niedziela, 9 grudnia 2018

Po stu latach

      Wacław Żmudzki nie należy do kanonu powszechnie znanych pisarzy, chociaż był czas, gdy jego utwory zalecane byływ szkołach  jako lektura dodatkowa. Były to czasy przedwojenne. Obecnie podejmowane są działania mające na celu przypomnienie jego dorobku i umiejscowienie go we właściwym kontekście literacko-historycznym. Urodził się w 1870 roku i pokoleniowo należał do twórców wprowadzających do literatury nowe młodopolskie nastroje i obrazowość a zarazem wrażliwość na kwestie społeczne. Zjawiska te i tematy znajdziemy w najnowszym, po stu latach zapomnienia, wydaniu "Nowel" a w zapowiedziach widnieje najobszerniejsze jego dzieło, powieść "Bór". Inicjatywa została podjęta z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości i służy nie tylko przypomnieniu dzieł literackich. Także sama osoba autora jest godna uwagi. Przez większość życia związany ze Lwowem zapłacił za obronę w nim polskości cenę najwyższą - życiem jedynego syna Wacława Feliksa, który zginął jako szesnastoletnie Orlę Lwowskie w 1918 roku. Sam Wacław Żmudzki pochowany został  (1924) blisko kwatery syna, po przeciwnej stronie muru oddzielającego Cmentarz Orląt Lwowskich od Cmentarza Łyczakowskiego.
       Twórczość Żmudzkiego trwała krótko, zaledwie 10 lat. Rozbłysnęła nagle w wyniku osobistcyh doświadczeń autora, który mieszkając na Chełmszczyźnie i Lubelszczyźnie był świadkiem tragicznego losu unitów bezwględnie prześladowanych i zmuszanych przez władze zaborcze do przyjęcia prawosławia. Opowieści zebrane w zbiorze "Nowel" są momentami bardzo drastyczne, nie będą jednak niczym zaskakującym dla kogoś, kto zna historię prześladowań na wschodnim pograniczu. Zaletą opowiadań Żmudzkiego jest konsekwentne wprowadzanie bohatera chłopskiego. Obrona wiary, polskości, walka o pamięć o przodkach i bohaterach, tęsknota za ojczyzną na dalekiej Syberii są tutaj udziałem prostych ludzi, czasem takich, których inni, odrobinę światlejsi gospodarze muszą dopiero tej polskości uczyć, jak w noweli "Losy Jacka Kozika", gdzie dojrzały Marcin uświadamia młodemu i zaślepionemu Staszkowi, kim są Rosjanie i jakich krzywd są sprawcami.  
       Każde opowiadanie to los konkretnego bohatera wystawionego na próbę. Niestety, losy te kończą się tragicznie. Staszek zrozumiawszy swój błąd wymierza sprawiedliwość rosyjskiemu strażnikowi Iwanowowi mordując go po kryjomu w lesie; Walek Góra i Jaśko Sokalski ("Pan Bóg przebaczył") giną gdzies na granicy Europy z Syberią pogodzeni ze swoją tęskontą za Polską; Bartek skruszony sam się przyznał, zę doniósł do władz zaborczych o tajemnych schadzkach mieszkańców z księdzem katolickim ("Judasz"); Moskale z fanatycznym popem zbeszcześcili trumnę i zmarłego nie dopuszczając do katolickiego pogrzebu ("Na cmentarzu")...  Dlatego nie zgadzam się z twierdzeniem, że Żmudzki nie pozostawia swoich bohaterów bez nadziei. Co prawda pojawiający się wymiar mesjański sytuuje cierpienie bohaterów i ich poświęcenie w przestrzeni eschatologicznej, ale marne to pocieszenie, gdy Szymek po bestialskim gwałcie i zamordowaniu jego żony przez trzech Kozaków wychowuje syna na mściciela ("Sianokos"), Staszek wymierza samosądny wyrok na carskim oprawcy Iwanowie, ale przecież fałszywie przez niego oskarżony Jacek Kozik bezpowrotnie zostaje skazany na syberyjską tułaczkę, a młody Antek po zamordowaniu jego ciężarnej żony Marii przez carskich strażników został leśnym tajemniczym mścicielem, mordującym w okolicy przedstawicieli zaborców nieopatrznie zapuszczających się w odludne miejsca ("Nieboga"). Tak więc popularny neoromantyczny motyw mesjański, w niekórych opowiadaniach rozbudowany na wzór proroczych wizji czy widzeń, daje być może nadzieję, lecz czytelnikowi bardziej i to w wymiarze historycznej przyszłości, natomiast nie ma tej przyszłości dla samych bohaterów. Wymowa tej twórczości jest głęboko pesymistyczna i wstrząsająca w swej bezpośredniości.
       Osobnym zagadnieniem jest język, łączący młodopolską poetyckość, mistyczną obrazowość z realizmem i frazeologią mowy potocznej. Nie sprawia on jednak trudności, kierując uwagę ku ważkiej problematyce poruszanej przez autora. Żmudzki był pisarzem zaledwie przez 10 lat, na przełomie XIX i XX wieku. Skupiwszy się na karierze zwodowej (był dyrektorem Galicyjskiego banku Żywnościowego z siedizbą we Lwowie)  porzucił niwę literacką. Wypadki polityczne, tragedia rodzinna (śmierć syna), problemy osobiste zwiazane z podejrzeniem i oskarżeniem o nieprawidłowości finansowe w podległym banku sprawiły, że do literatury już nie wrócił. My jednak możemy wracać do tego, co napisał a reedycja jego dzieł jest ku temu doskonałą okazją. 

Zdjęcie okładki pożyczyłam ze strony Studia Wydawniczego Suite 77
       

niedziela, 2 grudnia 2018

Przez kraty więzienne słońce świeci kwadratowo

   

       Kwadratowe słońce świeciło przez kraty sowieckich więzień i łagrów. Widział je na własne oczy Stefan Knapp, stąd tytuł wspomnieniowej książki wydanej w 1956 roku w Londynie po angielsku ("The Square Sun", Museum Press Ltd. London). Najnowsze czwarte wydanie zostało zainspirowane obchodzoną w 2016 roku dwudziestą rocznicą śmierci autora.
     Stefan Knapp był artystą malarzem, twórcą nowej formy artystycznej wielkopłaszczyznowych obrazów tworzonych techniką emalii nakładanej na oryginalnie opatentowanym przez artystę podłożu. Jako zdemobilizowany po wojnie pilot RAF postanowił rozwijać swoje od dzieciństwa widoczne zdolności artystyczne. Przez pierwsze powojenne lata kształcił się i pracował nad wypracowaniem własnej techniki, która z czasem przyniosła mu sławę na całym świecie, a jego prace można podziwiać Paramus i Nowym  Jorku w USA, w Ontario, w Londynie i Genewie, w Paryżu, Dusseldorfie czy w kilku miastach Ameryki Południowej. Należał do najbardziej rozpoznawalnych nowatorskich artystów II połowy XX wieku  w Anglii, gdzie pozostał po zakończeniu wojny. Zanim to jednak nastąpiło, przeszedł szlak zesłańczy przez swoieckie więzienie i łagry, które na zawsze naznaczyły jego osobowość i sztukę.
      "Kwadratowe słońce" jest zapisem dramatycznych doświadczeń z sowieckich łagrów oraz rozczarowania polskiego emigranta, któremu po wojnie za narażanie życia w podczas służby w RAF  podziękowano sugerując, że w zwycięskim kraju alianckim nie ma dla niego już miejsca. Rozczarowanie autora narasta stopniowo już podczas zetknięcia się z okrucieństwem władzy sowieckiej. Wychowany w domowej tradycji wyczulonej na krzywdę społeczną, w atmosferze z natury rzeczy lewicującej, nie miał początkowo awersji wobec nowej radzieckiej władzy, ale stopniowo poznawał wszystkie jej wynaturzenia. Drastyczne opisy marszu przez północną Rosję, porzucenie na pastwę mrozu i głodu w środku tajgi, gdzie własnymi rękami i tylko przy pomocy siekiery więźniowie wznosili baraki, meblując je pryczami z nieheblowanych desek, bezwzględna walka o przetrwanie w surowych warunkach przyrody i jeszcze surowszych zasadach obozowej herarchii, przejmujące obrazy przemocy, bezsilności, zezwierzęcenia stanowią wartość dokumentarną wspomnień Stefana Knappa.
      Autor nie upiększa niczego, także sam proces uwalniania się z koszmaru wspomnień, powracania do świata normalności trwał długo. Nawet fakt wstąpienia do Armii Andersa nie ma tutaj charakteru euforycznego zachwytu wolnością. Wolność okazuje się złudna i przekłamana, oparta na politycznym wyrachowaniu i społecznej niesprawiedliwości. Wszystko to dręczyło Stefana Knappa i znalazło się w książce będącej jedynym dziełem literackim autora, gdyż resztę życia poświęcił tylko malarstwu. Poznanie duchowej drogi dojrzewania artysty pomaga w zrozumieniu jego sztuki, np. charakterystyczne operowanie formami geometrycznymi i kolorami na wielkich powierzchniach znajduje swoje źródło w fascynacji autora widokami ziemi z samolotu, gdy służył jako pilot. Myślę, że to ważna książka, ważna w kontekście wciąż toczącej się dyskusji o udziale polskich żołnierzy w wojnie, o roli polskich pilotów w Bitwie o Anglię, o losach polskich emigrantów po wojnie, o dramacie zesłanych do łagrów. Niepokojący jest wątek o tym, że wielka międzynarodowa polityka każe zamykać oczy na cierpienie niewinnych w imię rzekomo ważniejszych, ogólniejszych interesów. Tylko czy to usprawiedliwia milczenie?


   

środa, 28 listopada 2018

Ależ on potrafił wzruszać!


      Udana ucieczka z Syberii, morska odyseja po morzach północy aż do Bałtyku zakończona ponownym aresztowaniem, carskie ułaskawienie, które przyszło kilka godzin po śmierci skazańca, międzynarodowa Komuna Złotej Rzeki, zesłany na Syberię polski student medycyny leczący trędowatych i zadżumionych na bajkalskiej wyspie Olchon, prasowy reporter, którego ostatnią sensacyjną depeszą była relacja z własnej zbrodni popełnionej na żonie i jej kochanku, zblazowany filmowy amant odnajdujący miłość i sens życia w odciętej od świata mieścinie nad norweskim fiordem... Wszystko to znajduje się w zbiorze opowiadań Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego "Nieznanym szlakiem". Przygoda, tajemnica, miłość i poświęcenie - tak można podsumować główne wątki. Motywy stare jak literatura. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że kiedy Ossendowski wspomina o nieznanym z nazwiska literacie, który chce opisać dramatyczne losy Sybiraka, po trosze portretuje samego siebie, a kiedy sugestywnie prowadzi czytelnika przez pełne szkieletów piaski pustyni Gobi, wspomina własne podróże. 
     O twórczości "osobistego wroga Lenina" pisałam już przy okazji "Huculszczyzny" , a po raz pierwszy zetknęłam się z niezwykłą atmosferą bogatych w autobiograficzne odniesienia dzieł wiele lat temu. Napisał ich prawie setkę, więc jeszcze duuużo mi zostało :-) Zresztą w kilku opowiadaniach nie ukrywa inspiracji autobiograficznych, ujawnia własne doświadczenia z przemierzania tysięcy kilometrów Środkowego Wschodu, poznawania ludów Mongolii, zmagania się z przeciwnościami natury i walki z bolszewikami. Wspomina swój kilkunastoosobowy oddział, z którym przedzierał się do Pacyfiku. A po drodze spotykał ludzi, których autor obserwuje, odczytując ukryte w sercach dramaty. 
      Ossendowski nie ogranicza się bynajmniej do jednego kierunku świata. W szeregu wschodnich opowiadań pojawia się na przykład wyjątkowo zabawna, przewrotna opowieść o artystycznej bohemie paryskiej. W innym miejscu z poczuciem humoru wspomina, co prawda również z okresu licznych pobytów na Środkowo-Chińskim Wschodzie, swoje terminowanie w redakcji gazety. I znowu, jak podczas innych lektur jego książek, nasuwa się pytanie, ile w tych opowieściach prawdy osobistych doświadczeń, ile  zmyślenia i fantazji, a ile... przemilczeń, których nie ujawnił nigdy z bogatego życia kosmopolity, erudyty i szpiega. 

niedziela, 25 listopada 2018

Cecyliańskie śpiewy

      Osiem chórów ledwo się pomieściło w jednonawowym późnobarokowym kościele, niedawno z zewnątrz odmalowanym na kolor łososiowy. Koncert trwał półtorej godziny z hakiem i pojawiło się parę zaskoczeń. Można się było spodziewać chórów miejscowych - prawie wszystkie miejskie parafie się zaprezentowały - ale i z okolic przyjechały, w tym chór z wielkimi tradycjami, bo działający od 120 lat z parafii św. Jana Nepomucena i Gminnego Ośrodka Kultury we Frampolu. Z najdalsza zaś przyjechał Chór Misericordia z parafii Bożego Miłosierdzia we Lwowie, zdobywając serca i zasłużone brawa słuchaczy. Chór ten nie jest duży, zaledwie kilkunastoosobowy, ale wyróżniał się największym przedziałem wiekowym, gdyż obok dostojnych chórzystów w kwiecie wieku i starszych znajdowały się młode panie i zaledwie na oko 12-letnia dziewczynka.
        O zaskoczeniach miałam pisać. Na przykład, że poza pieśniami religijnymi, które jako tako są osłuchane z regularnych nabożeństw, pojawiły się pieśniowe wersje klasyki poezji polskiej: "Bogarodzica" Juliusza Słowackiego i "Moja piosnka (II)" Cyprina Norwida. Ta druga w aranżacji Czesława Niemena, aczkolwiek zaśpiewane mniej ekstrawagancko niż robił to autor muzyki, no i z podziałem na chóralne głosy. Utytułowany Chór Noster z parafi św. Bartłomieja w Goraju (kilkakrotny laureat I nagrody w Regionalnych Przeglądach Chórów, wystepujący również w repertuarze Mozartowskim z Zamojską Orkiestrą Symfoniczną im. Karola Namysłowskiego) zaprezentował XVII-wieczne polskie tłumaczenie adwentowej pieśni "Ave Maris Stella". Chór lwowski zabłysnął chyba Vivaldim, bo brzmiało to jakoś tak: "Et misericordia eius" tylko bez muzyki oczywiście, chóry bowiem występowały a cappella.



Ale znalazłam też przynajmniej jeden z tych mało znanych przecież chórów na YouTube. Chór gorajski:


A na koniec dzisiejszego koncertu cecyliańskiego (a odbywają się w różnych kościołach, przynajmniej w moim regionie, już od czwartku, 22 listopada poświęconego patronce chórów) zabrzmiał hymn ku czci św. Cecylii i na samo zwieńczenie całości "Gaude Mater Polonia" wykonane przez wszystkie osiem chórów wspólnie. To dopiero zabrzmiało!

poniedziałek, 19 listopada 2018

Jadąc

      Naprawdę chciałam być uczciwa i po poprzednim Stasiuku dla równowagi, a jak powiedziałby chemik, dla wyrównania reakcji, zamierzałam przeczytać "Biegunów" Olgi Tokarczuk. Przyznaję, nie udało się. Przerwałam "Biegunów", czytam kolejnego Stasiuka, tym razem "Jadąc do Babadag".  Zadziwiające, w jak odmienny sposób  można pisać o podróżach. Od samego początku mam z Tokarczuk same problemy. Akurat "Bieguni" spośród jej książek i tak są najbardziej dla mnie przyswajalne. Brak wyrazistej fabuły, asocjacyjna kompozycja, podróżnicze migawki przetykane osobistymi wspomnieniami, rozmowami z innymi przelotnie spotykanymi podróżnikami, w to wplecione wątki z przewagą narracji biograficzno-historycznej, zmierzanie do... Właśnie, jeszcze nie wiem, do czego, ponieważ nie przeczytałam do końca. Napatoczył się ten kolejny Stasiuk i wsiąkłam. Jestem gdzieś na rumuńskich stepach ;-) Akurat "patrzyłam" na Baia Mare :-) A poniważ jest to dawne węgierskie Nagybanya, mimowolnie pamięć podsuwa znajome pejzaże: "Ach, byłam tam!" Nie dosłownie, rzecz jasna, i nie w sensie fizycznym. Prawie rok temu pisałam o wystawie malarstwa węgierskiej awangardy z przełomu XIX i XX wieku. Siedzibą ekscentrycznej grupy Neos (Dzikich) było właśnie Nagybanya, stąd też w malarstwie pojawia się tamtejszy pejzaż. I tak to właśnie ze Stasiukiem jest. Gdy opisuje swoje podróże, człowiek ma często wrażenie, że też tam był. W przypadku Tokarczuk nie mam poczucia owej wspólnoty doświadczeń. Opisuje kompletnie obcy mi świat, obcych ludzi, jakby to była rasa jakichś kosmitów. Czytając Stasiuka spotykam ludzi, których ja także znam. Nawet jeśli żyją w Kazachstanie, Kirgistanie, w zapomnianej wiosce dawnego Cesarstwa Austro-Węgierskiego czy w huculskiej Kołomyi, gdzie oczywiście nie stanęła moja stopa. Jednak wszystko to jest znajome i bliskie. 
       Bez problemu utożsamiam się z jego sposobem opisywania świata: "Bo właśnie w podróży, rano, w obcym mieście, zanim druga kawa zacznie działać, doświadcza się najmocniej dziwności własnego, pozornie banalnego bytu." Daję się ponieść niewymuszonej, pozornie prostackiej smutnej ironii Stasiukowych porównań: "Samotność wyzwolonego umysłu jest wielka jak niebo nad Siedmiogrodem. Myśl błądzi w niej jak bydlę w poszukiwaniu cienia albo wodopoju". Ta proza wciąga i nie można się oderwać. Czytanie jest także podróżą w zapomniane zakamarki wspólnotowej pamięci mieszkańców tej dziwnej środkowo-wschodniej części kontynentu, gdzie krzyżują się drogi ze wschodu na zachód i z północy na południe. Życie tutaj trwa po swojemu, w swoim własnym rytmie i nie ma najmniejszego powodu bezustannie porównywać go z ziemią obiecaną krajów cywilizacyjnie bardziej  rozwiniętych. Bardzo mi się podoba, że w natłoku, wręcz zalewie aspiracji i relacji różnych podróżników dążącycyh na Zachód, w tej nachalnej propagandzie dorównywania - cywilizacyjnego, technicznego, finansowego - do krajów Zachodu, Stasiuk z premedytacją i bez cienia wyższości podróżuje w całkiem innym kierunku. O dziwo, znajduje tam ostatnie przejawy absolutnego poczucia wolności człowieka, który z pokorą poddaje się tylko jednej niewoli: niewoli przemijania.


wtorek, 30 października 2018

Siła literatury

      Siedemnastka, wjeżdżając pod górkę na Królewską, sapnęła, stęknęła i zwolniła odrobinę. W sam raz na tyle, abym zarejestrowała "Poemat o mieście Lublinie" Czechowicza - wiersz mural na ślepej ścianie kamienicy. Wiersz nie rzuca się w oczy od strony ulicy, gdyż ściana jest boczna, w wąskim przesmyku między dwiema kamienicami. Trzeba wiedzieć, że tam jest: przystanąć, podnieść głowę wyżej, żeby przeczytać, zadumać się nad zjawiskiem obecności poezji w naszym codziennym życiu. 

Na wieży furgotał blaszany kogucik
na drugiej – zegar nucił.
Mur fal i chmur popękał
w złote okienka:
gwiazdy, lampy.

Lublin nad łąką przysiadł.
Sam był –
i cisza.

Dokoła
pagórów koła,
dymiąca czarnoziemu połać.

Mgły nad sadami czarnemi.
Znad łąki mgły.
Zamknęły się oczy ziemi
powiekami z mgły.


       Stukałam obcasami po bruku zmierzając do Między Słowami na Rybnej. Uliczka wąska, po obu stronach zabytkowe, więc liszajowate w dużej mierze, ściany. Okien jakby mało. Czyżby wszystkie kamieniczki odwróciły się tyłem?  Kto by się spodziewał, że za łagodnym łukiem, w starej bramie, za kutymi drzwiami znajduje się wejście do kawiarni i księgarni. Łagodny półmrok oświetla wnętrze. Książki, książki, książki. Seriami i pogrupowane tematycznie. Stolik obsiedli wkoło goście. Bywalcy? Tutejsi? Tubylcy? W drugiej sali więcej stolików i wolne miejsca. Tu też przy stolikach tkwią: z laptopami, telefonami, tabletami, czytnikami. Samotni nad  monitorami, ale i w towarzystwie. Rozmawiają. Zamawiam kawę, kawowy torcik i porywam z półki dwa tomy Stasiuka. Przeglądam, rozczytuję wybrane strony. Kończę pisanie pocztówek, które jeszcze dziś wrzucę do skrzynki. Kawa pachnie z niesamowicie zwichrowanej filiżanki, która z niebezpiecznie przesuniętym środkiem ciężkości stoi kpiąc z praw fizyki. Czytam rozmowę Stasiuka z Rosjaninem, który kazał mu śpiewać, żeby zmartwychwstali wszyscy Polacy pochowani na rosyjskich ziemiach, a on się wyrywał, gdy szereg mar zobaczył kroczących ku nim stojącym na środku pagórka:

- Co z ciebie za Polak, jak cię na rzyganie bierze, Andriusza? Toż to twój naród, a ty krew z ich krwi oraz kość z ich kości. Umarli, żebyś żyć mógł i bąki zbijać. Dlatego zejdź między nich,  boś im wdzięczność winien! Zejdź i się pokłoń!

      Czy tak wygląda współczesna nauka patriotyzmu? Rosjanie uczą Polaków czci dla swoich bohaterów? Ta rozmowa przeważyła - kupiłam. Wychodząc z Między Słowami jeszcze rzucam okiem w dół ulicy ku Zaułkowi Hartwigów. I to poetycki zakątek, poezją oddychający. Julia Hartwig, jak Czechowicz, awansowała na uliczną poetkę murali:

Nie idźmy jeszcze spać
póki tak pięknie gra muzyka
nie idźmy jeszcze spać
póki nie świta
Póki umiemy stąpać za krokami nocy
w ciemności z którą szukamy braterstwa
Nie idźmy jeszcze spać
dopóki dźwięki gubią czas
Nie idźmy jeszcze spać
Nie idźmy spać

Ale w górę! Po brukowanej Rybnej, na Grodzką i przez Bramę Krakowską, w której koncert daje anonimowy bard z gitarą. Przez Krakowskie Przedmieście najpierw idę w kierunku poczty, po drodze za kościołem Kapucynów z kamiennnego bloku wyłania się twarz piewcy lubelskich ulic, Józefa Czechowicza. Tutaj zginął podczas bombardowania 9 września 1939 roku. Za pomnikiem poczta - do skrzynki wpadają napisane w kawiarni kartki. Jeszcze raz mijam skamieniałą twarz poety i wstępuję do zakonnego sklepu po klasztorne specjały. Wybory raczej związane mało z klasztornymi wyrobami ;-) Pitna czekolada firmy Cortez - ale skoro pierwszą recepturę czekolady w Europie stworzyli hiszpańscy zakonnicy, to może coś jednak jest na rzeczy? Do czekolady jeszcze torebka suszonych kwiatów opuncji z Maroko i suszone owoce białej morwy z Pakistanu. Degustować będę w domu, tymczasem skręcam w Kapucyńską ku Narutowicza. Boczna ściana Teatru Osterwy budzi dawne wspomnienia. Tu się rodziła moja miłość do teatru.
      Na przystanek podjeżdża "trzynastka" - autobus mający mnie zawieźć do dworca. Prawie pusty, pasażerów kilkoro, siadam przy oknie. Tylko kilka przystanków, ale nowa książka w torebce kusi. Wyciągam kupionego Stasiuka i zagłębiam się w lekturze. Parę stron powinnam zdążyć zanim dojadę. Zaczyna od opisu starego rzęcha, który okazał się najtrwalszym środkiem lokomocji odważnym na tyle, by zapuścić się w każdą podróż. "Trzynastka" rzęzi, stęka i staje co rusz. A to korki, a to remonty, a to czerwone światła. Stasiuk niesamowicie plastycznie opisuje mękę wybierania się w podróż, mękę pakowania się, dylematy rezygnacji z nadmiaru bagaży, szukania kompromisów z przedmiotami. A kiedyś nadejdzie dzień, gdy nie mogąc siąść za kierownicą, zostaną mu tylko mapy (niemieckie, najlepsze):

Będę siedział i patrzył, przecierając od czasu do czasu te plus pięć dioptrii. I szukał tych wszystkich miejsc, gdzie stawałem na noc. A jeśli ich nie znajdę, to mam nadzieję, że pamięć opuści mnie ostatnia i będę mógł do nich wracać w godzinę śmierci, amen.

      W tym momencie uznałam, że może trzeba wysiąść, bo nie zdążę na powrotny bus do domu. Wysiadłam: po prawej na pagókach 10-piętrowe bloki, po lewej jakaś budowa, na szosie maszyny drogowe i zwijający się na fajrant robotnicy. Przejechałam dworzec  o cztery przystanki za daleko. 

niedziela, 28 października 2018

Zmarł Edward Dwurnik


Mówił, że najwyżej z polskich malarzy ceni Nikifora. I to widać w jego dziełach. 
Dziś rano zmarł Edward Dwurnik, 75 lat. 

Po stu latach

      Wacław Żmudzki nie należy do kanonu powszechnie znanych pisarzy, chociaż był czas, gdy jego utwory zalecane byływ szkołach  jako lektu...