niedziela, 14 lipca 2019

Na razie quattrocento


      Chodzi o ten fresk, a nawet dokładniej o dwa psy w prawym dolnym rogu u podstawy kolumny. Pierro della Francesco namalował go w 1451 roku w Tempio Malatestiano w Rimini - kościele św. Franciszka wybudowanym z inicjatywy i fundacji Sigismonda Pandolfa Malatesty, władcy Rimini. W kaplicy św. Zygmunta Pierro della Francesco namalował fresk przedstawiający patrona fundatora świątyni, a jego samego w postaci klęczącej w centralnym miejscu. Po prawej są dwa skontrastowane kolorystyczne psy: czarny i biały. Już wkrótce po powstaniu - nigdy zresztą nieukończona - budowla wzbudzała kontrowersje teologów, a papież Pius II potępił jej wystrój jako nie w pełni chrześcijański, a wręcz demoniczny.
      Maria Rzepińska poświęca analizie fresku osobne studium, w którym kreśli szerokie tło zainteresowań fundatora, przywołuje znane we włoskim quattrocento koncepcje architektoniczne, estetyczne, astrologiczne i filozoficzne, osadzając symbolikę poszczególnych elementów, a zwłaszcza figury psów w zarysie szczególnej osobowości i światopoglądzie Sigismonda Pandolfa. Leon Battista Alberti, architekt zatrudniony do budowy świątyni, był znanym wówczas teoretykiem, filozofem i uczonym humanistą, który największą sławę zyskał jako budowniczy. W jednej ze swych prac napisał: "Pragnąłbym, żeby w świątyniach ani na ścianach, ani na posadzkach nie było niczego, co nie jest filozofią". Toteż w wystroju Tempio Malatestiano nic nie jest przypadkowe, a fresk wpisuje się w symboliczne znaczenia całości.
     W hieratycznej postawie psów odnaleźć można znaczenia starożytnej symboliki mitów chaldejskich, perskich, hinduskich, egipskich i oczywiście greckich. Nieprzypadkowo otaczana czcią w pewnych kulturach Psia Gwiazda (Syriusz) wiązana była z kultem słońca, a więc np. w religii staroperskiej był to kult boga Mitry, a w Egipcie Sothisa. Pies przyjmuje w dawnych religiach dwojakie znaczenie: z jednej strony jest stróżem świata pozagrobowego (Cerber), przewodnikiem zmarłych, a zarazem odpędza od umierających demony, pełni więc rolę pozytywną. Rzepińska przywołuje mitologię hinduską, w której  występuje Sarama, matka dwóch psów: solarnego i lunarnego. Lingwiści od jej imienia wywodzą imię Hermesa, łączącego w sobie symbolikę solarną (słoneczną) i lunarną (księżyca); jest przewodnikiem dusz, bogiem snu, prowadzącym w świat podziemi, ale przecież za jego sprawą odbywa się też podróż na zewnątrz, w górę, do życia (mit o Orfeuszu i Eurydyce). Na słynnym kaduceuszu - lasce Hermesa - widnieją dwa symbole węży, oznaczające przeciwstawne siły. W mitologii greckiej Hermes jest chyba najbardziej tajemniczym i dwuznacznym bogiem. Z punktu widzenia przedmiotu analizy - fresku w Rimini - interesujące jest to, że w astrologii Hermes bywa kojarzony z konstelacją Bliźniąt.
     Z szeregu kontekstów wyłania się dosyć skomplikowana sieć powiązań myśli włoskiego quattrocenta, prowadzących do światopoglądu Sigismonda Pandolfa, dla którego Tempo Malatestiano miało być świadectwem wielkości rodu, a jednocześnie wyrazem osobistego rozrachunku z życiem. W każdym razie, biorąc pod uwagę pisma różnych kręgów kulturowych (Zoroaster, Horapollo, Plutarch, Jamblich, Aratus, Hermes Trismegistos, św. Augustyn, filozofia Plethona i sam Alberti, budowniczy świątyni), w postaciach kontrastowych psów doszukać się można symbolu osobistej postawy światopoglądowej Sigismonda Pandolfa, człowieka pełnego sprzeczności, wielkiego grzesznika targanego namiętnościami (podobno zamordował swoją drugą żonę), żądnego władzy kondotiera, a zarazem człowieka gorąco pragnącego zbawienia i nieśmiertelności. Fresk z symbolicznymi psami "miał być - jak pisze Maria Rzepińska - aluzją do podwójnej natury ludzkiej, dobrej i złej, śmiertelnej i nieśmiertelnej, do sił jasności i ciemności władających człowiekiem".
     Do idei dualizmu odnoszą się również dwie widoczne kolumny okalające postać klęczącego Pandolfa. Wyrażają one wieczną stabilność, a przestrzeń między nimi symbolizuje przejście ze świata doczesnego do wieczności. Symbol ten można wywodzić na przykład z hebrajskiej tradycji Drzewa Życia i Drzewa Śmierci. Niemniej dla ówczesnych odbiorców znak ten nie był powszechnie czytelny, przemawiać mógł jedynie do wykształconych humanistów, toteż w pewien sposób stanowił szyfr zaklęty - jak pisze Rzepińska - w "sfinksach quattrocenta".

środa, 3 lipca 2019

Rozproszenie

     Nazbierało się trochę wydarzeń, informacji, inspiracji, jak w kalejdoskopie jedne po drugich migoczących kolorami. Zapisuję, notuję...w pamięci, bo nawet na swój nieodzowny kalendarz nie mam czasu. Puste kartki. Pamięć ma nieograniczone zasoby, choć potrafi zamknąć pewne sprawy na siedem pieczęci i ani odetkać potem. Zaszyfrowany sezam nie otworzy się. Może dlatego opowieści rodzinne cieszą się taką popularnością. Historie prywatne, opowieści z przeszłości, świadectwa zdarzeń odchodzących w niepamięć, wspomnienia z autopsji i okruchów zbieranych z resztek pożółkłych dokumentów. Ewa Bajkowska utkała z nich obszerną opowieść o dwóch rodach, korzeniach swojej rodziny. Nieprzypadkowy tytuł "Wierni. Opowieść rodzinna" podkreśla narracyjną dominantę koncentrującą się na wątkach postawy społeczno-patriotycznej poszczególnych bohaterów od I połowy XIX wieku po czasy II wojny światowej. Monografia stulecia w soczewce losów kilku rodzin, których potomkowie zapisali się w dziejach wolnego Lublina, a zwieńczonych postacią Wacława Bajkowskiego, pierwszego wyłonionego w drodze wyborów prezydenta miasta w latach 1916 - 1918. Wolność nie wybuchła tutaj nagle w listopadzie 1918 roku, lecz kształtowała się już wcześniej zdobywana małymi krokami obywatelskiej społeczności. Całej książki nie przeczytałam jeszcze, jednakże dokładne osadzenie losów bohaterów w dostępnym materiale źródłowym budzi szacunek i podziw dla żmudnej pracy autorki.
       Z zupełnie innej strony przyszła wiadomość o sukcesie Męskiej Grupy  Śpiewaczej z Bukowej, która zdobyła już po raz drugi w karierze I miejsce w  Ogólnopolskim Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym. 53. festiwal zakończył się 30 czerwca i jak wynika z opinii jury, brali w nim udział uczestnicy ze wszystkich województw. A Męska Grupa Śpiewacza z Bukowej dlatego mnie interesuje, że z jednym z członków zespołu chodziłam do jednej klasy w szkole podstawowej. I oczywiście słyszałam, jak śpiewają.       
        Podobnie słuchałam ostatnio Kapeli ze Wsi Warszawa. Nie byłam nigdy ich zagorzałą fanką. No coś mi nie pasowało. Ale ostatnio podobają mi się coraz bardziej. To, na jakich grają instrumentach, jak łączą ich brzmienie, daje niesamowite efekty. Ich aranżacje tradycyjnej muzyki i pieśni ludowych są bardzo nowoczesne, co się podoba także młodszej widowni. Pojawiła się nowa płyta kapeli,  Re:akcja mazowiecka, w której muzycy wracają do swoich mazowieckich korzeni, wędrując po małych miasteczkach wyszukiwali wciąż czynnych śpiewaków i muzyków ludowych, od których uczyli się melodii i słów, a później wspólnie nagrywali płytę. No i przyznam, że parę rzeczy mi się spodobało.
       Rozpoczął się już wakacyjny Międzynarodowy Festiwal Muzyki EMANACJE! (trwa do 1. września). Szkoda, że podążanie po salach koncertowych Małopolski od Lusławic, przez Szymbark, Kąśną Dolną, Suchą Beskidzką, Gorlice, Szczawnicę, Nowy Wiśnicz czy Tarnów  jest takie  czasochłonne. Tylko jeden koncert odbędzie się w Krakowie, w Sukiennicach - 17 sierpnia. Obok polskich muzyków z Warsaw Players wystąpi Scharoun Ensembles der Berliner Philharmoniker, ale nie wiadomo z czym, bo dokładnego repertuaru nie podano jeszcze. Ciekawe czy Janusz Wawrowski zagra na swoim - jedynym aktualnie w Polsce - stradivariusie
      A poza tym, cóż, był koncert, na który nie poszłam, dwa recitale, na które nie pojechałam i kilka zaczętych książek czeka na doczytanie. A dla złapania dystansu oglądam niesamowite występy Sławy Połunina :-D

niedziela, 16 czerwca 2019

Gadanie

     Odkąd człowiek nauczył się mówić, nie może przestać gadać. I chociaż przysłowie głosi, że milczenie jest złotem, większość woli trwonić jego kapitał na różne formy wypowiedzi. Wskazywanie, jak to zwiększyły się dzisiaj możliwości "gadania" w różnych odmianach za sprawą nowoczesnych komunikatorów, byłoby truizmem. McLuhanowski "wiek informacji" to tak naprawdę społeczeństwo bezustannie gadające. Gadają do nas media, reklamy, afisze, ulotki; gadają telefony, ekrany, monitory, głośniki i tuby; gadają bliscy i dalsi, koleżanki, koledzy, przechodnie, kasjerki, sprzedawcy, politycy; gadają w domu, w sklepie, w poczekalni, w parku, w kawiarni; gadają znani nam osobiście od lat, znani przelotnie i całkiem nieznani. Gadają wszyscy i wszędzie! Przed gadaniem nie ma ucieczki. I jeszcze żeby z tego gadania coś wynikało! Osaczeni gadaniem nierzadko sami nie mamy nic do powiedzenia. Albo nam się nie chce. Albo jak Platon dochodzimy do wniosku, że nie wszystko warto i trzeba mówić wszystkim. Ta akurat postawa stoi w opozycji do trendów współczesnych, zgodnie z którymi wszystko  jak najbardziej należy powiedzieć, rozgłosić, upublicznić, podać dalej, przesłać i nieskończenie wiele razy powtórzyć, zapewniając informacji internetową wieczoność. Enter!
       Z gadania można wyżyć. Ba nawet całkiem nieźle. Ale gadanie może też być samym życiem. Jego kwintesencją i warunkiem. Koszty się nie liczą. Zwłaszcza koszty, które ponosi ktoś inny, na przykład słuchacz. I znowu można podać przykłady ze współczesnej rzeczywistości: a to psychologowie, a to coachy, a to mówcy motywacyjni, a to kaznodzieje, a to politycy. Ludzie, którzy mówią. Na szczęście można ich wyłączyć, to znaczy nie słuchać. Większym problemem są mówcy altruistyczni: gadają nieproszeni całkiem za darmo. I nie zamierzam wcale wytrząsać się tutaj nad uciążliwościami międzyludzkich relacji z takimi gadułami. Wystarczy, że towarzyszę bohaterowi powieści "Niepocieszony" Kazuo Ishiguro. Dlaczego "niepocieszony", czy w ogóle określenie to znajdzie wyjaśnienie, jeszcze nie wiem. Na razie towarszyszę w psychodelicznej, pełnej tajemnic, niedopowiedzeń i jakichś freudowskich natręctw, wędrówce po ulicach miasta i pomiędzy ludźmi, którzy... no właśnie, gadają. 
       Miasto niby nieznane, a okazuje się rodzinnym miastem bohatera. Ludzie nieznani, a okazuje się, że z przeszłości bohatera. Kuriozalne spotkanie z obcą kobietą, której nie widział i nie wie jak wygląda, a okazuje się, że być może to dawna ukochana. Sophie ma syna, Borisa, który nie wiadomo jest czy nie jest synem bohatera. Na pewno za to jest wnukiem hotelowego boya! Z kolei syn dyrektora hotelu Stephen zanudza bohatera prośbami o wysłuchanie i poradę w sprawie koncertu, który ma zagrać w uroczysty czwartek na cześć... no właśnie naszego powieściowego głównego bohatera, który przyjechał na zaproszenie, ale nie wiadomo kogo i nie wiadomo właściwie, po co. Wszyscy w tej powiesći bez przerwy gadają: boy o rodzinie, córce, z którą nie rozmawia od wielu lat, o wnuku, kóry nie wiadomo czyim jest synem, o swojej pracy, o noszeniu walizek: dyrektor hotelu o programie wizyty, swoim hotelu, urządzaniu pokoi, żonie i synu; syn z kolei o tym, jak nie mógł zadowolić rodziców grą na fortepianie, bo w pewnym momencie się zbuntował i przestał chodzić na lekcje. Dziennikarze, konferansjerzy, "wielki artysta" porzucony przez żonę i stracił psa oraz "wielki artysta", który okazał się pomyłką, znajomi i nieznajomi, goście hotelowi i mieszkańcy, w labiryncie ulic miasta bez granic WSZYSCY CIĄGLE GADAJĄ. Gadają o sobie, swoich problemach, rozdmuchują nieznaczące epizody do rangi problemów wszechświata. Paradoksalnie, im więcej gadają, tym mniej o nich wiadomo, tym więcej tajemnic i niedopowiedzeń. 
       Gdybym miała postawić diagnozę,  powiedziałabym, że tym ludziom potrzebny jest psychiatra i to natychmiast.  Obcowanie z bohaterami jest prawie tak samo męczące, jak byłoby spotkanie ich i wysłuchiwanie w prawdziwym życiu. Co jednak uczynić z powieścią?  Jaki zastosować klucz?  Do czego doprowadzi autor? Co odkryje w pajęczynie niedomówień, albo - co bardziej prawdopodobne - jaką sieć słów zarzuci na prawdę, aby doszczętnie ją unicestwić? Ludzkie gadanie rozpięte między ekshibicjonizmem a kłamstwem to rzecz straszna.  

niedziela, 9 czerwca 2019

Tytuł mylący

    Powieść powinna nosić tytuł "Pojedynek", ale Joseph Conrad był pierwszy i byłby to plagiat. Więc
Eustachy Rylski zatytułował swoją  "Warunek". Oczywiście w trakcie rozwoju akcji zostaje on uzasadniony, ale mimo wszystko niezbyt przekonująco. W każdym razie pojedynek toczy się niemal od pierwszych stron, gdy dwaj protagoniści zrządzeniem losu spotykają się w podmoskiewskiej rezydencji książąt Rohatyńskich. Nie ma absolutnie nic, co mogłoby łączyć hrabiego Andrzeja Rangułta, napoleońskiego szwoleżera, legendę cesarskich wojen oraz Semena Hoszowskiego, porucznika z kwatery wodza naczelnego, z ducha pacyfistę i sceptyka, tęskniącego za biblioteką z młodzieńczych wspomnień. Różni ich wszystko: pochodzenie, charakter, usposobienie, stosunek do wojny i cesarza, nawet marzenia. W zasadzie nigdy nie powinni się byli spotkać. Ale właśnie, los ich zetknął i pozostali nierozłączni na śmierć i życie. Badziej na śmierć niż życie. Jeden drugiego nienawidził, jeden drugim gradził, jeden drugiego by mógł zastrzelić mierząc prosto w oczy, a jednak jeden drugiego ratuje przed egzekucją. Najpierw Hoszowski ratuje Rangułta, któremu grozi pluton egzekucyjny za kradzież sztabowych pieniędzy, a potem Rangułt ratuje Hoszowskiego wieszanego na świerku przez dawnych kompanów i podwładnych  - nomen omen - Rangułta. Inny adekwatny tytuł mógłby brzmieć "Fatalizm". Zaiste coś fatalistycznego jest w losach dwóch napoleońskich oficerów, którzy zapewne w innych okolicznościcach nigdy by się nie spotkali, a jeśli nawet, to nie przeszliby razem nawet kroku. Tutaj wędrują razem  przez całą zimę spod Moskwy aż do litewskiej siedziby hrabiego Rangułta. Uciekli śmierci z mrozu, z głodu i ścigani za dezercję. Nie mogli natomiast uciec od siebie. Mimo to nie stali się sobie bliscy, nie zostali przyjaciółmi. Oto fatalizm losu wiążącego nierozerwalnym węzłem życia osoby, które nie mają ze sobą nic, absolutnie nic wspólnego poza przebytą drogą. "Ty mi uratowałeś życie, ja tobie. Jesteśmy kwita" - podsumowuje Rangułt. Hoszowski może by się i spierał, lecz nawet nie bardzo może, ponieważ Rangułt umiera. Umiera całkiem zwyczajną śmiercią: chory na gruźlicę przeziębił się i już z tego nie wyszedł cało. Więc nawet nie bardzo można kontynuować jakiegokolwiek sporu czy pojedynku, od którego wszystko się zaczęło, a nie został dokończony. Pojedynku, który wciąż ktoś przerywa, pojedynku, w którym nieoddany strzał jest to wygrywany, to przegrywany w karty. Cała heca z pojedynkiem byłaby nawet groteskowo zabawna, gdyby nie była tak tragiczna.  Ułańska fantazja co rusz wystawiana jest na szwank, tracąc całą romantyczną aurę utrwaloną w literaturze i kulturze. Nic z niej nie zostało. Odwaga podszyta desperacją, wojenny fart zależny od usłużnie podstawionych towarzyszy, legenda możliwa tylko z przemilczeniem rzeczy wstydliwych. Po śmierci Rangułta Hoszowski mianuje się strażnikiem jego legendy, strażnikiem pamięci. Czy uda mu się odzyskać dla niego dobre imię, nie wiadomo, rzecz się urywa. Pisarz nie doprowadza wątku do końca. Po prawdzie, wcale mnie to nie interesuje. Cóż bowiem po odzyskanej legendzie, gdy upadł mit?


poniedziałek, 3 czerwca 2019

Elisiej daje koncerty

Na początek "W grocie Króla Gór" Griega:



A teraz bardzo serio coś - Bach:



Tu już urósł na tyle, że bez podpórki może korzystać z pedałów: Mozart



I nie, to nie pomyłka w podpisie pod filmikiem. Jest studentem Moskiewskiego Konserwatorium im. Piotra Czajkowskiego .
Elisiej nie pojawił się znikąd. Chopina grał już jako pięciolatek:


No więc, co dalej?... 

Och, ten Chopin bardzo już profesjonalny:

środa, 29 maja 2019

Syberiada XXI wieku

   
      Pośrodku dzikiej tajgi, w odległości 700 km od najbliższej osady, zamieszkują dwie rodziny: Braginowie i Kilinowie. Pewnego dnia Sasza Bragin osiadł z rodziną w głębi dzikiej natury, zrywając z cywilizacją. Dziś małżonkowie są już w starszym wieku, mając dookoła gromadę potomstwa, dorosłych i małych jeszcze dzieci. Dokumentalny film "Bragiuno" Clementa Cogitore`a przedstawia rodziny w narracji pierwszoosobowej seniorów rodu. Kamera zaś dopowiada zbliżeniami twarzy, oczu, kadrami gestów i codziennych czynności oraz przepięknymi pejzażami dzikiej natury, w której człowiek bywa znikomym elementem. Nie przeszkadza to jednak głównemu narratorowi, Saszy Braginowi zauważyć, że to człowiek jest w tajdze zwierzęciem najgroźniejszym. Zdanie to znajduje w dalszych scenach coraz smutniejsze potwierdzenie, o czym jeszcze będzie mowa.
     Bohaterem filmu jest bardziej rodzina Braginów, gdyż Kilinowie nie wypowiadają się wcale. O nich się tylko opowiada. Pojawili się w sercu tajgi później i osiedliwszy się obok Braginów stopniowo anektowali ich tereny łowieckie i życiową przestrzeń. Z opowieści wyłania się obraz narastającego konfliktu między rodzinami, jedni drugich podejrzewają o niecne zamiary. Niestety, poznajemy tylko wersję jednej strony. Dorośli członkowie obu rodzin unikają się i nie podejmują żadnej rozmowy. Jednakże na środku rzeki jest nieduża wyspa, na której codziennie bawią się dzieci jednych i drugich. Sa one na wyspę dowożone łódką, tam się bawią samodzielne, czasem wspólnie, a czasem podejrzliwie na siebie patrząc. W każdym razie wyspa jest takim przedszkolem, gdzie najmłodsi spędzają wspólnie czas, gdy dorośli pracują w tajdze lub w gospodarstwie. Dzieci są w różnym wieku i naprawdę trudno się zorientować, które są czyje, wyglądają bardzo podobnie, ale naliczyłam co najmniej ośmioro w jednej rodzinie i sześcioro w drugiej. Oczywiście to tylko te najmłodsze, powiedzmy od 4 do 10-11 lat. 
    Niespełna pięćdziesięciominutowy film nie zapowiada na początku zakończenia, które budzi w widzu gwałtowną niezgodę, wstyd za butę i arogancję naszej cywlizacji, poza którą już nie umielibyśmy żyć. Te dwie rodziny diametralnie z nią zerwały, mimo że posługują się jej zdobyczami, na przykład bronią. W sercu tajgi głównym źródłem pożywienia są polowania i zapewne jakieś owoce, może są hodowlane zwierzęta, ale ich nie widzimy. Główny bohater i narrator w filmie, senior Braginów opowiada o swoim stosunku do natury, lasu, zwierząt. Osiedleńcy korzystają z tajgi tyle, żeby nie głodować. Mówi na przykład, że nie warto polować więcej niż jest to konieczne, bo po co później wyrzucać, jeśli się czegoś nie zje, nie spożytkuje. Bohaterowie mają latarki, używają jakiegoś prymitywnego radia, które łapie dziwne trzaski i audycje nie wiadomo skąd, a kiedy idą do tajgi w różne strony, posługują się własnoręcznie skonstruowanym urządzeniem w rodzaju krótkofalówki. Po rzece pływają starymi motorówkami, a pod koniec mamy nawet telefon satelitarny, którym chcą się do kogoś dodzwonić, ale ten ktoś nie odbiera. 
      No właśnie, nie odbiera, a tymczasem życie Bragino - osady zagubionej w tajdze - jest zagrożone. Przyjeżdżają jacyś obcy ludzie, przylatują helikopterami, machają jakimis odgrzebanymi nie wiadomo skad papierami i mapkami, przybywają  z nowoczesną bronią i bagażami. Lądują swoim helikopterem na wyspie dzieci ubrani i wyposażeni jak psy wojny. Zawodowi myśliwi. Mieszkańcy tajgi pytają czego chcą, po co przylecieli, czego tu szukają. Tamci odzywają się arogancko, po chamsku, grożą pobiciem, ich buta i poczucie wyższości, zza której nawet przez kamerę widać i słychać szeleszczące grube pieniądze, wzbudzają protest. Tylko że nic nie można zrobić. A telefonu nikt nie odbiera, gdy Bragin próbuje się dodzwonić do kogoś ważnego i zapytać, co to za ludzie przylecieli, po co i na  jak długo. "Ja już nikomu nie wierzę" - mówi na koniec. 
      Bohaterowie filmu uciekli od zgiełku cywilizacji, a ona w postaci myśliwskiego lobby milionerów pokonała 700 km głuchej tajgi i pewnie doprowadzi do ich wyprowadzki. W filmie pojawia się bowiem motyw snu, w którym bohaterowie się wynoszą, wyprowadzają. Dokąd? Nie wiadomo. 
       Przypuszczam, że większość widzów zastanawiałaby się, jak można żyć w głuchej dziczy, zrezygnować ze sklepów, szkoły dla dzieci, cywilizacyjnych udogodnień. Zastanawiano by się, kręcono by głowami z niedowierzaniem, lekceważąco pukano by w czoło. Słowem, pojawiłaby się dyskusja oceniająca z przewagą negacji. Znalazłoby się kilka powodów dla współczesnego "cywilizowanego" człowieka, aby sam fakt osiedlenia się poza XXI wiekiem całej rodziny z dziećmi uznać za naganny. Tylko dlaczego bywamy tak strasznie zachłyśnięci naszymi zdobyczami? Te dzieci na filmie bywają mają chwilami bardzo dojrzałe, poważne, spojrzenie. Pomagają przygotowywać jedzenie - rodzina przecież duża, od małego uczą się przetrwać w świecie dzikiej natury. Przypuszczam, że są bardziej samodzielne i odporne niż większość ich cywilizowanych rówieśników. Dorośli mężczyźni nie boją się nawet niedźwiedzi. Właściwie naturalnym wrogiem dla nich jest tylko drugi człowiek. Ten przylatujący ze sztucerem i noktowizorem za grube pieniądze i ten zza płotu sąsiad, który podobno ich tam sprowadził. Jak zauważył na początku filmu głowny bohater: "Najgroźniejszym zwierzęciem w tajdze jest człowiek". 

Film obejrzałam na ARTE.  
Clement Coditore ma 35 lat i poza reżyserią zajmuje się też fotografią i sztuką współczesną. Wraz z filmem ukazał się album z fotosami "Braguino - społeczność niemożliwa" (2017). Obecnie reżyseruje operę baletową Rameau "Les Indes galantes", która zostanie wystawiona we wrześniu 2019 roku w Opera National w Paryżu. 

piątek, 10 maja 2019

Zreformowana komedia dell`arte dziś

     Najbardziej znaną komedią Carla Goldoniego (1707 - 1793) jest "Sługa dwóch panów".  Jednakże autor ma w dorobku ponad 200 utworów, komedii obyczajowych, a także librett, z których korzystali Haydn, Vivaldi, Salieri czy Mozart. Jego droga do teatralnego sukcesu, choć nie była łatwa, była mu pisana od dzieciństwa, gdyż pierwszą sztukę napisał  w wieku ośmiu lat, a od trzynastego roku życia występował w dziecięcym teatrzyku. Jak w wielu przypadkach losów aktorów ówczesnej epoki,  aby związać się ze sceną najpierw uciekł ze szkoły przystając do wędrownej trupy. Próbując spełnić oczekiwania mieszczańskich rodziców (ojciec był lekarzem), kończy studia prawnicze i podejmuje praktykę adwokacką. Duch teatru jednak zwycięża i Goldoni porzuca adwokaturę poświęcajac się pisaniu sztuk scenicznych o satyrycznym charakterze. Zasłynął jako odnowiciel włoskiej commedii dell`arte, przywracajac jej fabułę, wyraziste psychologiczne charaktery i obyczajowy realizm. Głośno i z zapałem zaczął realizować swój program odnowienia sztuki dramatycznej w literaturze włoskiej, podejmując współpracę z trupą komediową Girolamo Medebacha, a następnie z najstarszym teatrem w Wenecji, Teatro di San Luca należącym do arystokratycznego rodu Vendraminich. (Obecnie nosi nazwę od imienia swojego największego dramaturga Teatro Carlo Goldoni.) W szczytowym okresie współpracy Goldoni zobowiązuje się dostarczać co najmniej dziesięć sztuk w sezonie, a z czasem zwiększył liczbę do szesnastu. 
     Podobnie jak inne sztuki Goldoniego "Gbury" mają akcję osadzoną w Wenecji, gdzie Goldoni się urodził i mieszkał do 1762 roku zanim na zawsze wyjechał do Paryża. Język utworu nacechowany jest ludową gwarową stylizacją, a w wypowiedziach bohaterów wyraźnie widać związki z konstrukcją opery w kształcie kwartetowych dialogów. W zasadzie "Gbury", sztuka napisana dla Teatro di San Luca, mają charakter muzyczny. Można powiedzieć, że to komedia muzyczna po prostu ze śpiewanymi interludiami, duetami, kwartetami, czemu sprzyja zresztą karnawałowe tło obyczajowe. Taneczny korowód przebierańców ukrywających się pod weneckimi maskami współgra z motywem przemijania i poczuciem ulotności życia. Typowo barokowa przesada, kontrast euforycznej zabawy i początku postu buduje atmosferę "Piosenki karnawałowej":

Ścigajmy godziny, co jak gondole mkną,
bo z czasu nie wyrwiemy się matni,
naszego karnawału minęło już dni sto
a dziś jest dzień ostatni, ostatni.

     
Naczytałam się tych mądrości w celu przygotowania się do obejrzenia "Gburów" na żywo. Tekstu znikąd zdobyć! No trudno, pozostało iść w ciemno i się okazało, że piosenek żadnych nie było. Za tło muzyczne służyła muzyka z epoki a na zakończenie krótka choreografia w stylu tańca dworskiego. W głębi sceny wielka kurtyna z widokiem na kanały i gondole umiejscowiły akcję w Wenecji, niemniej wszystkie sceny rozgrywają się w dwóch wnętrzach weneckich kupców: Don Leonarda i Don Simona. Jaskrawe kolorystycznie stroje udawały barokową kolorowość i atmosferę karnawału, chociaż bohaterowie, zwłaszcza męska populacja, ze zgorszeniem krytykowali wszystko, co radosne i służące zabawie. 
      Prosta intryga wykorzystuje odwieczny damsko-męski konflikt i różnice w podejściu do świata. Mężczyźni to dusigrosze chcący trzymać żony i córki pod kluczem, kobiety chcą korzystać z życia, bawić się i pięknie wyglądać. Wyrafinowana kobieca estetyka, przejawiająca się w strojach, gestach, słowach, rozsadza proste i gburowate reguły męskiego świata.  Mężczyźni prowadzą negocjacje, pertraktacje, dokonują handlowych interesów przenosząc te formy działania na grunt prywatnych relacji w domu; kobiety podejmują grę, rozpisują sobie scenariusze postępowania, wchodzą w różne role w zależności od sytuacji budując skomplikowaną siatkę wzajemnych zależności. Zabawne, że efektem działań jednych i drugich jest  to samo: w przypadku sztuki "Gbury" szczęśliwe zakończenie polega na zaaranżowaniu małżeństwa Lucii i Filippe`a, którzy nigdy dotąd się nie spotkali. Ojców młodych bohaterów łaczą interesy handlowe, a małżeństwo ich dzieci ma być jeszcze jednym kontraktem. Kobiety zaś dążą również do pomyślnego skojarzenia młodej pary, ale młodych ma połączyć uczucie. Ukryte motywy działań kobiet są też bardziej osobiste: macocha Lucii chce pozbyć się pasierbicy z domu, a ciotka Filippe`a pomagając mu buntuje się przeciwko mężowi, wykazując emocjonalne związki z siostrzeńcem, którego Don Simone nie cierpi i nie życzy sobie gościć w swoim domu. 
      "Gbury" są komedią zbudowaną na jaskrawo narysowanych charakterach. Don Leonardo i Don Simone obrazują skrajne przypadki męskich aspiracji domowej tyranii - inna rzecz, że tyrania okazuje się nie całkiem skuteczna. Don Konstantino to pantoflarz, którego filozoficzna natura skłania do kapitulacji w imię świętego spokoju. Jego żona Donna Felicia ilustruje kobietę świadomą skuteczności metod, za pomocą których można rządzić mężczyznami. Jest jeszcze Hrabia Don Ricardo - wytwór salonowej konwencji, taki salonowy Don Kichot, a zarazem bawidamek. Tak czy inaczej wiele tu przedmolierowskich charakterów, którym trudno zerwać z utrwalonym wizerunkiem własnej śmieszności. 

Na razie quattrocento

      Chodzi o ten fresk, a nawet dokładniej o dwa psy w prawym dolnym rogu u podstawy kolumny. Pierro della Francesco namalował go w 14...