni baby,
tylko z  baby dwa schaby.
###
Oj, upiłem się w karczmie,
wyspałem się w sieni,
a Żydki, psiajuchy,
kobiałkę mi wzieni.

Oj, oj, Żydki kanalije,
oddajcie kobiałkę
oj, czymże będę nosił
krupy na gorzałkę.


Tu są obie na samym początku.



Druga bardzo w rytmie krakowiaka. Słychać nie do końca polskie wymawianie słów, ale da się zrozumieć :-) Znalazłam jeszcze jedno wykonanie tylko "Baby":

W głąb rosyjskiej duszy

      Jewgienij Wodołazkin nazywa się tak, jakby sam był bohaterem powieści Dostojewskiego, jakimś kolejnym starcem Zosimą. Tymczasem jest...