wtorek, 24 kwietnia 2018

Jak Polacy tworzyli muzykę światową

    Tytuł nieco na wyrost. Jednak czytając świetną książkę Janusza Ekierta (patrz wpis TUTAJ), zwracałam uwagę na pojawiające się polskie nazwiska. Nie da się ukryć, że muzyka polska po II wojnie światowej za sprawą wybitnych kompozytorów należała do czołówki światowej awangardy. Najdobitniejszym przykładem jest Krzysztof Penderecki, któremu autor poświęca niemal w całości dwa rozdziały: "Monachium" i "Zamówienia".
      Monachium dlatego, że tamtejszy Bawarski Teatr Narodowy zamówił u polskiego kompozytora operę komiczną Król Ubu, której premiera w 6 lipca 1991 roku "stała się wydarzeniem całej festiwalowej Europy". Podobno przed teatrem tłumnie stali ludzie z transparentami "poszukuję biletu". Istotą muzyki Ubu Rexa jest żart, parodia, aluzja, pasticcio, synteza motywów znanych i rozpoznawalnych, w tym np. liczne tańce, ale swoiście przetworzone, skarykaturyzowane, przeobrażone i przybrane w błazeńską czapkę. Penderecki komediantem? Zaskoczenie było wielkie.
     W rozdziale "Zamówienia" mowa jest o fenomenie Pendereckiego jako światowego artysty tworzącego kompozycje na uczczenie wielkich jubileuszy: 700-lecia katedry w Munster, 25-lecia ONZ, 1200-lecia katedry w Salzburgu, 40. rocznicy zakończenia II wojny światowej, 200-lecia rewolucji francuskiej, 3000-lecia Jerozolimy, 850-lecia Moskwy, 1000-lecia Gdańska, 200-lecia  Stanów Zjednoczonych,  200-lecia urodzin Chopina,  200-lecia Musikverein w Wiedniu... a nie są to bynajmniej wszystkie. Tak samo nie umiałabym wypisać wszystkich doktoratów honorowych, orderów i odznaczeń, przyznawanych mu na całym świecie. "Gdy skomponował Anaklasis i Tren, mówiono, że jest jednym z najciekawszych talentów w muzyce naszych czasów. Po Pasji wg św. Łukasza wiedziano, że jest jednym z najwybitniejszych kompozytorów polskich. Po operach Raj utracony i Czarna maska, po Polskim Requiem nabrano pewności, że jest jednym z największych kompozytorów stulecia. Po Siedmiu bramach Jerozolimy, po Symfonii przemijania utrwala się opinia, że należy do najsławniejszych twórców w ciągu tysięcy lat rozwoju muzyki". Większość jego dzieł miała swoje premiery i prapremiery poza granicami Polski, np. Diabły z Loudun w Hamburgu, Czarna maska w Salzburgu, I Symfonia w Peterborough, Raj utracony w Chicago... i tak można by wymieniać jeszcze długo śledząc wędrówki jego muzyki kręcąc globusem dookoła.
      Ale Ekiert pisze i o innych fenomenach polskiej muzyki, a właściwe jej wybitnych twórcach. O Lutosławskim pisano, że jest Beethovenem naszych czasów. Zdzisława Donat, sopran, po Czarodziejskim flecie wystawionym w Salzburgu pod batutą Jamesa Levine`a została uznana za najlepszą Królową Nocy. Na próżno szukać informacji o sukcesie Manekinów Zbigniewa Rudzińskiego wystawionych w Wiesbaden (za kilka dni, 30 kwietnia rozpoczyna się edycja Maifestspiele 2018). Nawet na culture.pl nie znalazłam informacji o Wacławie Orlikowskim, dyrektorze baletu w Grazu, twórcy choreografii w wielu miastach Europy, od Bregencji, przez Berlin, Paryż, Rzym, po Weronę.
      Poza tym zatrzymuję się na ciekawostkach zgoła mniejszego kalibru. Niestety, nie znajdę już nieistniejącego hotelu "Pod Czarnym Rumakiem" w Pradze, gdzie mieszkał Chopin podczas trzydniowego pobytu w drodze z Wiednia do Warszawy. Ciekawe, czy obecny właściciel pałacu Hohenems (koło Bregencji)  również oprowadza gości prezentując między innymi rodzinne portrety Potockich, wyprzedawanych wraz z innymi zabytkami z dawnej kolekcji Łańcuta.
     A wiedział ktoś, że Beethoven skomponował melodie do dwóch polskich piosenek ludowych? Są to właściwie takie dwie przyśpiewki: Poszła baba po popiół i Oj, upiłem się w karczmie. Beethoven pracował nad skompletowaniem cyklu pieśni różnych narodów. W 1816 roku poprosił Franciszka Mireckiego, też kompozytora, którego poznał w Wiedniu u hrabiego Ossolińskiego, aby mu dostarczył jakieś teksty polskich ludowych pieśni. Mirecki dostarczył mu te właśnie dwie.
###
Poszła baba po popiół
i diabeł ją utopił,
ni popiołu, ni baby,
tylko z  baby dwa schaby.
###
Oj, upiłem się w karczmie,
wyspałem się w sieni,
a Żydki, psiajuchy,
kobiałkę mi wzieni.

Oj, oj, Żydki kanalije,
oddajcie kobiałkę
oj, czymże będę nosił
krupy na gorzałkę.


Tu są obie na samym początku.



Druga bardzo w rytmie krakowiaka. Słychać nie do końca polskie wymawianie słów, ale da się zrozumieć :-) Znalazłam jeszcze jedno wykonanie tylko "Baby":

wtorek, 17 kwietnia 2018

Nadstawną, Mostową, Morową...

 .... czyli idąc uliczkami dawnego Biłgoraja, chłonąc atmosferę prowincjonalnego miasteczka na południowo-wschodnich rubieżach, poznaję świat, który przestał istnieć. Siłą poetyckiego słowa wskrzesza go Jacek Żybura  w najnowszym - jeszcze pachnącym farbą -  tomiku "Biłgoraj ze "starych fotografii". Nadejdzie czas delektowania się obrazami, poszczególnymi frazami, wsłuchiwania się w wielogłosową symfonię życia, wpatrywania w wielobarwny ogród polsko-żydowskiej społeczności. 


Jeśli bowiem przyjąć, że literatura jest specyficznym rodzajem komunikacji, to „Biłgoraj ze starych fotografii” Jacka Żybury pełni tę funkcję w sposób szczególny: osadzony w konkretnej topografii miasta świat tych wierszy żyje kulturowym i obyczajowym bogactwem dawnych mieszkańców. Miejska przestrzeń, wyznaczona rogatkami, ulicami (których nazwy przetrwały częściowo do dzisiaj), młynem nad Ładą i dzwonnicami kościołów, zaludnia się wielokulturową społecznością modlących się Żydów, gromadnie wyruszającymi i powracającymi sitarzami, chłopami i babami z okolicznych wiosek przyjeżdżającymi na jarmark i żołnierzami kozackiej sotni.  Sceny codziennego małomiasteczkowego gwaru uderzają zmysłowymi opisami wielorakich dźwięków, zapachów i kolorów. Od ruchliwego targowego tłumu („Czwartek na biłgorajskim rynku”) przechodzimy do szabasowych żydowskich pieśni („W szabasowy wieczór”), od sielankowego dworskiego ogrodu do starego kirkutu, na którym „w fałdach czasu/ zamknięte w akrostych/ gasną powoli zatarte daty imiona …”
Czytelnik prowadzony przez uważnego kronikarza uczestniczy w odświętnych wydarzeniach organizujących rytm życia miejskiej gromady: jesiennym powitaniu i wiosennym pożegnaniu sitarzy, pielgrzymce wiernych na odpust do Puszczy Solskiej, żydowskim weselu, przygotowywaniu wigilijnej wieczerzy, koncercie kozackiej orkiestry. Na granicy miasta i wsi, w zaułkach i ogródkach czas płynie wolniej, nad kwietnymi zagonami słychać krowy, koguty, psy, a gdzieś daleko niesie się echo końskich kopyt na bruku. Ma się wrażenie, że ciekawski obserwator przeszedł wszystkimi ulicami, zajrzał do sitarskich zagród i żydowskich sklepików, wtopił się w tłum uważnie nasłuchując rozmów, śmiechu i płaczu, modlitw zza okien i wrzasków z nocnych spelunek.
Siłą poetyckich obrazów Jacka Żybury jest mnogość sensualistycznych doznań: zapachy ziół, chleba, świec, dźwięki dzwonów, skrzypiących wozów, okrzyki, kolory kwiatów, domów, ścian, kształty, kalejdoskop ludzkich gestów jak na filmowej taśmie: mężczyzn pracujących w tartaku, dzieci bawiących się w chowanego, krzątających się kobiet, fruwające motyle, kaczki, kury, indyki spacerujące  w obejściach; tylko staruszki drzemią nieruchomo na ławce.  Dominujący w opisach czas teraźniejszy, utrwalając przeszłość w wiecznym „teraz”, sprawia wrażenie, jakby świat  na moment tylko zastygł: „ktoś wyszedł z domu ogrodnika…” zdaje się, że tylko na chwilę… zaraz wróci i życie potoczy się dalej dawnym rytmem (za wjazdową kutą bramą…).
Najciekawszy efekt poetyckiej kreacji pojawia się w utworach, w których dynamika dnia wstającego po nocy lub przemiany dnia w zmierzch, gdy „maleją dachy rosną ścian pochyłe cienie” a blask księżyca oświetla nocny Rynek. Mgła spływająca „nocnym brokatem” z Ratusza, potęgując zapachy piekarni i kościelne dzwony, tworzy czechowiczowski klimat przestrzeni baśniowej („Rynek –nocny pejzaż z księżycem”). Symultaniczność zdarzeń i obrazów podkreślają paralelnie uszeregowane konstrukcje składniowe: a w saskim skwerku… a w lupanarze…, a słońce… oraz współrzędnie łączone spójnikiem „i”.
       Trafnie zastosowana w tytule tomiku analogia do fotografii znajduje potwierdzenie w postawie podmiotu mówiącego, który zdaje się zwracać do czytelnika słowami Mickiewicza: „widzę i opisuję” . Jest to jednak postać naszych czasów, ktoś z naszego świata, kto patrzy w przestrzeń nie tak odległą, a przecież minioną, poprzez obrazy poetyckie rozwijając nić porozumienia „między dawnymi i młodszymi laty”. Owa dawność kulturowa żydowsko-sitarskiego miasteczka na Lubelszczyźnie, wywoływana zasobem leksykalnym bogatym w archaizmy rzeczowe i słownictwo związane z obyczajowością żydowską, realizuje poetycki „głód konkretu” zdefiniowany przez Zbigniewa Chojnowskiego jako „antidotum na zagrożoną i rozmydlaną przez anomię, masowość, redukcję refleksji, inwazję kiczu, a nade wszystko wirtualizację rzeczywistości, podmiotową strukturę człowieka współczesnego…” Realizm szczegółów prowadzi do odkrywania w poetyckiej formie śladów ludzkiego bytowania, będących zapisem wspólnego losu wielokulturowej społeczności.

      Dopełnieniem tomiku są bogate przypisy wyjaśniające wiele zapomnianych dzisiaj obyczajów sitarskiej i żydowskiej społeczności. Wiele z nich odnosi się także do szczegółów topograficznych, rozmieszczenia ulic, zmiany ich nazwy czy lokalizacji budynków, o których mowa, a które dzisiaj nie istnieją. istotny wpływ na odbiór tomiku mają wykonane na zamówienie czarno-białe grafiki ściśle korespondujące z treścią utworów. całość została pomyślana i skomponowana jako jak najwierniejsze odtworzenie specyficznego ducha miasteczka [poprzez zaangażowanie wszystkich zmysłów i poruszenie wyobraźni, aby po lekturze idąc niedzielnym popołudniem usłyszeć echo pułkowej orkiestry Kozaków Dońskich, a przy figurze św. Jana Nepomucena zobaczyć odchodzących w świat sitarzy. 
      
Zdjęcie okładki pożyczyłam ze strony wydawnictwa Studio Suite 77
W notce zamieściłam fragment wstępu ""Biłgoraj w scenach widzenia Jacka Żybury"
Strona wydawnictwa z promocją książki:
http://studiosuite77.pl/produkt/bilgoraj-ze-starych-fotografii/


                                                                                                                                       

czwartek, 12 kwietnia 2018

Na królewskim dworze

     Kończąc wątek królewskiego mecenatu muzycznego w epoce stanisławowskiej - ponieważ dotarłam do końca książki - zapiszę ku pamięci intrygujące ciekawostki. Na przykład o harfie. Była już mowa o tym, że grą na harfie popisywał się Michał Kazimierz Ogiński. Być może był pierwszym harfistą w historii polskich wirtuozów tego instrumentu. Zagraniczni harfiści odwiedzali w tym czasie Warszawę i Kraków. W 1788 roku w Krakowie i w Warszawie wystąpił  Nimazico (lub Nimasico), a w 1792 roku w Warszawie harfistka o nazwisku Stockheim. Nic bliższego o tych dwojgu artystach nie wiadomo, za to bardziej znany był niemiecki wirtuoz  Ferdinand Horn również prezentujący się przed warszawska publicznością. Pierwszą harfę Stanisław August zakupił prawdopodobnie w 1782 roku dla śpiewaczki Caterini Bonafini, która zamierzała pobierać lekcje gry na tym instrumencie.
      Występy Cateriny Bonafini to całkiem osobna historia zresztą. Stanisław August namówił ją, aby pozostała na dłużej, gdy zawitała do Warszawy w 1776 roku zmierzając  do Petersburga. Ostatecznie spędziła tutaj sześć miesięcy, występując ze swoim scenicznym partnerem kastratem  Giuseppe Campagnuccim. Śpiewaną przez nią koronną partią, dzięki której zyskała sławę w Wenecji była Dydona w operze  Pasquale  Anfossiego. Bonafini wzbudziła zachwyt i podziw, a pozytywnej opinii nie szczędził jej nawet Bogusławski, który kierując Teatrem Narodowym nieustannie rywalizował z włoskimi i francuskimi zespołami teatralno-operowymi. Bonafini zawitała po raz drugi do stolicy, gdy po sześcioletnim kontrakcie wracała z Petersburga do Włoch w 1782 roku, pozostając jako artystka królewska prawie 10 miesięcy - do kwietnia 1783 roku. Król opłacał jej dom, konie do karety, stangreta, no i zakupił harfę, na której pobierała lekcje gry, również na koszt króla. Stylem i wystawnością życia wzbudzała zainteresowanie i bulwersowała opinię publiczną skandalami, na pokaz arogancji pozwalała sobie nawet w obecności króla. Ostatecznie po wyjeździe z Polski Bonafini zakończyła karierę, na co pozwalał jej ponoć olbrzymi majątek zgromadzony podczas pobytu na dworze carskim w Petersburgu, a dopełniony hojnym wynagrodzeniem Stanisława Augusta.
       Jednym z mocniej związanych repertuarowo z warszawską sceną muzyczną był kompozytor Giovanni Paisiello, który nawet ofiarował królowi - co prawda przez pośrednika - własną kompozycję do Te Deum laudamus. Utwór został wykonany w pierwszą rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Później jeszcze kilkakrotnie kompozytor ofiarowywał warszawskiemu dworowi swoje dzieła, a początek tych kontaktów został nawiązany w 1784 roku, kiedy Paisiello wracał po ośmioletnim kontrakcie z Petersburga do Włoch. W tym samym czasie przebywała w Warszawie wybitna portugalska śpiewaczka Luiza Todi, a ponieważ był to okres wielkopostny,  w teatrze zamkowym zaprezentowano po raz pierwszy oratorium Paisiella La passione di Gesu Cristo. 
No to posłuchajmy muzyki przeznaczonej dla królewskich uszu :-)))


     Przy tej okazji postawić wypada pytanie, skąd brano nuty, o ile nie zostały podarowane przez kompozytora. Najczęściej kupowano je gdzieś w krajach europejskich i przepisywano ręcznie, przywożąc kopie, gdyż nie było w Polsce żadnej drukarni, który by się publikowaniem takich specjalistycznych dzieł zajmowała. Toteż i taka adnotacja o "sponiewieraniu" nut mogła się znaleźć w spisie muzycznej biblioteki teatru publicznego: "Simphonie się z nayduią nie complet a to przez częste użiwanie są z poniewierane".
     A z kolei z innej relacji wynika, że na wiele lat przed Ravelem niejaki pan Fial (Fiala?) skomponował utwór, w którym zaczyna jeden instrument dęty, a potem dołączają kolejne. Mało tego, równie symetrycznie kompozycja się kończyła, gdy jeden po drugim instrumenty wyciszają się.  I wielce żałować należy, że nie zachowały się nuty tego eksperymentu ;-)

czwartek, 5 kwietnia 2018

Między tekstami

     Nadal jestem w trakcie czytania o muzyce w czasach stanisławowskich, a już przyszedł pocztą nowy numer Zeszytów Literackich, w których wyimki z korespondencji Gombrowicza z Czapskim. Przerzucam kartki rozdziału o pierwszym znanym polskim wirtuozie harfy, a był nim nie kto inny tylko Michał Kazimierz Ogiński, z rodu książąt Ogińskich, kuzyn Michała Kleofasa, autora poloneza "Pożegnanie ojczyzny". Michał Kazimierz, pan na Słonimiu, wielokrotnie dawał wyraz zainteresowaniom muzycznym, sam zresztą komponował i to na całkiem profesjonalnym poziomie. W swojej posiadłości utrzymywał orkiestrę, a w latach 1779-1780 jego dworska kapela wokalna liczyła 53 osoby! Sam hetman i wojewoda wileński Ogiński był zresztą multiinstrumentalistą: grał na skrzypcach i harfie, a podobno też na klarnecie. W 1765 roku hetman wielki litewski Michał Kazimierz Ogiński w swoim pałacu osobiście (w towarzystwie dwóch innych muzyków) grał na skrzypcach w koncercie z okazji urodzin Stanisława Augusta Poniatowskiego, a na pierwszą rocznicę koronacji w warszawskim teatrze wystawiono między innymi balet z jego muzyką. A skoro o polskich muzykach mowa, to warto sobie uprzytomnić, że ojciec polskiego teatru Wojciech Bogusławski był czynnym śpiewakiem (bas-baryton), występującym w operowym repertuarze do 1820 roku. Jego działalność teatralna polegała na tym, że prowadząc Teatr Narodowy przełożył na język polski libretta ponad czterdziestu oper włoskich, francuskich i niemieckich oraz napisał 6 oper oryginalnych, w tym pierwszą polską operę "Nędzę uszczęśliwioną", której libretto Bogusławski zaczerpnął i uzupełnił z kantaty Franciszka Bohomolca.
       Listy Gombrowicza i Czapskiego gwałtownie przenoszą mnie w czasy literatury współczesnej. Datowane są od 1949 do 1969 roku, ostatni z marca, pięć miesięcy przed śmiercią Gombrowicza. W pierwszym jeszcze z Argentyny prosi Czapskiego o pomoc w doprowadzeniu do francuskiego wydania "Ferdydurke".  Pojawiają się wątki tłumaczenia, odczytania utworów jednego i drugiego autora i wzajemne kurtuazje, wspomnienie pierwszego spotkania jeszcze przed wojną, a przy tym szczerość Czapskiego, który ujawnia ogromną ambiwalencję w ocenie twórczości Gombrowicza. Z jednej strony jest nią zafascynowany, a z drugiej zmaga się i wewnętrznie buntuje: "Nie mam narzędzia!, żeby z Panem dyskutować, nie tylko że nie jestem filozofem i nigdy poza dyletanckim skubaniem do tej dziedziny nie podszedłem, a chodzi mi w stosunku do pana o sprawy najważniejsze, o których Pan  w i e. Jak podejść do mojego zarzutu zasadniczego, przekonania, że Pan na pewne sprawy jest u m y ś l n i e  głuchy." A mimo to Gombrowicz prosi Czapskiego o napisanie o nim tekstu do jubileuszowego wydania "Cahiers de L`Herne", który ukazał się już po śmierci Gombrowicza w 1970 roku. Ostatecznie Czapski osobnego tekstu nie napisał, ale opublikowane zostały trzy jego listy, w których omawia, a właściwie wadzi się z twórczością autora "Kosmosu".
       I zaraz dalej, po tych ułamkach korespondencji, wzruszające wspomnienie Wojciecha Karpińskiego o Czapskim pisarzu, Czapskim malarzu, Czapskim świadku historii, o "autorze - znakomitych - migawek rzeczywistości, rysunków świata i siebie, portretów  układających  się w dynamiczny  autoportret. taki był w pisaniu, taki był w malowaniu i taki był w rozmowie".

wtorek, 27 marca 2018

Ad fontes!

    Nie, nie będzie o renesansowym nawróceniu się ku starożytności. Będzie o początkach polskiego teatru, opery i baletu w epoce stanisławowskiej w Warszawie. Bo że "Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale", to wszyscy wiedzą -  Wojciech Bogusławski napisał, ale skąd się wziął kompozytor, czyli Jan Stefani? Dosłownie rzecz biorąc, z Czech się wziął, urodził się w Pradze, ale do Warszawy na dwór królewski Stanisława Augusta przybył z Wiednia jako Johann Steffan dokładnie 2 lutego 1779 roku. W dodatku przybył nie sam, lecz z jeszcze innymi ośmioma czeskimi muzykami, tworząc dworską kapelę królewską. A ponieważ wszyscy przybyli z Wiednia, gdzie wchodzili w skład kapeli cesarskiej, nazwano ją kapelą wiedeńską. Cesarz Józef II nie za bardzo chciał się zgodzić na uszczuplenie swojej orkiestry, ale ponoć interwencja wpływowego hrabiego Kinsky`ego umożliwiła wyjazd dziewięciu muzyków i przyjęcie przez nich służby na dworze polskiego króla. Kapela wiedeńska kierowana przez kapelmistrza Stefaniego składała się z dwóch skrzypków (w tym właśnie jednym był Stefani), dwóch oboistów i jednocześnie klarnecistów, dwóch fagocistów, dwóch waltornistów i jednocześnie trębaczy oraz jednego flecisty, miała więc właściwie charakter kapeli dętej. Z czasem zespół powiększył się o grupę smyczków i przekształcił się we właściwą królewską orkiestrę kameralną, ale wówczas kapelmistrzem był już kto inny. Niemniej Stefani do końca pozostał wierny w służbie JKMości, a po rozbiorach pozostał w Warszawie pełniąc funkcję pierwszego skrzypka w orkiestrze Teatru Narodowego (dworska orkiestra królewska została bowiem rozwiązana). On sam i jego rodzina się spolonizowali, a jego dzieci kontynuowały rodzinne tradycje muzyczne, jeden z synów został kompozytorem, dwaj inni byli muzykami w orkiestrze, córka zaś śpiewaczką operową. 
      Kolejna nieco rozświetlona zagadka. Kiedy byłam w ubiegłym roku na balecie "Casanova w Warszawie", zastanawiałam się nad jedną postacią. Otóż, że hrabia Branicki był awanturnikiem, można się domyślać, że Casanova wędrował po całej Europie i do Warszawy zawitał, gdzie właśnie powstawał nowy dwór królewski, też nie zaskakuje. Ale kim jest i jaką rolę w całej intrydze odgrywa Moszyński? Hrabia zresztą. A rolę pełnił niebagatelną, bowiem autor libretta uczynił go Wielkim Mistrzem Loży. To w balecie. Czy w rzeczywistości też tak było? Nie wiem, ale to właśnie on, August Fryderyk Moszyński sprawował w imieniu króla nadzór artystyczny nad teatrem zorganizowanym wiosną 1765 roku. Był to pierwszy teatr, którego spektakle - biletowane - dostępne były szerokiej publiczności, czyli publiczny. Funkcjonował bardzo krótko, bo do marca 1767 roku, jednakże wyjaśniła się kwestia postaci Moszyńskiego, który był wielbicielem teatru, a poza tym bliskim przyjacielem Stanisława Augusta. Nic dziwnego, że nie mogło go zabraknąć w historii o pobycie Casanovy w Warszawie, do której przyjeżdża w 1765 roku, a więc, kiedy Moszyński obejmuje powierzoną mu przez króla funkcję. Do historii przeszła wielka impreza zorganizowana przez Moszyńskiego 27 sierpnia 1765 roku dla uczczenia pierwszej rocznicy rozpoczęcia sejmu elekcyjnego, czyli de facto na cześć króla. W pokazach i spektaklach wzięli udział chyba wszyscy artyści i to wszelkich profesji, jacy wówczas byli w Warszawie. Dość powiedzieć, że poszczególne części wydarzenia rozgrywane były po dwóch stronach Wisły, a na środku rzeki z łodzi oglądano spektakl na Wyspie Miłości. Była muzyka turecka i janczarska, "leśne teatrum" na Wyspie Miłości,  balet bóstw greckich, rzymskich i dzikich ludzi, włoska kantata, oczywiście najpierw królewski obiad, a potem kolacja, a całość zwieńczona fajerwerkami, a jak donosiła ówczesna prasa, król powrócił do siebie o drugiej w nocy. Że był ukontentowany świadczy chyba fakt, że Stanisław August zwrócił Moszyńskiemu wszystkie wydatki związane z uroczystością, czyli 9000 dukatów. 
      I trzecia tajemnicza osobistość - Franciszek Ryx. Zaufany kamerdyner królewski, jedyny, który miał prawo mieszkać w przeznaczonych dla niego apartamentach w Pałacu Łazienkowskim, wieloletni impresario (czy jak to nazwać?) teatrów warszawskich, które Stanisław August wspierał po cichu, gdy  nie mógł jawnie, a za pośrednictwem Ryxa miał też możliwość w zasadzie decydować o repertuarze, składzie aktorskim, śpiewaczym, zespole tancerzy itp. Franciszek Ryx dorobił się olbrzymiego majątku, stąd też jego ogromne wpływy. W zasadzie sprawy teatru podlegały trzyosobowej spółce, do której należeli: Ryx oraz August Sułkowski i Adam Poniński. Spółka nie działała długo, bo się pokłócili, monopol teatralny na przedstawienia był oddawany w dzierżawę, ponownie odzyskiwany, przechodził z rąk do rąk, ale zawsze Ryx miał na to wpływ. Główne nici zawsze trzymał w swoich rękach. Kiedy doszło do spięcia pomiędzy nim a współwłaścicielami spółki teatralnej, książętami  Augustem i Antonim Sułkowskimi w kwestii obsadzenia funkcji kapelmistrza orkiestry teatralnej, zwycięsko wyszli z zatargu właśnie Ryx i jego podopieczny Pasqua, którego Sułkowscy chcieli usunąć. Zdaje się, że nawet hetman Ogiński nie dał rady przeforsować swoich pomysłów w kwestii obsady orkiestry teatralnej i w zasadzie Ryx kompletował zespół  według własnego uznania, o ile oczywiście kasa królewska na to pozwalała ;-) 

     Jeszcze wiele mnie ciekawostek czeka, bo zaczęłam właśnie czytać rzecz nabytą z przeceny za grosze, a cenną w informacje niezwykłej wagi, jak widać :-))
Alina Żórawska- Witkowska: Muzyka na dworze i w teatrze Stanisława Augusta - dzieło olbrzymie, monografia, pięknie wydana, papier kredowy, ilustracje, ryciny z epoki, kolorowa obwoluta, format albumowy. Wydawnictwo: Zamek Królewski w Warszawie. 

Tutaj można kupić jeszcze - link do sklepu  

środa, 21 marca 2018

Serdeczne skojarzenia nieprzypadkowe

   
     Wiedziałam, podejrzewałam, oczekiwałam, ale miałam obawy. Obawy, czy nadmiar nostalgii mnie nie przytłoczy. No niestety, duchem, emocjami, kulturą i zamiłowaniem jestem stamtąd - z Kresów. Obawiam się, że gdybym stamtąd pochodziła dosłownie, w sensie genealogii rodowej, nie mogłabym ani czytać, ani pisać o "tamtej stronie". Na szczęście jeszcze mogę, choć bywa trudno i straszno, a najczęściej rozpaczno. Niepojęte powinowactwa myśli? Ducha? Emocji? Wszystkiego jednocześnie.
     Rzeczywiście, mieli rację Miłosz, Czapski i Stempowski. "Nadberezyńcy" Czarnyszewicza zachwycają, wzruszają, zniewalają i ściskają za gardło. Zdumiewają na przykład analogie do "Pana Tadeusza", jak opisy puszczy, florystyczne bogactwo, portrety zaściankowej schłopiałej szlachty, a przy tym ten rys unoszącego się nad wydarzeniami i bohaterami dyskretnego humoru narratora. Czytając jak Kościk, jeden z głównych bohaterów, będąc pod wpływem żalu wobec dziewczyny i wzmocniony trunkiem poturbował na weselu gości i doprowadził do totalnej awantury, żywcem się zajazd z "Pana Tadeusza" przypominał: "Tłocząc się wszyscy naraz gwałtownie, uczynili przy drzwiach ścisk, że ani wyrwać się z niego. Ale któryś wpadł na pomysł otwarcia okien - wypadali przez kilka otworów z domu, jak procą wyrzucani, wyrywali z płotu ostrokoły, łamali żerdzie, wykręcali z sań gołoble i biegli w stronę powietki, na czym świat stoi pomstując. Dochodzące stamtąd krzyki czyniły wrażenie, że tam rzną się nożami, mordują nawzajem, jak pogany dzikie". Podobnie niejaki Mieczyk Piotrowski skupia w sobie mądrość gromady w połączeniu z poczuciem godności, powagi i humoru zarazem. Z jednej strony przemyślnie zorganizował obronę Smolarni przed najazdem bandy Kurtopalca, a jednocześnie modlił się pod wąsem: " Matko Najświętsza! - szeptał Piotrowski - daj chamom zaślepienie i podsuń ich wszystkich ku nam, abyśmy bez rozlewu krwi im nosy przytrzeć!" A kiedy modlitwa została wysłuchana, zorganizował pokazowe przedstawienie z wieszaniem głównego herszta bandy, pod którym lina się zerwała - oczywiście  dlatego, że Mieczyk wcześniej linę przeciął nożem, o czym nikt nie wiedział. Ogłaszając wszem, że to znak, oznajmił, że napastnikom przebacza i mogą iść wolno.
      Niesamowity opis burzy równie gwałtownej, co i zakończonej równomiernym kilkugodzinnym deszczem jako żywo w licznych animizacjach i antropomorfizacjach przypomina także ten z epopei. Cudownie się czyta puszczając wodze wyobraźni: : "Naraz zerwał się wicher szalony; toczył po polu, słał ku samej ziemi żyto, wskakiwał na chlewy i gumna, kudłaczył  słomę, zrywał ze szczytów kostrzyce, rzucając ochłapami w górę, rozsypując na pył, wyrwał się w sady, chwytał za wierzchołki więzów i grusz wysokich, tarmosił nimi, jak pies wściekły, gwizdał, niósł się wirami po drodze, podejmując ćmę kurzawy. Na puszczę strach było patrzeć. Pochylone gwałtownym uderzeniem wichru kolosy cofały się gniewnym ruchem w tył, trząsły konarami, pomstując chmurze, wyły i trzęsły się febrycznie ze złości. Zdawało się - stado rozjuszonych niedźwiedzi ryczy. Miliony liści zerwanych i kurzawa zaćmiły niebo.
      Czarna tafla nawałnicy posuwała się coraz wyżej. Wnet wypłynęło z niej stado drobnych szarych obłoków i puściwszy się szybko naprzód, zasłoniło cały firmament. Za nimi ruszyły większe i ciemniejsze. Na dworze ciemność się uczyniła jak o północy. Chmura w świetle samej błyskawicy wydawała się jeszcze groźniejsza.
      I lunął deszcz. Zrazu burzliwymi falami kropel rzadkich, ale dużych, jak orzechy laskowe, lodowatych, z ogłuszającym trzaskiem piorunów, z gradem niebywałych rozmiarów i form; później nieco równiejszy, lasem słupów niebotycznych, zakrzywionych u dołu  żaglami wydętymi, o kroplach tak gęstych,  że oddech człowiekowi zabijało. W przeciągu kilkunastu minut potworzyły się w dolinach tak głębokie kałuże, że w niektórych brewna budowlane z łatwością mogłyby pływać.
      Lecz zaraz poświetlało nieco i ulewa zmieniła się w deszcz drobny, ciepły, łagodny - błogosławiony. Blisko trzech godzin padał bez ustanku, potem ustał".
...........................................
       I skończyłam. Mieli rację ci, którzy pisali, że to jedna z najważniejszych i najpiękniejszych powieści XX wieku. Najważniejszych, ponieważ jest ostatnim pisanym przez człowieka stamtąd literackim pożegnaniem z nadzieją na Polskę za Berezyną. Najpiękniejszych, ponieważ jest bardziej totalnym światem utraconym niż "Pan Tadeusz", bardziej autentycznym. Mickiewicz świadomie zamykał granice swoich ksiąg na zło tego świata i zło w człowieku. Czarnyszewicz konstruuje autentyczną gnidę moralną w osobie Jasia Łabana, którego działalność przynosi tragiczne skutki. Kryształowy bohater - Kazik Zdanowicz - zostaje rozstrzelany przez oddział rewolucjonistów, a Walka Tryzno umiera śmiercią męczeńską, najpierw wleczony pieszo za końmi, a potem umierający bezprzytomnie na saniach. Mickiewicz mógł zakończyć opowieść w momencie powszechnej euforii i nadziei na odzyskanie wolności. Czarnyszewicz nie mógł tego zrobić, zostawiając głównych bohaterów w środku śnieżnej zawiei, idących do Bobrujska, żegnając za sobą zaberezyńskie zaścianki, które nigdy nie będą już należały do Polski.
       Trudno wymienić nawet wszystkie nasuwające się w trakcie czytania analogie do Mickiewiczowskiej epopei  czy do sarmackiej tradycji Sienkiewiczowej "Trylogii". Przecież kiedy Mieczyk Piotrowski jedzie pomagać legionistom, podstępem rozbroiwszy sześciu (?) bolszewików i zabiwszy jednego oficera, chyba komisarza, a potem wdał się w bójkę z polskimi legionistami, którzy wzięli go za zdrajcę, po wyjaśnieniu pomyłki i oddaniu wielkich usług polskiemu wojsku służąc za przewodnika w okolicznych borach, dowiedziawszy się na koniec, że odgórnym rozkazem wojsko wycofuje się zamiast iść na Dniepr, rozpacza pod drzewem płacząc w kulbakę swego konia: "Oni wracają! Słyszysz ty kosiu?! Wracają nad Berezynę... Do nas znowu bolszewiki przyjdą... Nie będzie dla nas miejsca w Smolarni, nie będzie! Rozstać się przyjdzie z chatą, stajnią, gospodarką całą, pozostawić na sieroctwo Marylkę, Małgorzatę i wędrować w świat cudzy, jak starcy jakie, albo Cygany bezdomne. Zostaniemy - mnie żywemu bolszewiki pasy ze skóry zdzierać będą, słomą pod boki smalić, ciebie do wojska zabiorą i Żydy parszywe, kitajcy kose jeździć na tobie będą, albo ciężary różne wozić i knutem bić. Ot, co Gniadoszu kochany! I to bez żadnego powodu, bez żadnej przyczyny wracają..." - jako żywo przypomina Zagłobę w pełnej krasie.
        Najpierw myślałam, że Stach Bałaszewicz będzie głównym bohaterem całej powieści. Później jednak na pierwszy plan wysuwają się inni: Kościk Wasilewski, wspomniany tragicznie zabity Kazik Zdanowicz, od czasu do czasu na czoło wysuwa się przygodami - wprowadzając poniekąd, niejako mimochodem, element humorystyczny - Mieczyk Piotrowski, ale i z całej gromady Smolarni raz po raz ktoś się wyróżnia, i Kantyczka po śmierci Zdanowicza bijący bez umiaru w dzwony "aż Bóg ześle mu skonanie i duszę odprawi na męki do czyśca", i stary Wasilewski, który co raz dowiadując się, w jaką awanturę wdał się jego syn, za każdym razem obiecuje mu gnaty połamać, stary Huszcza, uczestnik wojny tureckiej, wiecznie przedrzeźniający Kantyczkę za jego nadmierną pobożność... Postacie kobiece, chociaż w tle, mają wyraziste rysy, począwszy od ukochanej Kościka, Karusi, którą poznajemy jako podlotka i obserwujemy jak przeobraża się w świadomą patriotkę wspierającą ukochanego w walce o wolność Polski; Hańki - najstarszej córki Piotrowskiego - która w dzień ślubu oznajmia, że zrywa z narzeczonym, ślubu nie będzie, a ojcu każe wypłacić rodzinie niedoszłego męża odszkodowanie (co prawda awantura została zażegnana, ale Hańka pokazała swój charakterek nie tylko w tym momencie); starej Zdanowiczowej, która czy syn wraca, czy odjeżdża na wojnę, zawsze znajduje okazję do głośnych lamentów, kiedy jednak po śmierci syna prawie sama traci zmysły z rozpaczy, umie zdobyć się na wielkoduszne pocieszanie dwóch rodzonych sióstr zdrajcy, za którego przyczyną jej syn zginął, po siedmioletnią Wikcię Bałaszewiczównę recytującą z pamięci siedmiostronicowy wierszowany poemat ku czci bohaterów ojczyzny i pamięci zamordowanego Kazika Zdanowicza.
        Podobieństwa, skojarzenia, tęsknoty za czymś dobrze znanym, a minionym... Jodła Jadwiga i dąb Chrobry w głębi nadberezyńskiej puszczy; wiosna tak bujna, jakiej najstarsi ludzie nie pamiętali, odkąd Smolarnia powstała, na wzór owego roku "kto ciebie widział w naszym kraju", i przypadkowe, choć wymuszone okolicznościami "pro publico bono" na zdrajcy wykonane kończące powieść, mnogość kodów kulturowych - czy czytelnych dla młodego pokolenia? śmiem wątpić - przysłania nawet najbardziej zabawne fragmenty, jak ten, gdy bolszewicki komisarz Misza zapałał afektem do Stacha Bałaszewicza przebranego za kobietę i biedny tajny wywiadowca polskiego wojska musiał bronić się rozpaczliwie  niemal dusząc w łóżku niedoszłego amatora "babskich" wdzięków ;-)  Przerażenie zaś Stacha było tym większe, że zmyślał jak najęty, jak to kiedyś pewien Pietka "ją" zbałamucił i porzucił, a komisarz Misza po kilku kielichach zaczął twierdzić, że to on właśnie jest tym parszywym Pietką i teraz bardzo ją - znaczy przebranego Stacha za to przeprasza i chce naprawić dawny błąd.
      Dobra, nie będzie więcej spoilerów ;-) Przeczytać warto, trzeba, powinno się. Ale jest mi tak smutno...

Mapę znalazłam ;-)

sobota, 17 marca 2018

Poezja w prozie (z serii "zgadnij, kto")

      Ha, no i mamy nadal nieczytanego Norwida. (patrz wpis poprzedni) Jak za życia, tak po śmierci i w epoce "późnego wnuka" doczekać się nie może zainteresowania. Ale to nie Norwid, a Słowacki pisał: 

... to los mój na grobowcach siadać
(...) Nieme mieć harfy i słuchaczów głuchych...

Obaj mieli widać wiele wspólnego.
       Zostawmy ich. Chwilowo. Tym razem pisarz - w swoim czasie, całkiem niedawno - bardziej znany w świecie niż we własnym kraju. Choć czytany, a jakże! Dla niektórych guru. Programowo nie interesował się poezją, ale... otrzymywał od wiernych wielbicieli listy z wierszami do oceny. Odżegnywał się od dwóch dziedzin: poezji i muzyki. Twierdził, że się nie zna, nie umie, nie potrafi. Tymczasem mnożył poetyckie zapętlenia w prozie, spiętrzał dowcip, ostrzył ironię. A w potoku refleksyjnej fabuły - bo jego fabuła zawsze jest refleksyjna - nagle pojawia się taka POEZJA:

Czas układał się wtedy przed wzrokiem jak japoński ogród...-  piękne!

Uwielbiam tego pana. Przede mną 650-stronicowa antologia jego opowiadań :-) 

Jak Polacy tworzyli muzykę światową

    Tytuł nieco na wyrost. Jednak czytając świetną książkę Janusza Ekierta (patrz wpis TUTAJ ), zwracałam uwagę na pojawiające się polskie ...