niedziela, 5 sierpnia 2018

Chaos czytelniczy i odnaleziony wiersz Miłosza

      Nie da się, no nie da się w taki upał zaplanować jakiegoś sensownego programu czytania. Raz to, raz tamto wpada w ręce,  włazi przed oczy, a potem i tak zasypiam. Z gorąca mózg się lasuje. Toteż chaos w tej kwestii zapanował i brak jakiejkolwiek konsekwencji. Zacząć wypada od lektur w pociągu. W magazynie "Książki" obszerna recenzja tetralogii Katarzyny Bondy. Jak mniemam z okazji pojawienia się ostatniej czwartej części. Przyznaję, nie czytałam żadnej. I nie przeczytam. Z recenzjami jest tak, że rzadko kiedy zachęcają mnie do sięgnięcia po omawianą książkę. Reaguję całkiem na odwrót: gdy ktoś zachwala, z reguły odstręcza mnie to skutecznie i na długo. Lubię czytać to, co sama znajdę, co wyniucha gdzieś na pólkach mój własny nos, co z kurzu wydobędzie moje własne oko. Cudzym oczom i uszom z reguły nie wierzę. Albo zależy, kto zachwala. O pewnych osobach wiem, że jak zachwalają, to znaczy, że rzecz absolutnie nie dla mnie ;-) Sprawdzonych i wiarygodnych opiniodawców mam niewielu, może...może jeden, dwóch (?) Nie, nie bawmy się w szukanie książkowych autorytetów na siłę. Wierzę tylko sobie ;-) Więc wiem, że pani Bondy czytać nie będę. Tym razem recenzent Dariusz Nowacki mnie, o dziwo, przekonał wyszczególnieniem kilkunastu błędów rzeczowych,logicznych i językowych poślizgów, wyłapanych z czteroczęściowego cyklu autorki kryminałów. Jedno i drugie: błędy rzeczowe i nieścisłości logiczne psują zawsze efekt najlepszej nawet książki. Mnie to przeszkadza. 
     W tych samych "Książkach"świetny wywiad z Pierrem Lemaitrem, francuskim autorem, którego - rzecz jasna - nie znam. Być może pisze świetnie, być może to także literatura nie dla mnie, ale wywiad jest świetny.  Nie przeszkadza nawet objaw nieskrępowanego egotyzmu, gdy mówi: "Na pewno piszę lepiej niż Napoleon, ale za to on wygrał znacznie więcej bitew ode mnie".  Takie zdania stanowią pokusę sięgnięcia po książki autora, ale powstrzymuje mnie obawa rozczarowania. Być może to pisarz z gatunku tych, którzy akurat w wywiadach i opowieściach o sobie są najlepsi. 
     Rozważania o dziejach polskiego i globalnego bestselleru przejrzałam po łebkach. No przykro mi,widok Harry`ego Pottera w jakimkolwiek zdaniu sprawia, że tekst omijam dalekim łukiem, choćby był najwartościowszy.Nie polemizuję, po prostu moja fobia ;-) Ale fragment o Sienkiewiczu wyłapałam: "Sinkiewicz był młody, cwany i cyniczny - dlatego miał dryg do prasy. Trochę hochsztapler; wysłany do Pułtuska, gdzie wybuchł wielki pożar, spóźnia się, więc tylko rozgląda się dookoła, słucha ludzi,którzy uszli pożogi - i pisze najlepszy tekst." Hochsztapler - to właściwe słowo na określenie pisarza ;-) Każdy żongluje, czym się da: sensacją, tajemnicą, seksem, zbrodnią, psychologią, patologią, uczuciami, autobiografią, cudzymi (czytaj: skradzionymi) historiami, wizerunkami, wspomnieniami. 
       Cały numer "Książek" jakby w klimacie kryminału i sensacji, ewokowanych na początku niesamowitą biografią Mary Shelley, autorki Frankensteina i jego humanoidalnego eksperymentu. Nie tylko biografia autorki, także analiza Frankensteina jako figury rozwoju człowieczej technologii,która wymyka się spod kontroli. Vide Oppenheimer. I tak dalej. Ale to na pewno przekracza możliwości refleksyjne umysłu jadącego w pociągu, a następnie niemal codziennie poddawanego wytrzymałościowej próbie upalnego lata ;-) Dlatego jak oddechu szukam okienka z wierszem. Filozoficzne konteksty "Obu ciemności" Urszuli Kozioł przywracają właściwe proporcje światu i naszemu w nim istnieniu:

(.....................)
obie ciemności
ta we mnie i ta nade mną
przypadły do siebie na mgnienie

rozpoznały
że stanowimy jedność

Jednakże dopiero powrót i zadomowienie się w zaległościach 142. numeru "Zeszytów Literackich" okazał się wstrząsający. Są takie wiersze, w których niczego nie da się zmienić, a frazy pozostają w pamięci na zawsze. To taki wiersz właśnie. Zapomniany, drukowany po raz pierwszy z odgrzebanych rękopisów Czesława Miłosza. Odnaleziony po ponad sześćdziesięciu latach. 

Królowie śpią w łodygach szarych lilii 
Jak pokurczone na trzcinach owady,
Pod księżyc biją dymy nowych miast. 
Czyśmy zdobyli świat czy świat stracili
Naszym oddechem dojrzewają sady,
Co jest, i ze mnie wzięte jest i z was. 

Wstrząsające! I nawet nie potrafię, nie chcę tłumaczyć, dlaczego. "Królowie śpią w łodygach szarych lilii..."- genialna fraza. Co noc mi się śni. 

niedziela, 15 lipca 2018

Fryderyk II - ostatni cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego z dynastii Hohenstaufów

     Czytając dzieje panowania Fryderyka II Hohenstaufa ma się wrażenie, że historia to bezustanny ciąg dynastycznych sporów, zakulisowych działań dyplomatycznych, najazdów, buntów i wojen. Bohater książki Jerzego Hauzińskiego bez przerwy jest w drodze, w podróży po Europie i Bliskim Wschodzie. A to z Sycylii do Niemiec, z Niemiec do Lombardii, z Lombardii do Francji, z Francji znowu do rodzinnej Apulii, z Apulii do Jerozolimy i znowu do Sycylii. Po drodze oblega, zdobywa, formuje szyki, zbiera armię, stacza bitwy. Czasem wygrywa, czasem je przegrywa. Jednocześnie rozsyła listy, pisze manifesty przeciwko papiestwu, wysyła posłów. Wznosi zamki i burzy miasta. Wadzi się z mnożącymi się pretendentami do siedmiu królestw, których korony zgromadził przez lata panowania i nieustanne zabiegi. Siedem koron: sycylijska, niemiecka, rzymska, lombardzka, jerozolimska, sardyńska i burgundzka dały mu prawo ubiegania się o tytuł uniwersalnego władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Pełnił tę funkcję przez 30 lat: 1220 - 1250.
      Utrwalanie swojej władzy Fryderyk Roger (takie miał imiona) realizował poprzez pragmatyczne sojusze, wyrachowane i obliczone na dziedziczenie królestw małżeństwa (trzy razy żonaty), rywalizowanie z papieżem o zwierzchnictwo nad chrześcijańską Europą, co ściągnęło na niego dwukrotną ekskomunikę, wprowadzanie centralistycznych absolutnych rządów, co z kolei owocowało buntami zwłaszcza miast włoskich i powstaniem tak zwanej Ligi Lombardzkiej. Lektura nie jest łatwa. Na wiele czynów wzdraga się nasza współczesna wrażliwość i poczucie moralności, a bezwzględne absolutystyczne dążenia kłócą się z zasadami demokracji. Bogactwo szczegółów prowadzonej przez Fryderyka II polityki przeraża przejawami okrucieństwa. Bazując na bogatym, o ile to możliwe, aparacie naukowym, autor próbuje dociekać źródeł osobowości ostatniego uniwersalistycznego cesarza Europy, analizuje pobudki i najgłębsze cechy charakteru, zestawiając nieraz sprzeczne historyczne doniesienia. Zza wielkiej polityki wyłania się obyczajowe i ideowe tło epoki średniowiecza XIII wieku, w którym zabobon współistnieje z dociekaniem poznawczym, asceza z bizantyńskim przepychem cesarskiego dworu, a otwartość na wschodnie wpływy kulturowe z codziennym okrucieństwem wobec poddanych.
       Autor skrupulatnie opisuje tak zwycięskie, jak i całkowicie nieudane posunięcia cesarza, sukcesy i porażki. Wydawać by się mogło, że tych drugich było nawet więcej, a jednak Fryderyk II utrzymał cesarską władzę przez 30 lat, do tajemniczej śmierci w wieku 56 lat (koronowany przez Innocentego III na cesarza w Rzymie 22 listopada 1220 r. zmarł prawdopodobnie 13 grudnia 1250 r.) Fryderyk Roger od urodzenia predestynowany był do wielkiej polityki, aczkolwiek  początki nie zapowiadały efektu końcowego. Koronowany już po śmierci ojca, Henryka VI, na króla Sycylii miał zaledwie 4 lata. Ale w pół roku później zmarła też jego matka, Konstancja i wychowywał się jako sierota jako zakładnik i wręcz niewolnik innych pretendentów do tronu. Jeśli dzisiaj fascynuje amerykański mit od pucybuta do milionera, to dzieje Fryderyka II Hohenstaufa mogą być zgoła spektakularnym przykładem średniowiecznego losu od sieroty do cesarza, władcy świata. W sumie lektura pasjonująca. Co też można znaleźć  w wakacyjnym namiocie z tanimi książkami ;-)


     

poniedziałek, 2 lipca 2018

Podróże to coś dla pisarza?...

     Poprzednio była reminiscencja z literatury szwedzkiej, dzisiaj poezja angielska. Tak sobie biegam po poetyckiej mapie ;-) Jeden cytat z wywiadu i jeden wiersz. Zdanie, które odwraca, a  może przywraca? porządek rzeczy i właściwe spojrzenie na poezję. A wiersz udowadnia, że wszędzie jest tak samo, wiec naprawdę podróże w celach literackich zaiste nie mają sensu. Bo prawdy uniwersalne są na miejscu. Tylko trzeba je umieć dostrzec. 
      Philip Larkin w 1979 r. powiedział: Myślę, że podróże to coś dla pisarza. Powieściopisarz potrzebuje nowych miejsc, nowych ludzi, nowych tematów. Dla ludzi typu Grahama Greene`a lub Somerseta Maughama podróżowanie jest koniecznością. Dla poety moim zdaniem nie. Poeta zajmuje się odtwarzaniem tego, co znane, nie musi przedstawiać nieznanego. I kilka lat później inny poeta, Christopher Reid, jakby na potwierdzenie powyższych słów, napisał (1985) zachwycający wiersz. Z jedną wszkaże różnicą. Według Reida dobry powieściopisarz, a  właściwie najlepszy, również wyjeżdżać nigdzie nie musi, nie powinien. Jeżeli już, to tam, gdzie pozornie nic ciekawego nie ma. Bo to, co najważniejsze, znajduje się tuż za progiem domu, daleko od szosy, daleko od centrów turystyki i cywilizacji. 
      Wiersz jest nieco długi, ale warto przeczytać po kolei do samego końca.

Christopher Reid: Kronika

(uwaga: fikcyjny podmiot liryczny jest kobietą, Reid stworzył cykl wierszy pisanych rzekomo przez poetkę Katerinę Brac)

Ktoś powinien napisać 
kronikę wsi i przysiółków
po tej stronie rzeki.
Postanowienia narad, ustawy
i prognozy ekonomiczne,
drukowane  w gazetach,
są, rzecz jasna, istotne,
lecz wiele można się nauczyć również
ze słów wiekowych kobiet 
i śmierci świń.
Chciałabym zaproponować,

by jakiś godzien zaufania historyk
wybrany przez Ministerstwo Kultury i Sztuki
spędził czas jakiś tu, pomiędzy nami.
Powinien odwiedzić mojego sąsiada,
dziewięćdziesięcioletniego patriarchę,
który całe dnie spędza w łóżku
pod uszyta z różnobarwnych skrawków narzutą,
w istocie będącą symboliczną mapą niebios,
lecz wie o każdym ogórku - gdzie rośnie
i jaką cenę osiągnie na targu,
co się odbywa w pobliskim miasteczku.
Jego najstarszy syn jest prawdziwym znawcą
nauki o chmurach
i nigdy się nie myli mówiąc o pogodzie.
Pośród siedmiorga jego dzieci
(piątka jest płci żeńskiej)\
nie ma takiego, co by nie zgłebiło
tajników jakiejś wiedzy:
o różnych rodzajach eau de vie, 
o magii przekleństw,
o pieniądzach, kwiatach, akuszerii.
Obok nich mieszka wiejski mechanik, 
człowiek pobożny, lubiący samotność,
który jednakże zawsze uczestniczy
w uroczystościach, co łakną muzyki:
gra tam na skrzypcach, wciąż szybciej i szybciej,
a potem je zawija w kwadratowa płachtę
czarnego aksmaitu
i tylko one idą z nim do domu.
Jeden z chłopców we wsi
uczy się Pisma Świętego na pamięć;
wielu zakłada się o to, jak szybko
dojdzie do końca pięcioksięgu.
proboszcz pije ciut za dużo,
ale każdemu, kto poprosi, poda
swój przepis na środek przeciwko komarom.
W zeszłym roku zdarzyły się dwa dziwne zgony:
pewną kobietę porwała wichura
i rzuciła do rzeki, a złośliwe duchy
wciągnęły nieszczęśnicę głęboko pod wodę;
ktoś inny, jak wieść głosi,
udławił się kawałkiem własnego paznokcia.
Nasz krajobraz duchowy wzbogacają plotki
i dyskusje o cudach.
Tu się codziennie kształtuje historia,
nawet gdy nic się nie dzieje.
Uważam, że to wszystko należy zapisać,
po czym w stolicy rzecz ogłosić drukiem
czyniąc z niej przedmiot narodowej dumy.
Tylko świetny uczony sprosta wymaganiom,
nie może to być twórca ulotnych wierszyków,
lecz wytrawny stylista,
mistrz jednoznacznej i przejrzystej prozy.

(tłum. Leszek Engelking)

niedziela, 24 czerwca 2018

O literaturze polskiej w Szwecji

    Polska literatura jako europejski oddech i okno na świat? A i owszem. Gdy polscy czytelnicy gonili, gonią za sławnymi światowymi nazwiskami, inni zachwycają się naszą literaturą. Sprawdza się znowu przysłowie; cudze chwalicie... Agneta Pleijel (ur. 1940), szwedzka poetka, dramaturg i powieściopisarka w wywiadzie ze stycznia 1993 roku mówiła: "Czasem czuję się ograniczona nazbyt ciasną przestrzenią. Toteż z wielką wdzięcznością wchłaniam wszystko, co mogłam wziąć z literatury polskiej. Na przykład Schulza, Gombrowicza, Witkacego. Przetłumaczyłam jedną ze sztuk Witkacego... " (chodzi o "Wariata i zakonnicę") A w cyklu wierszy "Suita polska II" napisała między innymi taki wiersz:

Poeta

     Stanisław Ignacy Witkiewicz
wczesnym rankiem chodzi ulicami Warszawy
     chce kupić chleb i świece
Godzina milicyjna, sterana życiem dama w roboczym ubraniu
     spotyka go w drodze do fabryki
Pyta: Cóż to wygnało pana Poetę z domu
     o paskudnej porze brzasku?
Witkacy odpowiada: Szanowna pani, już od dawna
     nie żyję pomiędzy żywymi
Mogę więc chodzić tymi ulicami
     bez przykrości i bez przyjemności

czwartek, 21 czerwca 2018

Ach, te moje zaległości w klasyce!

       Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam je wszystkie nadrobić. Na razie udało mi się przeczytać "Ambasadorów"  Henry`ego Jamesa. No wiem, wiem, klasyka! I co z tego, skoro dotąd nie czytałam. Powieść jest słusznie wiekowa, ma 115 lat ;-) Ale czytało mi się lekko. Na pewno lżej i przyjemniej niż większość powieści współczesnych. No cóż, widać zatrzymałam się na epoce dawno minionej. Ta finezja salonowych rozmów: być szczerym, a nic nie powiedzieć! Cudowna sztuka :-) Strether, główny bohater z jednej strony sprawia wrażenie naiwnego i nieco oderwanego od rzeczywistości, ale, w gruncie rzeczy, fascynujące są jego analityczne podróże w głąb znaczeń odczytywanych z  tego, co niedopowiedziane, przemilczane, zawoalowane, ze spojrzeń, gestów, poruszeń i tonacji. 663 strony domysłów! Fantastyczna sprawa ;-) Sposób prezentowania wnętrza bohatera, jego myśli, zaiste niesamowity, kiedy przez kilka kartek ciągnie się retrospekcja na temat jakiejś rozmowy, jakiegoś spotkania. I to wcale nie jest nużące. Ech, kto dzisiaj umie tak pisać?! Na sześciuset stronach opowiadać o tym, jak piękna hrabina znalazła sobie młodszego o kilkanaście lat kochanka, wychowała go na dystyngowanego salonowego mężczyznę idealnego, wydała za mąż dorastającą córkę, aby przypadkiem go jej nie odbiła, a przy tym ani razu nie użyć żadnego wulgaryzmu, żadnego nawet pospolitego skojarzenia, nie wspominając o braku scen erotycznych. Ech - powtórzę się - kto dzisiaj umie tak pisać?! 
      Kwestia tytułu jest symboliczna i śmieszna zarazem. Ambasadorów jest dwóch, a właściwie dwoje: główny bohater, Srtether, 55-letni Amerykanin przysłany przez matkę młodego Chada, który jak pojechał do Paryża, tak przepadł bez słowa, a matka chce go sprowadzić na łono rodziny z zamiarem wdrożenia go w kulisy prowadzenia rodzinnej firmy, dodajmy - bardzo bogatej firmy, a kiedy Strether - o, zgrozo - uznaje, że Chad ma słuszne powody, żeby nie wracać, pojawia się ambasadorka, czyli starsza siostra Chada, która nie tylko ma sprowadzić na łono rodziny Chada, ale i samego Strethera, który ma zostać mężem pani Newsome, matki Chad i Sary. Ale zapętlenie ;-) Tymczasem zaraz na początku pobytu w Europie Strethera bierze pod swoje skrzydła niejaka panna Gostrey, która przedstawia się jako przewodniczka po meandrach paryskiego towarzystwa. Strether absolutnie się nie opiera, ale cały czas zachowuje w pamięci panią Newsome. Znamienne, nigdy o niej nie mówi, nie myśli po imieniu. Zresztą, w tamtej epoce nawet narzeczeni mówią do siebie "pan" i "pani", toteż i w powieści cały czas tak się bohaterowie do siebie zwracają. No może z wyjątkiem Strethera i Wymarsha, którzy mówią sobie na "ty" (chyba? bo już sama nie jestem pewna, jak to między nimi jest, choć powiedziane zostało, że są wieloletnimi przyjaciółmi). 
     Zadzierzgnięta nić porozumienia między Stretherem a Chadem, mimo różnicy wieku, sprawia, że mówią sobie na "ty", ostatecznie przecież Strether ma zostać ojczymem Chada. Nie jest tak już w przypadku relacji Strethera z Sarą, starszą córką pani Newsome. Raz tylko zwrócił się do niej publicznie wołaczem "Saro", co zresztą było zamierzoną i takoż odebraną impertynencją. No właśnie, te salonowe rozmowy, w których każde słowo jest ważne, bo znaczy znacznie więcej niż znaczy dosłownie. Zdaje się, że w zamierzeniu autora miały być wyrazem paryskiej wyższej kultury, kultury salonów, kultury znakomitych postaci o długich rodowodach dostojnych przodków, kultury, której można się nauczyć, ale w zderzeniu z surowością obyczajów amerykańskich "ambasadorów" nabierają niemoralnego odcienia. 
      Cala historia jest i prosta i wyrafinowana zarazem. W gruncie rzeczy fabuła jest nieskomplikowana i da się streścić w kilku zdaniach. Siłą powieści jest język i  psychologia postaci. Czytać należy nie po to wcale, żeby odkryć tajemnice i rozwiać wątpliwości dręczące Strethera. Przecież niemal od początku oczywiste jest, że Chad jest kochankiem hrabiny de Vionnet, tylko Strether usilnie nie chce tego wiedzieć aż do samego końca, kiedy przypadkiem zobaczył ich razem na łódce daleko na wsi poza Paryżem. Jednak nie dla rozwikłania tych czy innych tajemnic powinno się czytać "Ambasadorów" (do samego końca nie zostaje przecież ujawniona tajemnica, co takiego produkuje firma pani Newsome, że pozostanie Chada w Paryżu oznacza rezygnację z ogromnej fortuny), a dla piękna języka. Ech - wiem, powtarzam się - któż dzisiaj umie tak pisać?! 

czwartek, 14 czerwca 2018

W głąb rosyjskiej duszy

      Jewgienij Wodołazkin nazywa się tak, jakby sam był bohaterem powieści Dostojewskiego, jakimś kolejnym starcem Zosimą. Tymczasem jest to człowiek stosunkowo młody, rocznik 1964, urodzony w Kijowie rosyjski literaturoznawca, doktor habilitowany nauk filologicznych. Na marginesie działalności naukowej zaczyna nie tylko badać literaturę, ale i tworzyć ją osobiście. "Laur" jest drugą jego powieścią, która zyskała ogromne uznanie i kilka nagród. Osadzenie akcji w średniowiecznej Rosji, nasycenie fabuły wątkami metafizycznymi i filozoficznymi, a może i same losy pisarza a zarazem badacza literatury i naukowca sprawiły, że nazwano go "rosyjskim Umberto Eco".
      Zaczyna się zwyczajnie, jak powieść obyczajowa. W roku 1440 przychodzi na świat chłopczyk o imieniu Arsenij. Powieść jest historią jego życia, ale Arsenij stanie się człowiekiem niezwykłym. W pierwszej części "Poznanie" na jego losy składają się wydarzenia, które pozwalają mu osiągnąć emocjonalną i intelektualną dojrzałość. Po śmierci rodziców wychowuje go dziadek Christofor, który jest wiejskim zielarzem. Uczy go rozpoznawać i zbierać zioła, przygotowywać mikstury, rozpoznawać choroby. Dziadek umiera, gdy chłopiec ma 15 lat i zostaje sam. Kontynuuje tradycję i stopniowo okoliczni ludzie zaczynają go traktować jak zaufanego medyka. Arsenij przeżywa w tym czasie pierwszą miłość i doświadcza kolejnej tragedii, gdy jego ukochana umiera podczas porodu wydając na świat martwe dziecko. W tym momencie zaczyna się część druga, o wiele ciekawsza.
      Arsenij przytłoczony poczuciem winy za śmierć Ustiny i nieochrzczonego, pozbawionego imienia chłopca, swojego syna, wyrusza w świat, próbując odpokutować grzechy. Najpierw idzie w siedliska dżumy uzdrawiać chorych. On sam na dżumę jest w cudowny sposób uodporniony. Z biegiem lat spotykają go różne dramatyczne przygody, zostaje pobity, ograbiony, porzucony. Błąka się po Rosji, dociera do Pskowa, gdzie przez 14 lat mieszka pod murem klasztoru jak św. Aleksy w nędzy pod schodami swojego domu. Traci poczucie czasu, przestaje mówić, staje się jurodiwym. Jego czyny, zachowania przysparzają mu kłopotów, ale uznany za człowieka Bożego zyskuje uznanie jako uzdrowiciel. Ta część powieści pod tytułem "Księga wyrzeczenia" poprzez opis losów Arsenija jako pokutnika daje niesamowitą opowieść o mentalności Rosjan XV wieku. Realizm miesza się tu z mistycyzmem i fantastyką. Trudno rozpoznać, które przygody Arsenija są prawdziwe, a które rozgrywają się jakby w jego umyśle, kiedy leży chory, pozbawiony świadomości lub po prostu błąka się po ulicach miasta jako szalony. Po czternastu latach w Pskowie dochodzi do morderstwa, piekarz morduje innego jurodiwego Karpa, który codziennie kradł mu ze straganu kołacze. Wydarzenie to dziwnym trafem kończy etap szaleństwa Arsenija. Odzyskuje świadomość i mowę.
      W tym momencie autor przenosi nas nagle do włoskiego Magnano, gdzie z kolei mieszka Ambrogio Flekkia, można powiedzieć - jasnowidz. Młody jeszcze człowiek, który nie czując powołania do przejęcia rodzinnej tradycji winiarskiej, postanawia studiować, aby z czasem odkryć największą tajemnicę istnienia - datę końca świata. Ambrogio ma dar przewidywania przyszłości. Czasem przyszłości tak dalekiej, że jemu współcześni zapominają o sensie przepowiedni lub ich zgoła nie rozumieją. Bo co ludzie II połowy XV wieku mogli zrozumieć z zapowiedzi pieców krematoryjnych w Oświęcimiu w wieku XX? Tak właśnie, "Księga drogi" bowiem prowadzi Ambrogia najpierw z Włoch do Pskowa, gdzie poznaje Arsenija, a stamtąd obaj wyruszają w podróż po Europie i do Ziemi Świętej. Otrzymujemy dokładną mapę podróży przez ziemie litewskie, Królestwo Polskie (Lwów, Jarosław, Rzeszów, Tarnów, Bochnia, Kraków), następnie przez Wiedeń i Alpy dotarli do Wenecji. Podróżowali nie sami, lecz całą karawaną kupiecką. Napadają ich zbójcy, spadają lawiny, Arsenij gubi się nocą w Wenecji. Ale nie to jest najciekawsze. Podróż i pojawianie się nowych postaci, towarzyszy w drodze, stanowi pretekst do snucia przez autora wielotorowej opowieści o przenikaniu się czasów, np. wtedy gdy Ambrogio korzystając ze swojego daru widzenia przyszłości ujawnia niczego nierozumiejącym rozmówcom dziwne sprawy przyszłości: śmierć Puszkina w pojedynku, odkrycie warstw Troi przez kogoś pochodzenia niemieckiego, a jeszcze wcześniej, gdy przebywał na studiach we Florencji przewidział odkrycie Ameryki przez Kolumba i wyprawy Ameriga Vespucciego, z którym się zaprzyjaźnił. Przed opuszczeniem Florencji uprzedził mieszkańców, że 4 listopada 1966 roku miasto nawiedzi straszna powódź, ale rzecz jasna nikt do tej przestrogi nie przywiązywał wówczas uwagi.
       Jeśli w opiniach niektórych krytyków pojawia się porównanie Jewgienija Wodołazkina do Umberto Eco, to staje się ono prawomocne dopiero w części drugiej i trzeciej powieści, gdzie rozwój fabuły jest niejako pretekstem do wielowątkowej refleksji o naturze czasu, pamięci, historii i świata. Szczególnie czas nieustannie stoi w centrum zainteresowania rozmyślań i rozmów bohaterów, zwłaszcza Arsenija i Ambrogia. Nawet kiedy obaj milczą, ich myśli skierowane są ku tajemnicy czasu, jego ciągłości i przewidywalności lub nieprzewidywalności, granicy między czasem realnym a wiecznością, a więc granicy między życiem a śmiercią. 
        W ostatniej części powieści ("Księga spokoju") życie bohatera zatacza koło. Powróciwszy z pielgrzymki, podczas której tragicznie zginął jego wierny przyjaciel i towarzysz rozmów Ambrogio, Arsenij ostatkiem sił pomaga po raz kolejny mieszkańcom Pskowa uporać się z nawrotem dżumy, co przypominało mu początki długiej drogi odkupienia: "Czas naprawdę się cofał. Nie zdołał pomieścić przeznaczonych mu wydarzeń, tak wielkie i przejmujące były te wydarzenia. czas rozszedł się w szwach jak torba wędrowca i teraz ukazywał wędrowcowi swoją zawartość, a on oglądał ją jakby po raz pierwszy". Następnie Arsenij zostaje zakonnikiem Ambrożym w monasterze Świętego Cyryla, który kiedyś odwiedził ze swoim dziadkiem Christoforem. Zajmował się tam najcięższą pracą w kuchni, a potem został kopistą. Jednocześnie nadal uzdrawiał, a sława jego mocy ściągała do monasteru coraz większe tłumy chorych. Przeszedłszy czas przeznaczony na przygotowanie do schimy, został uroczyście wyświęcony na mnicha o imieniu Laur. Było to czwarte, ostatnie już imię, oznaczające kolejny etap życia. Arsenijem był w dzieciństwie i latach zdobywania doświadczenia i wiedzy. Jako jurodiwyj, szaleniec Boży nazwał się Ustinem, dopóki nie odzyskawszy poczucia czasu i swojego losu znowu mógł powrócić do pierwotnego imienia.  Lata życia w klasztorze spędził jako Ambroży. I etap ostatni spędził jako pustelnik Laur, gdyż wkrótce po przyjęciu święceń wyprowadził się do leśnej pustelni, zyskując opinię świętego męża. 
        Jak się okazało, pustelnia znajdowała się w okolicach wioski jego dzieciństwa. Życie zatoczyło koło nie tylko geograficznie. Ostatnią czynnością, którą ostatecznie odkupił winę za śmierć ukochanej Ustiny i jej dziecka, było uratowanie przed zemstą społeczeństwa uwiedzionej Anastazji, której udzielił w swojej pustelni schronienia, zgadzając się nawet na podejrzenia, że dziecko jest jego. Stracił w ten sposób opinię świętego męża i swoją moc uzdrawiania: "Każde uzdrowienie rodzi się głownie z wiary w nie (..) Oni już mi nie wierzą..." Ale Anastazja szczęśliwie rodzi zdrowego chłopca, poród przyjmuje Laur, jak wtedy przed laty, gdy rodziła i umierała jego ukochana Ustina. Życie zatoczyło koło: Laur umiera z noworodkiem w rękach. Ale po jego śmierci prawda zostaje ujawniona, a na pogrzeb przybywa 183 tysiące ludzi.
       Był czas, kiedy bohater szukał sensu swojego życia i wydawało mu się, że "przypomina mozaikę i rozpada się na kawałki".  Poszukiwanie spoiwa łączącego poszczególne kawałeczki jest głównym tematem powieści i zarazem dążeniem bohatera. Długie, osiemdziesięcioletnie życie Laura (1440 - 1520) jest podróżą w wymiarze geograficznym, kulturowym i czasowym. Chwile zwątpienia i poszukiwań prowadzą go od koncepcji czasu kolistego po wyobrażenie czasu jako wznoszącej spirali, która unosi człowieka wzwyż i go doskonali. Ideowe tło powieści jest bardzo rosyjskie i bardzo prawosławne. Stąd ogromna rola wiary, pokory, nauk świętych mnichów, którzy przemawiają nawet spoza granicy życia: Nikandra czy Innokientija. Z drugiej strony tak charakterystyczne dla kultury rosyjskiej postacie jurodiwych, których w powieści jest aż trzech: Foma, Karp i przez pewien czas Arsenij. Kiedy Arsenij milczy, jego niejasne postępki często mieszkańcom Pskowa, ale i nam, czytelnikom, tłumaczy właśnie Foma. Wszyscy trzej "szaleńcy Boży" mają specjalne względy, ale i wzbudzają śmiech, drwiny czy gniew. Te i podobne wątki wprowadzają w głąb rosyjskiego XV-wiecznego prawosławia, pełnego realizmu, ale i baśniowości, dosadności i brutalnego zła, ale i wzruszeń. Przy wszelkich podobieństwach, jakie mogą się nasuwać między "Laurem" a twórczością Umberto Eco, zwłaszcza "Imieniem róży", jest jedna zasadnicza różnica: nad powieścią Włocha nie płakałam.

Jewgienij Wodołazkin: Laur. Tłum. Ewa Skórska. Poznań 2015.




poniedziałek, 11 czerwca 2018

Czapski, ciąg dalszy dociekań

     Dociekania wykonali za mnie inni, Ja tylko doczytuję. Część pierwsza zaistniała przy okazji ostatniego numeru "Zeszytów Literackich" - TUTAJ Teraz ponownie sięgnęłam po "Nitkę Ariadny" Barbary Toruńczyk i wiem już, jak z tymi "Wyrwanymi stronami" było. Czapski przez całe niemal życie pisał dzienniki. Były jednak tak wielowątkowe, tak poprzeplatane odskoczniami myśli, wrażeń, komentarzy, rysunkami, że nigdy nie zdecydował się na opublikowanie ich w oryginalnym zapisie. Kilkakrotnie jednak na sugestie czytelników i wydawców przygotowywał do publikacji wybrane kawałki: wyrwane strony właśnie. W dodatku mieszał zapiski, przestawiał po nowemu, układał od nowa, dopisywał, rozwijał niejasności, uzupełniał... Ostateczne wersje są więc dalekie od rękopisów. Taki był zamiar i tego się trzymał. Jeszcze nawet na pierwszych maszynopisach i wydrukach nanosił poprawki. Jest tych części, zdaje się, czternaście. W każdym razie "Wyrwane strony" są rzeczywiście wyrwane i ułożone niejako tematycznie według wagi spraw, które uważał za istotne dla swojego rozwoju, swojego widzenia świata i sztuki, w tym szczególnie malarstwa. Nigdy jednak nie pisze, nie wyjaśnia genezy i procesu twórczego malarstwa własnego. Nie ma w "Wyrwanych stronach" jego rysunków, choć w rękopisie dzienników (274 kajety!) znajduje się ich mnóstwo. Rękopisy znajdują się w Muzeum Narodowym w Krakowie i wątpliwe, aby kiedykolwiek w całości zostały opublikowane, skoro Czapski sobie tego nie życzył. Zresztą, byłoby niezwykle trudne. Pismo Czapskiego jest bowiem hieroglificzne, często nieczytelne, na tekście głównym i wokół niego znajdują się dopiski, pisane nieraz wianuszkiem np. wokół rysunków. Poza tym są tam po prostu urywki myśli, cytaty we wszystkich językach, którymi się posługiwał (polski, niemiecki, rosyjski, francuski), których słownictwo mieszał w jednym zdaniu czy wypowiedzi.
      Dla samego autora pisanie dziennika było naturalną czynnością dnia, sposobem ratowania się przed "rozkładem duszy". Życiowy zapis duchowego dojrzewania, kształtowania etycznych i estetycznych poglądów, wnikliwa autorefleksja i - jak pisze w liście do Jeleńskiego - "stop tej horreur de la vie [zgrozy życia] z tym, co w życiu najdrogocenniejsze". Ogrom systematycznej pracy włożonej w prowadzenie dziennika wprost poraża zwykłego człowieka. Zaczął pisać w czasach młodości, te pierwsze zapiski spłonęły w czasie wojny. Pierwsze wspomnienia z pobytu w Hiszpanii opublikował w 1930 roku. A pisał do końca życia - zmarł 12 stycznia 1993 roku w wieku 97 lat. Gigantyczne opus magnum około sześćdziesięciu lat życia nawet odliczając zeszyty zapisane w czasach przedwojennych. Nic dziwnego, że sam autor uważał dzienniki za najwspanialsze swoje dzieło.

Chaos czytelniczy i odnaleziony wiersz Miłosza

      Nie da się, no nie da się w taki upał zaplanować jakiegoś sensownego programu czytania. Raz to, raz tamto wpada w ręce,  włazi przed o...