środa, 19 września 2018

Tak dalekie, a jednak bliskie

        Co łączy zachodnioeuropejskie teorie estetyczne ze sztuką Indii? Umberto twierdzi, że niewiele, aczkolwiek pochylając się nad teoriami Guiseppe Tucciego przyznaje, że jednak coś by się znalazło. Tylko nie tak nachalnie. Nie tak dosłownie. W zasadzie analiza włoskiego semiologa i mediewisty dotyczy innej teorii, niejakiego Coomaraswamy`ego, który niemal zrównuje indyjskie zalecenia utożsamienia się z przedstawianym dziełem z sentencją Leonarda "Malarz maluje siebie samego".  Eco jest ostrożny, widzi więcej różnic niż podobieństw. Niemniej zestawia poglądy kilku indyjskich teoretyków, przybliża ciekawą klasyfikację stanów duchowych i ich skutków według Bharaty, analizuje skomplikowane pojęcie rasa (piękno idealne, aromat, istota dzieła sztuki?) by ostatecznie dojść do wniosku, że w "X wieku myśl indyjska szeroko rozwinęła świadomość natury dyskursu poetyckiego i artystycznej intuicji, tj. kwestii, które myśl zachodnia krytycznie przemyślała i usystematyzowała dopiero w ciągu ostatnich dwustu lat". Słowem, kulturowo to my jesteśmy co najmniej 800 lat zacofani ;-) 
      Czy dopiero współczesna myśl De Bruyne`a, Panofsky`ego, Pouillona - pyta Eco - pozwoliła spojrzeć na estetyczną i filozoficzną myśl europejskiego średniowiecza we właściwy sposób, dostrzegając w niej głębię naukowych dociekań i teoretycznych rozróżnień? Człowiek cywilizacji zachodniej jest skażony spojrzeniem ku przyszłości, zamknięty w czasie liniowym, dlatego lekceważy to, co było wcześniej, uznając proste, żeby nie powiedzieć "prostackie" prawidło o nieustannym postępie ludzkości. Dopiero co jakiś czas pojawiający się geniusze siłą swojego intelektu i przenikliwością spojrzenia, a czasem bezkompromisowym i krnąbrnym wręcz wietrzeniem stereotypów, potrafią ogłosić dawne odkrycia jako nowoczesne rozwiązania na miarę człowieka współczesnego. Pytanie tylko, czy musimy odkrywać dwa razy to samo? 

Umberto Eco: Sztuka. Tłumaczenie Piotr Salwa, Mateusz Salwa. Wydawnictwo M. Kraków 2008.

środa, 12 września 2018

Umberto Eco eseje o sztuce

      Czuję, że to będzie trudna lektura. Wzięłam na tapetę eseje o sztuce Umberto Eco. Antologia tekstów wcale nie najnowszych, z lat 1955 - 1963. Zapewne dzisiaj autor pisałby już nieco inaczej, ale może i w tych zachowało się jeszcze wiele uniwersalnych odkryć i punktów widzenia, które warto mieć na uwadze dyskutując o wartościach estetycznych w sztuce, o granicach interpretacji i sposobach funkcjonowania dzieła w przestrzeni międzyludzkiej. Idea formatywności Peyersona omawiana przez Eco jeszcze nie zadomowiła się w moim świecie pojęciowym. Mam problem z odczytaniem postawy autora: akceptuje jego stanowisko czy polemizuje z nim. Jedna rzecz jak dotąd nie budzi mojej wątpliwości, że odbiór dzieła sztuki jest zawsze aktywny, jest procesem, a nie statycznym oglądem. W szczegółach mowa jest o tym, że odbiorca patrząc na dzieło przeprowadza proces odwrotny do procesu jego tworzenia, aby dociec źródeł powstania dzieła, jego założeń, znaczenia, treści. Interpretator "staje u jego początków i stara się uchwycić je takim, jakim miało ono być". Może się okazać, że dzieło w formie materialnej jest rozbieżne z dziełem zaplanowanym, ale to już chyba inna historia. W każdym razie efektem  czy etapem końcowym jest kontemplacja, czyli ogląd pozainterpretacyjny. A więc uczciwość wymaga, by interpretator podjął próbę odczytania intencji artysty.  Niestety, może się zdarzyć, że temat i forma zdecydowanie przerastają talenty twórcy, dochodzi do rozczarowania. Nie wiem, czy Eco się zajął tym zagadnieniem, jeszcze do końca nie przeczytałam. 

wtorek, 4 września 2018

Wielki talent i gorzkie złudzenia

   "Skąpstwo zaczyna się tam, gdzie ubóstwo się kończy"
    "Ludzie szlachetni są złymi kupcami"
    "Uważał się za tęgiego gracza w dyplomacji, owej umiejętności tych, którzy nie posiadają żadnej  i którzy wydają  się tym głębsi przez swą próżnię. (...) Człowiekiem  najtęższym w tej sztuce  jest ten,  który pływa trzymając głowę ponad falą wypadków i zdając się nimi kierować: kwestia małego ciężaru gatunkowego"
     "Lucjan nie wiedział, z jakim artyzmem używa się w świecie słówka  t a k,  aby dojść do  n i e,  a  n i e  do sprowadzenia  t a k."
      "Szlachcic ów odznaczał się ubóstwem myśli wahającym się pomiędzy nieszkodliwą nicością, która jest jeszcze w stanie coś zrozumieć, a wyniosłą głupotą, która nie chce niczego uznać ani niczemu dać się przekonać."
      "Wśród różnych dziwactw społeczeństwa czyście nie zauważyli kaprysu jego jego sądów i szaleństwa wymagań? Są osoby, którym wszystko wolno; mogą robić rzeczy najniewłaściwsze; u tych wszystko jest w porządku; ludzie na wyprzódki usprawiedliwiają wszystkie ich występki. Ale są inne osoby, wobec których świat okazuje niewiarygodną surowość: te powinny czynić wszystko dobrze, nigdy się nie mylić, nie błądzić, nie popełniać nawet najlżejszego głupstwa; rzeklibyście: posągi otoczone podziwem, które ściąga się z piedestału , z chwilą gdy mróz odkruszył im palec lub koniec nosa; nie pozwala im się na nic ludzkiego, maja obowiązek być ciągle boskie i doskonałe."
      Jakkolwiek dawno napisano powyższe uwagi, a powstały 180 lat temu, pozostają zadziwiająco aktualne w ocenie człowieczej kondycji i odczytaniu prawideł życia społecznego. pod płaszczykiem nowoczesności i postępu w ludzkiej naturze nic się nie zmieniło. Jedyna różnica to taka, że kaprys sądów społeczeństwa, o którym wspomina autor, dawniej rozstrzygający w formie plotki przekazywanej z ust do ust, dzisiaj funkcjonuje o wiele silniej i trwalej jako internetowy hejt. Gdyby Honoriusz Balzac żył dzisiaj, pisałby to samo, odkłamując społeczne patologie w sferze relacji wirtualnych i autokreacji dominującej w społeczeństwie totalnej dezinformacji. Byłoby może bardziej nowocześnie, byłoby więcej o uciekaniu w pozorność życia towarzyskiego z w sieci, byłoby o uprzedmiotowieniu, utowarowieniu wszystkiego, nawet najbardziej intymnych przeżyć, doświadczeń wystawianych na sprzedaż na współczesnym ogólnoświatowym rynku handlowym, ale byłoby jednocześnie wszystko to samo, co zawarł w dziewięćdziesięciu sześciu tomach "Komedii ludzkiej".  Jak bardzo sam pisarz musiał doświadczyć niesprawiedliwości świata, żeby z tak gorzką przenikliwością odzierać swoich bohaterów ze złudzeń! 
      Wypisane fragmenty pochodzą z powieści "Dwaj poeci" rozpoczynającej cykl "Stracone złudzenia", których bohaterem jest Lucjan de Rubempré. Jak dalece Balzac korzystał z własnej biografii świadczy fakt, że opis wyglądu innego bohatera, Dawida Sêcharda, jest jego autoportretem, a dramatyczne losy drukarza o utrzymanie drukarni, walka z wierzycielami i nieuczciwą konkurencją - opisane w "Cierpieniach wynalazcy", trzecim tomie cyklu  -  są pokłosiem osobistych doświadczeń pisarza, który czteroletnią działalność drukarską zakończył bankructwem. Znając te dalsze losy Dawida, do których niemało przyczynił się beztroski styl życia jego szwagra, nie umiem wykrzesać z siebie żadnej iskry sympatii dla Lucjana. Czy zresztą Balzac w ogóle byłby w stanie stworzyć bohatera wzbudzającego sympatię? Wszystkie jego postacie, pokazane w drobiazgowych poruszeniach duszy, prędzej czy później ujawniają wady i śmiesznostki, jakieś skazy charakteru. Na tym tle być może Dawid Sêchard jakoś bardziej pozytywnie się odróżnia, niemniej jego naiwność i poetyckie bujanie w obłokach szaleństwa pracy nad wynalazkiem zaczyna irytować. Ale, jak zauważa Andre Maurois, Dawid jest autoportretem pisarza, być może dlatego jego losy kończą się pozytywnie, odzyskuje majątek i spokój ducha, choć za cenę rezygnacji z marzeń. Może to także jest najbardziej intymny rys autobiograficzny? 

środa, 22 sierpnia 2018

Afront artystyczny

      Uśmiałam się. Był to jednak śmiech z zaciśniętym gardłem. Czy to właściwa reakcja w teatrze? Na szczęście nikt nie widział, gdyż był to teatr radiowy. Słuchowisko Moniki Milewskiej "Dzień, w którym umarł Prokofiew" premierę miało w rocznicę śmierci tytułowego bohatera, 5 marca ubiegłego roku. Następnie zostało nagrodzone na Festiwalu Dwa Teatry 2018, a nagrodę za rolę drugoplanową otrzymał Szymon Kuśmider, odtwórca postaci Stalina. Pechowo się bowiem złożyło, że tego samego dnia zmarł także Stalin. Pechowo dla kompozytora oczywiście, co wykorzystuje autorka do skonstruowania fabuły słuchowiska, rolę narratora powierzając Dymitrowi Szostakowiczowi, który bezskutecznie próbuje kupić kwiaty na pogrzeb Prokofiewa. Niestety, jak mówi kwiaciarka, "wszystkie kwiaty dla niego", znaczy dla Stalina. Nie tylko w Moskwie. W całym kraju! Toteż dla Prokofiewa jedna z sąsiadek, przyjaciółka żony kompozytora po prostu ścięła swoje kwiaty doniczkowe. Nie wypadało przecież umrzeć w ten sam dzień, co "przywódca" narodu. Taki afront!
       Ta anegdotyczna warstwa mająca znamiona czarnego humoru, wpleciona została w historyczno-kulturowe tło dramatycznego losu Szostakowicza (Mariusz Bonaszewski), gdyż to on jest głównym bohaterem słuchowiska. Śledzimy zmienne koleje rywalizacji obu kompozytorów, tragiczne piętno niepochlebnych recenzji Stalina o "Lady Makbet mceńskiego powiatu" ("Chaos zamiast muzyki" - pisał Stalin), zmagania Szostakowicza ze strachem i poczuciem osaczenia z powodu utraty bliskich (pisał kolejną symfonię wiedząc, że jego siostra została aresztowana). Dzień pogrzebu Prokofiewa jest katalizatorem wspomnień Szostakowicza i impulsem do podsumowania jego własnych dramatycznych przeżyć. Słuchowisko chwyta za gardło, a interpretacje Bonaszewskiego i Kuśmidra wzbudzają podziw bogactwem i różnorodnością emocji. Mimo anegdotycznego początku rzecz cała mocno porusza i ściska za gardło, a ilustracja muzyczna podkreśla dramat kompozytora. Ze słuchowiska można się więcej dowiedzieć o systemie stalinowskim niż z niejednego historycznego źródła. 

niedziela, 5 sierpnia 2018

Chaos czytelniczy i odnaleziony wiersz Miłosza

      Nie da się, no nie da się w taki upał zaplanować jakiegoś sensownego programu czytania. Raz to, raz tamto wpada w ręce,  włazi przed oczy, a potem i tak zasypiam. Z gorąca mózg się lasuje. Toteż chaos w tej kwestii zapanował i brak jakiejkolwiek konsekwencji. Zacząć wypada od lektur w pociągu. W magazynie "Książki" obszerna recenzja tetralogii Katarzyny Bondy. Jak mniemam z okazji pojawienia się ostatniej czwartej części. Przyznaję, nie czytałam żadnej. I nie przeczytam. Z recenzjami jest tak, że rzadko kiedy zachęcają mnie do sięgnięcia po omawianą książkę. Reaguję całkiem na odwrót: gdy ktoś zachwala, z reguły odstręcza mnie to skutecznie i na długo. Lubię czytać to, co sama znajdę, co wyniucha gdzieś na pólkach mój własny nos, co z kurzu wydobędzie moje własne oko. Cudzym oczom i uszom z reguły nie wierzę. Albo zależy, kto zachwala. O pewnych osobach wiem, że jak zachwalają, to znaczy, że rzecz absolutnie nie dla mnie ;-) Sprawdzonych i wiarygodnych opiniodawców mam niewielu, może...może jeden, dwóch (?) Nie, nie bawmy się w szukanie książkowych autorytetów na siłę. Wierzę tylko sobie ;-) Więc wiem, że pani Bondy czytać nie będę. Tym razem recenzent Dariusz Nowacki mnie, o dziwo, przekonał wyszczególnieniem kilkunastu błędów rzeczowych,logicznych i językowych poślizgów, wyłapanych z czteroczęściowego cyklu autorki kryminałów. Jedno i drugie: błędy rzeczowe i nieścisłości logiczne psują zawsze efekt najlepszej nawet książki. Mnie to przeszkadza. 
     W tych samych "Książkach"świetny wywiad z Pierrem Lemaitrem, francuskim autorem, którego - rzecz jasna - nie znam. Być może pisze świetnie, być może to także literatura nie dla mnie, ale wywiad jest świetny.  Nie przeszkadza nawet objaw nieskrępowanego egotyzmu, gdy mówi: "Na pewno piszę lepiej niż Napoleon, ale za to on wygrał znacznie więcej bitew ode mnie".  Takie zdania stanowią pokusę sięgnięcia po książki autora, ale powstrzymuje mnie obawa rozczarowania. Być może to pisarz z gatunku tych, którzy akurat w wywiadach i opowieściach o sobie są najlepsi. 
     Rozważania o dziejach polskiego i globalnego bestselleru przejrzałam po łebkach. No przykro mi,widok Harry`ego Pottera w jakimkolwiek zdaniu sprawia, że tekst omijam dalekim łukiem, choćby był najwartościowszy.Nie polemizuję, po prostu moja fobia ;-) Ale fragment o Sienkiewiczu wyłapałam: "Sinkiewicz był młody, cwany i cyniczny - dlatego miał dryg do prasy. Trochę hochsztapler; wysłany do Pułtuska, gdzie wybuchł wielki pożar, spóźnia się, więc tylko rozgląda się dookoła, słucha ludzi,którzy uszli pożogi - i pisze najlepszy tekst." Hochsztapler - to właściwe słowo na określenie pisarza ;-) Każdy żongluje, czym się da: sensacją, tajemnicą, seksem, zbrodnią, psychologią, patologią, uczuciami, autobiografią, cudzymi (czytaj: skradzionymi) historiami, wizerunkami, wspomnieniami. 
       Cały numer "Książek" jakby w klimacie kryminału i sensacji, ewokowanych na początku niesamowitą biografią Mary Shelley, autorki Frankensteina i jego humanoidalnego eksperymentu. Nie tylko biografia autorki, także analiza Frankensteina jako figury rozwoju człowieczej technologii,która wymyka się spod kontroli. Vide Oppenheimer. I tak dalej. Ale to na pewno przekracza możliwości refleksyjne umysłu jadącego w pociągu, a następnie niemal codziennie poddawanego wytrzymałościowej próbie upalnego lata ;-) Dlatego jak oddechu szukam okienka z wierszem. Filozoficzne konteksty "Obu ciemności" Urszuli Kozioł przywracają właściwe proporcje światu i naszemu w nim istnieniu:

(.....................)
obie ciemności
ta we mnie i ta nade mną
przypadły do siebie na mgnienie

rozpoznały
że stanowimy jedność

Jednakże dopiero powrót i zadomowienie się w zaległościach 142. numeru "Zeszytów Literackich" okazał się wstrząsający. Są takie wiersze, w których niczego nie da się zmienić, a frazy pozostają w pamięci na zawsze. To taki wiersz właśnie. Zapomniany, drukowany po raz pierwszy z odgrzebanych rękopisów Czesława Miłosza. Odnaleziony po ponad sześćdziesięciu latach. 

Królowie śpią w łodygach szarych lilii 
Jak pokurczone na trzcinach owady,
Pod księżyc biją dymy nowych miast. 
Czyśmy zdobyli świat czy świat stracili
Naszym oddechem dojrzewają sady,
Co jest, i ze mnie wzięte jest i z was. 

Wstrząsające! I nawet nie potrafię, nie chcę tłumaczyć, dlaczego. "Królowie śpią w łodygach szarych lilii..."- genialna fraza. Co noc mi się śni. 

niedziela, 15 lipca 2018

Fryderyk II - ostatni cesarz Świętego Cesarstwa Rzymskiego z dynastii Hohenstaufów

     Czytając dzieje panowania Fryderyka II Hohenstaufa ma się wrażenie, że historia to bezustanny ciąg dynastycznych sporów, zakulisowych działań dyplomatycznych, najazdów, buntów i wojen. Bohater książki Jerzego Hauzińskiego bez przerwy jest w drodze, w podróży po Europie i Bliskim Wschodzie. A to z Sycylii do Niemiec, z Niemiec do Lombardii, z Lombardii do Francji, z Francji znowu do rodzinnej Apulii, z Apulii do Jerozolimy i znowu do Sycylii. Po drodze oblega, zdobywa, formuje szyki, zbiera armię, stacza bitwy. Czasem wygrywa, czasem je przegrywa. Jednocześnie rozsyła listy, pisze manifesty przeciwko papiestwu, wysyła posłów. Wznosi zamki i burzy miasta. Wadzi się z mnożącymi się pretendentami do siedmiu królestw, których korony zgromadził przez lata panowania i nieustanne zabiegi. Siedem koron: sycylijska, niemiecka, rzymska, lombardzka, jerozolimska, sardyńska i burgundzka dały mu prawo ubiegania się o tytuł uniwersalnego władcy Świętego Cesarstwa Rzymskiego. Pełnił tę funkcję przez 30 lat: 1220 - 1250.
      Utrwalanie swojej władzy Fryderyk Roger (takie miał imiona) realizował poprzez pragmatyczne sojusze, wyrachowane i obliczone na dziedziczenie królestw małżeństwa (trzy razy żonaty), rywalizowanie z papieżem o zwierzchnictwo nad chrześcijańską Europą, co ściągnęło na niego dwukrotną ekskomunikę, wprowadzanie centralistycznych absolutnych rządów, co z kolei owocowało buntami zwłaszcza miast włoskich i powstaniem tak zwanej Ligi Lombardzkiej. Lektura nie jest łatwa. Na wiele czynów wzdraga się nasza współczesna wrażliwość i poczucie moralności, a bezwzględne absolutystyczne dążenia kłócą się z zasadami demokracji. Bogactwo szczegółów prowadzonej przez Fryderyka II polityki przeraża przejawami okrucieństwa. Bazując na bogatym, o ile to możliwe, aparacie naukowym, autor próbuje dociekać źródeł osobowości ostatniego uniwersalistycznego cesarza Europy, analizuje pobudki i najgłębsze cechy charakteru, zestawiając nieraz sprzeczne historyczne doniesienia. Zza wielkiej polityki wyłania się obyczajowe i ideowe tło epoki średniowiecza XIII wieku, w którym zabobon współistnieje z dociekaniem poznawczym, asceza z bizantyńskim przepychem cesarskiego dworu, a otwartość na wschodnie wpływy kulturowe z codziennym okrucieństwem wobec poddanych.
       Autor skrupulatnie opisuje tak zwycięskie, jak i całkowicie nieudane posunięcia cesarza, sukcesy i porażki. Wydawać by się mogło, że tych drugich było nawet więcej, a jednak Fryderyk II utrzymał cesarską władzę przez 30 lat, do tajemniczej śmierci w wieku 56 lat (koronowany przez Innocentego III na cesarza w Rzymie 22 listopada 1220 r. zmarł prawdopodobnie 13 grudnia 1250 r.) Fryderyk Roger od urodzenia predestynowany był do wielkiej polityki, aczkolwiek  początki nie zapowiadały efektu końcowego. Koronowany już po śmierci ojca, Henryka VI, na króla Sycylii miał zaledwie 4 lata. Ale w pół roku później zmarła też jego matka, Konstancja i wychowywał się jako sierota jako zakładnik i wręcz niewolnik innych pretendentów do tronu. Jeśli dzisiaj fascynuje amerykański mit od pucybuta do milionera, to dzieje Fryderyka II Hohenstaufa mogą być zgoła spektakularnym przykładem średniowiecznego losu od sieroty do cesarza, władcy świata. W sumie lektura pasjonująca. Co też można znaleźć  w wakacyjnym namiocie z tanimi książkami ;-)


     

poniedziałek, 2 lipca 2018

Podróże to coś dla pisarza?...

     Poprzednio była reminiscencja z literatury szwedzkiej, dzisiaj poezja angielska. Tak sobie biegam po poetyckiej mapie ;-) Jeden cytat z wywiadu i jeden wiersz. Zdanie, które odwraca, a  może przywraca? porządek rzeczy i właściwe spojrzenie na poezję. A wiersz udowadnia, że wszędzie jest tak samo, wiec naprawdę podróże w celach literackich zaiste nie mają sensu. Bo prawdy uniwersalne są na miejscu. Tylko trzeba je umieć dostrzec. 
      Philip Larkin w 1979 r. powiedział: Myślę, że podróże to coś dla pisarza. Powieściopisarz potrzebuje nowych miejsc, nowych ludzi, nowych tematów. Dla ludzi typu Grahama Greene`a lub Somerseta Maughama podróżowanie jest koniecznością. Dla poety moim zdaniem nie. Poeta zajmuje się odtwarzaniem tego, co znane, nie musi przedstawiać nieznanego. I kilka lat później inny poeta, Christopher Reid, jakby na potwierdzenie powyższych słów, napisał (1985) zachwycający wiersz. Z jedną wszakże różnicą. Według Reida dobry powieściopisarz, a  właściwie najlepszy, również wyjeżdżać nigdzie nie musi, nie powinien. Jeżeli już, to tam, gdzie pozornie nic ciekawego nie ma. Bo to, co najważniejsze, znajduje się tuż za progiem domu, daleko od szosy, daleko od centrów turystyki i cywilizacji. 
      Wiersz jest nieco długi, ale warto przeczytać po kolei do samego końca.

Christopher Reid: Kronika

(uwaga: fikcyjny podmiot liryczny jest kobietą, Reid stworzył cykl wierszy pisanych rzekomo przez poetkę Katerinę Brac)

Ktoś powinien napisać 
kronikę wsi i przysiółków
po tej stronie rzeki.
Postanowienia narad, ustawy
i prognozy ekonomiczne,
drukowane  w gazetach,
są, rzecz jasna, istotne,
lecz wiele można się nauczyć również
ze słów wiekowych kobiet 
i śmierci świń.
Chciałabym zaproponować,

by jakiś godzien zaufania historyk
wybrany przez Ministerstwo Kultury i Sztuki
spędził czas jakiś tu, pomiędzy nami.
Powinien odwiedzić mojego sąsiada,
dziewięćdziesięcioletniego patriarchę,
który całe dnie spędza w łóżku
pod uszytą z różnobarwnych skrawków narzutą,
w istocie będącą symboliczną mapą niebios,
lecz wie o każdym ogórku - gdzie rośnie
i jaką cenę osiągnie na targu,
co się odbywa w pobliskim miasteczku.
Jego najstarszy syn jest prawdziwym znawcą
nauki o chmurach
i nigdy się nie myli mówiąc o pogodzie.
Pośród siedmiorga jego dzieci
(piątka jest płci żeńskiej)
nie ma takiego, co by nie zgłębiło
tajników jakiejś wiedzy:
o różnych rodzajach eau de vie, 
o magii przekleństw,
o pieniądzach, kwiatach, akuszerii.
Obok nich mieszka wiejski mechanik, 
człowiek pobożny, lubiący samotność,
który jednakże zawsze uczestniczy
w uroczystościach, co łakną muzyki:
gra tam na skrzypcach, wciąż szybciej i szybciej,
a potem je zawija w kwadratową płachtę
czarnego aksamitu
i tylko one idą z nim do domu.
Jeden z chłopców we wsi
uczy się Pisma Świętego na pamięć;
wielu zakłada się o to, jak szybko
dojdzie do końca pięcioksięgu.
Proboszcz pije ciut za dużo,
ale każdemu, kto poprosi, poda
swój przepis na środek przeciwko komarom.
W zeszłym roku zdarzyły się dwa dziwne zgony:
pewną kobietę porwała wichura
i rzuciła do rzeki, a złośliwe duchy
wciągnęły nieszczęśnicę głęboko pod wodę;
ktoś inny, jak wieść głosi,
udławił się kawałkiem własnego paznokcia.
Nasz krajobraz duchowy wzbogacają plotki
i dyskusje o cudach.
Tu się codziennie kształtuje historia,
nawet gdy nic się nie dzieje.
Uważam, że to wszystko należy zapisać,
po czym w stolicy rzecz ogłosić drukiem
czyniąc z niej przedmiot narodowej dumy.
Tylko świetny uczony sprosta wymaganiom,
nie może to być twórca ulotnych wierszyków,
lecz wytrawny stylista,
mistrz jednoznacznej i przejrzystej prozy.

(tłum. Leszek Engelking)

Zadziwiające

       Kiedy zamykałam ten blog, było zaledwie kilka tysięcy odsłon. Wydawało się, że nie ma on jakiejś szerszej perspektywy na rozwój, bior...